(Bezbronne) boginie w każdej kobiecie

Kiedy po raz pierwszy otwierałam książkę
Jean Shinody Bolen „Boginie w każdej kobiecie”
nie sądziłam, że rozdziały o bezbronnych boginiach
jakkolwiek mnie poruszą.

W końcu nie jestem zależna od kogokolwiek.

A jednak. Podróż z jedną z nich
zrobiła na mnie ogromne wrażenie
i sprawiła, że odnalazłam w sobie jakości,
których wcześniej dość skutecznie się wypierałam.

Dziś przedstawię Wam moją perspektywę
na boginie zależne/bezbronne. A więc
takie, których osią przewodnią życia
jest relacja z drugim człowiekiem.

Są to: Hera, Demeter i Persefona.

Nie sądźcie jednak, że określenie
„bezbronne” sprawia, że to typ słabych kobietek.

Owszem, są bezbronne, ale wobec
własnych emocji, które bywają silniejsze
niż zdrowy rozsądek i trzeźwe myślenie.

Zazdrość i przywiązanie
mają władzę nad Herą.

Bezwarunkowa miłość, potrzeba troski
i tęsknota to domena Demeter.

A lęk, niepewność, introwertyzm i skrytość
to cechy jej córki, Persefony.

BOGINI HERA

20191205_102956

Często na spacerach z Luną spotykamy
znajomych, którzy mają sympatyczną suczkę.
Zaskoczyło mnie, że dali jej na imię Hera.
Coś mi nie pasowało. Bo ten miły border-collie
jest uosobieniem ciepła i łagodności.

Zupełnie inaczej niż Hera.

Z tą boginią zawsze miałam negatywne
skojarzenia. Bo to zazdrośnica. Kobieta
niebezpieczna i mściwa.

Ona nigdy nie przebiera w środkach, jeśli jej związkowi
zagraża inna kobieta. Gotowa jest posunąć
się do wszystkiego, żeby pozbyć się rywalki.

Hera to archetyp żony. To kobieta, dla
której sensem życia jest pełnienie roli
oddanej i zjawiskowej u boku również
reprezentatywnego partnera.

Może mieć dzieci, ale nie musi.

Macierzyństwo bowiem nie jest
dla niej tak istotne jak instytucja małżeństwa,
która sama w sobie jest największą nagrodą.

To przecież jej tożsamość.

To kobieta, która gdy mówi „ja”, zawsze
myśli „my”. Ja i mój mąż. Podejmę decyzję,
gdy poznam opinię męża.

Na swojej drodze spotkałam kilka Her.
Przerażały mnie. Przerażało mnie ich zaślepienie
i absolutna koncentracja na mężczyźnie. Tak jakby
bez mężczyzny u boku nagle miały stać się przezroczyste.

Miałam na studiach kilka koleżanek
o tym archetypie. Ich największym marzeniem
było „dobrze wyjść za mąż” aby zostać ozdobą jakiegoś
zaradnego, przystojnego mężczyzny.

Kochały bajki i filmy romantyczne
z happy-endem. A gdy chłopak im się
oświadczył, przedstawiały ten fakt,
jakby właśnie weszły na Mount Everest.

Młode Hery zawsze były dobrymi
koleżankami pod warunkiem, że obok
nich nie siedział partner.

A jeśli siedział, to nagle z przyjaciółek wchodziły
w rolę rywalek. Przylepiały się do partnera niczym
bluszcz, jednocześnie nie spuszczając
oka z potencjalnych zagrożeń.

Kiedy myślę o Herze współcześnie,
to widzę przede wszystkim Nancy Reagan,
żonę dawnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Czy wiecie, że rozpoczynała karierę jako
utalentowana aktorka, ale rzuciła to,
by pełnić funkcję małżonki
znanego człowieka?

Kiedy o tym myślę, to pojawia się
we mnie jakiś smutek – wrażenie
niezrealizowanego ludzkiego potencjału.

Bo przecież, gdy uzależniamy swoją wartość
od drugiej osoby, to tak jakbyśmy budowały zamek
na mokrym piasku. Wystarczy jedna większa fala,
by zmyła budowaną przez lata tożsamość.

BOGINI DEMETER

20191122_102824

Już na samą myśl o niej robi
mi się miło, miękko i łagodnie.

To Kobieta Matka, która kocha dzieci
i ma potrzebę opiekowania się innymi.

Nie tylko o swoimi dziećmi, ale również cudzymi
– wszystkimi istotami, które potrzebują
otwartego serca, życzliwości i miłości.

Gdy ją sobie wyobrażam to widzę Matkę Ziemię.

Gaję. Bogini Płodności. Naturę. Żyzną glebę.
Kobietę o pełnych kształtach, grubych włosach
w długiej, kwiecistej sukience.

Demeter to kobieta świadoma
cykliczności, zwierząt, roślin, ludzi i ziemi.

Jest boginią, która wie, że zarówno
narodziny i śmierć, jak i wzrost oraz stagnacja
to zawsze dwie strony jednej monety.

To kobieta-bodhisattwa, a więc
ta, która przede wszystkim dba
o cudze potrzeby.

Kocha bezbronne istoty, bo dawanie jest
jej naturalnym przymiotem.
Kobieta-schronienie i kobieta-dom.

Sprawdza się w zawodach opiekunki,
przedszkolanki, nauczycielki,
pielęgniarki czy zastępczej matki adopcyjnej.

Bo Demeter bez innych usycha.
To żywicielka i piastunka.

Nasza kultura przedstawia ją jako Matkę-Polkę,
której wszyscy wchodzą na głowę. Ale czy na pewno?

Moim zdaniem polski model Demeter, który
wyrósł na patriarchalnym gruncie
jest skrajnym i przejaskrawionym mitem.
Przede wszystkim jest daleki od prawdy.

Dla mnie Demeter jest silną kobietą.

Widzę w niej wszystkie żywioły, ale
przede wszystkim stabilność, mądrość i moc ziemi.

Demeter to kobieta przemiany, której nic
co ludzkie nie jest  obce. Wie, że to co
przyszło musi także odejść, dlatego akceptuje
młodość jak i starość.

Mitologia przedstawia ją  jako matkę,
która traci zmysły z tęsknoty za porwaną córką.

A że jest kapłanką przyrody to
i ona wpada w rozpacz.

Pola przestają dawać plony, ziemia wysycha,
drzewa obumierają i nie rodzą owoców.

Mnie jednak bardziej zaciekawiło to,
co wydarzyło się później
– po okresie matczynej żałoby.

Bo przecież przyszedł moment przełomowy.

Demeter po uznaniu, że wylała z  siebie wszystkie
łzy postanowiła  wrócić do życia.

A że życie dla niej to troska o innych,
zatrudniła się w pałacu  Keleosa i
Metanejry, do opieki nad ich dzieckiem.

W ten sposób umożliwiła swoim
naturalnym właściwościom znów się
przejawić, a matczynej energii płynąć swobodnie.

Bardzo mi do niej blisko.

Kiedy rozglądam się po moich
koleżankach, to widzę jak wiele jest
ich w moim życiu – kobiet Demeter.

Ciepłych, serdecznych, empatycznych,
wrażliwych i otaczających uwagą.

Takich, które nie odwrócą wzroku, gdy zobaczą
chorobę i brzydotę. To kobiety o mocnych nogach.
Dobrze ukorzenione i twardo stąpające po ziemi.

Gdy myślę o współczesnych kobietach Demeter,
to widzę:

Annę Dymną,
Emily Watson
Edytę Pazurę,
czy Danutę Wałęsę.

Nie ma ich zbyt wiele w show-biznesie,
bo to przecież nie ich bajka.

Mimo to robią rzeczy głośne i wielkie. Tworzą
fundacje, zbierają pieniądze na schroniska,
organizują akcje pomocowe i gale charytatywne.

Te kobiety są jak cicha przestrzeń.

Niejednokrotnie robią więcej niż
inni, ale świat o nich zapomina – bo
nie dopominają się o nagrody czy oklaski.

Wystarczy im czyjś życzliwy uśmiech
i poczucie, że są pożyteczne.

BOGINI PERSEFONA

20191207_160709

Archetyp córki, zależnej dziewczyny,
córeczka mamusi. Grzeczna, podporządkowana,
która godzi się na wszystko, co akurat przychodzi.

Bardzo często prosto spod bezpiecznych skrzydeł
matki wpada pod skrzydła męża, który pragnie
mieć ugodową i posłuszną małżonkę.

Żaden z mitycznych archetypów
nie wzbudził we mnie tylu sprzecznych
uczuć i … obrzydzenia, co ten.

Jednocześnie też zdałam sobie sprawę, że
skoro tak silnie reaguję na jakąś postać, to
nie mam innego wyjścia, jak tylko bliżej się jej
przyjrzeć.

Bo skoro „coś” budzi odrazę, to znaczy, że
zostało zepchnięte do cienia, wyparte.

Persefona nie jest czarno-białym
archetypem. Spójrzmy na mit.

Niewinna dziewczyna
zostaje uprowadzona do Hadesu, a
więc świata śmierci, mroku i podziemi.

Kojarzy mi się to z naturalnym cyklem
kobiety, która przynajmniej kilka razy w życiu
udaje się na psychiczne, ale bardzo żyzne dno.

Hades to chwilowe wycofanie się z
życia i relacji.

To schowanie się w półmroku,
aby przetrawić coś ważnego i
doświadczyć duchowej transcendencji.

To medytacja. Introspekcja.
Potrzeba izolacji i samotność.

Hades to również świat wrażliwców,
i tych, którzy pełnią rolę medium – pośrednika
między życiem a śmiercią, między ciemnością
a światłem, między duchem a materią.

Znam te stany jak nikt.

Bo będąc jedynakiem, wielkim wrażliwcem
i introwertykiem w wybitnie ekstrawertycznej
rodzinie ucieczki do Hadesu były moim jedynym
sposobem na przetrwanie.

Niczym Alicja uciekałam w mityczny świat
Krainy Czarów, by znaleźć przyjaciół.

Jak Piotruś Pan wymyślałam sobie
dobre wróżki, skrzaty i duszki, by mieć
w kimś oparcie. By uciec od szarej rzeczywistości.

Więc dziś widzę Persefonę trochę inaczej
niż przedstawia ją mitologia. To bogini
introspekcji i intuicyjnej mądrości.

To kobieta, która ma dostęp do stanów,
które dla ludzi dostępne są tylko
po psychodelikach albo hipnozie.

Ale żeby nie było tak kolorowo.

Bo skoro Persefona nie potrafi o siebie zadbać
w zewnętrznym świecie, to znaczy, że bywa
wykorzystywana przez manipulatorów.

Łatwo ją oszukać, bo sama chętnie
zakrywa oczy zasłoną iluzji.

I dlatego bywa wykorzystywana. Wybiera
niewłaściwego partnera, niewłaściwą pracę
i nie dostrzega fałszu, który dla innych jest
widoczny na pierwszy rzut oka.

Persefona kocha fantazję.

A gdy wejdzie w nią za bardzo, może już
nie wrócić do rzeczywistości.

Dlatego mawia się, że to typ kobiet, które
doświadczają psychoz, neuroz
i głębokich stanów depresji.

Bo Hades to również smutek, lęk,
brzydota i spowolnienie. A więc
wszystko to, od czego normalny
człowiek odwraca oczy.

Gdy myślę o słynnych Persefonach
to widzę artystki:

Sylvię Plath,
Virginię Woolf
czy Marilyn Monroe (która, choć medialnie
przedstawiana jako Afrodyta, była dla mnie
istnym ucieleśnieniem mitu o Persefonie).

Jak Ty to widzisz Kobieto?
Czy utożsamiasz się z którąś z bogiń?
Czy odnajdujesz cechy wspólne?

Często, jeśli nie wiemy którą boginią jesteśmy,
wystarczy spojrzeć na otoczenie. Czego jest
dużo? Jakimi ludźmi się otaczasz?
Co przychodzi ci łatwo? Jak spędzasz czas?
Co Cię niepokoi, a co daje siłę?

W kolejnym poście opiszę ostatnie boginie.
Będą to boginie alchemiczne: Afrodyta i Hekate.

Boginie w każdej kobiecie. Sprawdź, którą jesteś!

Po ostatnim poście o archetypach
dostałam od Was mnóstwo wiadomości.

Pytałyście, czy pożyczę Wam książkę,
gdzie można ją kupić i kim jest autorka.

Prosiłyście też o informację na temat
innych bogiń, o których w poście nie napisałam.

Tak oto narodził się pomysł na szczegółowy artykuł
o boginiach w każdej kobiecie.

Najwyraźniej identyfikowanie się
z archetypami jest nam bliskie i pozwala
przejść konkretny proces indywiduacji.

Może dlatego, że archetyp to tożsamość zmienna.
Możemy go ubrać jak piękną sukienkę,
a potem odłożyć do szafy i przymierzyć coś
zupełnie innego – bo nas pociąga, albo niepokoi.

Co ważniejsze – z konkretnym archetypem nie musimy
identyfikować się przez całe życie, nie ma też takiej potrzeby.

Mityczny archetyp to doskonała persona
na chwilę obecną. Czasem towarzyszy nam
przez tydzień, niekiedy przez miesiąc, czy rok.

Bo przecież zmieniamy się.

Tak jak nasze nastroje, role, pragnienia
i potrzeby, tak i my ewoluujemy, rośniemy,
a czasem się kurczymy do środka.

W zależności od nastroju i emocji
w jednej chili możemy czuć się
waleczną Artemidą, by na drugi dzień
z łatwością odnajdywać w sobie cechy Hestii.

GRECKIE BOGINIE

Zacznę od tego, że autorka książki
„Boginie w każdej kobiecie” (Jean Shinoda Bolen)
jest  psychoanalityczką i przyjaciółką Clarissy
Pinkoli Estes, autorki „Biegnącej z wilkami”.

Obie panie wywarły na siebie duży wpływ, choć
Jean Shinoda Bolen napisała książkę znacznie wcześniej.
Pinkola natomiast korzystała z jej prac,
pisząc swoje baśniowe opus magnum.

„Boginie w każdej kobiecie” zrobiły
furorę w latach 80. i 90.

Potem wielokrotnie byłe wznawiane przez
światowe wydawnictwa psychologiczne, bo
po 35 latach od daty premiery nic nie utraciły
na swojej aktualności. Na tym polega potęga mitu.

Autorka „bogiń” podzieliła je trzy kategorie:

1. Dziewicze/Samotne/Niezależne
2. Zależne od innych/ Bezbronne
3. Alchemiczne/Inicjujące przemianę

Dziś napiszę o tych pierwszych.
Należą do nich: Artemida, Hestia i Atena.

Z tym typem kobiet, zawsze najłatwiej było
mi się identyfikować, bo nie potrzebowały
do życia mężczyzn. A już na pewno nie
określały swojej wartości przez pryzmat
bycia w związku lub nie.

Jeśli kiedykolwiek spotkasz kobietę,
która powie, że „mężczyzna jest jej
potrzebny tak jak rybie rower”, to wiedz
że masz do czynienia z Artemidą, Hestią lub Ateną.

BOGINI ARTEMIDA

20191201_111909

Świat filmowy z uwielbieniem
korzysta z archetypu silnej,
odważnej i walecznej kobiety.

Bo Artemida to wzór epickiej bohaterki.
Walczy o siebie, skupia się na celu niczym
światło lasera, jest nieustraszona i pełna mocy.

Diana z filmu „The Wonder Women”
była wzorowana na Artemidzie.
Podobnie jak Xena, wojownicza księżniczka,
Animowana Merida Waleczna czy Lara Croft.

Kochałam je wszystkie, a moje serce zawsze
mocniej biło, gdy widziało je na ekranie.

Ale to nie tylko wojowniczki, które
chodziły z mieczem u boku.

To również aktywne feministki, które biorą udział
w marszach na rzecz równości kobiet.
To one stukały parasolkami w okno
Piłsudskiego domagając się praw wyborczych.

Współcześnie organizują Czarne Protesty,
Kongresy Kobiet i Marsze Równości. To idealistki.

Ich dominującą emocją jest gniew, który
o ile jest dobrze przekształcony bywa energetycznym
paliwem, który napędza do działania.

Artemida jest aktywna, ciekawa świata,
zdeterminowana i przebojowa. Kocha
zwierzęta i naturę, oraz wspiera siostrzeństwo.

W greckiej mitologii przedstawiano ją z łukiem i strzałą,
co oznacza, że jeśli postawi sobie jakiś cel,
zawsze go osiągnie.

Lubi dzieci, ale starsze – takie, z którymi
można się pobawić. Sama natomiast
często bywa bezdzietna z obawy
o utratę niezależności – kocha przecież
wolność i autonomię.

Jeśli myślę o znanych
Artemidach, to widzę:

Martynę Wojciechowską,
Beatę Pawlikowską,
Maję Włoszczowską,
Elżbietę Dzikowską.

BOGINI HESTIA

20191201_111820

Bardzo mi bliska. Od zawsze
intuicyjnie czułam, że jestem
przede wszystkim nią.

Kobietą Domowego Ogniska.

I choć czasem życzyłabym sobie mieć
więcej cech Artemidy, to jednak zawsze szala
zdecydowanie przesuwała się w stronę Hestii.

Hestia to spokojna, cicha i niewidzialna
bogini. Introwertyczka, której nadrzędną
wartością jest skupienie do środka.

Hestia nie wyobraża sobie życia bez
medytacji czy kontemplacji duchowej,
a wszystko czym się kieruje ma
pomóc jej w rozwinięciu Jaźni.

W mitach zwykle przedstawiano
ją jako okrągłe  palenisko w środku świątyni.

To kapłanka, wiedźma i stara kobieta.

Ona nie potrzebuje być w centrum uwagi.
Jest małomówna, nad wyraz ceni ciszę i
rytuały. Hestia to bogini wszystkich mniszek
i kobiet, które traktują dom jak świątynię.

Poznasz ją po tym, że w jej domu
zawsze jest posprzątane, upieczone,
ozdobione i dopieszczone.

Ma zioła w doniczkach, mnóstwo
książek i kocha zwierzęta.

Gdy zaprosi Cię do siebie, wiedz, że zadba
o ciebie z miłością, ciepłem i życzliwością.
Obejmie cię uwagą i wysłucha przy herbacie.

To kobieta, która wyznaje zasadę „Hygge”.

Ma być ciepło, przyjemnie i bezpiecznie.
Jej dom bywa schronieniem od zgiełku świata
i bez problemu przeznacza na to pieniądze.

A to dokupi kwiatka.
A to ciepły koc, obraz na ścianę
czy pachnące olejki i świece.

Nie sądźcie jednak, że to typ „domowej kury”.
Hestia jest bardzo samodzielną boginią.
Kocha samotność, a dbanie o dom jest
dla niej jak praktyka mindfulness.

Robi to z radością i zaangażowaniem,
a prace domowe pomagają jej w
kontemplacji chwili obecnej.

To kobieta, w typie „dobrej ciotki”,
która zawsze chętnie cię wysłucha,
otuli kocem, nakarmi ciastem i pyszną kawą.

Bywa słuchaniem, ciepłą obecnością
i żywą, serdeczną uwagą. Jest przy tym
nieabsorbująca, czasem niedostępna,
bo skierowana do siebie.

Jest jak przestrzeń.

Gdy myślę o Hestii, to wyobrażam sobie:

Pemę Cziedryn,
Olgę Tokarczuk,
Grażynę Błęcką-Kolską
czy Emily Dickinson.

Historia i filmy często ją pomijają, bo nie jest tak zjawiskowa
jak Artemida. Pamiętajmy jednak, że to
bardzo wrażliwa i mądra kobieta, która wie.

A kobieta, która wie, nigdy
nie musi rozpychać się łokciami.

BOGINI ATENA

20191201_111838

Zawsze fascynowało mnie jej zimne jak
lód oblicze i ciężka zbroja na ciele. Jako
dziecko lubiłam czytać o niej w mitach, bo…
przypominała chłopaka w spódnicy.

I tak właśnie można byłoby ją określić.

Bo Atena jest kobietą, która uwielbia
mężczyzn tak bardzo, że często ich naśladuje.
Cechuje ją logika, racjonalność, konkret,
rozsądek, przedsiębiorczość i zadaniowość.

Atena to współczesna bizneswomen, która
pnie się w górę po wszystkich szczeblach kariery.
Ale bywa też oschła i niewrażliwa jeśli chodzi
o ludzkie uczucia, bo sama bywa od nich odcięta.

Atena to profesjonalistka,
perfekcjonistka i organizatorka.

To, co odróżnia ją od Artemidy to
brak impulsywności, zakotwiczenia
w ciele i zgoda na patriarchat.

Podczas, gdy Artemida często poświęca życie
na walkę o równouprawnienie, o tyle Atena
naprawdę sądzi, że mężczyźni są lepsi. Przyjaźni
się z nimi, choć często czuje się gorsza.

Ale Atena to również błyskotliwa inteligencja,
umysł ścisły i wielkie ambicje.

To kobieta, która z powodzeniem realizuje cele
i dąży „po trupach do celu”. Lubi konkrety i
jasne komunikaty.

Ateny często zostają politykami, bo lubią władzę.
Bywa też, że zaciągają się do wojska lub innej służby
publicznej, która wymaga nerwów jak ze stali.

Jeśli myślę o Atenie, to widzę:
Angelę Merkel,
Królową Elżbietę,
lub Beatę Szydło.

Czy odnajdujesz się w którejś z nich?

Czuję, że mam w sobie ok. 70% Hestii
i 30% Artemidy. Ale bywają też dni,
gdy dostrzegam w sobie Demeter
czy Persefonę, choć rzadko i na chwilę.

Myśl o tym, jak dużo mam w sobie Hestii
przyszła do mnie, gdy pojawiła się nadwyżka
pieniędzy. Zupełnie zapomniałam, że chciałam
wyjechać do Meksyku.

Zamiast odłożyć pieniądze na konto kupiłam
duży kwiat doniczkowy, książki i piękną skandynawską
girlandę z lampek. „Żeby w domu było miło”.

Najwyraźniej Artemida jest młodszą siostrą
Hestii i dopiero dojrzewa, nie domagając się
jeszcze równych praw czy uznania.

W kolejnym poście zamieszczę informacje
o boginiach zależnych i bezbronnych,
a więc takich, dla których relacja z drugą osobą
jest centralną osią jej życia. Będą to:

Hera, Demeter i Persefona.


Główne zdjęcie:  Joy Marino from Pexels

Demeter, Hestia i Artemida. Boginiczne archetypy w każdej kobiecie

Listopad to ważny czas
dla mnie i dla Luny.

Bo dokładnie trzy lata temu
zaczęła się nasza wspólna wędrówka.

Pies odnalazł człowieka
i człowiek odnalazł psa.

Pamiętam, że to był deszczowy dzień.
Gdańskie schronisko tonęło w błocie.
W „Promyku” było mnóstwo ludzi:
wolontariusze, dzieci i szkolne wycieczki.

Decyzję o wzięciu psa ze schroniska
podjęliśmy z Michałem kilka tygodni
wcześniej, po naszym kolejnym rozstaniu.

Może psiak miał nas scalić? A może
to ja intuicyjnie wiedziałam, że albo teraz,
albo nigdy? Bo przecież mam dom. Są dwie
wypłaty, a każde  z nas pragnęło czułości,
której ta druga osoba dać nie mogła.

Dopiero po trzech latach zdałam sobie
sprawę, że przemawiał przeze mnie
instynkt macierzyński – archetyp Demeter,
który domagał się matkowania i opieki nad kimś.

Lunka

LUNA

Siedziała sama w dużym boksie.
Samotna, wyprostowana, dumna, ale
na dystans. Prawdziwa wilczyca.

Spojrzałam w jej piękne, mądre oczy.

Nie musiałam nic mówić – natychmiastowo
podeszła do kraty boksu. A ja, mimo
ostrzeżeń kierownika włożyłam
dłoń przez siatkę, żeby ją dotknąć.

Wtedy poczułam, że dalsze chodzenie
po schronisku przestało mieć sens.

„Ten psiak czekał na mnie”, pomyślałam.

Luna. Mój cudowna księżycowa istota, która
kocha ludzi, zwierzęta i pieszczoty.

Od tamtej pory byłyśmy razem.

Luna wyciągnęła mnie z depresji, zaktywizowała,
dała radość i przywróciła Matce Naturze, od której
odcięta byłam przez lata.

Dzięki niej odlazłam w sobie miłość.

Wcześniej wydawało mi się,
że nie potrafię kochać czy dawać.
Luna szybko to zweryfikowała.

Odnajdywałam wesołość i siłę tam, gdzie
wydawało mi się, że na próżno ich szukać.

DOROSŁY/DZIECKO

Nauczyłam się być dorosła – odpowiedzialna
i zaangażowana – zwłaszcza po rozstaniu, kiedy
wszystko musiałam robić sama:

Poranne siku z psem, śniadanie, wyjście do
pracy, zakupy, powrót z pracy, długi spacer, gotowanie,
zabawa i poświęcanie uwagi psiakowi, medytacja,
pisanie, nocny spacer…

…a po drodze jeszcze rachunki,
dbanie o relacje z ludźmi, sprzątanie etc.

I paradoksalnie, to ona pomogła mi
odnaleźć drogę do mojego wewnętrznego dziecka,
które całe życie uciszałam, karciłam
i na nie krzyczałam. Tak działa obecność zwierząt.

Widzimy w nich nasze małe „ja” które
pragnie zabawy, dotyku, czułości.

Przemawiając łagodnie do Luny wybaczałam sobie
wszystko, co było do przebaczania. Zaczęłam
traktować się życzliwie i z większą uważnością.

A gdy psiak był niespokojny i zachowywał się
głupio, czułam że pod spodem są duże emocje:

lęk,
niepewność,
gniew,
rozczarowanie.

Zamiast krzyczeć „przestań”, zniżałam się do
poziomu Luny, patrzyłam w jej oczy i mocno
przytulałam mówiąc, że wszystko będzie w porządku.

I w ten sam sposób przemawiałam do małej Kamy,
która rozbiła kubek, burknęła na koleżankę,
i nie odbierała telefonów. „Czego się boisz?”,
pytałam wtedy i mocno okrywałam się kocem.

czap1

POTRZEBA DOTYKU

Moje doświadczenie podpowiada mi również, że
zwierzaki karmią nas ciepłem i dotykiem,
niewiele oczekując w zamian.

Bo przecież jako ludzie staliśmy
się społeczeństwem cyfrowym,
oddalonym od siebie i wyraźnie stawiającym granice.

Nie pozwalamy się dotykać.
I sami nie dotykamy.

Nie mówimy „kocham” i udajemy,
że nam też tego nie brakuje.

Tymczasem wewnętrznie
usychamy jak roślinki pozbawione wody.

Czy wiecie, że w co trzecim gospodarstwie domowym
jest zwierzak? Wiem po co.

Żeby kochać.
Żeby dotykać.
Żeby dawać i przyjmować.

Bo nawet jeśli mamy rodziny, to nie zawsze
potrafimy być blisko. Boimy się odrzucenia.
Boimy się bezbronności i emocjonalnych potrzeb.

W najnowszym numerze „Wysokich Obcasów Extra”
przeczytałam raport odnośnie kulturowych zmian
pojęcia „rodzinna wspólnota”.

Wiecie, co mnie zdumiało i absolutnie
zachwyciło w przedstawionych statystykach?

To, że wielu Polaków uważa, że
„człowiek plus zwierzak to też rodzina”.

Cudnie, prawda?
Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

Czasem gdy ktoś pyta, czy pójdę z nim po pracy
na kawę, to odpowiadam, że nie mogę – jestem
samotną matką, a w domu czeka na mnie
wiecznie radosne, czworonożne dziecko.

Jakiś czas temu stwierdziłam, że jestem na etapie
życia, w którym trudno jest mi utożsamiać się z
czymkolwiek. Wszelkie etykiety odpadły,
podobnie jak wiedza, którą gromadziłam przez lata.

Ale człowiek bez tożsamości jest trochę jak… duch.
Więc wspomagam się tym, co uniwersalne: archetypami.

DEMETER. BOGINI ZBÓŻ I MATKA

Dziś czuję się właśnie nią. Kobietą, która żyje,
bo jest pośród innych istot. Tam pogłaszcze, tu coś
upichci i nakarmi, a to kogoś wysłucha i obejmie uwagą.

Potrzebuję dać się rozwinąć tym pięknym
właściwościom, bo są silne – choć zaprzeczałam
im przez lata. „Ja – Matka? W życiu!”.

Dopiero, gdy w moje ręce wpadła książka
słynnej psychoanalityczki, „Boginie w każdej
kobiecie”, w końcu dopuściłam do siebie jej głos.

Do tej pory myślałam, że jestem Hestią,
domatorką, kobietą ceniącą introspekcję,
która dba o ceremonie i rytuały i kocha
bezpieczeństwo oraz samotność.

Odnalazłam też w sobie mnóstwo cech
walecznej, skupionej na celu Artemidy,
która wspiera siostrzeństwo i walczy o
sprawiedliwość.

Ale Demeter?  Nie. Nie mam z nią
żadnego związku.

Przynajmniej tak sądziłam do
chwili otworzenia rozdziału:
„Bogini zbóż i troskliwa matka”.

Wtedy mnie zalało.

Przypomniałam sobie, jak
będąc dziewczynką woziłam
w wózku po kilka miśków i lalek,
którymi zajmowałam się lepiej niż
niejedna dorosła kobieta.

Mając zaledwie 12 lat ciocie podrzucały mi
małe kuzynostwo, bo wiedziały, że sobie poradzę
nie potrzebując absolutnie żadnych rad.

Dokarmiałam bezdomne zwierzęta
i kilka razy w tygodniu chodziłam na łąki
dawać koniom cukier w kostkach.

Pamiętam też, że od zawsze lgnęłam
do kobiet, które archetypicznie
przypominały Demeter:

duże, krągłe, ciepłe i serdeczne. Takie, na których
można się wesprzeć i zawsze polegać.

A teraz? W końcu zrozumiałam skąd
wzięła się we mnie potrzeba
dokupywania kolejnych kwiatów
doniczkowych i sadzenia ziół.

20191122_102824

JESTEM DEMETER

Nie wiem w jakiej części i jak dużo jej mam,
ale jestem nią. Już nie zaprzeczam.

Teraz pozostaje dać ujście temu
kanałowi, którym energia chce
płynąć bez przeszkód.

Bo przecież Demeter można
być na wiele różnych sposobów.

Można matkować komuś,
kto tego akurat potrzebuje:

smutnej koleżance, psu który
pragnie czułości, bezdomnemu,
głodnemu kotu czy kwiatom które
potrzebują życzliwej opieki.

Zaczęłam też dbać o własne korzenie i
relacje z dalszą i bliższą rodziną.

Częściej jeżdżę do rodziców,
wracam do relacji z dawno nie widzianym
kuzynostwem, odwiedzam babcię, którą zwykle
widywałam przy okazji bożonarodzeniowych świąt.

Pielęgnuję w sobie jednocześnie wdzięczność
– za to, co mam i od kogo pochodzę; oraz pokorę – że
jestem jedynie pyłkiem pośród oceanu
milionów innych żyjących pyłków.

Luna jest moją rodziną i towarzyszy mi w
budowaniu relacji ze światem.

Zabieram ją do rodziców i do babci. Chodzi ze mną
na herbatę do nadmorskiej kawiarni.
Na Sylwestra jedzie ze mną i drugą psiarą,
na domek, z dala od strzałów.

Bo przecież tak wiele mi dała, tak wielu właściwościom
pozwoliła się zrealizować i wyzwolić. Jakże mogłabym
dać mniej? Jesteśmy rodziną 🙂

PS. Adoptuj, nie kupuj ❤

20191019_123207

Eros. Porozmawiajmy o przyjemności

Dziś będzie temat, który od dawna
odkładałam na półkę.

I choć kilka razy przeszło mi przez myśl,
żeby poruszyć ten wątek, ostatecznie
zawsze rezygnowałam.

Bo:

nie wypada
nie dotyczy mnie
nie jestem zainteresowana
to głupie/śmieszne/nie na miejscu.

Seks.

Jakiś czas temu zostałam zaproszona
do grupy na Facebooku, którym tematem
przewodnim jest „seks bez wstydu”.

Ale nie sądźcie, że to grupa zwykłych
dziewczyn, które dzielą się sztuczkami
w stylu kolorowych poradników.

Nic z tych rzeczy.

EROS I INNE PRZYGODY MIŁOSNE

Grupa „Sex and Love” została założona
przez dojrzałe, świadome siebie
Kobiety Mocy, które wiedzą, jak wiele
mitów i wstydliwych historii zawiera
życie każdej z nas.

Bo uwierzyłyśmy w to, co wpajano
nam od dziecka. Albo nas karano –
za śmiałość. Lub zawstydzano – za nagość.

Ileż to razy nasłuchałyśmy się, że
mamy robić, to czego chcą mężczyźni,
bo inaczej odejdą?

Ileż to razy przekraczałyśmy własne
granice smaku i zadowolenia,
żeby tylko zadowolić cudze potrzeby?

A ile razy rezygnowałyśmy z czegoś,
bo nie wypada/ bo co o mnie pomyśli?
Bo dziwka. Bo mama potępi.

A ile razy chciałyśmy o czymś
porozmawiać w kobiecym gronie,
ale się wstydziłyśmy, bo to tabu?

Jest nas MNÓSTWO.

A świadczy o tym grupa, do której
przyjęłam zaproszenie.

I choć nigdy sama nie podzieliłam się na
facebookowym forum osobistą historią,
to przecież mogłabym się  podpisać, pod wieloma
opowieściami kobiet, które piszą tam codziennie.

Za brzydka, za gruba, za chuda.
Za spokojna, za mało wyuzdana,
zbyt szalona, odważna, nieśmiała…
Za mały biust, za duże biodra, za dużo,
za mało, za wolno, za szybko.

A w tym całym pudełku nazw i określeń,
MY – człowiek, czująca istota, pragnąca
bliskości, odrobiny ciepła, przyjemności,
niekiedy zapomnienia, ekstazy a czasem radości.

WSTYD

Seks nie istniał w moim życiu
od kilku lat. Dlatego moją pierwszą
myślą na zaproszenie grupy było:

To mnie nie dotyczy.

A jednak dołączyłam. I każdego
dnia czytałam kolejne wzruszające
historie kobiet, które pragną spełnić
swoje fantazje i kochać się bez wstydu.

Wstyd.

Znasz go? Ja idę z nim za rękę przez
całe życie. Wciąż zawstydzam się
własną kobiecością.

Jako młoda dziewczyna wstydziłam się, że
ktoś na mnie spojrzał w ten charakterystyczny
sposób. Wstydziłam się, że ktoś chciał mnie dotknąć,
pocałować, zatańczyć.

LOLITKA

Dopiero na studiach odkryłam, że uroda plus seksapil
mogą być fantastycznym środkiem do:

a) manipulowania
b) otrzymywania „miłości”
c) bycia na topie
d) posiadania władzy

Był okres, kiedy wykorzystywałam
urodę Lolitki, by przez chwilę poczuć
się adorowana.

I to nie tak, że doprowadzałam rzeczy
do końca. Co to, to nie. Wystarczyło mi, że
mężczyzna oszalał na moim punkcie.

Brałam torebkę i zatrzaskiwałam drzwi:
„Było fajnie! Trzymaj się!”

A oni potem dzwonili, esemesowali,
gdzie jesteś? czemu tak uciekłaś?
Im bardziej szaleli z niewiedzy,
tym bardziej ja szalałam z radości.

Byłam na górze. Wygrywałam.
Piłeczka po mojej stronie.
JESTEM WAŻNA.

Nigdy nie weszłam dalej.
Bo a nuż się zakocham.
A nuż zostawią, odejdą,
skrzywdzą, zdradzą, upokorzą.

Nie zniosę odrzucenia.

KOBIETA LODU

Dorosłam. I zaczęłam wchodzić
w poważne związki. Nagle z
uroczej Lolitki zmieniłam się
w Kobietę Lodu.

Nie wolno, nie można, muszę,
obowiązki, nie przesadzaj,
rano do pracy, oszalałeś?!

Aleksander Lowen nazwał
takie kobiety „Posągami”.
Wiesz ile życia jest w posągach?

Wcale.

Przez bycie Posągiem
zakończyła się moja pięcioletnia
relacja. Bo nie miałam ochoty na zabawę.

Nie z tym konkretnym partnerem.
Po prostu byłam zamrożona i odcięta
od własnych życiowych impulsów.

Uzdrowienie mogło przyjść tylko
przez dojście do ściany i uderzenie głową w mur.

Minęło 1,5 roku.

Gdy spotykam naszych starych znajomych
pytają mnie: masz kogoś?

Nie. Jestem sama.

„Ach, singielka! To pewnie nieźle
szalejesz” – słyszę w odpowiedzi,  a ich
ubawiony wzrok zdradza niezwykłe
pomysły w głowach. A tymczasem…

MNISZKA/ ARTEMIDA

Wewnętrznie byłam ascetyczną,
zdyscyplinowaną, uporządkowaną… Mniszką.

Seks nie istniał.

Przede wszystkim we mnie. Tak jakby,
ktoś wyciął funkcję ciała i mózgu odpowiedzialną
za ten aspekt życia. Nawet jak ktoś zwracał
na mnie uwagę, udawałam, że nie widzę.

Przez długi czas sądziłam,
że to stało się samo.

A przecież to ja przestałam się bawić i robić
rzeczy przyjemne. Moja dzienna lista zawierała
tylko ważne obowiązki i pilne potrzeby.

Śniadanie, praca, pisanie, dom i spać.

„Kama, może tańce?”
NIE.

„To chodźmy do teatru!”
NIE.

„Jedziesz ze mną w góry?”
NIE.

„Zrobiłam prawko na motor.
Przewieźć cię?”

O Boże. N-I-E!

W tym okresie wyszły na wierzch wszystkie rzeczy
i naleciałości z przeszłości. Wszystkie nierozwiązane
konflikty, mity, wspomnienia okraszone etykietami,
z którymi nigdy się nie zmierzyłam wprost.

Patriarchalne- trzeba i nie wolno.
Feministyczne- nie dotykaj mnie.
Dziecięce – niech ktoś mnie pokocha.
Jedynacze – nikogo mi nie trzeba.

W tym okresie bardzo często towarzyszyła
mi jedna emocja. Gniew. Chciałam walczyć
i walczyłam. Bywały dni, że agresja się ze
mnie wylewała. Na tapecie laptopa miałam
wikingów, nad biurkiem postać Artemidy.

Dopiero jakiś czas później zrozumiałam,
co łączy wszystkie te postacie: Mnicha,
Wikinga i Artemidę: zbroja.

I dlatego nawet, gdy coś bardzo
chciało do mnie dotrzeć, zbroja
była skutecznym antidotum.

Żadnych przyjemnych impulsów.
Zostawcie mnie. Jestem na wojnie.

ARCHETYP GŁUPCA

Archetyp Mniszki/Artemidy był mi do czegoś potrzebny.
Przede wszystkim do tego, żeby w końcu zostać
pokonaną i rozpaść się na kawałeczki. Przyznać się:

Chcę.
Pragnę.
Cieszę się.
Kocham.

Schowałam go do pojemnego kartonu.
Może kiedyś się przyda.

Dziś pozwalam sobie na bycie Głupcem.

Ten, kto miał kiedykolwiek styczność
z Tarotem, wie, co oznacza. Wróciłam do „startu”.

Nic o sobie nie wiem.
Nie wiem co lubię,
ani czego chcę,
ani czego nie chcę.

Weryfikuję na nowo. Jak młoda dziewczyna,
która po raz pierwszy w życiu opuszcza
rodzinny dom i uczy się uwodzić świat.

Czuję podekscytowanie. Czuję radość.
Niepewność i wdzięczność. Kto przyjdzie?
A może to ja przyjdę do kogoś?

A może nie wydarzy się i nic
i będę samotną tancerką
na parkiecie osobliwości?

Byle dawało radość.

Jest mi dobrze, bo odkrywam.
Zmieniam się. Wyjmuję z szafy
kolejną personę – zwiewną, kobiecą, dziką
i przyglądam się jej z zaciekawieniem.

Bardzo spodobał mi się cytat z książki
Liz Gilbert „Wielka Magia”: Kiedy nie wiesz
dokąd iść, idź za ciekawością.

Idę zatem. Z mądrością Kobiety Lodu,
z odważnym sercem Artemidy
z wielką ciekawością słodkiej Lolity.

Idę z radością na parkiet ❤

 

 

Boginie Błota. Czyli dlaczego każda z nas musi czasem sięgnąć dna

Musicie wiedzieć, że ostatni miesiąc
był dla mnie trudnym czasem.

Zaczęło się przed moimi urodzinami.

Silne uczucie smutku i poczucia
społecznego odrzucenia złapały mnie
za gardło i nie odpuszczały nawet na moment.

Kobiety, przyjaciele, znajomi, sąsiedzi,
i dusze spotykane na leśnej drodze
odrzucały mnie za to, kim jestem.

Tak przynajmniej czułam.

Wszystko czym sobie doraźnie
„pomagałam” zawodziło.

Przytyłam pięć kilo, bo
słodycze jadłam na potęgę –
ot mizerny substytut miłości
dostarczanej w formie cukru.

Działało przez kwadrans.

Potem nagły spadek glukozy i słaby sen
tylko potęgowały psychiczne doły.

Myślę, że musiałam tymi emocjami
bardzo mocno „wibrować”, bo
ludzie unikali mnie na kilometr.

I kiedy we mnie wszystko krzyczało
„POMÓŻ MI!!!” to w odpowiedzi
otrzymywałam jedynie puste echo.

Cukier nie pomagał. Miłe dla oka
komedie nie pomagały. Herbata
z miodem, spacery, pisanie, medytacja
wszystko było ratunkiem jedynie na chwilę.

W pierwszym momencie
pomyślałam: Mam depresję.

Ale przecież wyrzucałam z siebie
hektolitry łez. Przy depresji się nie płacze.
Przy depresji nie czuje się absolutnie nic
poza odrętwieniem i martwotą.

A ja czułam bardzo.

Przestałam wchodzić na media społecznościowe,
bo brak wiadomości jeszcze bardziej pogarszał
moje samopoczucie. Czułam się niechciana.
Nielubiana. Gorsza. Zbyteczna.

Za choćby mały skrawek cudzej aprobaty
czy miłości byłam gotowa skoczyć w ogień.

Ale ani miłość, ani cudze
zainteresowanie nie nadchodziło.

W końcu zabrałam Lunę, spakowałam plecak,
wsiadłam w pociąg i pojechałam do rodziców na wieś.

Żeby po prostu z kimś być. Żeby ktoś był obok.
Żeby razem zjeść. Żeby pomilczeć. Taka mała,
ale konieczna ucieczka od szaleństwa rozpaczy.

Teraz mogę już o tym otwarcie
pisać, bo przetrwałam.

Przeszłam przez kolejną małą śmierć
tożsamości i oczekiwań. Śmierć jakich pełno
w naszym ludzkim życiu.

To nie była pierwsza
i nie będzie ostatnia.

Zdałam.

Bo kiedy nikogo nie było, kiedy nikt mnie nie widział,
kiedy każdy był zajęty swoimi sprawami, kiedy każdy
zbywał machnięciem ręki i słowem „weź się w garść”,
to nie pozostało mi nic innego, jak pomóc sobie samej.

Wysłuchać małego, zranionego
dziecka, które pragnie uwagi.

Wysłuchać smutku i rozpaczy.
Przytulić. Pogłaskać. Być ze sobą,
Spojrzeniu w lustrze powiedzieć „kocham”.

Kocham. Akceptuję cię. Jestem.

Czyli to, czego bardzo potrzebowałam
usłyszeć  od innych, a co i tak w żaden
sposób nie byłoby w stanie mnie nakarmić.

Bo moje serce było puste
niczym studnia bez dnia.

Pomogłam sobie sama.

Pomogłam sobie „Biegnącą z wilkami”.
Jabłecznikiem bez cukru, długimi spacerami,
tuleniem do drzew, długim snem,
owinięciem puchatymi kocami.

Oraz mantrą „przecież to minie”.

Ale też słuchałam. Objęłam uwagą
ten bezdenny smutek. Zobaczyłam małe,
płaczące, zasmarkane  dziecko, które ponad
wszystko pragnie miłości i przyjęcia,
oraz prostych słów: „jak dobrze, że jesteś”.

Wzięłam je na ręce i spojrzałam
mu w o czy.

„Widzę cię. Obyś była szczęśliwa.
Obyś była zdrowa.
Obyś była bezpieczna.
Oby żyło ci się z łatwością”.

Clarissa Pinkola Estes napisała, że niezależnie od tego
jak trudne wszystko się wydaje, należy po prostu
iść dalej. Jeśli trzeba, czołgaj się, ale idź.

Cała wiedza odsłania się przed nami, kiedy idziemy.
Wszelkie życie rządzi się zasadą,
że strata przynosi rozwój.

Naszą pracą jest interpretować
sens cyklu Życia-Śmierci-Życia,
żyć najpiękniej, jak potrafimy,

wyć jak szalone, kiedy nie możemy tak żyć
– i nie zatrzymywać się, bo u końca drogi
czeka podziemna psychiczna rodzina,
która nas przygarnie i wspomoże.

A więc szłam. Czasem bardzo powoli,
bo nie miałam sił. Niekiedy biegłam napędzona
gniewem i zazdrością, że inni mają lepiej.

Ale wciąż szłam. Potykałam się. Upadałam.
Ubrudziłam wszystko w błocie. Ale szłam.

Bo życie jest ruchem.

I choć słyszałam podszepty ego,
aby porzucić ścieżkę, przestać robić,
zrezygnować z kręgów kobiet, bo przecież żadna
z nich mi nie pomogła, to szłam dalej.

Rozpadając się na kawałki, tęskniąc
za miłością i akceptacją, wyjąc do Księżyca,
tak bardzo pragnąc bliskości – szłam przed siebie.

Aż nagle skończył się mrok.

Odwróciłam się. Za mną był
głęboki, ciemny las, pełen strachów,
demonów i błotnistych historii.

Przetrwałam.

Teraz znów widzę zarówno
ścieżkę jak i słońce. Byłam tam, gdzie
ostatecznie trafia każda z nas przynajmniej
kilkanaście razy w życiu, a niektóre częściej.

Na psychiczne dno.

Jakkolwiek źle to nie brzmi,
wiedz, że jest potrzebne,
że jest konieczne, by urosnąć.

By zrozumieć. By odnaleźć miłość,
która znajduje się pod wszystkim,
co widoczne. By nie wartościować:

to jest dobre, tego chcę.
to jest złe, tego nie chcę.

My, kobiety mamy długie korzenie,
które żywią się tym, co znajdą głęboko pod ziemią
– tam gdzie nie dochodzi światło słoneczne.

To stamtąd pobieramy psychiczne minerały,
by łodyga była silna, a owoc słodki.

Przetrwałam to. I Ty także przetrwasz.
A potem, gdy spotkamy na swej drodze
inną umęczoną Duszę mocno ją przytulimy mówiąc:

„Widzę cię Siostro. Słyszę cię.
Gdybyś mnie potrzebowała
w tej trudnej drodze, jestem”.

Wracam do Domu

Wyjazdy do rodzinnego domu na wieś
są tak samo potrzebne jak regularne
odosobnienia i branie urlopu.

To takie BHP energetyczne.

Zawsze kiedy tu wracam
coś we mnie na nowo odżywa.

Przestrzenie, w których umarły nadzieje,
znów wypełniają się życiem, wiarą, pomysłem.

I nie wiem czy chodzi o sam pobyt na wsi,
o mokrą ziemię, czy powietrze,
które pachnie inaczej.

Ale gdy bywam w jakiejś emocjonalnej
krzywiźnie, czy poczuciu bliżej
nierozpoznanej tęsknoty, wiejska cisza
pozwala mi wrócić do stabilnego pionu.

Wstaję skoro świt.

Na dworze jest jeszcze ciemno.
W odległości kilometra
w żadnym domu nie pali się światło.

Spoglądam na zegarek.

Tu, w moim starym pokoju, jest taki prawdziwy,
głośno tykający budzik znaleziony
przez mamę na targach staroci.

Jest  5.20.

Wstaję, choć to trudne, bo poniemieckie
mury lubią trzymać chłód.

Gdy nie pali się w piecu śpię w
wełnianych skarpetach.

Lubię ten domowy chłodek.
Przyzwyczaiłam się do niego, i nawet teraz
zamiast odkręcać kaloryfer chodzę w grubym swetrze.

Tu jest prawdziwa cisza.

Ta wiejska jest bardziej surowa. Wymowna.
W jakiś abstrakcyjny sposób … głośna.

Powrót do rodzinnego domu
zawsze pozwala mi ukoić samotność.

Tęsknotę za czymś.
Odrzucenie. Smutek.
Wewnętrzną bezdomność.

Akurat w ostatnim miesiącu
było tego dużo.

Odrzucenie za odrzuceniem.
Milczący telefon.
Ignorowanie wiadomości.
Nikt nie miał czasu.

Wszechświat mówił:

Kama odrób w końcu lekcję!
Jej tematem przewodnim jest:

UKOCHAĆ SIEBIE.
WYSŁUCHAĆ SIEBIE.
NIE SZUKAĆ POMOCY U KOGOŚ.
ZNALEŹĆ MIŁOŚĆ W SOBIE.

Ukochać siebie nawet wtedy,
gdy wydaje się, że
nikt cię nie kocha.

Przyjąć bezwarunkowo, gdy
świat i ludzie odrzucają.

Być przy sobie, gdy inni
są przeciwko.

Przestać domagać się cudzej troski, .
Pogłaskać. Przytulić. Pokochać samemu.

Przede wszystkim
ZAAKCEPTOWAĆ.

Zwłaszcza to, co trudne.

To, co jak sądzimy może nas skreślić,
pogrążyć, uczynić wyrzutkiem.

Kilka lat temu podczas pierwszej
w życiu medytacji uważności
uderzyła mnie prośba osoby
prowadzącej praktykę:

„Nie staraj się niczego zmieniać.
Przyjmij takie, jakie jest”.

To największy akt miłości i dobroci
dla samego siebie.

AKCEPTACJA.

Często spotykam się z opinią,
że potrzeba rozwinięcia
miłości do siebie jest
największym aktem egoizmu.

Ludzie mówią: przestań w końcu tak bardzo skupiać się
na sobie i przekieruj uwagę na innych.

Tak. To faktycznie działa.
Do czasu.

Do tej wyjątkowej chwili, gdy
zamykam za sobą drzwi
i zostaję sama.

To właśnie wtedy jest ten moment,
który wymaga odwagi.

Spojrzenia w oczy poczuciu odrzucenia i
bycia gorszym. Teraz nie ma ani jednej
osoby, na której można byłoby się skupić.

Mogę włączyć Netflixa.
Mogę muzyką zagłuszyć uczucia.

Ale to ugasi niepokój
jedynie na moment.

Otwieram więc ramiona,
bo nic innego nie zostało.

Przygarniam i otaczam opieką to,
co jest niechciane i odrzucone,
brzydkie i kleiste.

Wracam do Domu.

Siadam na poduszce,
krzyżuję nogi, zamykam oczy
i liczę oddechy.

Czuję jak oddech wpływa przez
koniuszek nosa do płuc, a z płuc płynie
do wątroby, z wątroby, do prawej stopy.

Jestem w Domu.

„Witaj. Wróciłam.  Czego potrzebujesz?
Masz moją uwagę. Mów. Ja będę słuchać.
Kocham cię.”

Uważny oddech wpływa tam,
gdzie ciało tego potrzebuje.

Pokazuje napięcia.
Uwydatnia ból.
Rozprowadza błogość.

Jestem w Domu.

W prawdziwym domu pełnym
mistycznych korzeni.

Mam w sobie Przodków.
Mam w sobie Słońce,
Ziemię, Powietrze i Wodę.

Mam w sobie ptaki, konie, wilki
i zielone rośliny. Długie korzenie niczym drzewo.
Rozpalone serce niczym wielkie ognisko.

Jakże mogłabym tego nie kochać?

W każdej komórce mojego ciała,
w każdej myśli, czuciu i oddechu
mieści się cały Kosmos.

Kocham Cię.

A w tym Kosmosie są urazy
i poczucie winy, jest i złość
przenoszona przez pokolenia kobiet
w mojej rodzinie.

Są choroby. Odkryte
i nieodkryte. Są smutki.
Lęki. Samotność.

Ostatni miesiąc był
dla mnie trudnym czasem.

Nie miałam czego, ani kogo się
złapać. Odwrócił się każdy.
I bardzo dobrze.

Z dzisiejszej perspektywy widzę,
że tak miało być.

Miałam dać sobie
bezwarunkowe wsparcie.
Być przy sobie, gdy absolutnie nikt
nie chciał być, by trzymać za rękę.

Wykorzystałam tę szansę.

Świat się trzęsie lub rozsypuje w proch,
a ja bez walizek idę do siebie.
Wracam do domu.
Tak bardzo tęskniłam.

Kocham Cię.

Kocham Cię za wszystko, i kocham Cię pomimo
wszystko. Kocham w Tobie korzenie drzew,
wielkie ognisko, promienie Słońca, bezchmurne
Niebo i burzowe Chmury, co niosą Deszcz.

Wracam do domu.

Czasem na jeden oddech.
Czasem na dwa oddechy.

Ilekroć coś na zewnątrz powie NIE,
tyle razy ja powiem TAK.
Jestem w porządku.

 

Żeńskie-Męskie. Ile w nas Kobiety, a ile Mężczyzny?

Jakiś czas temu przyszła do mnie taka myśl:
że jeśli podkręcimy światło,
tym bardziej pogłębimy cień.

Odkrywcze prawda?
Brawa dla tej pani! 🙂

Jednak jakże łatwo zapomnieć
o prawach fizyki, które mają również
zastosowanie w rozwoju wewnętrznym.

Bo zobacz. Im bardziej skupiamy się
na inwestowaniu energii w to co dobre, przejrzyste
i pełne miłości, tym coraz wyraźniej widzimy
swoją mroczną stronę. Braki, agresję, zazdrość.

Czyli więcej światła – to również więcej cienia.

Tak jakby zwiększona świadomość ukazywała
całe spektrum możliwości. Znacznie więcej
niż początkowo dostrzegaliśmy.

Ale to nie będzie post o naszych
dobrych i mrocznych stronach, choć
przytoczony przykład nie jest tu bez znaczenia.

Chodzi mi po prostu, że to
działa we wszystkim.

Skupianie się na jakimś aspekcie siebie
jednocześnie pogłębia przeciwstawny biegun.

Odczułam to bardzo wyraźnie latem,
gdy wracałam ze zgromadzenia wszystkich
Kręgów Kobiet w Polsce.

Przez pięć dni i pięć nocy
towarzyszyły mi same kobiety
a jeden warsztat przechodził w drugi.

Ja sama z resztą pojechałam tam
z intencją wzmocnienia swojej
kobiecości, od której odcięta
byłam przez lata.

Jednak po pięciu dniach w towarzystwie samych
kobiet, chodzenia w długich spódnicach oraz
działania na wolniejszych obrotach, w końcu…

…wybuchłam. 

Wzmocnienie Animy, spowodowało
szaleństwo Animusa.

Dla niewtajemniczonych dodam, że
według psychologii Carla Gustawa Junga,
Anima, jest żeńskim aspektem człowieka.

Mądrością, intuicją,
obejmowaniem wielu rzeczy na raz,
pokojem, łagodnością, biernością.

Anima w nas odpowiada za wspaniałe pomysły
i wzniosłe idee. Jednak jeśli mamy słabego
Animusa, to idee pozostaną tylko ziarnami
rzuconymi o cement – nie urosną.

Animus to działanie, walka, siła,
konkret i zdecydowanie. To potężna,
męska energia, która pomaga nam
przekuwać zamysł w to, co materialne.

Podczas gdy Anima ma pomysł,
to Animus odpowiada za efekt końcowy:

wydanie książki, zrealizowanie biznesplanu,
stworzenie wystawy fotograficznej, zdobycie pracy.

Kiedy mamy te dwie części zrównoważone,
wszystko gładko się układa. Jesteśmy
zintegrowaną całością. Ale jak to bywa
z równowagą – dla każdego jest inna.

Zazwyczaj przeważa u nas
jeden z aspektów.

Ktoś ma więcej pierwiastka żeńskiego, a ktoś inny
bardziej męskiego, niezależnie od płci.

Ja mam silnego i dość agresywnego Animusa,
który po kilku dniach lekceważenia go
lubi ścinać ludziom głowy.

Ale spokojnie. Tylko w wyobraźni. 

Tam na wyjeździe, wśród
kilkudziesięciu kobiet o tym zapomniałam.

Zepchnęłam wewnętrznego mężczyznę do
ciemnej komórki i  zamknęłam drzwi na klucz.

„Jesteś mi niepotrzebny. Teraz 
wzmacniam Animę”. 

A że mój wewnętrzny mężczyzna
nie należy do pokornych chuderlaków,
możecie sobie wyobrazić, co zastałam,
gdy ostatniego dnia poszłam mu otworzyć.

Wyważone drzwi, rozszarpane zasłonki
rozbite słoiki i dziurę w suficie.

Innymi słowy:

Ostatniego dnia na zgromadzeniu
nakrzyczałam na koleżankę,
zaczęłam trzaskać drzwiami, kląć
i wszystkich poganiać.

A wracając samochodem do
domu z czterema kobietami,
założyłam słuchawki z muzyką na uszy,
bo miałam wrażenie że jeśli jeszcze raz usłyszę:

„proces
emocje
uczucia
czuję
wybrzmieć”

to rzygnę.

Przez kilka kolejnych dni
nie odbierałam telefonów od kobiet.

Nie chodziłam ani w spódnicach
ani w sukienkach. Ubierałam się
jak na wojnę.

Spodnie bojówki. Kurtka moro.
Wygodne trapery. Aha i bardzo, bardzo
bardzo dużo klęłam.

A kiedy musiałam gdzieś dojechać
komunikacją miejską, siadałam
wyłącznie obok mężczyzn.

Mój Animus trochę się… zniekształcił
i przybrał nadaktywną, nieco nawet
przerysowaną formę wyrażania.

Bo wzmocnienie jednego elementu
w sobie, zapominając o przeciwwadze
zawsze powoduje potężny dysonans.

Często zdarza mi się o tym zapominać.

I potem, na drugi dzień muszę się
tłumaczyć z rozbitych szklanek
agresywnych zachowań i braku delikatności.

Chyba czas przestać walczyć.

Czas uznać, że mam w sobie potężnego mężczyznę,
któremu muszę dać przestrzeń i obowiązki.

Wzmacnianie i zgłębianie swojej
kobiecości przy uznaniu męskiej strony
przynosi piękne rezultaty.

Bo wzmacnia też to, co zwykle
przypisuje się Animusowi – potrzebę
działania, walkę o swoje, wyrażania siebie
w sposób treściwy ale skondensowany.

Wpuszczam do swojego życia kobiety.

Pozwalam się wyrażać mojej wersji żeńskości.
Jednocześnie też uznaję w sobie męską energię.

Nie wyrzucę jej. To niemożliwe. Daję jej działać. 

Dałam Animusowi obowiązki.

Twórczość przekułam w działanie,
zdobyłam drugą pracę (niech zarobi mi
trochę pieniędzy, a co!), w sposób
zdyscyplinowany planuję i robię
to, co ma być natychmiastowo zrobione.

Pojawia się nowa idea, nowy zamiar?

Ok, działam. Siadam na tyłku i robię to,
co ma być do zrobienia. W skupieniu,
w pełnym zdecydowaniu i wytrwałości.

Nie twierdzę już, że kobieta jest taka,
jak przedstawia ją sztuka, literatura,
patriarchalne społeczeństwo czy religie.

Prawdziwa kobieta jest taka,
jaką się czujesz. Jednego dnia biegnie
z szaleństwem w oczach do celu,

a drugiego dnia pokornieje
i tańczy w atłasowej sukience.

Bo tyle wersji kobiecości,
ile nas – kobiet na świecie.

Dla tych, co chcą żyć wolniej