Kim byłbyś bez… ? Krótka opowieść o prostym człowieku

Zawsze źle sypiam, gdy przyjeżdżam na wieś.
Czy to kwestia zbyt twardego materaca, czy może
demonów, które mieszkają pod drewnianą podłogą?
A może przodkowie nie dają o sobie zapomnieć?

Nasz stary, rodzinny dom, powstał zaraz po wojnie.
Przewinęły się przez niego dziesiątki, a może
setki osób. Ludzi rodzili się, umierali.
Przychodzili na chwilę, a potem szli dalej.

I teraz jestem w nim ja.

I wydaje mi się, że jestem „bardzo ważna”.
Ważne są moje uczucia, które przemijają jedno
za drugim. I ważne są moje myśli – zwłaszcza te
niepokojące, które nie dają dopić porannej kawy.

Ważna jest moja „życiowa misja”.
Po co tu jestem? Dlaczego akurat tu?
Dlaczego z tych rodziców? Jak długo będę?
Co po sobie pozostawię? Wszystko to „bardzo ważne rzeczy”.

A tymczasem jesteśmy na chwilę.
Człowiek, zwierzęta, wschody i zachody słońca.
Emocje, rozpacze, wielkie radości. Wszystko ulotne
i nieuchwytne jak pojedyncze oddechy.

Pamiętam okres, gdy miałam 19 lat.
Wyprowadziłam się wtedy z rodzinnego domu
do wielkiego świata o nazwie Gdynia.

3-pokojowe mieszkanie z grzybem na ścianie
dzieliłam z dziewczynami. Ta starsza,
jakże bardzo dorosła 23-letnia zapytała mnie, co jest
największym marzeniem mojego życia.

„Być zapamiętaną” – odparłam.

Ta myśl, będąca manifestacją głębokiej
potrzeby znaczenia czegoś więcej nigdy mnie nie opuściła.

Przyłapałam się na niej kilka miesięcy temu,
gdy postanowiłam, że przestanę pisać.

Ale dlaczego miałabym przestać?
Bo byłam zmęczona. Krytyką. Tym, że
kogoś uraziłam, że moje słowa wywołały burzę.
Że odbiór nie taki. Że „banał” i „brak polotu”.

No dobrze. Przyznam się tu do czegoś.
Porzucenie pisania nie było tak do końca
moją świadomą decyzją.

Przybrało raczej formę blokady.
Siadałam przy starym, drewnianym biurku,
otwierałam Worda i czułam strach.

I ten sam strach towarzyszył mi, gdy z półki ściągałam
bladoróżowy notes, a przecież nikt nigdy zawartości
nie oglądał bo nie miał dostępu.

„A jeśli znów kogoś skrzywdzę?”
„A jeśli znów kogoś urażę”?
„A jeśli znów poniesie się w świat
i ludzie będą różnie komentować?”.

Wiecie, jaką lekturę uważam za najgorszą na świecie?
(zaufajcie mi – te wtrącenie z dupy ma sens).

„Buszującego w zbożu”.

Boże, jak ja nienawidziłam Holdena!
Jego ponury monolog działał mi na nerwy
przez dziesięć lat. Ba! Nawet po dekadzie
jeszcze go słyszę. I te wkurzające zdanie bohatera,

że mówienie komuś POWODZENIA,
jest cholernie dołujące i depresyjne, bo
oznacza „nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”.

Za każdym razem, gdy ktoś mi mówi
POWODZENIA, słyszę pieprzonego Holdena.
Kuźwa stary, miałeś rację. I tak.
Wciąż działasz mi na nerwy.

Ale do czego to ja właściwie zmierzałam…

Aha, już wiem. J.D. Sallinger po „Buszującym zbożu”
ukrył się w starej szopie, odmawiał udzielania wywiadów
i unikał tłumów. Do końca swych dni żył samotnie
medytując i ćwicząc jogę. Wszystko dlatego, że jakiś
psychofan po lekturze „Buszującego” popełnił samobójstwo.

Na miejscu Sallingera zrobiłabym to samo.
Uciekłabym do jaskini, żeby ludzie o mnie zapomnieli.
I pewnie medytowałabym przez dwanaście godzin na dobę,
żeby jakkolwiek oswoić się z poczuciem winy i zmyć z siebie wstyd.

I dlatego przestałam pisać.

Bo poczucie winy, że kogoś obraziłam,
uraziłam, wplotłam go w część historii,
że wywołałam w kimś niepokój było zbyt
przytłaczające.

Więc siedząc przy ukochanym biurku
i otwartym laptopie wpatrywałam się
przez godzinę w migający kursor na białym
arkuszu Worda. A słowa nie chciały płynąć.

Płynęły za to myśli.
Poczucie winy.
Wewnętrzny krytyk.
Osąd.
Pogarda.

I raz jeszcze pomyślałam.
„Po co tu jestem?”
„Żeby być zapamiętaną”.
„Jak chcesz być zapamiętaną?”

Właśnie. Jak?

Zdałam sobie sprawę, że
całe to moje pisanie, które
rozpoczęło się już wtedy, gdy
nauczyłam się trzymać długopis
w ręku, było własnie po to.

By nikt nie zapomniał.
Że jestem. Że byłam.
Że miałam coś „ważnego” do powiedzenia.

Przez ostatnie miesiące pozwoliłam
temu odejść. Pozwoliłam spełnić się temu,
czego tak bardzo się bałam – zapomnienia.

Ludzie zapomnieli.
Czytelnicy zapomnieli.
Lajkujący bloga, zapomnieli.

I ja sama przestałam siebie
określać przez pryzmat pisania.
Nie byłam blogerem. Nie byłam pisarzem.
Nie byłam człowiekiem piszącym.

Byłam zwykłym, szarym człowiekiem,
który niewiele znaczy i nie robi nic szczególnego.

Zdarzyło się.
I co?

Nic. Zupełnie nic.
Wiecie co? Chyba nie mamy
tak wielkiego znaczenia, jak o sobie sami myślimy.
I mówię to z uśmiechcem.

Bo to cholernie uwalniające uczucie.

Chodzić po lesie, wsłuchiwać się w ptaki,
celebrować posiłki i małe rytuały, uczyć się
kochać, medytować, tulić się, kłócić, bać,
zasypiać i budzić.

To jak narodziny.
Każdego dnia od nowa.

„Jakie masz plany?” – ktoś pyta.
Uczciwie odpowiadam, że żadnych.

A jeśli będę miała, to na chwilę, bo
plany, tak samo jak marzenia, pomysły
i emocje przypominają niesforne ptaki.

Są. A potem ich nie ma.

Po co tu jestem?
Jaką misję wypełniam?
Co będzie potem?

Nie wiem tego, ale wiem jedno.
Zgłodniałam. Zrobię owsiankę.

Fundamentalna niejednoznaczność bycia człowiekiem

Przyłapuję się ostatnio na tym, że wydaję więcej
pieniędzy. Tak jakbym chciała w jakiś sposób się
udoskonalić, coś dodać, poprawić, uszlachetnić.

Nowy plakat do mieszkania znanego projektanta,
nowe krzesło, narzuta, efekciarskie donice balkonowe,
które dobrze prezentują się z zewnątrz.

Nowe buty. I kolejne, bo przecena.
Książka o samorozwoju. Nowy kwiat.
Nowe dżinsy znanej marki, które w mig
zaplamiłam sokiem z buraków.

I z każdym „nowym” towarzyszy mi wciąż
te same uczucie – to na nic.

Nie dodasz sobie piękna,
nie odejmiesz tego, czego nie lubisz.

Z każdym „nowym” czuję się wciąż tak samo
– niedoskonała. Tak cholernie niedoskonała.
Jakby niedoskonałość wrosła między palce
niczym błona lub dodatkowy, zgrubiały naskórek.

Patrzę na mijanych ludzi, którzy wciąż to robią.
Lubią? Muszą? A może niepotrzebnie oceniam?

Otaczają się ładnymi przedmiotami,
na nogach Vansy, na klatce Adidas,
na głowie Big Star, w kieszeni Apple.

A ja od zawsze – w rzeczach drugiej kategorii,
z odzysku,second handów, odkupione meble
z rysami, garnek bez ucha i wyszczerbiony kubek.

Nagle dostałam okazję trochę zaszaleć,
bo mogłam, pierwszy raz od lat.

O dziwo, pustka wciąż pozostała pustką,
na drugie imię wciąż mam Smutek.
Radość z zakupów? Ani przez chwilę.
Wręcz przeciwnie, kontrast stał się silniejszy.
Nikomu to przecież nie pomogło, nikogo nie wsparło.

Nie jestem ani piękniejsza,
bo całe piękno mam w zielonych oczach;

Nie stałam się fajniejsza, bo fajna jestem z
powodu zabawnego rozproszenia – ot taka
mentalność ludzi o charakterze Wiatru.

Samotność.
Smutek.
Niedoskonałość.

Jeśli w tym momencie zastanawiasz się,
czy wszystko jest ze mną ok, to odpowiadam:
Oczywiście, że tak. Powyższe uczucia towarzyszą mi
od dzieciństwa. To chyba cecha wrażliwców
i tych którzy wciąż szukają odpowiedzi „po co”.

Po co jestem?
Po co żyjemy?
Po co świat?
Po co mi to?

Intensywnie doświadczam porażek,
odrzuceń, samotności i smutku.

Ale tak samo intensywnie kocham,
skaczę z radości i śmieję się wniebogłosy.
Właśnie tuż obok tych drugich emocji.
Ot wieczna przeplatanka.

Czasem jeszcze zdarza mi się dzwonić
do mojego byłego chłopaka, który zna te
przeplatane stany kobiety-wiatr jak nikt.

„Czy czujesz się jeszcze czasem najgorszym
człowiekiem na świecie?” -pytam przez telefon.

W odpowiedzi słyszę: „Czy zrobiłaś dziś dla kogoś
coś dobrego? Pomogłaś komuś? Byłaś pożyteczna?”.

I to jest to.
„Dziękuję”, odpowiadam
bo otrzymałam wszystko.

To chyba nasza odwieczna cecha
– wysoko wrażliwych, analitycznych typów.
Wątpimy w siebie, bo czujemy się inni.

Czasem patrzę w lustro
i zastanawiam się, czy aby przypadkiem nie jestem zła.
Trochę jak zbrodniarz, który po latach
wciąż czuje krew na dłoniach, której zmyć się nie da.

Czy to tylko moje?
Czy może jest to wpisane w naszą ludzką naturę?
Czy ta szklanka zawsze będzie pusta?

Spotkałam ostatnio fascynującą, młodą kobietę,
Nie ma jeszcze 20 lat, a całe jej ciało pokrywają
setki tatuaży. Wygląda pięknie, ale fascynacja
pokrywania skóry tatuażem, który zostanie do
końca życia, jest co najmniej zastanawiający.

„Niedługo robię kolejny”, powiedziała.
„Cieszysz się? Zdarza ci się jeszcze po takiej
ilości czuć fascynację? – zapytałam.

Jej odpowiedź mnie zdumiała
i momentalnie zmieniła perspektywę.

„Robię, bo muszę”.

Nie dodała nic więcej,
ale zrozumiałam.
Poczułam.

W tej jednej chwili mogłam
tylko spojrzeć na nią z bezgraniczną czułością
i objąć ją całym sercem i życzliwym współczuciem.

Wszyscy to znamy.
I wszyscy od niego uciekamy,
podczas gdy nie ma dokąd uciec.

Ból.

Świadomość niejednoznaczności
bycia człowiekiem. Świadomość
przemijalności. Bezzasadności.

Samotności danej nam z faktu urodzenia
się jako istota ludzka.

I piękno.

Może są od siebie nieoddzielne?
Jak tatuaż. Każda imponujących rozmiarów
sztuka na skórze wymaga poświęcenia
i wytrzymania bólu.

A im bardziej się rozluźniasz,
tym ból staje się zwykłym
doświadczeniem. Po prostu jest.

„Wszystko, co mam i z czego korzystam
Jest jak ulotna wizja ze snu.
Znika w krainie pamięci,
A znikając, nigdy więcej nie będzie widziana”.

Szantideva



Słowa kłamią. Kim jesteś bez nich?

Tolkien powiedział kiedyś, że „ten
kto nie zrozumie twojego milczenia,
nie zrozumie też twoich słów”.

Bardzo mi to bliskie.

Milczenie, czy słowa?
Co wybierasz na co dzień?
Co dla ciebie jest bardziej
naturalne i oczywiste?

Na przykład, gdy wchodzisz z kimś w konflikt.
Jaka jest twoja naturalna reakcja? Milczysz?
A może dążysz do słownej konfrontacji,
najlepiej już, natychmiast, od razu?

Dla mnie to temat żywy.
Szczególnie ostatnio, gdy większość
czasu spędzam w domu i nikt
nie oczekuje ode mnie żadnych słów.

Na kwarantannie i podczas
pracy zdalnej żyję głównie w ciszy.

Bardzo to lubię.
Lubię  ciszę.
Lubię milczeć.
Lubię nie silić się
na nazywanie zjawisk słowami.

Bo słowa są pochodną myśli.
A myśli są domeną umysłu.

Umysł natomiast pragnie wszystko
określić, nazwać, zaszufladkować i
rozwiązać, przykleić łatkę i zawłaszczyć.

Umysł permanentnie KŁAMIE.

A więc słowa także kłamią.
Bo umysł wykorzystuje je dla własnych celów.

Rzeczy nienazwane i relacje nie złapane w siatkę słów
są żywsze – bo wymykają się wszelkim strukturom.
Są wolne i nieograniczone. Po prostu są.

Zdarza się, że bliscy ludzie zarzucają mi, że
nie nazywam każdej emocji, że nie dążę do
wyjaśnień i konfrontacji. Że nie przegaduję trudności.

W pierwszym odruchu czuję wtedy złość.
Że nie rozumieją. Że nie potrafią wejść w moje buty
i spróbować poczuć, że mam inaczej.

Bo w sytuacji konfliktu
wycofuję się, by pobyć z tym w ciszy.

By zostać z tym, co zraniło. Wybaczyć.
Wyrażać w sercu najlepsze życzenia.
Ponownie odnaleźć w sobie sympatię,
na której osiadł kurz urazy.

Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że
oczekuję od ludzi żeby zrozumieli moją
perspektywę i odmienny sposób funkcjonowania
podczas, gdy ja sama tego nie robię.

Bo nie rozumiem,
że tak bardzo można
ufać potędze słów.

I gdybym to wypowiedziała, cała
zabawa zaczęłaby się od nowa.

Dwie ściany. Dwie granice.
„Ja uważam/ W moim świecie,
„Ja sądzę/ Twoja opinia”.

Znów, tysiąc słów, które wcale
nie dają zgody, lecz dzielą.

Słowa to wielka potęga.

Tak wielka, że mogą zranić.
Zniszczyć. Spalić na popiół.
Manipulujemy wyłącznie poprzez słowa.
A przy tym zmyślamy i gramy.

Oczywiście słowa mają też drugą stronę.

Właściwie wykorzystane mogą
przynieść pokój i ulgę. Mogą być
źródłem miłości i współdzielenia.

Granica między nimi jest bardzo cienka,
a wszystko rozchodzi się o intencję i
nabycie zdrowych umiejętności.

Umiejętności zatrzymania się.
Refleksji. Kontemplacji nad sobą,
a potem nad słowem, które chce opuścić gardło.

Refleksja nad słowem spowalnia
cały proces komunikacji.

To dobrze. Czuję, że  tego właśnie
potrzebujemy. Zwolnić, pracować mniej,
spacerować uważniej, ale przede
wszystkim słyszeć więcej.

Ale jak słyszeć więcej, gdy wciąż w tobie tyle słów?

Gdy w głowie masz słowa, gdy w ustach pieni się
od zdań i opinii nie masz przestrzeni na to, co
chce przyjść. Nie widzisz naprawdę. Nie słyszysz.

Nie doświadczasz drugiego człowieka.
Doświadczasz opinii w soczewkach intelektu.

Spotykam się często z opiniami, że
gdyby nie mowa, niczym nie różnilibyśmy
się od prostych zwierząt.

No tak. Jesteśmy Homo Sapiens.

Wybitne jednostki. Chodzimy na terapię,
przegadujemy problemy, sprzedajemy się
na rekrutacjach, walczymy słowami.

Ale jak na wielce wybitny gatunek,
nieźle namieszaliśmy.

Wywołaliśmy wojny. Zabijaliśmy się nawzajem.
Wytępiliśmy z Ziemi wiele zwierząt i roślin.
Brawo. Bądźmy dumni!

Słowa mnie męczą.
Cenię relacje, które nie potrzebują
zbyt wielu słów. Są proste. I ciche.

Relacje ze zwierzętami.
Relacje z drzewami.

I z tymi, którzy wolą po prostu
być, niż mówić. A gdy mówią, to
z potrzeby serca, nie umysłu.

Czy cisza cię krępuje?
Przyjrzyj się temu. I zobacz co
to mówi o tobie.

Co chcesz zagadać?
Co chcesz ukryć?
Czego się boisz?

Nie twierdzę, że nie używam słów.
Używam całe mnóstwo, choćby pisząc.

Czasem też rozmawiam z ludźmi.
Snuję opowieści. Marudzę. Skarżę się.
Chwalę. Dzielę się doświadczeniem.

A potem przyglądam się z zaciekawieniem,
jakie są skutki. Wiecie co? Bywają różne.

Latem miałam jechać na swoją
pierwszą Vipassanę, ale rzeczy się
pozmieniały. Kursy są odwołane.

Zamiast 10-dniowego „szlachetnego
milczenia” w ośrodku teraz mogę
praktykować w domu.

10 dni to dużo. A może by tak podjąć
jednodniowe wyzwanie? Dałbyś radę?

To jak wyprawa do siebie, do nigdy
nie odwiedzanej jaskini. Co tam jest?
Kim jesteś bez słów?

„Kto nie zrozumie twojego
milczenia, nie zrozumie też twoich słów”,
pisał autor „Władcy Pierścieni”.

Poszłabym o krok dalej i powiedziała:
jeśli ty sam nie zrozumiesz siebie w ciszy,
żadne nie słowa nie wyrażą tego, kim jesteś.

Oddzielenie. Mała iluzja „izolacji”

Droga Kobieto, drogi Mężczyzno.
Jak się masz? Jak się czujesz w okresie
przedłużającej się kwarantanny? Gdzie jesteś?
Co robisz? Jak Twoje samopoczucie?

Tęsknię za Tobą.

Tak. Czasem łapię się na uczuciu tęsknoty
i pomyśle, że jestem oddzielona od Ciebie i reszty świata.

A potem siadam do medytacji, albo wychodzę
z psem do Lasu, dotykam Drzewa i wiem, że
to nieprawda. Że tylko przez chwilę uwierzyłam w
iluzję oddzielenia.

Oddzielenie nie istnieje.

Wcale nie muszę być w stałym i fizycznym
kontakcie z drugim człowiekiem, żeby poczuć
się z nim związana, bliska jej czy jemu.

Ale lęk robi swoje.

Szepcze do ucha opowieści:
nie dzwonią, nie piszą, nie komentują, nie reagują
na posty, a więc cię nie widzą, nie słyszą, nie lubią…

Nie istniejesz!

Przyzwyczaiłam się do tej myśli, bo nie jest nowa.
Nawiedzała mnie już we wczesnym dzieciństwie.

To ona popychała mnie do chodzenia tam,
gdzie nie chcę.

Do prowadzenia mało znaczących rozmów.
Do szukania miłości. To kiwania głową w geście TAK,
gdy całe serce mówiło NIE.

Aprobata.
Przyjęcie.
Akceptacja.
Przynależność.

Oto moje potrzeby, za spełnienie których
zawsze dałabym się pokroić.

Facebook i inne social-przygody

W dobie pandemii koronawirusa nasze relacje
przestały być prywatne, zaczęły być
oddzielone przez technologiczne medium.

Kontaktujemy się ze sobą via Skype,
telefon, czy Messenger.

On-line stały się nie tylko nasze przyjaźnie,
ale również wspólnoty, warsztaty, czy zajęcia jogi.

To daje jakąś kruchą namiastkę normalności.
Ale wiesz co? Wewnętrznie czuję zgrzyt.

Wcale nie mam ochoty być on-line.

Mam problem z zasiadaniem w wirtualnych
kręgach kobiet. Robię wszystko, by nie musieć
dzwonić – słyszeć bez widzenia. Kamerka
to też nie to. Widzę, słyszę, ale nie czuję.

Często łapię się na tym,
że jest mi dobrze. Tak cholernie
dobrze, błogo i bezpiecznie.

Że wcale nie muszę, nie potrzebuję być w kontakcie.
Bo jestem, niezależnie od tego czy zadzwonię, czy nie.

A potem z ciekawości odwiedzam Facebooka,
bo wypada wiedzieć.

Scrolluję.

Oto co widzę: depresje, samobójstwa, panika,
lęk, tęsknoty, pytanie, „kiedy to się kończy?”.

To jest ten moment.
Zaczyna się…

Izolacja = samotność?

Ten krótki ułamek sekundy,
w której coś rodzi się w brzuchu.

Mały motyl, a może ćma, która leci do
gorącej lampy, nie wiedząc jeszcze,
że za chwilę ulegnie poparzeniu.

Niepokój.

Mały robaczek pełzający w stronę głowy
i cudze wykrzykniki:
lęk, panika, depresja, samobójstwa
„kiedy to się skończy?”.

Bach! Oto i jest – oddzielenie.

Biorę telefon i dzwonię do Ani.
Wysyłam SMSa do Magdy.
Wrzucam zdjęcie na Instagram, żeby
przekonać wszystkich – jestem!

„Zamieść na tablicy jakiś cytat Kama”.
Ciekawe co u Jagody. „Jagoda? Pogadamy na skype?”.

Oddzielenie.
Pojedynczość.
Samotność.
Izolacja.

Nie dzwonią, nie piszą, nie komentują.
Zapomnieli. Nie lubią cię. 
Nic nie znaczysz. 

To nie moje.
A jednak ulegam.

Bo to przecież nienormalne, że
mi dobrze samej. Prawda?

Ludzie chcą normalności. Sklepów, kin,
koncertów, powrotu do korporacji, small-talków.
Przecież i ja powinnam chcieć.

„Mam dość home-office” – słyszę od znajomych.
„Źle mi w tej samotności”.
„Mam dość, że nie mam gdzie pójść”.

Nie rozumiem. Ja nie mam dość.
Chcę. Chcę jeszcze.  Chcę dłużej.

Rzekłabym nawet – chcę już zawsze.

IMG_20200412_154001

Tymczasowość, w której przyszło mi żyć,
jest piękna. Jest czymś, co myślałam że
zdarza się jedyne w filmach science fiction.

Marzyłam o tym od dawna i po cichu.

Podoba mi się.
Jest mi w tym rozkosznie.
Jak w bajce.

Bywa, że mam poczucie winy
lub daję się przekonać lękowi, że
skoro mnie nikt nie widzi i nie słyszy,
to mnie nie ma.

Nie zadzwonisz, nie napiszesz, nie 
zobaczysz na kamerce, zapomną o tobie.
Odrzucą cię. Będziesz nikim!

Nie istnieję.

To przerażająca myśl.
Ego chce istnieć i coś znaczyć.
Mieć cele, potrzeby, pragnienia.

A potem wychodzę do Lasu.
Zdejmuję buty. Staję boso na trawie.
Biorę ziemię w garść, żeby poczuć jej zapach.
Oddzielenie znika.

Jestem drzewem.
I skowronkiem.
Tęczą, wiatrem i przestrzenią.

Jestem.
I nie ma mnie.
Jednocześnie.

Ok. Zgadzam się.
Możecie o mnie zapomnieć
i nie nazywać po imieniu.

Po raz pierwszy od wielu lat czuję, że
wszystko jest w normie. Że mi dobrze.
Jestem szczęśliwa. Nic nie muszę.

Jestem.
I nie ma mnie.
Jednocześnie.

 

 

 

 

„RAZEM” – Oto czas ogólnoludzkiej transformacji. Moje spojrzenie na koronawirusa

Nie pisałam od miesiąca.
To dla mnie nietypowe, bo
przecież piszę od zawsze, a wibracja
poruszająca placami jest częścią większego ruchu,
który wypełnia umysł i ciało.

Jedna z moich kręgowych sióstr
zapytała w końcu: „kiedy pojawi się wpis?
Brakuje mi ich”.

A ja chciałam z tym pobyć.
Z tym, co właśnie wydarza się na świecie.

Poobserwować to. Pobyć z tym. Poczuć.
Odsiać cudzy lęk, od własnego, by móc
w końcu zabrać głos. Mój głos.

„Koronawirus” – to obecnie najczęściej
używane słowo w mediach i w rozmowach.
Wszyscy w jakimś stopniu się boimy…

Przez pierwsze tygodnie byłam zła na prasę
i media internetowe, że posługują się narracją
szerzenia lęku, który zaczynał przeradzać się w panikę.

Z drugiej strony byłam też w kontakcie
z osobami, które żyją w sposób głęboko
duchowy i widzą szerszą perspektywę zjawiska.

Czułam wtedy, że ludzki lęk bierze się z braku
pogodzenia się ze śmiertelnością, z tym, że wszyscy jesteśmy
bardzo krusi, delikatni i śmiertelni. Że umieranie
następuje w każdej chwili, sekunda po sekundzie
na całym globie.

Policz do siedmiu.
1…
2…
3…
4…
5…
6…
7…

Właśnie ktoś gdzieś umarł. Zostawił
rodzinę, dom, dzieci, pieniądze i nadzieje.

Jednocześnie mi samej trudno było poddać się
lękowi, bo świadomość śmiertelności jest dla
mnie jak cień i chodzimy sobie za ramię
odkąd byłam dzieckiem.

Poza tym to, co mi osobiście dała obecna sytuacja
to możliwość pracy zdalnej, a przez to większą ilość
czasu dla siebie – bo nie muszę nigdzie dojeżdżać.

O dziwo – odjęła z mojego życia stres – z tego samego
powodu. Nie muszę  przebywać w firmie pełnej ludzi,
gdzie odczuwam przymus udawania – bycia kimś na siłę,
kimś kto zawsze potrafi, wszystko może i jest praktyczny.

Teraz nie muszę udawać, ani się napinać.
Jestem sobą. Robię to, co mam do zrobienia
bez przywdziewania społecznych masek.

Zaczęłam (tym razem naprawdę)
żyć według filozofii „zero waste”,
żeby niepotrzebnie nie robić zakupów.

Mam więcej czasu na medytację i jogę.
Mam więcej czasu na takie zwykłe bycie.

To, co dla mnie zawsze było ważne i całkowicie
naturalne, stało się naturalne dla wszystkich.
Obserwuję to z ciekawością i z jakąś formą fascynacji.

Ale…

 

couple-in-quarantine-3952198

 

Odczuwam  też głęboki smutek.
Ale też powiązanie ze wszystkimi ludźmi i z
Matką Ziemią. Gdy chodzę na spacery, to
z jeszcze większą tkliwością dotykam kory drzew.

I z jeszcze większą wdzięcznością spoglądam
na rzekę, która wciąż płynie własnym nurtem.

Wsłuchuję się w śpiew wiosennych ptaków,
które zdają się mówić: życie wciąż trwa.
Dotykam dłonią chłodnej ziemi, która tętni
potężnym żywiołem.

Napełnia mnie wtedy uczucie głębokiego spokoju
i świadomość, że jest dokładnie tak jak być powinno.
I że jest to „po coś” i z jakiejś konkretnej przyczyny.

Wyeksploatowaliśmy Ziemię do granic możliwości.

Przez ostatnie lata żyliśmy w iluzji oddzielenia od natury
i od siebie nawzajem. Uwierzyliśmy w mit odrębności
i indywidualizmu. „JA” i moje potrzeby. „JA” chcę. „JA” pragnę.

Wszyscy słyszeliśmy o tym, że początek epidemii
wziął swój początek w chińskiej prowincji Wuhan.

Nie wszyscy jednak wiedzą, że był tam wielki targ
dzikich zwierząt. Setek zwierząt zagrożonych
wyginięciem przeznaczonych na sprzedaż i na śmierć.

Przypadek?
Daje do myślenia…

Oto nadszedł czas na MY.
Nie mamy wyboru.

Teraz egoizm musi być zastąpiony kolektywizmem.
Co „MY” możemy zrobić dla siebie nawzajem?
Co „MY” możemy zrobić dla Matki Ziemi?
Jak może”MY” wykorzystać sytuację, dla dobra wszystkich?

Czuję, że właśnie w tym momencie
Ziemia woła o uwagę. Tak. Robiła to od zawsze.
Ale niewielu słuchało. Teraz pytam sama siebie –
a czy ja słuchałam? Czy zawsze byłam fair?

„Bądź ze sobą uczciwa, Kama”.

Ok, jestem wegetarianką od 13 lat.
Weganką od 5 (z roczną przerwą),
ubieram się głównie w lumpeksach.

Kupuję ekologiczne, wegańskie kosmetyki,
nie mam samochodu i wszędzie dojeżdżam
SKM lub rowerem z odzysku.

Ale czy to wystarczy?

Segregacja śmieci – kuleje.
Filozofia „zero waste” – idzie raz lepiej, raz gorzej.
Nie chodzę na manify ani na „zielone kręgi”, bo nuda.

Kupowałam to, czego nie potrzebowałam.
Wyrzucałam rzeczy nadające się do
powtórnego wykorzystania.
Nie wsłuchiwałam się w Naturę.
Widziałam to, co chciałam widzieć.

„Poradzisz sobie” – myślałam i wszelkie apele
prośby o podpisanie petycji i potrzebę strajków
zbywałam machaniem dłoni. „Jestem weganką.
Wystarczy już tego zaangażowania na jedną osobę”.

Nie. Nie wystarczy.

Nie mogę i nie chcę już negować tego, co się dzieje.
Nie chcę nie widzieć i nie słyszeć. Chcę wiedzieć.
Uczestniczyć w tym. Pozwolić własnej wrażliwości
i naturalnemu współczuciu działać w sposób praktyczny.

Teraz wracam do książek, które
kupowałam przez lata, ale zostawiałam je na potem.
„Szóste wymieranie. Historia nienaturalna”,
„Zjadanie zwierząt”, „Manifest zwierząt”.

Oglądam filmy, które pomijałam mówiąc,
że obejrzę kiedy indziej:

„Tomorrow”, „Human”, „Racing Extinction”.

Rodzina pyta: po co to robisz? Tylko się zasmucasz!
A ja czuję, że jeśli prawda jest smutna, to niech tak
będzie. Koniec z iluzjami, fałszem i udawaniem.

 

cowspiracy_cow

To jest czas dla idealistów.
Dla tych wszystkich zaangażowanych
w społeczności, w ekologię, w duchowość,
plemienność i uważne współczucie.

To też chwila, która pokazuje siłę naszej miłości.
Czy kochamy bardziej niż się boimy. Czy potrafimy
tak po ludzku być dla siebie dobrymi sąsiadami,
partnerami, członkami rodziny i wspólnoty.

Jak wiele jeszcze „JA”? Jak wiele myślenia
o sobie? Ile jeszcze „CHCĘ/POTRZEBUJĘ?”.

Bliska mi osoba pracuje w sklepie
i wciąż jest w stałym kontakcie z ludźmi.
Opowiadała mi sytuacjach, że klienci
krzyczeli na siebie nawzajem przy kasach
lub mówili:

„ja wiem gdzie można kupić lateksowe
rękawiczki, ale nie powiem!”

Zabawne? A może głęboko zasmucające?

Czuję, że to dopiero początek.
Czuję, że to nie skończy się za tygodnie.

Mam tylko nadzieję,
że da do myślenia wszystkim.
Że stanie się początkiem wielkiej
globalnej transformacji.

Jeszcze jakiś czas temu buntowałyśmy się
wraz z koleżanką przeciw tej całej idei kwarantannie.
Teraz zmieniłam zdanie. Czuję, że dla „MY” nie chcę
się wyłamywać. Teraz jest czas związków. Czas „MY”.

Owszem, mnóstwo tu fejk newsów, mnóstwo pomieszania
i sprzecznych informacji.

Mówi się, że teraz to koronawirus zabija ludzi,
podczas gdy dane statystyczne pokazują, że wciąż
każdego dnia tysiące ludzi umiera na choroby krążenia
i nowotwory.

Zakażeni wirusem, którzy przegrali walkę,
to ledwie ułamek procenta w stosunku do tych
wszystkich umierających na raka.

Mimo to nie wyłamuję się.

Nie w sposób w jaki na początek chciałam.
Owszem, opuszczam kwarantannę, gdy to niezbędne.
Na ogół jednak jej pilnuję. Bo chcę
w tym być – w kolektywnej odpowiedzialności.

Za siebie.
Za ludzi.
Za świat.
Za Matkę Ziemię.

Oby ta wyjątkowa lekcja
nie poszła nigdy na marne.
Być może to nasza ostatnia szansa.

Może być jednak, że nie ma już żadnej szansy.
Tak mówią twarde dane naukowe.

Mimo to, a może właśnie dlatego…

pozwólmy miłości i współczuciu wzrastać.
Choć przez tę krótką chwilę.

 

 

Wszyscy jesteśmy uzależnieni. Pytanie nie „od czego”, ale „po co”?

Całe życie otaczali mnie ludzie uzależnieni.
Na swojej drodze spotykałam narkomanów,
alkoholików, ludzi uzależnionych od seksu,
adrenaliny, marihuany czy telewizji. I zawsze
zastanawiało mnie – dlaczego?

Dlaczego przychodzą do mnie ludzie
uzależnieni od czynności lub substancji,
od których ja uzależniona nigdy nie byłam?

Każdy mój związek, to związek
z osobą uzależnioną. Każde moje zakochanie,
było fascynacją osobą w jakimś sensie uzależnioną.

Jednocześnie też zaskakująco dobrze
rozumiałam uzależnienia przyjaciół i potrzebę
dostarczania sobie czegoś, co ukoi ból,
stępi doznanie, albo po prostu da przyjemność.

W końcu sama robiłam to wiele sposobów.
Poprzez cukier, który sprawiał, że dopamina
skakała do niebotycznie wysokiego poziomu.

Ćwiczyłam fitness do utraty tchu, medytowałam,
oglądałam serial za serialem, czy po prostu
wpadałam w fascynację pięknymi ludźmi.

Tak naprawdę połowę życia spędziłam w
poczuciu „zakochania”, na wiecznym upojeniu
dopaminowym, który był energetyczną benzyną,
w silnikach szarej codzienności.

„Kończyłam” z jednym uzależnieniem,
by zapoznać się z kolejnym.

Wyrzucałam z szafki wszystkie słodycze,
ale zaczynałam ćwiczyć jogę kilka godzin każdego dnia.

Ból mięśni sprawiał, że kończyłam z jogą
i zaczynałam piec. Piekłam tyle, że nie miał
kto tego przejeść, więc zjadałam sama.

Czuję, że zaczęło mnie puszczać dopiero
jakiś czas temu, gdy nauczyłam się
przyzwalać na wszystkie trudne emocje.

Złość przestała złościć.
Smutek przestał być depresyjny,
lęk niepokojący, a ból osobisty.

Była po prostu złość.
Był po prostu smutek.
I lęk. I ból. Nie „mój” ból, lecz ból.

Dobrze było być wolnym.
Ale skłonności nie znikają tak łatwo.

Osoba uzależniona pozostanie nią już
na zawsze. Nawet jeśli będzie „czysta”.

Uzależnieni muszą być w stałym
kontakcie ze sobą. W innym wypadku grozi im
niebezpieczny nawrót i ciąg:

alkoholowy, cukrowy, narkotykowy,
imprezowy, serialowy… Bo przecież tak
łatwo przekroczyć tą cienką granicę przesady.

Niedawno pojawiła się we mnie fascynacja drugim
człowiekiem. Tak potężna, że odebrała
całą uważność. Wpadłam, bo po latach życia
w emocjonalnej trzeźwości zapomniałam już
jak przyjemne mogą być motyle w brzuchu.

Oto nagle, z całym impetem powróciłam do tego,
co tak dobrze kultywowałam przez całe życie.

Amok.

Wyjazd do pracy bez komputera.
Zapomnienie o przekręceniu zamka w drzwiach,
przejście na czerwonym świetle… I haj.
Muzyka w głowie, fantazje i wieczny haj.

Skowronki, motyle, wiosna, koktajl hormonów.
Ludzie naprawdę tak żyją? Wszystkie piosenki,
filmy i książki są właśnie o tym. O życiu na haju.

A takie życie bardzo daleko jest od rzeczywistości.
To jak zabawa w Alicję w Krainie Czarów, która
trafia do króliczej nory, i biegnie przed siebie,
nie wiedząc dokąd. Po prostu goni króliczka.

Tydzień na dopamince dał mi się nieźle
w znaki. Nie spałam, nie jadłam, a energii
miałam za trzy. Aż nadszedł dzień, kiedy
paliwo się skończyło, a ja upadłam z wysokiego konia.

Kojarzy mi się z to uczuciem, gdy narkotyk
przestaje działać, a człowiek uzależniony
zalicza ten charakterystyczny dół: kaca czy detoks.

Powrót do rzeczywistości może boleć.

Kiedyś wykładowca na podyplomówce zapytał
o książkę, która najlepiej nas określa. Bez wahania
podałam tytuł „Najgorszy człowiek na świecie” Małgosi Halber.

Wiesz o czym to książka?
O uzależnieniu.

Od alkoholu.
Od marihuany.
Od muffinek.
Od imprez.
Od jedzenia.
Od odchudzania.
Od cudzej oceny.
Od miłości.
Od aprobaty.
Od katastroficznych myśli.

Z resztą nieważne „od czego”.

Bo nigdy nie chodzi o czynność lub substancję.
Chodzi o to, dlaczego i po co. Jaki ból to ma ukoić?
Jakie pytania zadusić w zarodku? Przed czym pragniesz uciec?
A przede wszystkim- czego nie chcesz czuć?

Dobrze było zaliczyć ten dół pełen smutku,
oczyszczających łez, odrzucenia i opamiętania.
Bo znów poczułam się blisko zarówno siebie
jak i całego świata. Pełna tkliwości dla swojego serca,
pełna czułości dla wszystkich cierpiących ludzi.

Ostatnie tygodnie spędziłam na jakimś
autopilocie, w stanach psychotycznych –
przemieszczałam się z punktu A do punktu B
nawet nie wiedząc jak. Ludzie naprawdę tak żyją?

Czasem z ciekawości biorę w rękę
talię kart – żeby usłyszeć, co podświadomość
ma mi do powiedzenia, a czego jeszcze nie zobaczyłam.

Dziewiątka.
Pustelnik.
Eremita.
Mnich.

Przyjęłam wiadomość.

Najzwyklejsze, szare stany
bez porywów serc też potrafią być piękne,
bo prawdziwe. Myślę, że to w nich mieszka
najwięcej życia. Wystarczy tylko
uważnie się przypatrzeć.

Usłyszeć.
Zobaczyć.
Odkryć.
Nie uciekać.
Zostać.
Wytrzymać.

Dotknij mnie z czułością. O miłości i innych „przypadkach”

Zupełnie niedawno przeczytałam
gdzieś piękne zdanie o miłości.

I choć nie pamiętam, kto jest autorem,
poruszyło mnie do głębi.

Brzmiało mniej więcej tak:

Jeśli odejdzie od ciebie osoba,
którą kochasz, nie oznacza to, że
opuszcza cię również miłość.

Nikt nie może zabrać ci
miłości, czy zdolności do jej odczuwania.

Innymi słowy: odchodzi człowiek,
ale nie odchodzi  miłość.

Jeśli jesteś pełen miłości, to jak drugi
człowiek może ci ją odebrać? Nie może.
Odszedł człowiek. Przyjdzie następny.
Bo taka jest natura energii, a MIŁOŚĆ
to najintensywniejsza z wibracji.

Ale żebyśmy mieli jasność – to jest o prawdziwej
MIŁOŚCI, a nie pożądaniu, chceniu, czy
potrzebowaniu.

To jest o MIŁOŚCI, która daje,
bo taka jest jej natura. 

MIŁOŚCI, która nie potrzebuje żadnych
warunków, aby zaistnieć. Po prostu jest.

Ostatnio, to właśnie ona jest na mojej
emocjonalnej tapecie. Czuję się zakochana.

Przez tydzień w jednej osobie.
Potem w kolejnej. A potem spotykam
trzecią i znów chcę jej podarować świat.

Zakochanie i czułość są we mnie,
niezależnie od tego, kto się pojawia.

Pewnie, gdyby w którejś z nich była chęć
i słowo TAK, to wytworzyłaby się piękna
historia, o której mogłabym opowiadać
po latach przy wielkim ognisku.

Ale w każdej z tych osób jest NIE.
I każda z nich jest zajęta. Nie szkodzi.
Ufam, że jest tak, jak ma być. Wciąż kocham.

Odchodzą osoby, które nie mają przestrzeni,
ale zostaje MIŁOŚĆ. Zachwyt. Radość z tego, że
są szczęśliwe. Życzenia, by żyło im się z lekkością.

To cudowne uczucie. 

Jestem w motylach.
Jestem w skowronkach.
I idę dalej z tym w świat.

Czułość.
Tkliwość.
Uważność.

Kocham mojego psa.
I kocham mojego sąsiada.
Kocham panią z warzywniaka
i chłopaka, który codziennie biega po lesie.

Kocham brzozę, co ma pożółkły pień
i mech, który porasta jej korzenie.

Jestem pełna. 

Niczego nie zatrzymuję.
Niczego nie potrzebuję.
Nie chcę zawłaszczać.

Być może w odpowiedniej chwili,
– pewnie w najlepszej z możliwych –
pojawi się właściwa osoba.

Wolna. Taka, która nie potrzebuje
zawłaszczać.Obiecywać czy mieć  obiecane.

Ale może też być zupełnie inaczej.
Być może pojawi się po prostu ktoś,
kto będzie chciał poczuć ciepło.

Kto będzie chciał być wysłuchany.
Dostrzeżony. Przytulony. Albo głodny.
Czuję, że MIŁOŚĆ ma wiele twarzy.

Popkultura ujęła jej wartości i
spłaszczyła do poziomu zazdrości,
zdrad, chcenia i posiadania na własność.

Tak jakby była rzeczą.

Tak jakby nieodłącznie musiały
towarzyszyć jej: zazdrość, pożądanie
i ciasnota, która potrzebuje formalności.

Dlatego nie obchodzę Walentynek.
I dlatego nie obchodziłam ich nawet wtedy,
gdy z kimś byłam. Bo MIŁOŚĆ to nie
różowe serduszka, koronkowa bielizna,
kwiaty i uczta przy świecach.

Bliżej temu do jarmarku niż do UCZUCIA.

Brene Brown napisała w jednej ze swoich
książek, że trudno jest nienawidzić ludzi z bliska.
Dlatego, ilekroć nadarza się okazja, staram się zbliżyć.

Bo z natury nie jestem człowiekiem kochającym.
Nienawiść i brak życzliwości były mi bliższe.

Dlatego wiem, że pracą na obecne
życie jest zbliżać się.

Podchodzić z otwartą dłonią,
będąc nagą i całkowicie bezbronną.

Z zaufaniem.
Z miłością.
Bez lęku.
Z ofiarowaniem, a nie chceniem.

Co ciekawe, wszystko to wiąże się z życzliwością
w stosunku do siebie. A więc z uważnością.
Przebaczeniem sobie. Akceptacją. Ulgą.

Wraz z nimi przyszło zobaczenie drugiego człowieka.
Tkliwość na jego emocje. Wrażliwość na to, kim jest
i co mogę mu dać.

Otwarte serce.

Pamiętam, że latem pojawił się na chwilę
ktoś w moim życiu, ale drzwi były zamknięte
i w oknach stały kraty.

Przeszło mi wtedy przez myśl, że tak już pewnie
zostanie, że nie pokocham nigdy.

Że pewnie nie mam zdolności do odczucia
nadmiaru, a cały życiowy zapas
wykorzystałam  lata temu.

Wytworzyło się wtedy wiele
pomieszania i cierpienia.

Dziś widzę, że nie chodziło o tą
konkretną osobę. Bo przyszłaby inna,
a moje serce wciąż byłoby zamknięte.

Nie było we mnie MIŁOŚCI.

W końcu zdałam sobie sprawę,
że to ja miałam ten metaforyczny klucz.

Odpuszczenie sobie.
Życzliwość.
Czułość kierowaną wprost do serca.
To one ukoiły lęk przed drugim człowiekiem.

Popłynęło.

Fantastycznie jest znów poczuć
ten słodko-cierpki smak CZUŁOŚCI,
która jest niezależenie od człowieka.

Nikt nie odbierze mi TKLIWOŚCI.
Nikt nie odbierze mi MIŁOŚCI.

Bo kocha się za nic.
Nie ma jedynego właściwego powodu,
by kochać. Po prostu się kocha.

„Miłość jest pierwszym z powodów,
dla których Wszechświat istnieje.
Po co troszczyć się o pozostałe?”.

Krzysztof Pieczyński


Photo by Italo Melo from Pexels

Przestań siebie oceniać. Oto droga prawdziwego bohatera

Życie to ciągła zmiana.
Kurczenie się i rozszerzanie.
Wdech i wydech.
Umieranie i rozkwit.

Kiedy wybieram się do
kina na jakiś film, zawsze
jestem zaskoczona, że w tak
różny sposób można pojmować życie.

DROGA BOHATERA

Zarówno w filmach, serialach,
jak i książkach, życie bohatera to krzywa
z licznymi zakrętami, która ostatecznie prowadzi
do jakiegoś finałowego końca.

A tymczasem mam głębokie przekonanie,
że życie to okrąg. Albo inaczej – spirala,
która zatacza kilkukrotnie te same koła.

Mam poczucie, że w prawdziwym życiu
nie ma happy endów, bo przecież istnieje
tylko jeden koniec, który czeka wszystkich.

Cała reszta, jakkolwiek „happy” czy „unhappy”
z pewnością końcem nie jestem. Ciąg dalszy nastąpi.

A mimo to uwielbiamy karmić się historiami,
jak z motywu „Drogi Bohatera” Josepha Campbella.

Bohater jest nieszczęśliwy.
Bohater podejmuje wyzwanie.
Bohater wyrusza w długą drogę do siebie.

W końcu po długiej tułaczce spotyka mentora.
Uczy się i przechodzi swoistą transformację.

A potem odbywa się życiowy sprawdzian,
który bohater zawala. Oto sromotna porażka.
Upadek, klęska, przegrana. Ale jednak życie trwa dalej.

Po kilku oddechach bohater wraca na dobrą drogę,
ale już bez mentora. Teraz sam sobie jest mistrzem.

Silniejszy i pełen nadziei wygrywa
cokolwiek to jest (walka z potworem,
odnalezienie skarbu, rozkochanie kobiety,
pokonanie wroga…). W końcu bohater
powraca w rodzinne strony w glorii chwały.

Od tej pory żył długo i szczęśliwie,
a jego dni wypełnione były
słodkim miodem  i  miłością.

Zauważ, że 90% wszystkich filmów
i 99%  animacji dla dzieci
posiada właśnie taką konstrukcję

PW
Kadr z filmu „Peaceful Warrior”

Lubimy myśleć o życiu w podobny
sposób. Stwarzamy sobie w głowie
epickie opowieści na swój własny temat:

„I wtedy zaszła we mnie przemiana”.

„Moje życie uległo zmianie w
tamtym kluczowym momencie”

„Po kryzysie stałem się innym człowiekiem”.

A tu niespodzianka.
Życie takie nie jest.

Jest zdecydowanie mniej epickie
i bardziej przypomina film „Dzień Świra”
niż „Władcę Pierścieni”.

Owszem zmiany zachodzą.

Ale są mniej dramatyczne, nie tak teatralne,
głośne, kolorowe czy oczywiste.

Największe zmiany zadziewają się w ciszy.
A nam osobiście bardzo  trudno je dostrzec.

To, co z pewnością szkodzi, to
nieustanne poddawanie
naszego rozwoju ocenie.

Zamiast pozwolić rzeczom się wydarzać,
oceniamy, albo co gorsza
porównujemy się z innymi.

„Za wolno”.
„Nie tak miało być”.
„Oni już tam, a ja
wciąż tu stoję”.

ZMIANY A STATUS QUO

Zmiany zadziewają się w ciszy.
Nie są ani huczne, ani epickie
ani pełne fajerwerków.

Są ledwie zauważalną reakcją
na pewne sytuacje.

Coś, co kiedyś wyprowadzało nas z równowagi,
teraz jest zwykłą sytuacją, której
przyglądamy się z boku – ze spokojem.

Zmiana i rozwój są wytworzeniem w sobie
nowego nawyku – sposobu funkcjonowania,
który wspomaga a nie niszczy.

Transformacja jest inną reakcją, albo jej brakiem.
Jest pełną odpowiedzialnością.
Akceptacją i głębokim zrozumieniem.

I choć wszyscy pragniemy wielkich,
przełomowych zmian, to z drugiej strony,
boimy się. Lubimy przecież tkwić w
bezpiecznym status quo.

Więc to, że zmiany wydarzają się
bardzo powoli i niezauważalnie
jest czymś dobrym. Budującym. Bezpiecznym.

Zamiast rzucić nas o ścianę,
Wszechświat podchodzi do nas z miłością.

Dostajesz na raz tyle, ile udźwigniesz, ale
żeby się nie przewrócić.

Nie mniej. Nie więcej.

Zdarza mi się często podchodzić
do swojego rozwoju w sposób
subiektywny, surowy i krytyczny.

Na drodze spotykam osoby,
które opowiadają o swoich procesach.
W ich opowieściach słyszę „wielkie zmiany”.

Myślę wtedy: dlaczego u mnie nic
się nie zadziewa? Czemu wciąż tkwię w miejscu?

Potem jednak przychodzi refleksja.

„Sprawdź gdzie byłaś pięć lat temu.
Pamiętasz? I co, czy faktycznie
nic się nie zmieniło?”.

Wiesz co mi w tym pomaga?
Moje dzienniki. Prowadzę je od siedmiu lat.
Kiedy nachodzi mnie wątpliwość, wystarczy, że
wezmę z półki ten pierwszy – 2013 rok.

28 maja 2013, Gdańsk, godz. 7.45 – Życie mnie boli. Czemu nie
mam przyjaciół? Tak bardzo potrzebuję się komuś
wygadać (…), Mam dość roboty w call center (…)
Właścicielka mieszkania znów podwyższyła czynsz,
jestem załamana. To już drugi raz w tym roku…”

Serio? Nic się nie wydarzyło?
No skoro nie, to może zechcesz wrócić do 2013?
Nie chcesz? Ok, czyli przyznajesz, że
W TWOIM ŻYCIU ZASZŁY SPORE ZMIANY…?

PW1
Kadr z filmu „Peaceful Warrior”

Teraz robię jeszcze jedną dodatkową rzecz.
Oprócz dzienników prowadzę kalendarz.

Mam taki różowy, duży terminarz z dużą
ilością pustych stron na osobiste notatki.

Przy każdym dniu zapisuję jak się czuję,
co było problemem, a co było odkryciem.
W jednym zdaniu opisuję również co w
danym dniu robiłam. Po kilku miesiącach
wytwarza się pewien oczywisty algorytm.

Tam, gdzie pojawia się gniew/rozpacz/zniechęcenia
są też pewne konkretne mechanizmy działania
i nawyki, które do tych uczuć doprowadziły.

I na odwrót.

Tam gdzie jest spokój/zadowolenie/współczucie
są również pewne działania, które przyniosły
szybkie, emocjonalne sprzężenie zwrotne.

To niesamowite.

Dzięki takiemu kalendarzowi
uczuć, można bardzo szybko wyłapać, co szkodzi
nam i innym, a co nas buduje i czyni z nas kochających.

Wtedy wystarczy po prostu kontynuować te działania,
które przynoszą jak największy pożytek w jak najdłuższej
perspektywie czasu i obejmują jak największą liczbę istot.

PODSUMOWANIE

Prawie każda większa zmiana zadziewa
się spiralnie. Idziemy po spirali, zataczając
koła, i niekiedy dziwimy się, że po raz kolejny
widzimy te same drzewa i strumyki.

Bardzo łatwo wtedy wpaść w pułapkę
myślenia: Już tu byłem. A więc błądzę bez celu. 

A tymczasem jesteś wyżej. Patrzysz na las
z innej perspektywy. Rok temu widziałeś pnie,
dziś widzisz korony drzew, a za kilka lat
zobaczysz wierzchołki – taka perspektywa
z lotu ptaka.

Cokolwiek więc masz więc do zrobienia,
zrób to. Nie kombinuj, nie porównuj,
nie oceniaj.

Prawdziwa zamiana
zadziewa się w ciszy.

„Bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie”
Mahatma Gandhi

 

 

Nie podoba Ci się to, gdzie jesteś? Sprawdź, gdzie kierujesz uwagę

Pewnego dnia uczeń poprosił nauczyciela zen,
żeby napisał dla niego kaligraficznym pędzlem
„coś o wielkiej mądrości”.

Mistrz bez wahania sięgnął po pędzel i napisał:

UWAGA.

„To wszystko?” – zapytał zbity z tropu uczeń.

Mistrz bez słowa podniósł raz jeszcze pędzel
i napisał: UWAGA, UWAGA.

Student uznał, że nie jest to zbyt głębokie.
Zirytował się trochę i poskarżył mistrzowi,
że nie ma w tym zbytniej mądrości.

Mistrz raz jeszcze odpowiedział milczeniem
i napisał: UWAGA, UWAGA, UWAGA.

Sfrustrowany uczeń zażądał wyjaśnienia,
„Co ma znaczyć to słowo UWAGA?

Na co mistrz odpowiedział:
„UWAGA znaczy UWAGA”.


GDZIE TERAZ JESTEŚ?

Czy zdajesz sobie sprawę z tego, gdzie
podąża Twoja uwaga? Gdzie jesteś, idąc
na spacer? Czy aby na pewno na spacerze?

Co robisz, gdy koleżanka zwierza ci się
z emocjonalnym rozterek? Wiem, że
siedzisz naprzeciw i wiem, że na nią patrzysz.
Ale tak naprawdę, gdzie jesteś? Co robisz?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania,
gdy spacerowałam po lesie, bo przez kilka
dni pod rząd minęłam swoje ulubione drzewo,
bez zatrzymania się i zwrócenia na niego uwagi.

Dopiero kilka metrów dalej zdałam sobie
sprawę że nie przywitałam się z moją brzózką.
Byłam tak zaaferowana wewnętrzną narracją,
że cały spacer odbywał się na autopilocie.

Kilka dni później jeszcze boleśniej uświadomiłam
sobie, że jestem nieuważna. Na gołe nogi
wylałam kubek wrzątku, nie wspominając
o innych drobnych rzeczach, które po sobie nastąpiły:

zgubione klucze,
kolejny stłuczony talerz,
przegapiona wizyta u okulisty.

„Gdzie jest twoja uwaga Kama?!”

ŻYCIE Z CHÓREM GRECKIM

Nie sądzisz, że to niezwykłe?
Dostaliśmy na chwilę życie. A wraz z nim
ciało, oddech i pięć sprawnych zmysłów.

A mimo to korzystamy z nich tak, jakby
były nam dane na zawsze. Przeżywamy dni i noce
nie żyjąc naprawdę, lecz wciąż wspominając
przeszłość lub tworząc plany na przyszłość.

Czy możesz przyznać uczciwie,
że jesteś świadomy?

„Jasne!” – odpowiesz.

„Jem świadomie,
dbam świadomie o ciało, jestem świadomy
własnych uczuć i emocji, dbam o świadome relacje..”

Wobec tego, wsłuchaj się.

Usiądź na chwilę w całkowitej ciszy i skupieniu.
I słuchaj. Co słyszysz?

Narratora?
Chór grecki?
Komentarze?
Analizy?
Pomysły?

„Gdybym tylko mógł/mogła.
Jutro zjem na obiad brokuły. Muszę zrobić
badania. Coś mnie kłuje w boku. Ciekawe, czy
mnie lubi. Ależ ona podle się zachowała.
Jestem zmęczona. Boję się.

To nie ma końca.

Więc, zapytam raz jeszcze.
Gdzie jesteś? Czy robisz faktycznie to,
co jest do zrobienia? Gdzie jest Twój oddech?
Gdzie są Twoje myśli. Gdzie jest Twoja UWAGA?

Richard Davidson i Matthieu Ricard, photo: samharris.org
Richard Davidson i Matthieu Ricard, photo: samharris.org

MAŁPI UMYSŁ

Neurobiolodzy nazywają tego zapracowanego
narratora „małpim umysłem”.

A więc umysłem niewyćwiczonym, niepotrafiącym
skupiać uwagi na jednej czynności tu i teraz.

Niewyćwiczony robi z nami co chce. A wszystko
ma początek już we wczesnym dzieciństwie.

Uczymy się matematyki i obsługi komputera
ale nikt nie mówi o prawdziwej uważności
opartej na współczuciu w stosunku
do siebie i do innych.

Zamiast tego karmi się nas złudzeniami i ucieczką
od rzeczywistości.

W animacje,
gry wideo
książki
czy filmy.

Dwóch badaczy: neurobiolog Richard Davidson,
oraz psycholog David Goleman udowodnili,
że dopóki nie zmienimy nawyków u podstaw,
dopóty żaden prawdziwy rozwój nie będzie możliwy.

Ich naukowe dzieło „Trwała przemiana”
książka poparta wynikami badań prowadzonymi
od połowy lat 70. przekonuje, że poprzez medytację
możemy zmieniać nasz mózg.

Wszystko dzięki jego neuroplastyczności.

NAUKOWE FAKTY

(Neuroplastyczność to zmiany zachodzące w
strukturze mózgu. Powstają na skutek
regularnych, codziennie powtarzanych ćwiczeń).

„Spędzamy długie godziny wchłaniając treści z ekranów
naszych cyfrowych urządzeń , albo wykonując wiele innych 
stosunkowo bezmyślnych czynności…. „

„Przez cały ten czas nasze neurony w odpowiednich
obszarach mózgu karnie się wzmacniają lub osłabiają.
Taka przypadkowa dieta umysłowa najprawdopodobniej
prowadzi do przypadkowych muskułów w umyśle”.

Zastosowana metafora nie jest tu przypadkowa.
XXI wiek to era kultu pięknych i zdrowych ciał.

W ciągu całego życia poświęcamy lata inwestując
czas i pieniądze w siłownię, jogging czy inne formy
aktywności, zapominając o tym, że nasz umysł
również potrzebuje zdrowej „diety” w postaci
ciszy, medytacji i uważnej przytomności.

Richard Davidson i Daniel Goleman
Richard Davidson i Daniel Goleman. Photo: Youtube

BADANIE W DOMOWYCH PIELESZACH

Medytacja nie jest mi obca.
Pierwsze kroki na ścieżce medytacji
stawałam już kilkanaście lat temu.

Ale dopiero po lekturze
„Trwałej przemiany” postanowiłam podejść
do niej w naukowy sposób – skupić się na MBSR
przez pełen miesiąc, że by zobaczyć (czy będą) efekty.

(MBSR – Mindfulness Based Stress Reduction –
praktyka uważności stworzona przez Jona Kabat-Zinna
i jednocześnie najbardziej przebadana metoda rozwijania
przytomności umysłu z dowodami naukowymi
popierającymi jej skuteczność).

Chciałam sprawdzić co się zmieni.

Pamiętam  jakie były moje
zachowania przed miesiącem
nieprzerwanej praktyki uważności
(2x dziennie po 30 minut).

Zobaczę więc, jak będę
reagować po miesiącu.

Goleman i Jenkins twierdzą, że choć trwała przemiana
zachodzi po tysiącach godzin spędzonych na medytacji,
to już 30 godzin zauważalnie zmienia mózg.

Dowód?

Badacze przeskanowali mózgi
osób niewyćwiczonych w praktyce – przed kursem
który obejmował 30 godzin praktyki  – i po niej.

To, co zauważyli dzięki fMRI było niezwykłe.

Ciało migdałowate, które zapala się zwykle na czerwono
w sytuacji zagrożeń, po praktyce było mniej podatne na stres
(mniej czerwieni w badanym obszarze mózgu).

Innymi słowy – brak dramatów w obliczu sytuacji,
które na co dzień wyzwalają w nas lęk.

Richard Davidson, Daniel Goleman i Jon Kabat-Zinn. Photo:tricycle.org
Richard Davidson, Daniel Goleman i Jon Kabat-Zinn. Photo: tricycle.org

SUBIEKTYWNE WNIOSKI

Niedługo minie miesiąc od czasu mojego postanowienia.
I wiecie co zauważyłam? Że tracę zainteresowanie
tym, co uważa się za ważne i niezbędne w XXI wieku.

Przestałam wchodzić na Facebooka.
Bo rozpraszał.
Bo za dużo,
za kolorowo,
zbyt wiele informacji.

Przestałam uprawiać tzw. „multitasking”.
Powiem nawet więcej-  żaden multitasking nie istnieje.
Nie jest możliwe uprawianie kilku czynności naraz
bez utraty prawdziwej uważności na wykonywanym zadaniu.

Rzadziej oglądam filmy, bo szkoda
mi czasu na cudze historie.

Stałam się też gorszym blogerem i
mniej  przebojowym pracownikiem.

Bo nie mam ochoty tak bardzo
pompować swojego ego.
Bo odpadły ze mnie ambicje.

Nie wrzucam już codziennie postów na tablicę,
przestałam publikować emocjonalne treści,
które i tak zdezaktualizują się pojutrze.

A mimo to (a może właśnie dlatego?)
czuję się znacznie lepiej. Opuściłam
rollercoaster i zeszłam na ziemię.

Jest mi spokojniej. Mam mniej planów.

Nie skupiam się tak bardzo na tym, co było.
A gdy przychodzi smutek czy lęk to prostu mówię:
Hej, jak się dziś masz?

Być może te wszystkie rzeczy, o których
piszę to efekt placebo albo zwykłe, subiektywne
odczucia nie mające nic wspólnego z rzeczywistością.

I tak zamierzam robić to dalej.

Pewnie stracę w ten sposób jakiś wypracowany
przez siebie status blogera/dziennikarza.

Nie będę tak często widoczna w sieci
i narażę się na zapomnienie.

W zasadzie to już zaczęło się dziać.

Przez ostatnie tygodnie mój fanpage
„odlubiło” kilkadziesiąt osób – bo na blogu była cisza.
Jestem gotowa ponieść tego konsekwencje.

Być może to jest właśnie ten moment, by zadać sobie
pytanie: co jest naprawdę w życiu ważne?

Gdzie chcesz, aby podążyła Twoja uwaga?

 

 

 

2019? To był rok Siostrzeństwa!

Nie jestem typem osoby, która hucznie
żegna stary rok. Wręcz przeciwnie.

Zostaję w domu w piżamie i
bez makijażu, w zupełnej ciszy.

Kontempluję nad tym, co odeszło i kim
się stałam. Jestem bliżej śmierci
i o rok bogatsza w doświadczenia.

Rok 2019 był bardzo mocnym czasem.
Tak jakby nagle zintensyfikowały się
wszystkie doświadczenia, którym
od lat mówiłam: „nie, dziękuję”.

To był rok:
siostrzeństwa
otwierania się
wychodzenia do ludzi
zdecydowanego rezygnowania
odważnego wchodzenia w nowe
mówienia NIE temu, co nie służy
mówienia TAK, gdy coś było ciekawe.

Niesamowite jest to, że wszystko przyśpieszyło,
a intencje wysłane w Kosmos nareszcie
przyniosły owocne rezultaty.

ROK OPUSZCZANIA SKORUPY

Zaczęło się już 31 grudnia 2018 r.
Mieszkałyśmy z Luną u koleżanki,
spakowane w siedem małych kartonów.

W ciągu ostatniego półrocza
przeprowadziłyśmy się już trzeci raz.
Byłam zmęczona i tęskniłam za miejscem,
w którym nareszcie mogłabym zapuścić korzenie.

23 przeprowadzki w ciągu 33 lat?
Ok. Póki co mi wystarczy.

Tak się szczęśliwie złożyło, że w ostatni
dzień 2018 roku pojechałam
obejrzeć kawalerkę pod lasem w Sopocie.

Mieszkanie miało wszystko, czego chciałam:
drewnianą podłogę, okna wychodzące na
południe, mały balkonik, osobną kuchnię i…
wielki las za oknem. A na parapecie stał Budda.

Dzień później, 1 stycznia 2019 roku
z duszą na ramieniu jechałam pociągiem z kwotą
5 tysięcy złotych w kieszeni na podpisanie
umowy przedwstępnej.  A potem wszystko nabrało tempa.

Tak jakby przeprowadzka do Sopotu nagle
otworzyła mi setkę nowych drzwi. Przez każde
z nich do mojego życia zaczęły wchodzić Kobiety.

Trzydziestoletnie, czterdziestoletnie,
młode podlotki, Staruchy i Wiedźmy.
Wszystkie po to, by czegoś mnie nauczyć.

Intencja wysłana pół roku wcześniej, że
nie wejdę w żaden związek póki nie dopuszczę
do siebie kobiecości, nareszcie zaowocowała.

received_891147744592991

KOBIETY

W marcu pojawiłam się na pierwszym
Kręgu Kobiet, gdzie poznałam trzynaście absolutnie
inspirujących dziewczyn w różnym wieku.

Z niektórymi, po dziewięciu miesiącach
częstego kontaktu jestem bardzo blisko zżyta.

Potem pojawiły się kolejne Kręgi, a wraz z nimi
warsztaty rękodzieła, koncerty, tańce, kino,
śpiewanie i granie na instrumentach.

Pojawił się mężczyzna, na chwilę.

Bo chciałam sprawdzić, czy jestem w stanie
coś poczuć. Ostatecznie zobaczyłam w tym
cenną lekcję zaufania do siebie.

Zamiast pójść za tym, co analizowała głowa,
(Co ci szkodzi? Fajnie będzie!)
poszłam za tym, co mówiło serce.
(Nie ten czas, nie ten człowiek).

Latem wybrałam się w Tarnowskie Góry,
do miejsca, w których spędziłam pięć dni
w towarzystwie sześćdziesięciu Kobiet.

To tam poznałam Jagodę.

Jagoda, lat 52, wyzwolona matka dorosłych synów,
nauczycielka seksu tantrycznego, terapeutka
i studentka seksuologii.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, pomyślałam:
„Taka chcę być za 20 lat”. I choć mieszkamy w zupełnie
różnych rejonach Polski, to kontakt mamy do dziś.

Myślę, że pojawiła się, by pokazać mi
blokady na poziomie seksu. To jedyna
kobieta, z którą mogę godzinami rozmawiać
o seksie bez wstydu. Jagoda pokazuje mi
rzeczy z innej, bo dojrzałej perspektywy.

Mówi: Boisz się? Dobrze, ale rób,
eksperymentuj, sprawdzaj! Zobacz
kim jesteś!

PRZEMIJANIE

Nieco wcześniej zmarła moja babcia,
mama mojej mamy.

Noszę po niej drugie imię, choroby,
tendencję do zajadania smutków,
zazdrość i dziwny, nieco stłumiony
stosunek do kobiecości i seksu.

Kiedy dowiedziałam się o jej śmierci,
zrobiłam jej rytuał pożegnania, i choć
nie jestem katoliczką pojechałam na pogrzeb,
bo czułam, że to ważny czas.

Weszłam do kaplicy z otwartą trumną i śpiewałam z wiejską
wspólnotą żałobne pieśni. Wcześniej nigdy tego nie robiłam.
Bałam się widoku śmierci. Pewnie dlatego, że i samego życia
się bałam. A przecież śmierć to transformacja i nauka pokory.

Czuję, że podczas ostatnich miesięcy wiele
uzdrowiłam z tego, co babcia miała poblokowane.

Tak jak jej mama. I mama jej mamy. I pewnie jeszcze
kilka żeńskich pokoleń wstecz.

Czy uda mi się uzdrowić wszystko
w trakcie jednego życia? Nie wiem.

Pojawienie się Jagody było znakiem, że czas rozkruszyć
przestarzałe schematy i żyć w zgodzie z sercem.

czapielsk

NATURALNY PRZEPŁYW

Moje ciało coraz bardziej otwierało się na uczucia.
Przestałam hamować ich naturalny przepływ.

I choć przeszłość wciąż łapała mnie za chabety,
to życie, które chciało się przejawić taranowało
wszystkie trudne blokady.

W tym czasie odeszło sporo ludzi.

Bo „jestem dziwna”, „bo pomieszana”,
„bo nie wiem o co mi w życiu chodzi”,
„bo wciąż szukam, a ile można szukać”?

Szukać można całe życie.
A jeśli twierdzisz, że znalazłeś
to … cóż. Co dalej?

Przyszło uzdrowienie na poziomie ciała,
powrócił apetyt. Nie tylko na jedzenie, ale
na relacje i doświadczanie. To był rok odwagi.

Zobaczyłam, że potrafię o siebie zadbać.
Zarobić, ogarnąć, załatwić, poprosić o
pomoc i samej pomóc innej osobie.

Mam też jedną nową zasadę, która brzmi:
„Nie mam czasu, dla ludzi, którzy nie mają czasu”.

Znasz to?

Piszesz to wieloletniej znajomej,
i pytasz o spotkanie, a ona mimo
zapewnień jak ważna jesteś wciąż
odpowiada: „Innym razem. Nie mam czasu”.

Nie pytam trzeci raz.
Może Ty nie masz na to czasu,
ale ja nie mam przestrzeni
na wieczne odmowy. I dobrze mi z tym.

AAALAAA

TYSIĄC UCZUĆ WE MNIE I … ZGODA

Czuję się żywa jak nigdy.
Jestem zaskoczona ile mam gniewu,
i pozwalam mu zarobić trochę pieniędzy.
Tulę smutek a niepokój ogarniam uważnością.

Jest też we mnie zazdrość,
moja wielka nauczycielka, która
mówi o niespełnionych potrzebach.

Jest i radość, która zabiera mnie
na tańce. Jest ciekawość z którą odkrywam
nowe lądy. Są chęci i marzenia, rozbite talerze
i wycie w bólu do księżyca i utraty tchu.

Właśnie tak wyobrażałam sobie
prawdziwe życie. Bez hamowania. Bez stawiania
niepotrzebnych blokad. Z całkowitą akceptacją.

Obejmuję więc dziś swoją życzliwą uwagą
wszystko, co jest we mnie. I te niechciane części
i te kochane scalam w jedno, bym mogła
być tym, kim  w istocie byłam od zawsze.

Nie muszę się nikim stawać.
Jestem kompletna. Ktoś twierdzi
inaczej? To nie mój problem.

Życzę Wam kochani ODWAGI do bycia
sobą. Przygarnijcie to, co
brzydkie i lepkie.

Wyrażam wdzięczność:
dla Matki Ziemi, że mnie niosła,
dla wszystkich Kobiet z mojego rodu,
które były i wciąż są wielkimi nauczycielkami.

Dziękuję tym, które odeszły
i tym, które przyszły:

Magdzie, za bezinteresowną miłość.
Monie, za inspirację.
Ani za wrażliwość.
Adzie za dzikość.
Jagodzie za bezwstydność.
Oli za widzenie.
Marzenie za chichranie się w lesie.
Uli za łagodność.
Monice za pamięć.
Asi za ciepło i serdeczność.
Agacie za Zamknięty Krąg.

I oczywiście mojej najdroższej psiej
przyjaciółce, Lunie, która pozwala mi
spełniać moje matczyne zapędy
i przyjmuje miłość bezwarunkowo.

KOCHAJCIE, WSPIERAJCIE SIĘ,
BĄDŹCIE POŻYTECZNI. NIECH
WSZECHŚWIAT WAS ROZPIESZCZA
W KAŻDYM DNIU 2020 ROKU.

Dla tych, co chcą żyć wolniej