Taka jest cena życia w prawdzie

Czy potrafisz żyć w prawdzie?
Absolutnej, takiej która wymaga
bycia autentycznym w każdej sytuacji,
również wobec siebie?

Wydaje się, że to proste.

Bo przecież kłamstwa wymagają
kombinowania i wymyślania, a
prawda przychodzi łatwo. Czyż nie?

Otóż nie.

Prawda bywa bolesna.
Niewygodna.
Cierpka.
Niepoprawna politycznie.
Trudna do zaakceptowania.

W związku z tym czasem zrobisz
wszystko, żeby jej nie poznać.

W zasadzie, byliśmy karmieni nauką,
że prawda nie leży w naszym interesie.

Przez lata uczyliśmy się ukrywać,
koloryzować, upiększać i zwodzić.
Bo tak jest prościej i dzięki temu
wszyscy są po naszej stronie.

STOP. Ja tak nie chcę.

Jakiś czas temu, gdy tak skrzętnie
budowany (na piasku) dom rozpadł
się na kawałki, powzięłam decyzję, że
albo teraz albo nigdy.

Czas stanąć po swojej stronie.
Po stronie prawdy.

Przestać udawać.
Mówić, że lubię,
gdy nie lubię.

Mówić, że chcę,
podczas, gdy w ogóle nie
mam na to ochoty.

Uśmiechać się, gdy
w sercu smutek.
I hamować się, gdy
na usta ciśnie się muzyka.

Przez pół roku życia w prawdzie
sporo się o sobie dowiedziałam.

Ale również o innych ludziach.

Bo niektórzy wcale nie chcą, byśmy
byli w prawdzie. I zazwyczaj z
tych samych powodów, dla których
oszukiwaliśmy samych siebie.

Więc kiedy zaczęłam być absolutnie
szczera i mówić to, co myślę, odeszli
ode mnie niektórzy ludzie

Bo „FE! Kama, tak nie wypada!”

Nie wypada mówić, że cesarz jest nagi.
Róbmy jak zawsze. Przymykajmy oczy i
idźmy dalej!

Odeszła osoba.
A potem kolejna.

Ale przyszli też nowi ludzie.

Bardziej podobni to mnie.
Wrażliwi. Tacy, których główną
wartością jest życie w autentyzmie.

Mój wniosek jest więc taki, że
mówienie prawdy jest jak najlepsza
miotełka, która odkurza życie
z tego co, toksyczne i „nie nasze”.

Ale nie to jest najtrudniejsze.
Nie to, że prawda wymaga odwagi,
a wymaga nie lada.

Najtrudniejsze jest bycie
szczerym ze sobą.

Absolutnie, bez przekrętów,
i dopowiedzeń czy ubarwień.

Bez tych wszystkich malutkich oszustw,
które nakładają milion iluzji
na oczy i uszy.

Czasami życie stawia nam na drodze
kogoś, kto mniej lub bardziej
bezpośrednio pokaże nam gdzie jesteśmy
i czy wciąż żyjemy wg własnych zasad.

A przede wszystkim czy nie
mijamy się z prawdą. 

Czasem ten ktoś lub coś
pojawia się jak przebłysk.

Kilka dni temu tak miałam.

Spotkałam kogoś,
kto dał mi do myślenia.

Kto pokazał, że trochę się opuściłam
we własnym procesie.

Nic dziwnego, że narzekałam, że wszystko
tak wolno idzie – spojrzałam prawdzie
w oczy – ja po prostu stałam.

Bo wygodnie!

Bo się nie chce.
Bo boli.
Bo wymaga potu.

Ten ktoś pokazał, że „kleję” się
do starych schematów.

Że wpadam w mechanizmy, które wpadałam
przez dwadzieścia lat, zamiast w końcu
je zrozumieć i przepracować u podstaw.

W tej jednej chwili ujrzałam
własne odbicie.

Zobaczyłam jak bardzo potrzebuję zachwytów,
uniesień i ekscytacji. I jak często ich sobie skąpię.

Zamiast dawać je sobie sama,
wciąż zjadam cudze.

A te przecież są:
uwarunkowane,
przemijające,
nietrwałe.

Zrobiłam więc dwie rzeczy:
przypomniałam sobie zobowiązania
jakie podjęłam wobec siebie w sierpniu
ubiegłego roku. Spisałam je i raz jeszcze
odczytałam na głos.

A potem kupiłam sobie kwiaty.
Cały wielki bukiet żółtych tulipanów.

Z zachwytem, podziwem i szacunkiem
podziękowałam sobie za powolny
rozwój, który trwa siódmy miesiąc.

A przede wszystkim, za życie w prawdzie.

W stosunku do siebie, do innych ludzi
i do całego świata.

Wierzę, że to wierność sobie i swojemu sercu
jest jedną z najpiękniejszą z dróg. Bo tylko
w ten sposób masz szansę być z sobą
w prawdziwym kontakcie.

Czy wiesz co się wtedy dzieje?
Wszystko zaczyna do siebie pasować.

Mówię prawdę i wcale się przy
tym nie upiększam. Temu, co
brzydkie też pozwalam być.

Jeśli zdarzyło mi się skłamać,
żeby kogoś nie urazić, lub
żeby samej uszczknąć,
przynajmniej się przyznaję.

Nie da rady inaczej – zobowiązania
wobec siebie właśnie tak działają,
że gdy się mijasz z prawdą, to nagle
zaczyna coś mocno uwierać.

Od kilku dni znów się pilnuję.

Pomyślę, zanim powiem.
Wsłuchuję się w serce i pytam.

Czy to jest prawdą?

Wiesz co się stało? Świat odpowiedział
ludźmi, zjawiskami i „przypadkami”.

Spotykam ludzi z mojej bajki.
Z którymi rozumiem się bez słów.

Klik.

Znajduję się w miejscach, w których
mam być, choć sama nie wiem czemu.

A potem nagle wszystko się wyjaśnia!
I wiem już, że to, co się dzieje, jest przejawem czegoś
większego – jakiejś kosmicznej energii.

Wszystko zaczyna klikać. Pasować do siebie
idealnie i dzieje się to poza moją kontrolą.

Klik.
Klik.
Klik.

Oto nagle z niepasującego puzzla
staję się częścią ogromnej, misternej
układanki, którą Wszechświat
stworzył dla każdego z nas.

KLIK.

 

 

 

 

Reklamy

Przyjemności (z) ciała

Kiedyś traktowałam je jako
konieczny środek transportu.

W nieskomplikowany
sposób przenosiło mnie z
punku A do punktu B.

Jednak poza tym jednym plusem,
częściej zawadzało.

Bólem.
Napięciem.
Fizyczną brzydotą
(każdy ma coś w swoim ciele,
czego nie lubi lub się wstydzi).

Poza tym burczało w brzuchu
lub jeździło po jelitach w chwilach,
które wydawały się najmniej do tego
odpowiednie.

Bywało upiornie zmęczone.
Chore. Słabe, niewyspane.
ociężałe czy po prostu nie w formie.

Nadaktywne,
ospałe,
za grube,
za chude.

Zawsze było coś z nim nie tak.
Bo siłą rzeczy, nie szło go nie czuć.
Ja w każdym razie, czułam je zawsze.

I może dlatego, że tyle mu zarzucałam
przyjemność zawsze
była poza moim zasięgiem.

Bo przecież  przyjemność
wyraża się  przez ciało.

Ale i miłość i radość
błogość czy nawet duchowość.

Podoba mi się w jaki sposób o tych
wzajemnych powiązaniach
pisał Aleksander Lowen.

To on twierdził, że depresja
jest konsekwencją braku
odczuwania przyjemności.

A raczej brakiem umiejętności,
by na przyjemność sobie pozwalać.

I dlatego, tyle osób z depresją
wpada w sidła uzależnienia.

Bo coś, co potencjalnie ma
dawać przyjemność, daje ją
tylko peryferyjnie, pobieżnie…

Dlatego niektórzy piją, jedzą i palą.

Więcej i częściej. A potem jeszcze
więcej i jeszcze częściej.

Tak trudno dojść do prawdziwej
istoty i głębi przyjemności.

Tak trudno sobie odpuścić,
te całe napięcie.

Tak trudno pozwolić sobie
na poczucie w pełni.

Na puszczenie kontroli.

Na zatracenie się i ucieleśnieniu
słodkiej błogości.

Bo przecież to, co daje przyjemność
ma być tylko impulsem do odczucia tego,
do czego mózg i ciało są zdolne same.

Czy potrafisz odczuwać przyjemność?

Bo ja nie bardzo.
Jeszcze nie tak,
jakbym tego chciała.

A wszystko przez wieloletnią
separację od ciała.

Bo żyłam w głowie zamiast
żyć w sercu, biodrach,
brzuchu i dłoniach.

Dopiero od kilku miesięcy wyłapuję
przyjemność w ciele. To jest dla mnie
niesamowite odkrycie!

Lubię te przyjemne mrowienie
i pulsowanie w koniuszkach
palców u stóp i dłoni.

Oraz miłe ciepło w centrum brzucha,
które płynie w różnych kierunkach
i rozlewa się niczym łaskocząca fala po ciele.

Przyjemność kojarzy mi się
ze smakiem słodkim i z muzyką
w rytmie salsy.

Z mocnymi uderzeniami bębna,
czy z pewną wibracją, którą trudno nazwać.

Przyjemność i seksualność,
są rodzeństwem.

Dla mnie jednak seksualność to znacznie więcej
niż „odczucia genitalne” (cytat za A.Lowenem).

Seksualność to zdrowy apetyt na życie
i bycie w całkowitej integracji ze Wszechświatem.

To takie uczucie, że jest dobrze.

Że tak dobrze mi się
żyje w tej właśnie chwili.

Błogo.
Rozkosznie.
Luźno.
Spokojnie.
Bez napięć.
Bez lęku.
Bez kontroli.

Przyjemność to dla mnie
oddech, który wchodzi
aż do korzeni brzucha.

To wibracja, która przenika
cały świat i wtłacza w niego życie.

To siła życiowa.

Moc, która pozwala roślinom rosnąć,
ptakom świergotać a szczęśliwym
ludziom tańczyć.

Taniec.

I on może wyrażać przyjemność
oraz być jego źródłem.

Niczym fizyczne sprzężenie zwrotne,
które karmi i jednocześnie spożywa.

Uwielbiam patrzeć jak ludzie tańczą.

Byłam wczoraj na koncercie, na który
czekałam od pół roku.

I choć zapobiegliwie wybrałam
miejsce siedzące bojąc się, że
nie będę miała odwagi poruszać się
z rytmem muzyki, to jednak ciało samo
się wyrywało.

Tym razem go nie uciszałam.

Nie kazałam mu siedzieć w kącie,
niczym potulnej myszy.

Tańczyłam, nie myśląc o tym,
czy ludzie obok mnie oceniają.

To działo się samo.

A potem przez noc wszystko
mi pulsowało.

Chyba jestem na właściwej drodze.
Nie żebym była bardziej rozwinięta,
czy żebym odczuwała przyjemność
permanentnie.

Bo tak samo często odczuwam
błogość, co ból i fizyczne napięcie.

Różnica polega jednak na tym,
że nie odcinam. Nie uciekam.
Przeżywam.

Ucieleśniam.

 

 

 

 

 

Łatwo być szczęśliwym

Wielu ludzi nie może się nadziwić, że
w soboty i w niedziele wstaję o 5.30.

A ja uważam, że właśnie o takiej
godzinie najłatwiej być szczęśliwym.

O wczesnym poranku,
gdy słońce rozlewa
miodowe promienie na las i ulice
i gdy ludzki świat jeszcze głęboko śpi.

Może właśnie dlatego, chcąc wykorzystać te
ostatnie chwile ciszy las tętni  życiem,
śpiewem i miłosną muzyką.

Zwalniam.

W soboty nie muszę się śpieszyć.
I w soboty mogę być tym, kim naprawdę jestem.

W lesie, wśród przyrody, w ciszy, skąpana
śpiewem ptaków i zapachów rosy
to takie proste.

Być sobą.

Bez etykietek.
Bez imion i określeń.

Po zjedzeniu obfitego śniadania i wypiciu
kawy, gdy zegar z wieży kościelnej wybija siódmą,
wychodzimy z Luną na kilka godzin do lasu.

CAM00859

Idziemy bez planu przed siebie.

Czuję jak stopy miękko
stykają się z ziemią.

Dotykam łagodnej kory drzew,
będąc świadomą obfitości
tego leśnego życia.

Urzeka mnie ta naturalna cisza, 
która bierze się stąd, że człowiek wciąż śpi.

Nie zdążył wsiąść do auta, nie zdążył
jeszcze nakrzyczeć, zaśmiecić i ściąć,
zdenerwować się, zapalić i włączyć radia.

Wciąż śpi bezbronny w ciepłym łóżku,
nieszkodliwy. Spokojny. Prawdziwy.

Mimo to podczas wędrówek
zdarza się, że kogoś spotykamy.

Bywają psiarze, którzy z kompanami
na czterech łapach łykają świeże powietrze.

Bywają samotni wędrowcy, którzy
żwawym krokiem w stylu nordic walking
pokonują z kijami długie kilometry.

Bywają też marzyciele i długowłose
wiedźmy w brązowych spódnicach.

I choć czasem ze sobą
rozmawiamy, to jednak wszystkich nas łączy
wielka miłość do Matki Natury i potrzeba ciszy.

20190406_084226

Mijam kolejne polne rozwidlenie dróg.

Przystaję, bo słyszę dzięcioła.
Patrzę. Słucham.
I Luna też przystaje i słucha.

Jednocześnie czuję przyjemne mrowienie
w nogach, w palcach rąk i stóp i wiem, że
to jest właśnie to, czego wszyscy szukają.

Szczęście.

Stwierdzam wtedy, że ta sobotnia Kamila
znacznie różni się od tej poniedziałkowej

Że tamta rzadko odczuwa spokój
bo ten chowa się pod:

stresem
lękiem
smutkiem
napięciem.

Jak bardzo muszę udawać, żeby nikt
nie odkrył prawdy o mnie.

Że nie pasuję. Że się męczę.

Że praca w szklanym budynku
bez możliwości otwarcia okien
przy sztucznym świetle powoli
mnie zatruwa i zniekształca.

Zabiera sen.
Spokój. Ciszę. Uważność.

A w zamian narzuca tempo
i powierzchowne relacje.

W pracy zdarza mi się myśleć,
że jestem złym człowiekiem.

Bo tak innym.
Odstającym.

Nie umiem tam nawiązać relacji.

Bo przecież trudno otworzyć serce,
gdy wszystko w tobie do bólu napięte.

I gdy już wydaje mi się, że dłużej tego nie zniosę:

robienia rzeczy, które według
mnie nie mają wielkiej wartości, nagle…

przychodzi sobota. 

Czas, w którym wracam do formy
i miłej bo bezwysiłkowej lekkości.

20190406_084207

To dzień bez wiadomości, seriali, przemocy,
zakupów i muzyki.

To czas ciszy.
Wędrówek.
Bycia blisko z Naturą.

To czas świeżego powietrza.

Przytulania się do drzew.
Patrzenia na dzięcioły.

Czytania,
pisania i
wymyślania historii.

Sadzenia kwiatów, medytowania,
a czasami po prostu nic-nierobienia.

Znów siebie lubię.

I znów myślę o sobie dobrze.
Jestem szczęśliwa.

Jak łatwo to wszystko przychodzi:

Wśród wschodzących wiosennych krokusów.
Wśród smukłych buków, które puszczają pąki.

Wśród młodych listków wyciągających
główki do słońca. Wśród dzięciołów
szukających jedzenia.

Wśród trzmieli,
motyli, skowronków.

Gdy idę po ziemi pachnącej
kiełkującym życiem.

Wszystko wydaje się proste.
Nieskomplikowane.

Nagle bez trudu przychodzi mi
bycie dobrym człowiekiem.

A może zawsze nim jestem?

W dni wolne od pracy
zdejmuję z siebie maski.

Nagle znika napięcie,
Sztywność barków ustępuje lekkości
a tysiąc analiz rozwiewa się niczym mgła.

W soboty o poranku
tak zwyczajnie, po cichu….

JESTEM.

 

 

Urok małego. Ciasne ale własne

Całe życie marzyłam o domu z ogrodem.

Wiecie, takim jak w książkach
z gatunku”sielski obyczaj”.

Drewniany, ze spiczastym dachem.
Miał mieć kilka przestronnych pokoi,
piętro, dużą kuchnię i ceglany kominek.

Przy domu miał być ogród z warzywniakiem oraz
zagroda pełna przygarniętych zwierzaków.

siedlisko

Życie jednak potoczyło się
trochę inaczej.

I nie tylko życie, ale i myśli,
i poglądy i marzenia.

Wszystko ewoluowało i zmieniło się
o sto osiemdziesiąt stopni.

Dokonałam innych wyborów,
a niektórych zaniechałam.

Więc zamiast wielkiego domu na wsi,
mam  30-metrową kawalerkę w Sopocie.
Pachnącą lasem, gdy tylko otworzy się okno.

20190310_122843

Jak to się stało?

Zaczęło się od rozstania
i przymusu wyprowadzki.

Po raz dwudziesty trzeci
zmieniałam miejsce zamieszkania.

Byłam zmęczona.

Potrzebowałam wrosnąć gdzieś
korzeniami i poczuć się bezpiecznie.

Na początku miałam
wielkie oczekiwania.

Szkoda, że nie przewidziałam, że
to wszystko kosztuje 🙂

Bo owszem, były mieszkania,
które spełniały wymogi, ale:

za wielkie pieniądze, których nie miałam
albo w najgorszych dzielnicach Trójmiasta.

Najgorszych – bo daleko od centrum.

Ale zaraz zaraz…
Przecież chciałam z dala od miasta…
Czyż nie?

Jestem kobietą bez samochodu,
a pracę mam w mieście.

Dojazd autobusami w korkach
zajmuje godziny.

Poza tym, nie oszukujmy się.

Dzielnice na obrzeżach Gdańska
wciąż wyglądają jak plac budowy.

Zamiast lasu za oknem jest
wykarczowane pole, a na polu

wiercenie, stukanie i buldożery.

A w perspektywie
dziesięciu lat, nowi,
betonowi sąsiedzi.

Tak więc szukałam dalej.

I przebierałam w ofertach.
Och przebierałam okrutnie
i powiem wprost:

byłam zmorą dla pośredników
od nieruchomości.

Mieszkania blisko pracy, morza i
ukochanego parku były jak klitki bez światła.

Wchodziłam tam, patrzyłam na
mizerne okienko i wychodziłam.

„Podziękuję!” – mówiłam pośrednikom,
przerywając ich litanię zalet małego lokum.

Bo przecież pies musi widzieć świat.

Co to za życie, zostawać na kilka godzin
samemu w domu i nie móc widzieć świata?

20190330_101034

Bywały też mieszkania jak marzenie.
Duże i przestronne.

Ale zanim tam dojechałam z dwoma
przesiadkami to już wiedziałam,
że nie dam rady.

Bywały też mieszkania do generalnego
remontu. I ładnie urządzone kawalerki,
ale połączone z aneksem.

Bywały mieszkania przy samej ulicy.

Z dala od morza,
z dala od parków
z dala od lasów.

Miałam też chwile, w których myślałam, że
wrócę na wieś.

Widziałam tanie i duże
mieszkania w małych
kaszubskich mieścinach.

Mieszkania w starych bliźniakach,
z własnym zielonym zagonkiem.
Stare kamienice z wysokim sufitem
i z drewnianym tarasami.

I choć serce się wyrywało to
intuicyjnie czułam, że musiałabym
przeorganizować całe życie.

Dosłownie „całe”.

I ludzie tak robią,
ale u mnie…

Chyba jeszcze nie czas.

Aż nagle spędzając święta u rodziny
Włączyłam komputer.

Ogłupiona wiejskim powietrzem
i dobrym jedzeniem
zapomniałam przefiltrować ogłoszenia.

Więc zamiast „tylko Gdańsk”
wyszukałam mieszkania w kategorii
„całe Trójmiasto”.

I tak wyskoczyło mi okno:
„Zamieszkaj w Sopocie”.

Kliknęłam, bo nie szło nie kliknąć, gdy
zobaczyłam zdjęcie urokliwego miejsca
z widokiem na zielone drzewa.

Na jednym z parapetów zobaczyłam
posążek Buddy zdobiący parapet.

„To jakiś znak?”

Kolejne jeszcze bardziej utwierdzały
mnie w przekonaniu, że oto nagle
znalazłam nasz dom.

Nasz DOMEK.

Mały, bo 30 -metrowy. Ale miał
wszystko co chciałam.

Osobą kuchnię.
Francuski balkonik.
Okna wychodzące na południe-zachód.

Widok na las. Kwadrans pieszo do morza.
Drewniany parkiet. Cichą dzielnicę.
W końcu, bliskość to centrum i pracy.

20190402_083019

Zadzwoniłam.

Zapytałam, czy wciąż
aktualne.

I pełna determinacji
powiedziałam:

„Czy mogłabym zobaczyć je jako
pierwsza?”

Po prostu wiedziałam że do
jest nasz DOM.

A potem wszystko potoczyło się
bardzo szybko.

Nie zdążyłam się obejrzeć, a już po raz kolejny
pakowałam kartony i walizki.

Tym razem jednak z całkowitym
spokojem, radością i wyczekiwaniem.

Mieszkanie nie wymagało wielu pracy.

Póki co, tylko odmalowałam
i urządziłam po swojemu.

Wypełniłam własną energią.

Zazieleniło się w nim. Doszły rośliny.
Kiełki. Bazie. Zielone zasłony. Obrazy.
I mnóstwo książek.

Choć jest małe, to jest
w nim miejsce na wszystko.

I na zabawę z Luną.
I na jogę.
I na gości.

A do lasu mamy trzy minuty.
Na trasie spotykamy ptaki, dziki,
wiewiórki i borsuki.

Kiedy ktoś mnie pyta, jak się tu mieszka
odpowiadam, że…

jak w mini-leśniczówce.

Tak, owszem wyobraźnia
mi dopisuje. Ale jak to mawiała
Ania z Zielonego Wzgórza:

„Kiedy nie możesz mieć tego 
o czym bardzo marzysz, zawsze 
możesz nadrobić własną fantazją”.

Więc tak – mieszkam w swojej
małej betonowej leśniczówce.

20190331_163121

Pełno w niej ptaków
i kwiatów, i drzew.

Rano otwieram szeroko balkon.

Zamiast hałasu mam śpiew ptaków,
i zapach sosny, a słońce spędza
tu całe południa.

Nie mam wielkiego domu z ogrodem.
Ale mam swoje małe 30 metrów.

Taką skromną, ale urokliwą namiastkę
marzeń z dzieciństwa.

Bo przecież na tym polega szczęście.

Aby widzieć pozytywy i cieszyć się,
z tego co życie daje.

Przede wszystkim zaś być wdzięcznym,
a nie tylko żądać bez umiaru.

Wierzę, że spotkało nas to,
co mogło być najlepsze
na ten moment, na ten czas.

Leśniczówkę, drewniany domek
wieś i ogród wciąż mam w sercu.

Maluję je, piszę o nich,
i układam piosenki, zasilając
przestrzeń zieloną, liściastą energią.

Czy to nie jest ważniejsze niż
zewnętrzna manifestacja?

PS. Zdjęcie wiejskiej chaty pochodzi
ze strony:  http://www.siedliskosobibor.pl

 

Utracona żeńskość. Czyli dlaczego przestałam śpiewać

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i patrzyłam na nie wszystkie.

Każda inna.

I każda przyszła na Krąg
z inną jakością i własnym ciężarem.

Każda wnosiła coś, czego
nie miała ta obok.

Piękne.
Wysokie.
Niskie.
Szczupłe,
inne większe.

Niektóre miały włosy
splecione w misterne
koki i warkocze.

Inne z czupryną gęsto
okalającą ich twarz.

Niektóre włosy były w nieładzie, inne
gładko zaczesane.

Kobiety w sukienkach.
Kobiety w spodniach,
swetrach i bluzach,

Pofarbowane.
I siwe.

Dwudziestoletnie.
Trzydziestoletnie.
Czterdziestoletnie.

Siedziałam w swoim pierwszym
Kręgu Kobiet, bo czułam, że właśnie
nadszedł na to odpowiedni czas.

Bo przecież od dawna
stoję w miejscu.

I tęsknię.

Za własnym plemieniem.
Za relacją z inną kobietą.
Za kobietą w sobie wreszcie

Impas.

Tak nazwałabym ten czas
i miejsce w którym jestem.

Bezruch.

Choć pozornie dzieje się
tak wiele.

Utknęłam.

Prawda jest taka, że
nie mogę ruszyć od dawna,
choć przecież tak dużo robię.

Odkrywam nowe miejsca i ludzi.
Praktykuję. Medytuję. Oddycham.

Warsztaty,
książki,
wydarzenia.

A jednak – stoję.

I to co miało pomóc,
uwięziło.

Czuję to w ciele.

W permanentnych
napięciach mięśniowych.
Czuję to w otoczeniu.

Bo konflikty w relacjach
powracają boleśnie
niczym ciężki bumerang.

Nie akceptuję kobiety w sobie.
Nie akceptuję czułości.
A dzikość siedzi zamknięta w klatce.

Jestem po trzydziestce, a
nigdy nie pozwoliłam sobie na bycie
kobietą w pełni…

jedynie peryferyjnie.

Zaczęło się od mamy.
A mama niepewność wzięła
od babci. A mama babci szybko umarła.

Tak więc utworzył się pokoleniowy
łańcuch kobiet zagubionych, niepewnych,
agresywnych i wypierających.

Z utrąconą żeńskością, która w
krytycznych momentach nabierała
przykrych zniekształceń.

Mam trudne (żeby nie powiedzieć kiepskie)
relacje z kobietami.

Najtrudniejsza z relacji to ta
z kobietą we mnie.

Z tą, która chciałaby śpiewać
i krzyczeć, ale tego nie robi.

Bo”fałszuje”.

Z tą która kocha malować,
ale przecież szkoda czasu bo nie umie.

Kocham pisać, ale ile razy to już słyszałam
„Ale banał”? Nie zliczę. A wszystkie
krytyki chowałam głęboko w sobie.

Chyba najbardziej kobietą byłam
we wczesnym dzieciństwie.

Krzyczałam.
Wchodziłam w głębokie kałuże,
kąpałam się w jeziorach,
czego teraz nigdy nie robię.

Zmyślałam na poczekaniu znudzonym
koleżankom bajki. Tupałam nogą.
Wystawiałam podwórkowe spektakle.

I śpiewałam.

Śpiewałam. Śpiewałam.
Nie z głowy. Nie z nut. Ale z serca.

A potem przylgnęły do mnie
pierwsze programy.

Że nie potrafię.
Że nie wypada.
Że to brzydkie.
Że niebezpieczne.

Więc choć rosłam, to jednak
malałam wewnętrznie.

Z motyla transformowałam
się w szarą gąsienicę.

Coraz bardziej skrytą.
Zamkniętą.
Niepewną.
Lękliwą.

Tak. Czuję lęk.

Codziennie.
Teraz też, zwłaszcza gdy
wszystkie na mnie patrzycie.

Podniosłam wzrok.
Patrzyło na mnie trzynaście
par pięknych oczu.

Nieoceniających. Sprawiedliwych.
Kochających. Całkowicie tolerujących.

W każdej z nich przejrzałam się
jak w lustrze.

Jestem czuła.

Widzę to w kobiecie po lewej.
I jestem krzykliwa, a wiem to
od kobiety po prawej.

Płaczliwa.
Odważna.
Frywolna.
Zagubiona.
Przebojowa.
Gadatliwa.
Milcząca.

Już czas.

Już czas pozwolić odejść wgranym programom.
Już czas pożegnać hałas, którego się najadłam.

Odsiać moje od niemoje.
Sprawdzić.
Poznać.
Posłuchać.
I zobaczyć.

Zaśpiewać wstyd.
Zatańczyć miłość.
Namalować zagubienie.
Ugotować z radości.

Przede wszystkim wyjść z głowy
i żyć ciałem.Spełnić własny sen o
byciu sobą autentyczną.

W bólu i łzach.
W złości i szczęściu,
tak okrutnie nieidealną.

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i kochałam je wszystkie.

Chorujesz? Uważaj. Dla lekarza jesteś tylko maszyną z wadliwą częścią

„Epoka po antybiotykach będzie
oznaczała w praktyce koniec
takiej medycyny, jaką dziś znamy.

Zdarzenia tak banalne, jak angina lub
podrapane kolana, mogą znowu być,
jak przed laty przyczyną śmierci”

Dr Margaret Chan

Nie przydarza mi się to często.
Właściwie, nie przydarza
mi się to nigdy.

Ale przecież jestem tylko człowiekiem.
Silnym i słabym jednocześnie.

Zaczęło się od kilku dni bez snu.

Nie. Nie zarwałam nocy.

Po prostu miałam problem
z zapadnięciem w fazę NREM
która regeneruje cały organizm.

W efekcie tego, przez 72 godziny
byłam w stanie permanentnej czujności.

Jeśli dodać do tego stres związany z:
przeprowadzką,
meblowaniem,
podpisywaniem umów,
remontem,
i odwiedziny IKEI czterokrotnie,

nic dziwnego, że kilka dni później
obudziłam się z bolącym gardłem.

Trochę to ignorowałam, więc po kilku dniach
całkowicie straciłam głos.

Tej samej nocy, gdy z moich ust nie chciał się
wydobyć jakikolwiek dźwięk,
nie zmrużyłam oka do 4 rano.

Może głupio to zabrzmi, ale bałam się, że się uduszę,
lub  zachłysnę własną flegmą, która w nocy właśnie
postanowiła opuścić moje zatoki.

(Chór wzdycha! Wybaczcie tę dramaturgię)

Wiedziałam, że w takim stanie
nie pójdę do pracy.

Bo przecież nie spałam.
I nie mam głosu. I roznoszę zarazki.
Potrzebowałam lekarskiego zwolnienia!

Udałam się do publicznej przychodni
w której ostatnio byłam siedem lat temu.

Po wypełnieniu tysiąca druczków,
pod nadzorem burkliwej i najwyraźniej
nieszczęśliwej recepcjonistki weszłam
na piętro, żeby wysiedzieć swoje.

A tam wpadłam w depresję.

W poczekalni było trzydziestu ludzi.
Na ogół starsi, po 75-roku życia.

Smutni. Szarzy. Schorowani.
I z nadwagą.

Wyglądali dokładnie tak, jak wyglądała
ta pożal się boże postkomunistyczna przychodnia,
w której gumolit na podłodze świadczył o tym, że NFZ
lata świetności ma dawno za sobą.

Odrapane, brudne ściany i skrzypiące
drzwi, tylko jeszcze bardziej utwierdziły mnie
w przekonaniu, że jeśli chodzi o publiczną
opiekę zdrowia, to ich czas zatrzymał się w epoce Gierka.

A także „prozdrowotne” metody. 

Po odczekaniu trzech godzin w kolejce,
i wysłuchaniu litanii chorób pacjentów, którzy
najwyraźniej odwiedzają placówkę tak często,
jak ja warzywniak, nadeszła moja kolej.

-Pani Gulbicka? Zapraszam. 

Obyło się bez niespodzianek:

– Co to jest? – pytam lekarki,
która bez słowa wyjaśnień podsunęła mi
pod nos wydrukowaną karteczkę.

-Antybiotyk.

-Aha. Nie obędzie się bez?- pytam.
– Niestety. Z mojej strony to wszystko.
Do widzenia.

Nic dziwnego, że ludzie wciąż chorują. 

A jeśli nie chorują dosłownie, to coraz
gorzej się czują.

Gdybym co infekcję
łykała antybiotyki, moja zapadalność
na choroby też wynosiłaby 2-3 razy na rok.

Ale nie oszukujmy się.
Przyszłam tu tylko po L4.

Po wyjściu z przychodni, wsiadłam do SKM-ki,
która zawiozła mnie do Centrum Homeopatii.

I co za zmiana! 

Placówka była piękna, świeża, nowoczesna,
a w poczekalni siedzieli ludzie w kwiecistych
koszulach, którzy opowiadali dowcipy.

Recepcjonistka, z uśmiechem wskazała
mi miejsce, informując, że skoro się nie
zapisywałam, homeopata przyjmie mnie
na samym końcu.

I pyta przy tym, czy czegoś
mi trzeba? Może wody, ziół albo herbaty?

Po dziesięciu minutach z gabinetu
wyszedł lekarz.

Starszy, dziarski, szczupły, w kraciastej koszuli
i dobrze skrojonych dżinsach.

Uwagę
przykuły jego oczy.

Niebieskie. Duże. Żywe.
ŻYWE.

-Pani do mnie? – zapytał z uśmiechem.

-Tak. Ale nie zapisywałam się.
Pani w recepcji powiedziała, że
mam być ostatnia – wyjaśniłam.

-Dlaczego miałaby być pani ostatnia,
skoro pani już jest. Zapraszam – wskazał na
niebieski gabinet pachnący miętą.

(A może to był Amol?)

Nie będę Wam przytaczać
szczegółów całej wizyty.

Chcę tylko wskazać jak różne może
być podejście lekarza do pacjenta.

Ten człowiek mnie słuchał.

Patrzył w oczy. Uśmiechał się.
Wypytał o styl życia i aktywności.

I gdy na końcu dodałam że:
– Praktykuję jogę…- opowiedział mi
historię swojego życia.

O tym, jak w latach 60. wraz z dwójką
innych przyjaciół byli pierwszymi, którzy
propagowali jogę w Polsce.

I jak kilka lat później
napisał o tym doktorat.

I o tym, jak dzisiejsze podejście do jogi
różni się od tego sprzed kilkudziesięciu lat.

Z gabinetu wyszłam po trzydziestu minutach
z odręcznie wypisaną receptą na dwa leki
homeopatyczne, które wydała mi pani na recepcji.

Czy pomogły? 

Oczywiście.
Po trzech dniach
regularnego stosowania
poczułam się dobrze.

Owszem, jest jeszcze chrypka i kichanie,
ale zero skutków ubocznych, których
miałabym mnóstwo po antybiotykach.

Homeopatia, podobnie jak ziołolecznictwo,
ajurweda czy medycyna chińska traktuje
człowieka holistycznie, a więc jako organiczną całość.

Te metody mają ponad 2.500 lat i bazują na
zdolności organizmu do samoleczenia.

Medycyna zachodu natomiast, jest
gałęzią nauki, która wzięła swój
początek w XVII wieku.

Podąża za tęgimi umysłami: Kartezjuszem i
Newtonem, a więc traktuje
człowieka jak maszynę.

Naoliwić. Naprawić.
Zoperować. Wyciąć. Wstawić.

Podziękuję.

Nie twierdzę, że jest zła, bo w sytuacjach
nagłych jest często niezawodna.

Myślę jednak, że ludzie zbyt często
oddają odpowiedzialność za swoje zdrowie
w  jej techniczne zimne ręce.

I zamiast polepszać jakość życia,
tylko odwlekają chorobę.

Nasunęła mi się taka myśl.

Że zarówno w jednym jak i w drugim
gabinecie zostałam potraktowana
dokładnie tak jak powinnam.

Tzn. z zakładaną normą.

Lekarka NFZ odhaczyła mnie
na liście jako „załatwione”.

Przyszedł problem, odszedł problem.
Było chore gardło. Jest antybiotyk.

Zero rozmowy. Zero pytań. Zero kontaktu
wzrokowego czy zwykłego, ludzkiego ciepła.

W drugim przypadku otrzymałam nie tylko
zainteresowanie, ale również relację.

Taką, jaką powinien dać każdy człowiek
który zajmuje się medycyną holistyczną.

Widzę cię.
Słyszę cię.
Jesteś dla mnie ważny.
Pomogę ci zrozumieć problem.

Tak niewiele, a jednak tak wiele.
Różnica w podejściu, która bardzo
często przesądza o skutku.

Bo uwierzcie mi – to jak traktuje
nas lekarz też wpływa na rezultat leczenia.

Już słyszę te gromkie głosy przeciwników
starożytnej medycyny.

Że to zwykli hochsztaplerzy.
Że oszuści.
Naciągacze.
Znachorzy.
Że nie ma dowodów.
Że korzystają z naiwności.

Tak. Spotkałam się z takimi
zarzutami. I wiecie co myślę?

Że oszuści zdarzają się w każdej
profesji. Natomiast uprzedzenia do
całej gałęzi starożytnych metod leczenia
mogą wynikać tylko z jednego.

Z braku znajomości swojego ciała.
Z odcięcia od korzeni. Z życia w
betonowym świecie, do którego
Matka Natura nie ma wstępu.

Z braku intuicji w końcu.

Przyjdzie jednak dzień,
w którym Natura się o nas upomni.
Może poprzez chorobę czy ból.
A może poprzez śmierć (to na pewno!).

Jednak póki oddychamy, nie jest
za późno. Zamiast niszczyć to, co
w nas żywe, wsłuchajmy się.

Poczujmy.

Aż przyjdzie zrozumienie.
Ale nie poprzez logikę czy umysł.

Poprzez ciało.
Oddech.
Intuicję.

To najczęściej mieszka
prawda o nas samych.

Niezmyślona.
Ale zrodzona z korzeni przodków.
i każdej żywej istoty.

 

Pół roku bycia singlem. Co się zmieniło?

I oto nareszcie jesteśmy na swoim.

Po 24 życiowych przeprowadzkach.
Po mieszkaniu kątem u znajomych.
Po licznych wynajmach, kaucjach,
zwrotach i noszeniu kartonów w górę i w dół.

W tych wszystkich miejscach
zostawiłam po cząstce siebie.
Ale i urosłam o nowe zmiany.

W niektórych mieszkaniach
trochę zmądrzałam, a w innych
totalnie zgłupiałam.

Kochałam, związywałam się,
zrywałam i byłam porzucana.

Płakałam z bezsilności.
I skakałam z poczucia szczęścia.

Ale własne mieszkanie,
to nie tylko miejsce.
To również metafora nowego życia.

Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.
Brzmi banalnie, prawda? Niczym
wyświechtany tytuł noworocznego
artykułu w taniej gazetce.

Mimo to, użyję go raz jeszcze.
Dlaczego? Bo koniec z „nie wypada”.

A wiec. Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.

Kamila, która nigdy nie pozwalała
sobie na bycie w pełni sobą.

Bo nie wypada mieć 33 lat i skakać jak dziecko.
Nie wypada mieć za sobą kilku związków,
które niemal zawsze kończyły się tak samo.

Nie wypada mieć różowych kapci z Myszką Mickey
albo nie być pewnym co dalej.

Nie wypada…

Porzuciłam wypada i nie wypada/ trzeba i nie wolno.
I porzuciłam bycie w związku z drugim
człowiekiem. Nie dlatego, że bycie z kimś
jest złe lub męczy.

Porzuciłam potrzebę bycia z kimś na siłę,
co czyniłam często, bo
nie mogłam wytrzymać z samą sobą.

Nie szukam już potwierdzenia własnej wartości w cudzych oczach.
Nie utożsamiam własnego samopoczucia
od czyjegoś stanu emocjonalnego lub humoru.

Chcę być sobą. Taką, jestem.

Iść w kierunku, który dyktuje serce.
I nie musieć uznawać  kompromisów.

Egoistyczne? Wydaje mi się, że większym
egoizmem jest bycie z kimś, bo tak jest łatwiej.

Natomiast bycie singlem konfrontuje
z największymi lękami i
społecznym odrzuceniem.

Bo przecież można komuś
wybaczyć bycie samemu,
jeśli życie tak się ułożyło.

Ale samotność z własnego wyboru?,
To przecież trudno zrozumieć.

20190302_083349

Ileż to już razy usłyszałam:
„Nie martw się. Na pewno kogoś znajdziesz”.
A ja w ogóle się nie martwię. I co więcej,
nie potrzebuję nikogo znaleźć.

W marcu mija siódmy miesiąc odkąd jestem singlem
A przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy.

Przede wszystkim przestałam udawać.

Jestem tym, kim akurat się czuję.
Milczę, gdy nie chcę gadać.
Mówię NIE, gdy tak podpowiada serce.
Z szafy wyrzuciłam to, czego nigdy nie lubiłam nosić.

Dziś królują dżinsy, dżinsy, jeszcze więcej dżinsów
i zabawne t-shirty.

Bo nic nie muszę.

Z rozbawieniem natomiast obserwuję
tańce godowe koleżanek, które widząc
WOLNEGO chłopaka zaczynają
swoje małe erotyczne gierki.

Z dnia na dzień pogłębia się makijaż,
szpilki zastępują trampki, a krótka
sukienka jest obowiązkowym dress codem
niezależnie od pogody.

Patrzę z rozbawieniem i współczuciem.
Bo sama tak robiłam.

Zauważy mnie – och a więc jestem coś warta.
Nie uśmiechnie się, wpadam w depresję, bo
najwyraźniej jestem NIKIM.

Jak dobrze, że mam to za sobą.
Dziś nikogo nie szukam. Opuściłam
to Wesołe Miasteczko, w którym
rollercoaster króluje ponad innymi.

A skoro nie szukam, to nie muszę:

wychodzić z siebie, udawać, przymilać się,
potakiwać, przebierać się, wytrzymywać,
starać się, analizować i zamartwiać
wyimaginowanymi problemami.

Ufff.

Natomiast mogę wszystko inne.
Sama lub z kimś.

Teraz, w sobotę rano wstajemy skoro
świt i wychodzimy z Luną na
kilkugodzinny spacer po plaży.

Nie mam na sobie
grama podkładu ale piękną różową czapkę,
w której wyglądam jak dziki skrzat.

20190302_083401

Czy nie czuję się nie do pary?
Czy nie brak mi relacji?

Przecież mam ich mnóstwo.

Rodzice, pies, przyjaciele, znajomi, nowi sąsiedzi.
I nawet obcy psiarze, których mijamy na plaży.

Jestem tego częścią. Pojedynczą nitką
w pajęczej sieci innych pojedynczych nitek.
Lub inaczej – idealnie pasującym puzzlem
układanki zwanej ŻYCIEM.

Rozglądam się po moim małym
30-metrowym mieszkaniu.
Jeszcze nie wszystko gotowe.

Nie mam karnisza, akwarelowe obrazy
stoją na ziemi, a parę rzeczy
wciąż trzymam w kartonach.

To, co jednak wyróżnia
mieszkanie na tle pozostałych, to
przestrzeń.

Zero gratów, śmieci
i niepotrzebnych bibelotów.

I tak samo zaczyna być w duszy. 

Opuściłam „świat związków” by
znaleźć przestrzeń. Własne kolory,
tożsamość, uczucia i przedmioty.

By to kim jestem nie było pożyczone
lub przejęte, ale własne.
Przeżyte. Zrodzone ze mnie. Moje.

 

 

Dla tych, co chcą żyć wolniej