Wszystkie religie są wtórne, a Ty pierwotna…

Duchowość zawsze była dla mnie
kluczowym aspektem życia.

I choć nigdy „religijnej” otoczce
nie nadawałam większego znaczenia,
to zawsze czułam się głęboko połączona
ze wszystkim naokoło.

Dziś myślę, że właśnie dlatego –

bo „religijność” nie miała
większego znaczenia.

W tej całkowitej łączności ze światem,
naturą i ludźmi spędziłam pierwsze
lata mojego życia na wsi.

A potem zaczęłam
kombinować.

W szkole pojawiła się religia
i nauka katechizmu. I odezwał
się mój racjonalny, wiecznie
czegoś szukający umysł.

Problem „oddzielenia”
pojawił się niedługo potem.

Coraz bardziej skupiałam się na
zewnętrznych formach praktyk,
niż na prawdziwej głębi.

Formułki zamiast modlitwy z serca.
Kościół i „wyjazdowe oazy” zamiast
biegania z psem po wysokich trawach.

I głęboka pustka…

Dość szybko zrozumiałam, że
w tym całym katolicyzmie coś
mi nie gra. A w coś wierzyć
trzeba, „bo bez Boga wszystko
jest bez sensu…”

Bóg. Czyli Kto? Lub Co?

Pojawił się deizm. Agnostycyzm.
Hinduizm. Buddyzm.

A każdy z nich ostatecznie
doprowadzał mnie do ściany.

Ściany zwanej poczuciem beznadziei i
braku połączenia z czymś poza mną.

W końcu, po trzydziestce
doszłam do punktu, w którym
poczułam się zbyt zmęczona, by dalej to robić.

Szukać,
czytać,
poznawać,
rozpoczynać dziwne praktyki,
które oddalają od meritum zamiast do
niego zbliżać.

Wróciłam więc do początku.
Zaczęłam żyć prosto. 

CAM00977

Odrzuciłam pisane zasady.
I skupiłam się na etyce własnego serca.
Serca, które z natury chce dobra i miłości.

Bo wierzę, że naprawdę każde
serce tego właśnie chce.

Wróciłam do swojego ciała,
które leżało porzucone, niczym
brudny parobek niewart uwagi
„uduchowionej” arystokracji.

Pomogła w tym joga. Pomógł Lowen. Pomogły
zajęcia ruchowe oraz warsztaty pracy z ciałem.

Ale, choć pomocne, to nie one były celem,
tylko palcem wskazującą na furtkę.

Porzuciłam więc wszystkie religie
i filozofie na rzecz życia.

Doświadczania.
Próbowania.
Pytania.
Dociekania.

Dawania sobie prawa do przyjemności.
Cieszenia się z najprostszych rzeczy.

Słońca na twarzy.
Zapatrzenia się na łąkę pełną kwiatów.
Głębokiego oddechu.
Chodzenia boso po lesie.

Kontakt z Naturą zawsze
mnie uzdrawiał.

Wyleczyłam się z choroby
nie przyjmując ani jednej tabletki.

W przeciwieństwie do wszystkich religii,
natura, cykliczność, śmierć i rodzenie
zawsze były pierwotne.

PIERWOTNE.

Natomiast każda
filozofia i religia – WTÓRNE.
I dlatego prowadziły donikąd.

Kiedyś znalazłam w sieci anonimowy cytat,
który mógłby posłużyć za moje życiowe motto:

„Natura jest moją religią,
a Ziemia moją świątynią”.

Tak czuję. Że gdy jeszcze nie było niczego:

człowieka, ani jego religii czy pomysłów na to,
jak żyć, Natura była zawsze.

Narodziny były zawsze.
Śmierć była zawsze.
Zmiana była zawsze.

Ziemia rodziła.
I Ziemia zabierała.
Karmiła i wysuszała.

Okazuje się, że najbardziej
uduchowionymi byli ci najbardziej
ukorzenieni, ci najbliżej Ziemi.

Ci najbardziej prości.

„Prymitywni”, których nazywano
ciemnym ludem –

Poganie. Szamanie.
Wiedźmy. Wiejscy Prostacy.
Uzdrowiciele. Szeptuchy.

Niestety, do dziś historia
przedstawia ich jako nieświadomych
ludzi, którzy wierzyli/wierzą w zabobony.

Ja to widzę inaczej.

Życie blisko Natury, z poszanowaniem
cykli i uważanie żywiołów za bogów,

to nic innego jak pokora
i mądrość doświadczenia.

To świadczy o zrozumieniu czym jesteśmy
wobec potęgi Matki Ziemi.

Bo jesteśmy tylko pyłkiem
i tylko na chwilę.
Przynajmniej w tych ciałach.

Szamani, uzdrowiciele, poganie
potrafią dostroić się do tego, co większe
od nich samych. I widzą jak działają cykle.

Kiedyś człowiek nie mógł inaczej.
Oddzielenie od Natury oznaczało
rychłą śmierć.

Trzeba było nauczyć się tego dzikiego tańca
z ogniem, wodą, deszczem i błotem.

Trzeba było poznać, zrozumieć i pokochać
cykliczność, zmianę, pogodę i niepogodę.

Nie chcę nazywać tego religią.
Ani nie chcę tego nazywać jakkolwiek.

Wiem że każda nazwa porusza się
po relatywnym poziomie tego, co widzialne,
podczas gdy zjawiska i połączenie
są czymś „ponad to” – absolutnym.

Bo choć są praktyki szamańskie,
które intencjonalnie wzmacniają
łączność z Ziemią, są pieśni i medycyny roślin,

to jednak wciąż uważam, że wszystko
jest tylko środkiem do celu.

A celem jest bycie jednością.
Być połączonym.

Ze sobą.
Ze swoim sercem.
Z drugim człowiekiem.
Z tym co karmi, co rodzi,
co uśmierca i przyjmuje
do siebie z powrotem.

Jeśli też w to wierzysz,
to czy tego chcesz czy nie,
jesteś Szamanem.

Ktoś mnie niedawno zapytał,
jak weszłam na tę drogę.

Próbowałam znaleźć odpowiedź
– jeden punkt, który do tego etapu
doprowadził. Nie znalazłam.

Bo choć przez kilka lat
mieszkania w betonowych blokach
trochę zapomniałam o tej głębokiej
prawdzie, to jednak powrót był naturalny.

W końcu odchodzenie i powroty
to też część tego naturalnego procesu.

To część Natury.

Czy to zaprzeczenie duchowości?
Nie. Bo ciało i duch, niebo i ziemia
śmierć i narodziny to zawsze dwie
strony tej samej monety.

Rewers i awers.

Chodzę boso po lesie.
Głaskam drzewa, mówię do ptaków,
wdycham powietrze. Siadam na zwalonym
pieńku i patrzę na łąkę usianą kwiatami.

Niczego nie muszę.

Żadnych zasad, żadnych praktyk,
czy wyuczonych regułek.

Tylko cisza.

Ziemia pod nagimi stopami,
która uzdrawia to co chore i
karmi to, co głodne.

Pasuję idealnie i jestem pełna.
Zdrowo nakarmiona
sensem i miłością.

 

 

Reklamy

Życie vs Plany 1:0

Jakiś czas temu napisałam posta o byciu singlem.
O tym, że to jest mój wybór na czas procesu,
w którym aktualnie jestem.

I że nie potrzebuję niczego zmieniać
w najbliższej przyszłości.
Bo jest mi dobrze.

Życie jednak lubi płatać figle.

Albo inaczej: daje dokładnie to, czego nam potrzeba,
choć sami mamy o tym zupełnie inne pojęcie.

Bo przecież: „Tego nie było w planach!”.

Przez pierwszy miesiąc
strasznie się buntowałam.
„Nie, nie, nie! Nie tak miało być”.

Bo przecież minęło dopiero dziewięć
miesięcy od czasu rozstania.
A miał być rok samotności.

Dopiero po roku miałam być „gotowa”.

Miałam być wtedy dojrzała,
poukładana, z wielkim sercem
wyciągniętym na otwartej dłoni.

Więc, zaraz zaraz Wszechświecie…
Jeszcze nie minął rok…

Kogo mi tu podrzucasz? Dlaczego?
Miał być długowłosy szaman, co
kocha chodzić boso po lesie.

Dlaczego dajesz mi jego przeciwieństwo?
Serio??? Czyżbym nie wyraziła się jasno?!!

Długo walczyłam.
Wiele razy mówiłam NIE.

Randka? Nie. Podziękuję.
Odebrać telefon? Nie.
SMS? Chyba nie odpiszę.

Bo to przecież nie tak. Nie ten czas.
Nie te właściwości. Nie te cechy charakteru.
I w ogóle nie. No NIE. Słowa układają się w NIE.

A w głowie TAK.
I w ciele TAK!
I w oczach
jedno wielkie TAK!

I ja już w ogóle przestałam ogarniać tym swoim
analitycznym rozumem, co tu się do
jasnej ciasnej wyprawia..?! I dlaczego?

Poddałam się. Odpuściłam.
Przestałam hamować ten przepływ.

Przestałam tak bardzo się spinać, że
dostałam coś, co nie jest po mojej myśli,
bo to takie niepodobne do mnie.

Puściłam plany i kontrolę.

Bo to miał być rok nie tylko samotności,
ale również rok sprawdzania kim jestem
i całkowitej otwartości na to, co życie daje.

Mówienia ludziom i zjawiskom TAK.

No dobrze. Niech będzie. Zobaczymy
dokąd mnie to zaprowadzi.
Bo przecież nie ma przypadków.

Nie bez powodu na naszej drodze
staje właśnie ten, a nie inny człowiek.

I pewnie nie bez powodu
tak bardzo się od nas różni.

A skoro jest tak inny,  od tego co znam,
i co mi bliskie, to znaczy, że mam odnaleźć
w sobie jakąś nieodkrytą jeszcze część.

A następnie: Pokochać ją.  Zintegrować z
całością. Dopuścić do głosu i działania:

Pewność siebie,
odwagę,
zdecydowanie,
siłę,
potężny głos.

To też wielka nauka odpuszczania planów
i pomysłów. Że musi być związek. Bo nie musi.

Albo, że relacja ma zawierać jakiś potencjał.
Error. Też nie musi. Może służyć innym rzeczom.

Przyjemności.
Odkryciu w sobie innych twarzy.
Zabawie.
Radości.

Poznawaniu siebie na nowo,
również w kontakcie z drugim człowiekiem.

Bo inaczej siebie doświadczamy w samotności,
a zupełnie inaczej siedząc na starym pniu
w mokrym lesie obok kogoś, kto
wywołuje w nas urocze wibracje.

A co przecież zaskakuje po latach
nieczucia i bycia skutym w lodzie.

Więc może ten drugi człowiek, który
siedzi na starym pniaku obok mnie
przyszedł właśnie po to – by pomóc
coś odmrozić? By pomóc mnie uzdrowić
i przywrócić do życia?

Może, gdy wykona swoją pracę,
to po prostu odejdzie. Dobrze. Godzę się.

Mam otwartość na to, co życie daje.
I akceptuję, jeśli coś zabiera.

Bo mam głębokie zaufanie,  że Wszechświat
nas kocha i zsyła tylko dobre rzeczy. Nawet jeśli
czasem wydają się być dziwne i groźne, bo obce.

To miał być rok samotności. Rok
nie wchodzenia w żadne relacje.

Ale też rok poznawania własnej natury.
Doświadczania. Podążania za ciekawością.
Rok otwartości na siebie i innych.

Rok sprawdzania.

Kim jestem.
Co lubię.
Czego nie lubię
Dokąd idę.
W co wierzę.
Co jest we mnie.

To rok sprawdzania siebie w ciele
i obok innych – we wszelakich relacjach.

Największą nauką przez te dziesięć miesięcy
było odsianie mitów od prawd.

Myślałam, że wiem o sobie wszystko.

Przez lata nosiłam wiele etykietek
Dziś odklejam jedną po drugiej.

I wiem, że już nic nie wiem. 

Po prostu sprawdzam. Daję się
prowadzić własnej ciekawości.
I to wystarczy.

I czuję, że to jest dobre.
Wiesz czemu?

Bo bywam szczęśliwa jak nigdy.

 

 

Wystarczy, że jesteś…

To był czwartek. Ot, zwykły dzień,
podobny do każdego innego.

Wstałam o 5.30. Wyszłam na spacer
z psem, wróciłam, ugotowałam kawę
z przyprawami, zmiksowałam guacamole.

Do śniadania włączyłam sobie filmik
na Youtube – wykłady buddyjskiego
mnicha, Ajahna Brahma, bo lubię
wyjść z domu dobrze naładowana.

Ta słynna mowa z 2010 r.
była o akceptacji siebie.

Pomyślałam – że przecież
wszystko już na ten temat wiem.

Przeczytałam tonę książek
najlepszych psychologów,
odbyłam niejeden warsztat,
niejeden wykład obejrzałam
i niejeden problem przegadałam.

A jednak…

Słowa mnicha zrobiły na
mnie ogromne wrażenie.

Wiesz czemu? Bo były proste.
Proste i zrozumiałe do szpiku kości.

Zainspirowałam się.

Wzięłam kartkę, długopis i zanotowałam:

„Nasze oczekiwania wobec samych siebie
i innych są zbyt wysokie.

Obniżcie oczekiwania i odetchnijcie!
Nie musisz być taka piękna,
nie musisz być taki silny.
Możesz być sobą.

Wiesz od kogo pochodzą oczekiwania,
które karmią Twój umysł?
Od ludzi, którzy Cię nie kochają.

Ci, którzy naprawdę Cię kochają
będą z Tobą mimo wszystko.

Przy nich możesz odetchnąć.
Możesz być sobą. Zamiast oczekiwać zbyt wiele
od ludzi a zwłaszcza od siebie skorzystajmy z
umiejętności kochania samego siebie.

Otwórz drzwi swojego serca niezależnie
od tego kim jesteś lub będziesz –
niezależnie od cudzych opinii.

Nie musisz osiągać sukcesów,
aby być wartościowy.

Zamiast osiągać sukces, zainwestuj
w inteligencję emocjonalną.

Nie musisz być piękny.
Nie musisz być bogaty.
Nie musisz być popularny.

Możesz popełniać błędy.
Wystarczy, że jesteś sobą.”

I tyle. Proste, prawda?

Minutę później przepisałam
słowa z kartki do posta na
fangage’u. Znalazłam w sieci
darmowe zdjęcie Ajahna Brahma
i kliknęłam „opublikuj”.

Nie myśląc o tym więcej, wstałam,
spakowałam plecak i wyszłam do pracy.

A miedzy czasie zaczęło się dziać…

Kilka godzin później
próbowałam wejść na Facebooka i nie
mogłam – zawieszał się.

Post nie chciał się wczytać,
podobnie jak powiadomienia.

Wyczyściłam ciasteczka w przeglądarce
i spróbowałam znowu.

To, co zobaczyłam przeszło moje
najśmielsze oczekiwania. A gdzie tam!

Ja w zasadzie nie miałam oczekiwań.
Zastanawiałam się tylko czy post zdoła zaciekawić
więcej niż dziesięć osób.

Tymczasem „Ajahn Brahm” został
właśnie przez kogoś udostępniony
po raz 35. I miał ponad 150 lajków.

„Spokojnie. Nie ekscytuj się tak!”

-powiedziałam sama do siebie,
wiedząc że internauci są tak samo
kapryśni jak polska pogoda.

Wróciłam do domu. Włączyłam komputer.

Post o buddyjskim mnichu z Theravady
miał 400 lajków, 370(!) udostępnień i ponad
70 komentarzy, na które nie byłam w stanie
już odpowiadać.

Mało tego.

Ze skromnej liczby 850 fanów bloga
zrobiło się ich 1400 i ta liczba
wciąż rośnie.

Co tu się właściwie wydarzyło?
I dlaczego?

Przecież to tylko proste słowa
buddyjskiego mistrza.

Oklepane. Przegadane. Przepisane po wielokroć.
Żadna nowość, żadne tam wielkie odkrycie.

A jednak poniosło się w świat
dając wiralowy efekt udostępnień
i dzielenia się z ludźmi w mediach.

Czyżbyśmy byli tak bardzo
złaknieni zapewnień:

że wszystko 
z nami w porządku?

Czy naprawdę wciąż ktoś musi nam mówić,
że nie trzeba być idelanym i że mamy prawo
do błędów?

Najwyraźniej tak.

Bo skoro to na mnie
wywarło ogromne wrażenie
i dało poczucie ulgi, to znaczy,
że podziałało tak na każdego.

Bo przecież wciąż wymagamy
od siebie zbyt wiele.

Wciąż sobie rozkazujemy,
krzyczymy na siebie,
a w razie pomyłek
potępiamy i odrzucamy.

Każdego dnia, gdy włączasz komputer
porównujesz się z innymi.

Piękniejszymi.
Inteligentnymi.
Bogatszymi.
Odważnymi.

I zarzucasz sobie, że nimi nie jesteś.
Że wciąż zrobiłeś za mało, za wolno
i byle jak. A reszta społeczeństwa podbija kosmos.

Przyznaj w duszy – jest tak, prawda?

I nagle pojawia się ktoś, kto głosi
tezę zgoła odwrotną.

Nic nie musisz.

Nie musisz być idealny.
Nie musisz być piękny.
Nie musisz być:

silny
zdyscyplinowany
wytrwały ponad miarę
zamożny,
utalentowany
przedsiębiorczy
zdolny
miłosierny
poukładany

(wybierz dowolne).

Możesz być dokładnie taki
jaki jesteś.

Ze wszystkimi  wadami.
Pomyłkami. Błędami.
Emocjami. Lękami.

To przecież Ty. 

Te wszystkie cechy tworzą
cię tym kim jesteś.

A z drugiej strony, w ogóle
o Tobie nie świadczą, bo nimi
nie jesteś.

Czy to nie piękne?

Nareszcie możemy rozluźnić się
i wypuścić z siebie zatęchłe powietrze.

Przestać się nadymać jak balon,
przestać udawać i po prostu
być sobą.

Czyli kim?

Tym, kim się dziś czujesz.
Tym co o sobie wiesz i tym,
czego jeszcze nie wiesz.

Możesz być wrażliwością.

Miłością. Odwagą. Lub smutkiem,
gniewem i lękiem. A jutro możesz być
jedną wielką radością. Lub nikim.

Po protu wielką pustką.

Bo nic o nas nie jest ostatecznie prawdziwe.
Jesteśmy wszystkim i jesteśmy niczym jednocześnie.

I w tym zawiera się cały Wszechświat
możliwości. I totalnego odprężenia.

To co jednak mamy w życiu do zrobienia
to KOCHAĆ.

Siebie przede wszystkim.

Bo jeśli kochasz siebie całego, ze
wszystkim co piękne, i z tym co brzydkie,
to przecież pokochasz też drugiego człowieka.

I trzeciego.
I czwartego.

I każdego napotkanego na swej drodze.

Wszyscy jesteśmy kimś szczególnym,
z boską cząstką w sercach i umysłach.

Przede wszystkim zaś
jesteśmy kimś znacznie więcej niż wszystkie
myśli i określenia jakie mamy na własny temat.

A to wielka ulga.

A teraz wypuść powietrze.
I powiedz: KOCHAM CIĘ.

Taniec Dusz w pięknych ciałach

Bywa nazywana medycyną.
Lekarstwem duszy.
Natchnieniem
i terapią.

Nigdy nie sądziłam, że do niej wrócę,
bo przez ostatnie lata
unikałam jej jak ognia.

W dawnym mieszkaniu nie wolno
było jej słuchać. Zakazywałam!
(Teraz jest mi wstyd…)

Zawsze była dla mnie niepokojąca
i pod jej wpływem ruszała lawina emocji.

Zdarzało się, że czasem ktoś mi
ją podsyłał w prywatnych
wiadomościach, żeby podzielić się inspiracją.

Widząc link prowadzący do Youtuba,
nigdy ich nie otwierałam.

Miałam zamknięte drzwi
i uszy na cztery spusty.

Ale coś się zmieniło.

To był koncert Laboratorium Pieśni.

Podczas dwóch godzin doświadczania
potężnego wulkanu energii ze sceny i tłumu
wypłynęło ze mnie wszytko,
co hamowałam przez tyle lat.

Płakałam, śmiałam się,
ekscytowałam, przerażałam
i wzruszałam jednocześnie.

Po koncercie kupiłam nową płytę
i już następnego dnia włączyłam.

Najpierw cicho.

Potem głośniej.
Coraz głośniej
poruszając się w rytm
szamańskiego bębna.

Ta dam. Ta dam.
Tadam. Tadam.

aż popłynęłam tą rzeką dźwięków. 

A potem wszystko
potoczyło się bardzo szybko.

Pojawił się Krąg Kobiet, na którym
był śpiew. Ale mój głos zamarł w gardle.
Żaden dźwięk nie chciał się wydobyć.

A niemoc boli.
To była potężna i bolesna blokada.

Przez lata hamowałam łzy, śmiech,
emocje, pożądanie i podekscytowanie.
Aż kanał stał się zbyt wąski, by coś
jeszcze mogło przez niego przejść.

Ale w końcu przyszło lekarstwo.

Kilka tygodni po koncercie zobaczyłam
ogłoszenie warsztatów uwalniania głosu.
Z dziewczyną… z Laboratorium Pieśni
i nieopodal mojego nowego domu….

Trudno było w to uwierzyć.
Bo dostałam to, o czym myślałam
i czego potrzebowałam z całego serca.

Nie myśląc wiele, zgłosiłam się.

Dziś jestem w połowie. Czy coś się zmieniło?

Zmiany są tak wielkie i tak
subtelne jednocześnie, że aż trudno
je wyrazić słowami.

Spotkałam niesamowitych ludzi.

I niezwykłe jest to, jak
idealnie to siebie pasujemy.

Jak bardzo się lubimy.
Fascynujemy.
Wspieramy nawzajem,
choć każdy przyszedł z inną potrzebą.

Wygłupiamy się. Skaczemy.
Tańczymy. Krzyczymy.
Śpiewamy i gramy na instrumentach.

Wśród nich czuję się jak w domu.
Pasuję tam. Każdy tam pasuje.
Bo to takie pierwotne:

ŚPIEWANIE.

I choć nie śpiewam jeszcze tak,
jakbym chciała:
głośno i bezwstydnie,

to jedna zmiana zaszła niezaprzeczalnie.

Otworzyłam się na muzykę.

Podśpiewuję, tańczę, skaczę, klaszczę,
wystukuję rytm na biurku.

Dziś muzyka leci u mnie przez kilka
godzin dziennie, nawet gdy jestem w pracy.

Mało tego, zaczęłam poszukiwać
miejsca, by potańczyć.

By dać upust żywiołowi i tej wielkiej energii,
którą w sobie właśnie odrywam.

Bo muzyka to życie.

Libido.
Wibracja.
Emocje.
Ruch.

Dziś szukam innych ludzi niż kiedyś.

Bez blokad. Świadomych. Poszukujących.
Roztańczonych. Lubiących swoje ciało.
Takich, którzy mają z nim świadomą relację.

Muzyka i taniec bardzo mi
się wiążą z dotykiem. 

Bo jeśli ktoś lubi tańczyć, to znaczy, że lubi swoje
ciało. Że dobrze mu w swoim ciele. I tak samo
jest ze śpiewem.

Wtedy na Kręgu jeszcze nie do
końca czułam się ze sobą dobrze.
I dlatego, żaden dźwięk nie chciał wypłynąć.

Teraz naturalnie ciągnie mnie do tych,
którzy podrygują, bujają się, nucą,
przeciągają się i kiwają gdy słyszą muzykę.

Bo sama nucę, podryguję i faluję.

Mam ochotę dołączyć do rytmu serca
drugiego człowieka i zatańczyć z nim naszą pieśń.

W miłości. W przyjaźni. Ekscytacji.
Inspiracji. Po prostu: rozmowa ciał.

Połączyć się  w tej wzajemnej energii,
która mówi więcej niż tysiąc słów.

Masz ochotę ze mną zatańczyć?

Puść ten zacisk i choć się przytulić

Mój przyjaciel opowiedział
mi niedawno pewną piękną historię.

„Ktoś przyszedł do buddyjskiego
Mistrza i zapytał:

-Mistrzu. Co to jest oświecenie?

Na co mistrz odparł:

-Widzisz to? – zacisnął mocno pięści
i zaciskał je tak mocno, aż na twarzy zrobił
się czerwony, a całe ciało zdrętwiało.

-Zrób tak samo – powiedział do ucznia.

Uczeń posłuszny poleceniom
zacisnął mocno pięści i zaciskał
je tak długo, aż cały opadł z sił.

-A teraz puść!- krzyknął Mistrz.

Gdy uczeń puścił zacisk, Mistrz dodał:
-To jest właśnie oświecenie!” 🙂

***

Zacisk dla każdego z nas będzie czymś innym.
Dla jednych będzie wieczną potrzebą kontroli.
Dla innych analizą czy wewnętrznym spięciem.

Doskonale znam ten stan zacisku.
Bo do tej pory zdarza mi się żyć w głowie.

Dużo myślę,
analizuję i rozważam.
Najczęściej mimowolnie.

Tak jakby samo się działo
i samo się myślało, bez mojego
świadomego udziału.

Potrafię komplikować to, co proste.
I utrudniać to, co może być
z natury przyjemne.

Nic dziwnego, że imponują mi osoby,
które wydawały się być moim przeciwieństwem.

Wyluzowane.
Wyciszone.

Tak zwane „Wolne Duchy”,
które żyją pełnią sił, ale również stoją
mocno na ziemi.

Można na nich polegać.
I można z nimi kraść konie.

Sprawiają wrażenie, jakby
puściły ten wewnętrzny zacisk
i pozwalały sobie na bycie sobą.
z całym wewnętrznym bałaganem.

Łatwo ich rozpoznać.

Ja rozpoznaję po ciele.
Dobrze się w nim czują,
– są z nimi w głębokiej relacji.

Mają oparcie w nogach,
a ich emocje mieszkają w brzuchach.

Nie brzuchach wciągniętych.
Nie przesadnie umięśnionych.
Lecz naturalnie wypukłych,
gdzie mieści się Wszechświat.

Bo Wolnym Duchom daleko do ideałów.

Ich piękno przypomina Przyrodę.
Chaos przeplata się
z symetrią,
śmierć z życiem,
a zdrowie z chorobą.

Wolne Duchy więcej czują niż myślą.
Częściej doświadczają niż analizują.

Gdy gra muzyka, tańczą.
A gdy coś ich rozbawi śmieją się na głos.

Wyczuwają ludzkie emocje,
bo sami mają ich bez liku.
Z niejednego pieca chleb jedli
i niejedno w życiu widzieli.

Dziś bardzo szybko odnajduję ich w tłumie.

Pewnie dlatego, że sama mam
potrzebę ukochać w sobie
tę wyluzowaną część.

Część, która żyje pełnią.

Bez narzuconych sobie samemu reżimów,
sztucznych zasad
czy nienaturalnych sytuacji.

Mam takie szczęście,
że ostatnio spotykam tych,
którzy biorą mnie za rękę
i ciągną właśnie w tym kierunku.

Może to kwestia
mojego otwarcia?
A może przyciągania?

Gdy na nich patrzę (choć częściej na NIE,
bo to zwykle kobiety) chłonę to, kim są.

Podziwiam.
Patrzę.
Słucham.
Inspiruję się,
Uczę.

A potem, tak zainspirowana
próbuję trochę sobie odpuścić.
Wcielić naukę z ich ciał w swoje życie.

Wydycham powietrze.

Nie zawsze musi być posprzątane.
Nie zawsze musi być zrobione.
Celowo.
Idealnie.
Instagramowo.

Gdy moja starsza koleżanka rok temu
poradziła mi:

„Poczuj to brzuchem”,

Nie rozumiałam o co chodzi.
Bo żyłam głową. Myślami.
Mózgiem. Rozumem.

Rozkładałam na czynniki pierwsze,
z czucia rezygnując.

Biorę wdech.

I pozwalam sobie być niepoprawna,
ekspresyjna, nieuporządkowana,
smutna, lękliwa i radosna.

Czasem jednocześnie.

Odpuszczam trzymanie brzucha.
Odpuszczam ładne chodzenie.
i wstrzymywanie ruchów ciała,
bo są zbyt na wyrost, lub „nie pasują”.

To wcale nie jest łatwe.
Luz nie jest łatwy.

Bo czasem trudno
znaleźć balans, bez popadania w skrajności.
Każda skrajność jest przecież tym
metaforycznym zaciskiem.

Uczę się przez dotyk.
I przez dopuszczanie uczuć.

Poznaję przez czucie.
Przez patrzenie w oczy.
Przez słuchanie w otwartości.
Przez bycie i przez dotyk.

Nie przez słowa.

Słowa przychodzą później.
I jest ich mniej.

Kiedy słucham,
to jestem słuchaniem.

Kiedy tańczę, to jestem tańczeniem.
I kiedy śpiewam to jestem śpiewaniem.

A kiedy jestem z drugim człowiekiem
to porzucam „JA/MNIE/MOJE”.

Tylko jestem.

Kochanie.
Jestem tu dla Ciebie.

Bez porad
Moich wniosków.
I rozmyślań.

Czuję cię.
Słyszę cię.
Widzę.
Jestem.

 

.

 

Rzeczy, które zawsze chciałam zrobić, ale się bałam

Podczas majówki stworzyłam listę,
która składa się z 26 punktów.

Zatytułowałam ją:
„TO DO”

LISTA RZECZY, KTÓRE ZAWSZE
CHCIAŁAM SPRÓBOWAĆ,
ALE SIĘ BAŁAM.

A wszystko pod wpływem
filmu, który obejrzałam
w jeden z tych wolnych dni:

„Then Came You”.

Główna bohaterka też
miała taką listę.

Zatytułowała ją:

„LISTA RZECZY DO ZROBIENIA
PRZED ŚMIERCIĄ”.

Bo choć miała dopiero 17 lat, jej czas
nieubłaganie się kończył.

To mnie natchnęło.

Bo sama nigdy nie zrobiłam
sobie takiej listy.

A przecież  rzeczy, które
zawsze chciałam zrobić,
ale nie zrobiłam z obaw
lub zahamowań jest wiele.

Na razie uzbierało się ich
26, ale tylko dlatego, że
skończyła mi się kartka.

Poza tym „26” to też dużo. 

Bo przecież nie chodzi o to, by
marzenia tylko spisać.

Chodzi o to, by to ZROBIĆ,
lub przynajmniej spróbować.

Zaczęłam od punktu pierwszego,
który brzmi:

„Śpiewać! Pójść na grupowy warsztat 
uwalniania głosu”.

Poszłam!

I to nie na pierwszy z brzegu,
ale taki, który prowadzi dziewczyna,
która przez kilka lat była częścią
sławnego Laboratorium Pieśni.

I choć ekscytacja poznaniem jej
oraz odkrycia nowych rzeczy
w sobie były oczywiste,

to jednak śpiew przed grupą obcych osób w obcym
miejscu przerażał mnie do tego stopnia, że na chwilę
przed wyjściem z domu zaczęłam kombinować!

Po co ci to?
Nie możesz pójść.
Pada deszcz, a to trzy kilometry rowerem.
Pobrudzisz się.
Zmokniesz.

Spóźnisz się, już nie warto. Poza tym
jesteś już dziś dostatecznie:

zmęczona
poddenerwowana
zestresowana
smutna.

Zobacz jak miło jest siedzieć
na miękkiej kanapie. O, tu jest
poduszka. A obok książka i kocyk.
Czego chcieć więcej po ciężkim dniu pracy?

O nie! Znam ten głos.
To głos lęku.

Towarzyszy mi od dziecka
i powstrzymuje przed życiem.

Nie pozwala doświadczać, tego
co ma być doświadczone.

Odbiera siły fizyczne i pakuje je
w układ nerwowy, który przejawia
się rozedrganiem i niepewnością.

I tak przez całe życie.

Chcę coś zrobić, ale lęk
jest tak wielki, że samo myślenie
o doświadczeniu pozbawiało
mnie resztek energii.

Bo to nie jest taki mini-lęk.
Straszek. czy stresik.

To lęk paniczny.
Taki, który czasem odbiera moc
w nogach.

Taki, który zalewa potem w skali makro,
i w ciągu minuty  mokre mam wszystko.

To taki lęk, że serce bije jak po
dobrym kardio w fitness clubie.

To taki lęk, który ściska żołądek
tak mocno, że czasem wyję  z bólu i jedyne
co mogę zrobić, to zwinąć się w kłębek.

W rezultacie połowę życia
spędziłam na kanapie
pod kocem i z książką w ręku.

Ale ile można sobie odmawiać?
Ile można uciekać przed życiem?

Poszłam.

Owszem, dotarłam po czasie, bo
zabłądziłam. W dodatku mokra
i ubłocona, bo jechałam przez las.

Ale wiecie co? Miałam wrażenie,
że nikt nie zwrócił na to uwagi.

Liczyło się, że jestem.

Że próbuję. Śpiewam. Fałszuję.
Wydaję z siebie „zakazane dźwięki”.
Pianie, chrumkanie, pisk, krzyk, wycie, sapanie.

Wszystkie dźwięki życia złapane
w obszarze brzucha.

W końcu dałam im wolność.

Wczoraj nadszedł czas na kolejne wyzwanie.
Warsztat robienia Łapaczy Snów.

Mój punkt numer 3:

„Zrobić własny
rytualny przedmiot indiański”.

20190511_174557 (1)

 

I znów się bałam, a jakże.
Bo nowi ludzie, obce miejsce
i coś, czego nigdy dotąd nie robiłam.

I ten głos: zostań, nie idź, odpocznij.

Wiem, że dopóty nie wyrobię w sobie
nowego nawyku, tak długo będę walczyć.

Idę/ Nie idę.
Chce mi się/ Boję się.
Mam energię/ Opadam z sił.

Podobno nawyki tworzy się w 21 dni,
o ile powtarza się je codziennie. To
taka optymistyczna wersja.

Inna brzmi, że nawyk musi być
powtórzony co najmniej 10.000 razy…

Grunt, że robię. Że działam.
Że próbuję. Choć bardzo się boję.
Nauczyłam się już, że pomimo
głosu w głowie, muszę działać.

Jest trudno. Więc czasem
z nim gadam. Z lękiem.

Wiem, że się boisz i dziękuję, że jesteś.
Próbujesz mnie chronić i ja to rozumiem.

Zawrzyjmy układ – pójdę na warsztaty, i 
zabiorę cię ze sobą. Zrobię Ci gorącej herbaty
i pozwolę obserwować. Razem raźniej.

Po czymś takim lęk milknie.
Uspokaja się. Nie polemizuje.
Bo wie, że ma swoje miejsce.

Nie wyrzucę go. Nie zaneguję.
Nie uduszę. Po prostu dam mu
miejsce z dobrym widokiem.

A sama pójdę robić, to co jest do zrobienia,
i pognam ku temu , co woła od lat.

Życie.

 

Dobry plan? A może życie bez scenariuszy?

Kilka lat temu napisałam taki wiersz:

Chyba jestem nienormalna.
Zamiast żyć, myślę o życiu.

Jakież to było moje, jak bardzo do
mnie pasowało. Myśliciel,
analityk, filozof teoretyk.

Taki, który życie
poznawał z książek a jego sens
zawierał się w ściśle przyjętych zasadach.

Znałam swój cel.
Znałam swoją drogę.
Znałam „siebie”.

Przynajmniej tak mi się wydawało.

A dziś?
Dziś nie wiem nic. 

Nie wiem dokąd idę.
Nie mam planów,
ale przede wszystkim nie
wiem kim jestem.

Ale w zamian za to
dostałam CIEKAWOŚĆ.

Moja ulubiona terapeutka, Kasia Miller
zwykła mawiać:

„Chcesz mieć dobre życie?
Nie miej scenariuszy”,

Jakże jest mi bliskie te krótkie zdanie,
i jak świetnie DZIŚ do mnie pasuje.

DZIŚ. Czy jutro też będzie pasować?
Tego nie wiem.

CAM01720

Przez lata żyłam według planów,
ciasnych norm i narzucanych sobie samej
harmonogramów.

Aż życie zaczęło być duszne.

Spróbowałam więc raz
zrobić coś zupełnie inaczej.

Zaryzykowałam. Pojechałam tam,
gdzie zwykle nie jeżdżę. Zarwałam noc,
by poznać ludzi, zaśpiewać i zatańczyć.

Złamałam sztywny nawyk.

Wydarzenie było okupione stresem i
niepewnością. A jednak coś we mnie
odblokowało. Pojawiła się energia
i wielka radość z odkrycia nowego.

Czegoś nowego we mnie. 

Tego, czego w sobie nie znałam.
A jeśli znałam, to po prostu wyrzuciłam
na wyspę zapomnienia i negacji.

Teraz widzę, że każde nowe doświadczenie
i łagodne (a nie siłowe!) przesuwanie granic
stwarza całkiem nowe światy doznań i
tożsamości.

Dziś odważam się na więcej.
Boję się, ale robię.  Z ciekawości.

Żeby zobaczyć kim jestem.
DZIŚ.

Bo odkryłam, że to, co o  sobie
myślałam – wszystkie określenia, cechy,
i potrzeby to jedynie pył wspomnień.

Więc niekoniecznie
aktualna prawda o mnie.

A tą trzeba aktualizować,
jak oprogramowanie w komputerze.

Jeśli tego nie zrobimy, może okazać się,
że utknęliśmy w ciepłym błotku,
a życie poszło dalej.

Zacinamy się, powtarzamy
programy, które wcale nam nie służą, a
potem dziwimy się, czemu całe dobro nas omija.

CAM00500

Kiedyś myślałam, że wiem kim jestem.
Że wiem dokąd idę i jak mam cel.

DZIŚ idę tam, dokąd życie prowadzi.

To dla mnie przerażająca nowość.
Mimo wszystko, jestem ciekawa.

Ludzi. Zwierząt. Zjawisk.
Uczuć. I całego Wszechświata doznań
umysłowo – cielesnych.

Przede wszystkim siebie.

Bo nie jestem już tym, kim byłam
dziesięć lat temu.
Rok temu. Wczoraj.

Dziś, nawet jeśli mam plan, to zwykle
rozsypuje się w pył pod wpływem
nowych doświadczeń.

A po każdym rozsypanym planie,
i ja rozsypuję na drobne kawałeczki.

Niedawno bliski przyjaciel spytał:

-Czemu tak kurczowo powracasz do planu?
Może warto w końcu go puścić?

-Bez tego się rozsypuję – odparłam.

-Nie, nie ty – powiedział przyjaciel – Rozsypuje się
fałsz i nieprawdziwa tożsamość.

Miał rację. Ale mimo rozsypki,
coś jednak zostaje pośród pyłu
i zgliszczy. Czy wiesz co to jest?

Prawda o tobie.

Photo by Paweł Fijałkowski from Pexels

 

 

 

 

 

Dla tych, co chcą żyć wolniej