Archiwa kategorii: inspirujące kino

Krok za krokiem

Jak to się dzieje, że wraz z wiekiem
wydaje się, że doba jest krótsza?

Jak to możliwe, że mimo postępu
technologicznego, który miał ułatwiać
życie, komplikujemy je coraz bardziej
i tracimy kontakt z tym, co naprawdę ważne?

Jak do tego doszło, że przestajemy siebie
rozumieć i mieć czas na samopoznanie?

A współczesne kursy medytacji same w sobie obfitują
w presję i gonitwę za odległym celem?

Może to kwestia zachodniej kultury
nastawionej na sukces i osiągnięcia,
która sprzyja płytkim wartościom, za
dziwactwa zaś uznaje to co wolne,
nieambitne i zbyt normalne?

Wyobraź sobie, że żyjemy w świecie,
w którym zamiast kolorowych bilboardów
są plakaty z ludźmi, których
naprawdę warto podziwiać.

Mahatma Gandhi, Dalaj Lama,
Thich Nhat Hahn, Maria Skłodowska-Curie,
Makary Sieradzki.

A tymczasem, w Warszawie powstaje olbrzymi
mural z wizerunkiem… Nicki Minaj.

Dni, pieniądze i energia ludzkich rąk wykorzystane do promocji
płytkiego piękna, nagości i materialnego bogactwa…

Nie pomyślcie, że narzekam na nasz piękny kraj,
czy zachodnią cywilizację. Jest jak jest, trzeba to
zaakceptować.

Jednak to, co najbardziej mnie
zadziwia to fakt, że zamiast żyć bliżej siebie,
jesteśmy coraz dalej. Od relacji i własnego środka.

Zamiast słuchać, gadamy.
Zamiast siedzieć w ciszy,
zapełniamy przestrzeń
nieustannym jazgotem.

W domu seriale, a w drodze do
pracy słuchawki w uszach.

Dostrzegam to również w swoim życiu.
Tak bardzo kocham spokój, ciszę i wolne
tempo – a tymczasem od wielu lat ciągle się śpieszę.
Jak to się stało?

Rano biegnę na autobus, bo mam trzy minuty.
Popołudniu biegnę na jogę, bo 17.00 to jedyna godzina
wolnej przestrzeni. W sobotę szybko i pobieżnie
sprzątam kuchnię, bo przecież trzeba pomedytować.
Na spacerze ponaglam psa, bo tyle jeszcze trzeba zrobić,
napisać, obejrzeć, zdobyć, zrozumieć.

Cóż za wielka pomyłka!

Bo na co mi joga? Na co mi
medytacja? Na co mi wszystkie
aktywności, których celem jest bycie Tu i Teraz,
skoro między nimi żyję w wiecznym pędzie?

Złapałam się na tym, gdy pewnej leniwej
niedzieli obejrzałam dokument „Walk with me”.

Ten film jest przeciwieństwem wysokobudżetowych
blockbusterów – kolorowych, głośnych i napakowanych
akcją – abyś tylko się nie znudził.

To zapis życia ludzi, którzy zdecydowali
się poświęcić czas uważności.

Jedzą wspólnie, choć nie rozmawiają,
a posiłki trwają dłużej niż nasze.

Spacerują powoli. Krok za krokiem skupiając uwagę
na oddechu. Wdech – Wydech – Jeden krok.
Wdech -Wydech -Drugi krok.

Raz na godzinę słychać dźwięk dzwonka.
I wtedy zaniechają wszystkiego, co robią.
Zatrzymują się. Milkną. Oddychają. Widzą.

Obejmują przytomnym umysłem,
to w czym właśnie są. Jednym słowem –
wracają do domu. Wracają do siebie.

Od kilku miesięcy zafascynowałam się
tą sztuką spoczywania w tym co jest,
nazwaną dla potrzeb zachodniego świata
Mindfulness.

Oto okazuje się, że najwięksi
badacze, naukowcy, neurolodzy i trenerzy
zaczynają propagować Zen wśród laików i
zapracowanych mam i sfrustrowanych pracowników.

I nieźle im o wychodzi, bo przecież jakość
naszego życia nie zależy od stanu posiadania,
ilości odbytych podróży czy osiągnięć zawodowych.

Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu
możemy poczuć, że nie ma nic do osiągnięcia.

Że jedyne co mamy – to siebie. Ten czas, swój oddech
i obecną chwilę, nic więcej. I choć wydaje się, że to
mało, prawda jest o wiele bardziej zadziwiająca.

Bo zwykły oddech objęty uważną świadomością
staje się największym skarbem i spełnieniem marzeń
o pełnym życiu. Nie ma nic do zdobycia, ani miejsc
do odwiedzenia. Jedynie Wdech- Wydech – Jeden krok.

Wdech – Wydech – Drugi krok. I to naprawdę tyle.

 

 

Reklamy

Terapia ciszą

Też macie wrażenie, że pęd i hałas
zdominowały świat przekształcając
sztukę i media w ciąg nieustających
zmiennych?

Wszystko co szybkie, głośne
i pełne zwrotów akcji jest najbardziej pożądane
aby utrzymać nasze rozbiegane zainteresowanie.

A te jest ruchliwe niczym przestraszona gazela
skubiąca trawę sawanny w miejscu pełnym lwów.

Nie potrafimy usiedzieć w miejscu.

W sali kinowej wytrzymujemy jedynie z powodu
głośnych dźwięków i efektów 3D; pobieżną stronę
internetową przeglądamy w 7 sekund, a nowej
książki nie kupimy, jeśli nie ma krzykliwej okładki.

Bo prawda jest taka, że
nie potrafimy się nudzić.

Mało tego, zwalczamy nudę niczym
migrenowy ból głowy, likwidując
skutki szybkim działaniem mało
skomplikowanej tabletki.

I to nie jest tak, że kochamy się ruszać.
Nie. Nawet ruch, który nie przewiduje
zmiany szybko nas nuży, bo nasz umysł
chciałby więcej i bardziej słodko.

Przypuszczam, że i ten post zdążył
was znudzić, więc przejdźmy do konkretów.

Spójrzcie na box-office najpopularniejszych
pisarzy: w Polsce Bonda, w Ameryce Niksy
oraz kolejne powieści Stephena Kinga.

Trup, rewolucja, trup. W tej kolejności.

A seriale? Któż nie zna House of Cards, Gry o Tron,
Ja, Robot czy Narcosa? To one święcą dziś triumfy
w płatnych kanałach, czyniąc z nieznanych wcześniej
aktorów popkulturowe ikony.

Jaka jest cecha wspólna wyżej wspomnianych?

Po pierwsze, dynamiczna akcja, po drugie, władza,
a po trzecie przemoc. To są czynniki, które
utrzymują odbiorcę w fotelu.  Dobro wyszło
z mody, podobnie jak autentyzm i proste rozmowy.

Myślę, że dlatego filmy Allena
mają coraz słabsze noty. Allen nie
zadziwia, Allen nie krzyczy. Allen nie biega.

Pamiętam jak dwa lata temu
spontanicznie wybrałam się do kina, nie
sprawdzając uprzednio repertuaru.

Wszystkie filmy były już  w trakcie, a jeden
miał zacząć się lada chwila.

Kojarzycie Zwierzogród?
To był właśnie ten film. Bajka dla
najmłodszych z polskim dubbingiem.

I wiecie co? Nie zniosłam go.

Zbyt głośny dźwięk dubbingu
powodował, że zatykałam uszy,
a  tempo filmu i nadmiar bodźców
sprawiły, że straciłam resztkę cennej
energii zostawionej na koniec dnia.

Jeżeli dzieciom serwuje się tyle zmiennych
w ciągu godziny, gdy mają zaledwie siedem lat,
to co będzie im się proponować, gdy będą 20-latkami?

Zatykając uszy nagle zatęskniłam za dobrym kinem
poczciwego Japończyka, Miyazakiego.

Za kolorową kreską nie podrasowaną
programem komputerowym. Za naturą.
Za ważnym przekazem.

Ale do czego właściwie zmierzam?

Do tego, że raz na jakiś czas w naszej
hałaśliwej kulturze udaje mi się znaleźć
piękne filmowe perełki pośród łatwej w
odbiorze tandety na jarmarcznej ulicy.

Serial Terapia (In Treatment) jest
zaprzeczeniem tego, czego większość
szuka w telewizji i internecie.

Każdy odcinek rozgrywa się w jednym pokoju:
gabinecie terapeuty, któremu właśnie rozpada się małżeństwo.

Paul Weston jest terapeutą i głównym bohaterem,
Ma czwórkę pacjentów (przynajmniej tych, których poznajemy),
doświadczonego superwizora i niespełnioną żonę.

Statyczna akcja skupia się relacjach Paula z jego
pacjentami, ukazując równocześnie
prawdę o jego małżeństwie i niełatwej pracy.

Paul rozmawia, słucha, interpretuje i
pomaga pacjentom dojrzeć do zmian.

Dla jednych zmianą będzie samoakceptacja, a dla
innych uwolnienie się od niszczących wzorców z
przeszłości. Dla niego samego, terapia z drugim
człowiekiem stanie się odkrywaniem tego, co niełatwe,
mroczne i nieznane.

Film pokazuje czym jest terapeutyczny proces,
i zapoznaje z tajnikami pracy enigmatycznego
fachu. Oto nagle serial (którego powstały
3 sezony) proponuje widzowi rozmowę, refleksję
i zaprasza do własnego wnętrza.

To nie jest łatwa
rozrywka, która dobrze się
przyjmie podczas miłej kolacji.

Tutaj potrzeba zaangażowania i
pojemności widza. Na smutek, na łzy,
na zdradę, krzywdę i rozczarowanie.
Jak w tym serialu i jak w prawdziwej terapii.

Brakuje mi takich filmów.

Brakuje mi większej ilości dobrych książek
na czołowych półkach w księgarniach; w
miejscach gdzie byłyby łatwiej dostępne
bo zauważalne.

Dlaczego to, co łatwe, kolorowe
i przyjemne wiedzie prym?

Bo ludzie nie lubią nudy i wysiłku. Nie zostaliśmy
przyzwyczajeni do trudności. Nasze pokolenie
30-latków jest przekarmione materialną
formą miłości, która miała coś zastąpić.

Może czas, którego rodzice nie mieli.
Może przedmioty, do których nie mieli
dostępu. A może trudną rozmowę o uczuciach,
których nie uczyli się z nami prowadzić, bo ich
rodzice też nie potrafili.

I dlatego całe życie uciekamy.
Od trudnych emocji ku  łatwej lecz
śmieciowej rozrywce, która skutecznie
odwraca uwagę od tego co najważniejsze.

Od siebie.

Za tych, co marzą!

Za tych co marzą, choć wydają się bezmyślni.
Za serca, które cierpią, za bałagan który robimy.
(…)Odrobina obłędu jest ważna, kto wie gdzie
nas zaprowadzi…

Wspomóżcie buntowników,
szmery z kamyków; malarzy, poetów i sztuki,
głupców, którzy marzą, choć wydają się szaleni.
Za złamane serca i bałagan, który robimy(…)

…śpiewała Mia, główna bohaterka La La Land,
podczas przesłuchania do wymarzonego filmu.

Jej słowa doskonale opisują esencję tej zgrabnej produkcji.
To opowieść o marzycielach, którzy po kolejnej
porażce decydują się wstać i iść naprzód,
nie zważając na kierunek wiatru.

Przeziębienie sprawia, że mam mnóstwo czasu
i nadrabiam wszystko za czym tęskniłam,

Nadrabiam więc: spanie, jedzenie, książki, które
leżały odłogiem i filmy, które zawsze chciałam obejrzeć.

Na pierwszy ogień poszedł film Damiena Chazzelle,
bo ciekawiło mnie jak jeden tytuł może wywoływać
tyle różnych uczuć i opinii. Lubię-nie lubię,
wspaniały-okropny, szmira-arcydzieło.

I co ciekawe, nawet we mnie podczas dwóch godzin
seansu zrodził niesmak, rozczarowanie, by potem
przekształcił się w zachwyt i wzruszenie.

Mia (Emma Stone) to początkująca aktorka, która
mieszka w Hoolywood i chadza na castingi w
przerwach od bycia kelnerką. Sebastian (Ryan Gosling),
to  niespełniony muzyk jazzowy, który marzy o otwarciu
własnego klubu, choć na razie przygrywa do kotleta.

Ta dwójka spotyka się nie po to, by żyć ze sobą
w szczęściu i chorobie, lecz by się
wspierać w artystycznych dążeniach.

lalaland

Ona dopinguje go do znalezienia ambitnej pracy,
w której spełni się jako pianista, on dodaje jej otuchy
przed kolejnym przesłuchaniem, po którym wychodzi
zrezygnowana i pełna wątpliwości we własny talent.

Film jest piękny i baśniowy. Z jednej strony
widać cały blichtr amerykańskiego snu,
gładkie twarze, przygładzone włosy, idealnie
skrojone garnitury, sukienki na zgrabnych
ciałach i najnowsze modele Iphona.

Szmira chciałoby się rzec.

Chwilę potem jednak dostajemy w zanadrzu
coś więcej. Głębię spojrzeń, autentyczną bezsilność,
wieczną walkę o angaż i zbyt różne wizje
dróg, by mogły spoić parę na dłużej.

Oto jest i perełka.

Co zabawne, podczas ostatnich dni
oglądam filmy, które tematyką są do
siebie łudząco podobne, choć inaczej zrealizowane.

Po La La Land obejrzałam Frances Ha, słodko-gorzki
obraz Noah Baumbacha o 27-letniej dziewczynie,
która próbuje swych sił jako tancerka. Żyje w artystycznym
światku Nowego Yorku, który tętni możliwościami.

Lecz nie dla Frances.
Bohaterka co chwilę z braku kasy zmienia
mieszkanie, współlokatorów i pomysł na życie.

A to dorabia jako opiekunka w collegu, a to dolewa wina
na przyjęciach dla bogatych sponsorów i  wciąż
marzy o własnej choreografii.

frances_ha_1

I tak sobie myślę, że w istocie
żyjemy w czasach, które dla artystów i rzemieślników
są wyjątkowo trudne. Jest nas zbyt wielu, by się przebić.

Zmieniły się też wymagania.
Jesteśmy nieustannie oceniani i porównywani
Ten pisarz wzoruje się na Hemingwayu
a tamta jest gorszą kopią Virginii Woolf.

Nie wystarczy być dobrym.
Trzeba być rewolucyjnym i nowatorskim,
inaczej zginiemy w tłumie sobie podobnych.

To trudne czasy dla freelancerów.

Z jednej strony powiększył się rynek
zajmujący się sztuką i skomercjalizował
ją dla potrzeb dzisiejszego świata i wiecznie
rozproszonych odbiorców.

Z drugiej strony, social media i
łatwość publikacji obniżyły wartość sztuki.

Zarabiamy więc mniej a musimy
więcej, mocniej i dłużej.

Mój kolega grafik sprzedaje obrazy na płótnie za 200 zł,
a ja biorę za tekst do gazety 70 złotych, podczas gdy dekadę
temu nasza praca byłaby warta trzykrotnie więcej.

Sytuacja pokazuje jeszcze jedną bardzo ważną rzecz.

Mianowicie, wszyscy chcemy tworzyć, wszyscy marzymy
i mamy serca pełne kolorowych planów i ambicji.
Jest nas więcej nie z nudów, lecz dlatego, że po wielu
straconych pokoleniach nareszcie uwierzyliśmy we własne siły,
pojawiły się możliwości i nowe rozwiązania.

Internet sprawił, że odbiorca stał się masowy, a telewizja
wypełniła się historiami zwycięstw małych bohaterów.

Niestety talent to nie wszystko. Dużo ważniejsza jest
wytrwałość i konsekwencja. To ona wydobędzie perły
z szarych mas i sprawi, że będzie o nich głośno.

Wytrwałość, odwaga, optymizm i odrobina obłędu.
Oto cechy marzycieli i pionierów, malarzy,
poetów i wiecznych naiwnych głupców, którzy
mają złamane serce tak często, jak nikt.

Pomódlmy się więc, wypijmy i zaśpiewajmy.
Za tych co marzą, choć wydają się bezsilni,
za serca, które cierpią, za bałagan który robimy.
Za buntowników i głupców, którzy wydają się szaleni(…)

Odrobina obłędu jest ważna.
Kto wie dokąd nas zaprowadzi.

Czasami tylko obłęd sprawi, że
pozostaniemy wierni samym sobie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pokot, Wilki i minister Szyszko

W dobie polskich absurdów, gdy minister Szyszko zachęca do wycinania drzew i wpuszcza do rezerwatu myśliwych, aby odstrzeliwali jelenie, bo”szkodzą przyrodzie”, POKOT Agnieszki Holland oraz WILKI Adama Wajraka nabierają wyjątkowo aktualnego znaczenia…

Tak się złożyło, że w ciągu jednego tygodnia
mocno zgłębiłam wiedzę z zakresu przyrody i kłusownictwa.
Tego legalnego, jak i tego poza prawem.

Najpierw, przechodząc obok księgarni we Wrzeszczu zobaczyłam
napis SALE, a na witrynie sklepowej ujrzałam książkę,
którą zapragnęłam mieć już w ubiegłym roku, ale koniec końców,
zawsze było coś ważniejszego- WILKI Adama Wajraka.

Nie namyślając się długo, minutę później biegłam na autobus
trzymając ją pod pachą.

Parę dni później, do kin wszedł film Agnieszki Holland, POKOT.
Film przeze mnie wyczekiwany, z powodu miłości,
do oryginału napisanego przez Tokarczuk.

PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ KOŚCI UMARŁYCH
było dla mnie jak powrót do domu.
Wszystko, co autorka zawarła w książce
zgrywało się ze mną na każdym poziomie.

Wegetarianizm, głębokie poszanowanie dla sił pryrody, miłość
do zwierząt, życie w rytmem dnia i natury, ba! nawet teza, że każde życie
zapisane jest gdzieś w gwiazdach. Ostatecznie, ja sama widzę w sobie Duszejko.
Nieco młodszą, może odrobinę mniej radykalną, ale jednak.

Na małej wsi gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej mieszka sześćdziesięcioletnia nauczycielka
angielskiego i pasjonatka astrologii, Janina Duszejko.
Ma dwa psy, jest wegetarianką i zdecydowaną przeciwniczką kłusownictwa
oraz polowań na dzikie zwierzęta.

Jest również bardzo samotna, bo wśród społeczności
przyzwyczajonej do polowań, cieszy się
niepochlebną opinią starej dziwaczki.

Agnieszka Holland świetnie zobrazowała historię Tokarczuk.
Nie mogłabym sobie tego lepiej wyobrazić. Sceny kręcone były w plenerze
Kotliny Kłodzkiej, nieopodal czeskiej granicy, co świetnie
oddawało mroczny klimat życia na
podupadłej prowincji, gdzie diabeł mówi dobranoc.

I choć film jest ryzykowny a Holland naraża się na ostracyzm,
to jestem pewna, że dotrze do świadomości przynajmniej pojedynczych osób.

Tych wrażliwych, empatycznych i żyjących blisko natury. Do osób inteligentnych,
otwartych i mających po prostu dobre serce. W kinie byłam w sobotę.
Smutno było patrzeć na pustą salę, kiedy z sali tuż obok,
z Greya wychodziły tłumy gapiów…

WILKI Wajraka uzupełniły wiedzę o kolejne detale.
Np. takie, że wilki panicznie boją się ludzi i nigdy ich nie atakują.
Dlaczego? Bo człowiek to najgroźniejsza istota na naszej planecie.
Zabija dla zabawy i dla trofeów, je wtedy gdy nie musi i za wszelką cenę
próbuje podporządkować sobie każde życie.

Obecnie w Polsce żyje około 2000 wilków. To zasługa stowarzyszeń
i ruchów na rzecz obrony zwierząt, które doprowadziły do zakazu
polowań na wilki i inne zagrożone wyginięciem gatunki. Jeszcze parę lat temu
była ich zaledwie setka.

Nie bądźmy jednak zbyt wielkimi optymistami.
Jak pisze Wajrak, mimo groźby grzywny,
w lasach wciąż można znaleźć wnyki,
które skazują zwierzęta na śmierć w męczarniach.

Może to pokłosie władzy, będącej w rękach niebezpiecznych ludzi,
takich jak minister Szyszko?

Człowiek, który ma stać na straży przyrody,
bierze udział w polowaniach na bażanty wypuszczane
prosto z klatek pod lufy (Newsweek 08.03.2017),
chce wpuszczać do rezerwatu warmińskiego myśliwych,
by odstrzeliwali jelenie (Gazeta Wyborcza Olsztyn, 09.03.2017),
o ustawie o wycince drzew, która weszła w życie 1 stycznia
nie wspominając ( WP Money, 08.03.2017)

Na szczęście, coraz częściej wychodzimy na ulicę,
gdy coś nam nie odpowiada. Dziwny z nas naród, ale
jednej cechy nie można nam odmówić. Wytrwałości i uporu
Może dzięki nim, władza zmieni się na korzyść ogółu.
Nie tylko ludzkiego, ale każdego pojedynczego życia.

Zdjęcie: źródło film.org

Subiektywnie o „Snowdenie”

Introwertyk chadza do kina, a jakże.
Introwertyk lubi tą cudowną chwilę, gdy na sali gasną światła,
publika milknie, a na ekranie pojawia się pierwsza z wielu scen.

Tym razem jednak zamiast ciasno wypełnionego multipleksu
wybrałam kino studyjne w najgorszej dzielnicy Gdańska,
(Nowym Porcie, gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości).

Czy lubię kina studyjne?
To zależy od miejsca. Snowden był pokazywany tylko
w takim. Fimu nie wykupiły Helios ani Multikino.
Czyżby zbyt niepoprawny politycznie?

Kino Nowy Port. Mała salka z miejscami na 40-50 osób
i kameralna atmosfera szeptów i wysokich
kinomaniaków, którzy siadając w pierwszym rzędzie
zasłaniają obraz całej reszcie.

Po paru słodkich przekleństwach, które z siebie wydałam,
rzuciłam torbę na fotel i usiadłam na niej, by widzieć więcej,
boleśnie przekrzywiając się ku centrum sali, gdzie
brak foteli gwarantował przejrzystość obrazu.

Nie czytałam żadnych opinii ani recenzji przed seansem,.
Po co psuć sobie ogląd?

Wiedziałam kim jest Snowden,
wiedziałam co zrobił, obejrzałam rok wczesniej Citizenfour i
to wystarczyło w zupełności.

Dla tych, którzy nie wiedzą:
Snowden, to były pracownik CIA, który dowiedział się, że
rząd USA inwigiluje KAŻDEGO mieszkańca planety z dostępem do internetu.

Po nielegalnym skopiowaniu tych informacji,
opuścił organizację rządową,
uciekł z kraju i udostępnił prasie tajne akta.

Po tej sprawie stał się targetem nr jeden na liście USA.
Wydano na niego wyrok śmierci a do dziś (podobno) mieszka w Rosji,
gdzie ma azyl.

Film nakręcił dinozaur amerykańskiego kina, Oliver Stone.
Można polemizować czy to dobrze a może źle.
Moim zdaniem zrobił kawał dobrego kina,
które trzymało w napięciu przez ponad dwie godziny.

Może gdybym poszła do kina z chęci czystej rozrywki,
to czegoś by mi zabrakło.

citi

Może nawet nie uwierzyłabym reżyserowi w tę fabułę.
Film był jednak  dla mnie uzupełnieniem wiedzy,
tym, co dla wtajemniczonych jest niemal oczywiste.

Rząd USA może znaleźć informację o każdym człowieku,
który posiada dostęp do internetu. Może wiedzieć
o czym piszesz, co jesz, jak żyjesz i z kim sypiasz.
Nawet jeśli jest to bezprawne.

W postać Snowdena wcielił się Joseph Gordon- Levitt,
który znakomicie wywiązał się z roli zamkniętego w sobie
pracownika CIA.

Nie miałam wątpliwości, że poświęcił tej roli
sporo czasu.

Że upodobnił się nie tylko w sposobie mówienia i
tym jak się porusza, poczułam, że uwierzył w tę rolę,
podobnie jak Benedict Cumberbatch uwierzył w swoją postać
Juliana Assange w Piątej władzy.

Takie filmy nigdy w pełni się nie udadzą i zawsze będą zgarniać cięgi.
Bo są niepoprawne politycznie, często zbyt idealistyczne, a
historie bohaterów niekiedy rysowane grubą kreska, gdy
reżyser tylko ma domysły a fakty są niejasne.

Mimo to, zawsze będę ich bronić. Snowdena,
Piatej Władzy czy Big Short.

Takie produkcje pokazują jak jest,
nawet gdy jest to prawda mało kolorowa i niewygodna, bo każe skonfrontować się
z rzeczywistością którą sami stworzyliśmy i na którą się godzimy.

Więc. Dziewczyno, chłopaku.
Jeśli widziałeś Citizenfour,
jesli obejrzałeś przemówienie Snowdena na TED,
obejrzyj ten film i wyrób własne zdanie.

A potem sam zdecyduj, czy zakleisz kamerkę laptopa plastrem
i czy aby na pewno
odwiedzisz tę stronę na którą chciałeś wejść.

Sto talentów, których nigdy nie miałam

florence


Wróciłam właśnie z filmu „Boska Florence”, z genialną Meryl Streep w roli głównej.
Mimo, że film był na faktach cała sala trzęsła się ze śmiechu, śledząc próby niemłodej już damy stania się wielką diwą operową.

I zastanawia mnie jedno.
Czy przy urodzeniu faktycznie każdy
z nas dostaje w prezencie jakiś szczególny talent?

Dar, który może wykorzystać ku uciesze swojej i innych?
Coś, co ułatwia światu życie lub dodaje mu piękna?

I dlaczego tak jest, że niektórzy przy niewielkim nakładzie pracy osiągają to,
na co innym nie starcza całego życia?

Bo są przecież wybitni pianiści.
I amatorzy.

Wielcy malarze.
I kopiści.

Projektanci mody
i zwykli krawcy.

A także pisarze
i… my. Pożal się boże blogerzy od siedmiu boleści.

Florence Jenkins nie grzeszyła talentem, a jednak spełniła wielkie marzenie o śpiewie.
Może dlatego, że miała pieniądze i znajomości.
Ale zapewne nie wydarzyłoby się nic gdyby nie serce, które wkładała w sztukę śpiewu.

Bywało, że czytałam książki, które zmieniały moje życie.
Zachwycały kunsztem, estetyką słowa i doskonałą formą.
A jednak okazywały się być jedynym dziełem pisarza.
Niech przykładem będą tu „Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte.

Były też książki, przy których ręce opadały a na czole pogłębiała się
pionowa zmarszczka głębokiego niezrozumienia:
„Jak ktokolwiek mógł to wydać?”. Nie będę wredna. Nie podam nazwisk.
Sami znacie pewnie mnóstwo.

Ale teraz przyszło mi do głowy, że może o swoje trzeba walczyć
i wkładać serce niezależnie od rezultatów.
Bo świat bardziej jest zainteresowany sercem a nie doskonałością?

Świat jest pełen przeciętniaków.
Sama do nich należę.
W życiu próbowałam chyba wszystkiego.
Wkładałam wiele wysiłku w:

jogging
recytację
malowanie akwarelami
rysowanie pastelami
sztuki walki
pływanie
jazdę na rowerze
wyszywanie
robienie na drutach
pisanie wierszy
scenariuszy
copywriting
krytykę literacką i filmową

A ceramika i lepienie z gliny są w październikowych planach.

Żadne z powyższych nie wyłuskały ze mnie talentu.
Wszystko było ledwie przeciętniactwem,
więc robiłam to tak długo, dopóki było frajdą.

Do tej pory piszę bloga, wiersze i rysuję, bo lubię,
choć pogodziłam się, że Kingiem nie będę.
Drugim Kossakiem tym bardziej.

Ok. Gdyby się uprzeć, to coś by się znalazło.
Niech będzie, że mam umiejętności, których jednak
spieniężyć nie da rady.

Natychmiastowo łapię kontakt z każdym zwierzęciem.
Błyskawicznie wyprowadzam partnera z równowagi.
I mam wyjątkową wrażliwość, która
doprowadza mnie do łez gdy słucham Tori Amos
i do depresji gdy w autobusie ze słuchawek współpasażera usłyszę Linkin Park.

Dzięki pierwszej i trzeciej cesze
mocniej doświadczam zjawisk, zwierząt i ludzi.

Świat się nie wzbogaci materialnie, ale dostanie w prezencie człowieka
którego zachwyci deszcz poetycko stukający o szyby, klekot żurawi
i 7 symfonia Beethovena.

Poza tym ktoś musi też mieć serce i talent i podziwiania talentów innych.
A w tym jestem największym mistrzem.
Przynajmniej na moim małym osiedlu

 

10 najważniejszych filmów o podróżach

Wielkimi krokami zbliża się czerwiec a wraz z nim urlopy, wyjazdy i wojaże.
Nie jestem wielką fanką podróży, co jedynie krótkich i nieskomplikowanych wycieczek, ale uwielbiam kino drogi. Filmowi bohaterowie odkrywają bowiem nie tylko geograficzne miejsca, lecz także poznają własne, często skomplikowane wnętrze. Wszak każda podróż jest dobrą okazją do stawiania ważnych pytań. Niech te filmy zainspirują Was zatem do przemyśleń na temat siebie i Waszej drogi do szczęścia.


10.  Dzienniki motocyklowe (reż. Walter Salles; 2004)

dzienniki motocyklowe

Jaki był Che Guevara zanim dojrzał?
Przede wszystkim był pasjonatem życia, marzycielem i idealistą, który wierzył w równość.

Salles przedstawił go jako młodego studenta medycyny, który wyrusza wraz z przyjacielem w podróż po Ameryce Łacińskiej na starym motocyklu. Wydawać by się mogło, że właśnie ta podróż ukształtowała przyszłego rewolucjonistę, który na trasie poznaje ludzi, wraz z ich ubóstwem, chorobą i pragnieniami. Lubię ten film i lubię do niego wracać. Tchnie z niego młodzieńczą energią, która rodzi nowe pomysły i rozwiązania. Energią, która każe zadać sobie pytanie: po co jestem? Film nie zrewolucjonizuje Waszego życia, co najwyżej zabierze Was w barwną drogę z dwójką pozytywnych młokosów. „Dzienniki motocyklowe” to obraz dla lubiących naturalizm i spokojną fabułę.


9. Dzika droga (reż. Jean-Marc Vallee; 2014)

dzika droga

Poszłam do kina z myślą że to głównie przygoda. Lecz prócz przygody otrzymałam znacznie więcej. Przede wszystkim dostęp do wnętrza głównej bohaterki a także wiarę, że niemożliwe nie istnieje. Poznajemy przemyślenia bohaterki, wzruszamy się, delikatnie zahaczając o jej przeszłość.

Cheryl, podróżnicza amatorka i długodystansowy laik wyrusza w drogę sławnym amerykańskim szlakiem Pacific Crest Trail po to, by poukładać przeszłość. Uporać się z niełatwym dzieciństwem, narkotykami, własnym rozwodem i śmiercią ukochanej matki. Film niesie nadzieję, że w jakkolwiek trudnej sytuacji byśmy nie byli, zawsze jest z niej wyjście. Czasem potrzebujemy lat by wybaczyć, czasem potrzebujemy drogi. Jak pokazuje przykład Cheryl, która jest rzeczywistą postacią, czasem trzeba odciąć się się od zewnętrznego świata i pobyć tylko ze sobą, by móc zacząć żyć na nowo.


8.  Droga życia (reż. Emilio Estevez; 2010)

drogazycia

Pisałam o tym filmie niedawno, ale warto bym napisała raz jeszcze. „Drogę życia” ogląda się bowiem z otwartym sercem i całkowitą sympatią do czwórki bohaterów, którzy odbywają pielgrzymkę do Santiago de Compostella.

Każdy z nich miał inny powód, by tu trafić. Sarah chce rzucić palenie, Jack napisać powieść, Joost stracić brzuch, a zacietrzewiony w sobie Tom rozrzucić na trasie prochy tragicznie zmarłego syna. Ten obraz jest jest jak hologram, niejednoznaczny i wielowymiarowy. Raz jest poważnie a za chwilę śmiesznie. Z każdym kilometrem coraz lepiej poznajemy czwórkę wędrowców, którzy dzielą się nie zawsze miłymi  historiami z własnego życia, lecz jakże znajomymi dla nas, zwykłych widzów. Reżyser przekonuje, że to nie cel stanowi trzon życia, lecz droga, która do niego prowadzi.


7. Elizabethtown (reż. Cameron Crove; 2005)

elizabeth

W przeciwieństwie do poprzednich produkcji, nie znajdziecie tu globtroterskich wypraw, tylko spokojną podróż ulicami Ameryki w rytm muzyki, która wpada w ucho.

Po serii niemiłych doświadczeń, Drew dowiaduje się o nagłej śmierci ojca. Jego zadaniem jest sprowadzić ciało z prowincjonalnego miasteczka, gdzie ojciec pojechał z wizytą. Towarzyszy mu w tym przypadkowo poznana stewardesa, Claire która umila mu czas i wnosi powiew świeżej energii, do mało radosnego życia. Nie będę Was oszukiwać- to zdecydowanie kobiecy film i moim zdaniem zawiera wszystko, co taki obraz powinien mieć, by odprężyć Was w długi, sobotni wieczór. Jest tu wątek miłosny, spokojna fabuła i inspirująca muzyka, która często towarzyszy podróżnikom na trasie. Reżyser zdaje się pytać, czy rodzina nadal ma jakąś wartość w dzisiejszym społeczeństwie czy jest jedynie wymuszoną koniecznością.


6. Trzecia gwiazda (Hattie Dalton; 2010)

hattie

To film o umieraniu i o próbie życia w tu i teraz.
Śmiertelnie chory James wyrusza wraz ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi do Walii, by po raz ostatni zobaczyć swoje ulubione miejsce, do którego jeździł w dzieciństwie.

Wydawać by się mogło, że będzie smutno, i chwilami jest. Jednocześnie też film bawi i angażuje emocjonalnie. Bo co zrobić, jeżeli nie zostało już nic? Jak pogodzić się z umieraniem? Jak cieszyć się chwilą, gdy za rogiem czai się śmierć? Droga przez Walię jest trudna nie tylko dla samego Jamesa, który nadużywa morfiny, by uchronić się przed bólem. Jest trudna także dla jego przyjaciół, którzy nie potrafią skonfrontować się z ludzkim cierpieniem. Ta słodko-gorzka opowieść jest lekcją o przemijalności, z której mimo dramatycznego zakończenia wychodzi się z lekkim sercem.


5. Wszystko za życie (reż. Sean Penn; 2007)

into

Jeden z tych filmów, które trzeba obejrzeć więcej niż jeden raz. Ta produkcja wychodzi daleko poza tendencję kina drogi. Jest manifestem przeciwko konsumpcjonizmowi i wołaniem o wolność.

Christoper kończy studia i choć rodzina oczekuje od niego, że wybierze ścieżkę kariery zawodowej, on tnie na małe kawałki wszystkie swoje karty kredytowe, porzuca samochód, podpala banknoty i wyrusza na Alaskę po to by poznać jak smakuje życie w całkowitej dziczy. Na swojej drodze łapie stopa, poznaje inspirujących ludzi, próbuje nowych rzeczy, dorywczo pracuje jednocześnie wyrzekając się wszelkiego luksusu i materialnych dóbr. To film zrealizowany z tęsknoty za przygodą, wolnością i dzikością, od której odcinamy się budynkami z betonu i coraz nowszymi przedmiotami, które stają się bożkami domagającymi się uwagi. Christoper był autentyczną postacią. Młodym, świadomym chłopakiem który nie chciał żyć we władzy pieniądza. Pragnął jedynie beztroskiej wolności, jak wielu z nas.


4. I twoją matkę też (reż. Alfonso Cuaron; 2001)

ytumama

Kocham ten film! Dla mnie to absolutny numer jeden w kategorii kina drogi. Ta latynoamerykańska opowieść rozbawi Was do łez! Uprzedzam, że do seansu trzeba być przygotowanym. Czyli żadnych ambitnych oczekiwań, żadnych prób doszukiwania się dziur w scenariuszu. Ten film po prostu się chłonie jak chłodny sok ze świeżego ananasa. Idealny na urlop lub na chwilę przed nim.

Dwójka zwariowanych nastolatków poznaje na uroczystości rodzinnej starszą od nich kobietę. Zafascynowani jej urodą zapraszają ją w podróż na tajemniczą meksykańską wyspę „Usta Niebios”. Początkowo niechętnie, kobieta zgadza się w końcu wyruszyć z nimi ulicami Meksyku w podróż pełną ekscesów. Niewinna trasa okaże się prawdziwym sprawdzianem przyjaźni dwójki chłopaków.


3. Sekretne życie Waltera Mitty (reż. Ben Stiller; 2013)

mitty

Oglądam zawsze, gdy mi smutno. Szybko poprawia nastrój i zabiera w podróż na Alaskę, w Andy i na Rejkjavik. Pozwala  wierzyć, że dla każdej szarej myszki jest przygotowane ważne miejsce w świecie.

Bo Walter MItty niewątpliwie taką szarą myszą jest. Nieśmiały, pozwalający się wykorzystywać przełożonemu, bojaźliwy. Gdyby nie zaginione zdjęcie sławnego fotografa za które był odpowiedzialny pewnie nigdy nie wyściubiłby nosa z domu. A on tymczasem, w obliczu życiowego kryzysu, w średnim wieku zaczyna spełniać swoje marzenia o podróżach i życiu pełną piersią. Film dla ambitnych jak i dla niewybrednych; dla wszystkich, którzy chcą obejrzeć przyjemną produkcję i wyjść z domu  z nowym spojrzeniem na życie i z wiarą w sens odległych marzeń.


2. W drodze (Walter Salles; 2012)

w drodze

Dlaczego ten film dostał tak niskie noty na portalach filmowych? Nie mam pojęcia. Ja byłam nim zafascynowana. Może ze względu na bliską mi tematykę beatników? To już kolejna produkcja Waltera Salles’a w tym zestawieniu, który często tworzy motyw drogi w swoich opowieściach.

Film powstał na motywach książki sławnego beatnika Jacka Kerouca. Kto choć trochę poznał jego historię, ten wie, że mnóstwo tu wątków autobiograficznych. Podczas drogi młodych bohaterów mamy okazję zapoznać się z pokoleniem młodych artystów wczesnych lat 50. A ci znacznie różnili się od dzisiejszych pisarzy. Byli bardziej zbuntowani i bezczelni. Trójka bohaterów: Sal, Dean i jego dziewczyna wyruszą w podróż po Ameryce, podczas której mierzą się z wiarą we własne ideały. Dla mnie, to kino świeże i inspirujące, które zasługuje na wyższe noty i nieco więcej wrażliwej uwagi.

1.Zjawa (Alejandro Gonzalez Innaritu; 2015)

zjawa

Podczas pierwszej sceny, siedząc w kinie pomyślałam, że „pachnie tu Londonem”. Bo w istocie, klimat filmu przypomina książki sławnego trapa i pisarza, które często rozgrywały się w górach i lasach pełnych zwierząt przedstawiając historie Indian i poszukiwaczy złota.

Zjawa jest świetnie zrealizowaną produkcją, z jednym minusem. Jest za długi. Pomijając jednak ten fakt, dostajemy niezwykle sugestywny obraz człowieka zdeterminowanego by przeżyć. To trudne kino pełne przemocy i cierpienia. Warto je jednak obejrzeć nie tylko ze względu na cierpiętniczą trasę jaką pokonał Hugh, by zemścić się na oprawcy syna. Także po to, by przekonać się ile trzeba wycierpieć by w końcu zasłużyć na Oscara…

A tu obejrzysz krótkie zestawienie najlepszych filmów drogi.
Zapraszam na mój kanał na youtube: