Archiwa kategorii: psychologia

Wystarczy, że jesteś…

To był czwartek. Ot, zwykły dzień,
podobny do każdego innego.

Wstałam o 5.30. Wyszłam na spacer
z psem, wróciłam, ugotowałam kawę
z przyprawami, zmiksowałam guacamole.

Do śniadania włączyłam sobie filmik
na Youtube – wykłady buddyjskiego
mnicha, Ajahna Brahma, bo lubię
wyjść z domu dobrze naładowana.

Ta słynna mowa z 2010 r.
była o akceptacji siebie.

Pomyślałam – że przecież
wszystko już na ten temat wiem.

Przeczytałam tonę książek
najlepszych psychologów,
odbyłam niejeden warsztat,
niejeden wykład obejrzałam
i niejeden problem przegadałam.

A jednak…

Słowa mnicha zrobiły na
mnie ogromne wrażenie.

Wiesz czemu? Bo były proste.
Proste i zrozumiałe do szpiku kości.

Zainspirowałam się.

Wzięłam kartkę, długopis i zanotowałam:

„Nasze oczekiwania wobec samych siebie
i innych są zbyt wysokie.

Obniżcie oczekiwania i odetchnijcie!
Nie musisz być taka piękna,
nie musisz być taki silny.
Możesz być sobą.

Wiesz od kogo pochodzą oczekiwania,
które karmią Twój umysł?
Od ludzi, którzy Cię nie kochają.

Ci, którzy naprawdę Cię kochają
będą z Tobą mimo wszystko.

Przy nich możesz odetchnąć.
Możesz być sobą. Zamiast oczekiwać zbyt wiele
od ludzi a zwłaszcza od siebie skorzystajmy z
umiejętności kochania samego siebie.

Otwórz drzwi swojego serca niezależnie
od tego kim jesteś lub będziesz –
niezależnie od cudzych opinii.

Nie musisz osiągać sukcesów,
aby być wartościowy.

Zamiast osiągać sukces, zainwestuj
w inteligencję emocjonalną.

Nie musisz być piękny.
Nie musisz być bogaty.
Nie musisz być popularny.

Możesz popełniać błędy.
Wystarczy, że jesteś sobą.”

I tyle. Proste, prawda?

Minutę później przepisałam
słowa z kartki do posta na
fangage’u. Znalazłam w sieci
darmowe zdjęcie Ajahna Brahma
i kliknęłam „opublikuj”.

Nie myśląc o tym więcej, wstałam,
spakowałam plecak i wyszłam do pracy.

A miedzy czasie zaczęło się dziać…

Kilka godzin później
próbowałam wejść na Facebooka i nie
mogłam – zawieszał się.

Post nie chciał się wczytać,
podobnie jak powiadomienia.

Wyczyściłam ciasteczka w przeglądarce
i spróbowałam znowu.

To, co zobaczyłam przeszło moje
najśmielsze oczekiwania. A gdzie tam!

Ja w zasadzie nie miałam oczekiwań.
Zastanawiałam się tylko czy post zdoła zaciekawić
więcej niż dziesięć osób.

Tymczasem „Ajahn Brahm” został
właśnie przez kogoś udostępniony
po raz 35. I miał ponad 150 lajków.

„Spokojnie. Nie ekscytuj się tak!”

-powiedziałam sama do siebie,
wiedząc że internauci są tak samo
kapryśni jak polska pogoda.

Wróciłam do domu. Włączyłam komputer.

Post o buddyjskim mnichu z Theravady
miał 400 lajków, 370(!) udostępnień i ponad
70 komentarzy, na które nie byłam w stanie
już odpowiadać.

Mało tego.

Ze skromnej liczby 850 fanów bloga
zrobiło się ich 1400 i ta liczba
wciąż rośnie.

Co tu się właściwie wydarzyło?
I dlaczego?

Przecież to tylko proste słowa
buddyjskiego mistrza.

Oklepane. Przegadane. Przepisane po wielokroć.
Żadna nowość, żadne tam wielkie odkrycie.

A jednak poniosło się w świat
dając wiralowy efekt udostępnień
i dzielenia się z ludźmi w mediach.

Czyżbyśmy byli tak bardzo
złaknieni zapewnień:

że wszystko 
z nami w porządku?

Czy naprawdę wciąż ktoś musi nam mówić,
że nie trzeba być idelanym i że mamy prawo
do błędów?

Najwyraźniej tak.

Bo skoro to na mnie
wywarło ogromne wrażenie
i dało poczucie ulgi, to znaczy,
że podziałało tak na każdego.

Bo przecież wciąż wymagamy
od siebie zbyt wiele.

Wciąż sobie rozkazujemy,
krzyczymy na siebie,
a w razie pomyłek
potępiamy i odrzucamy.

Każdego dnia, gdy włączasz komputer
porównujesz się z innymi.

Piękniejszymi.
Inteligentnymi.
Bogatszymi.
Odważnymi.

I zarzucasz sobie, że nimi nie jesteś.
Że wciąż zrobiłeś za mało, za wolno
i byle jak. A reszta społeczeństwa podbija kosmos.

Przyznaj w duszy – jest tak, prawda?

I nagle pojawia się ktoś, kto głosi
tezę zgoła odwrotną.

Nic nie musisz.

Nie musisz być idealny.
Nie musisz być piękny.
Nie musisz być:

silny
zdyscyplinowany
wytrwały ponad miarę
zamożny,
utalentowany
przedsiębiorczy
zdolny
miłosierny
poukładany

(wybierz dowolne).

Możesz być dokładnie taki
jaki jesteś.

Ze wszystkimi  wadami.
Pomyłkami. Błędami.
Emocjami. Lękami.

To przecież Ty. 

Te wszystkie cechy tworzą
cię tym kim jesteś.

A z drugiej strony, w ogóle
o Tobie nie świadczą, bo nimi
nie jesteś.

Czy to nie piękne?

Nareszcie możemy rozluźnić się
i wypuścić z siebie zatęchłe powietrze.

Przestać się nadymać jak balon,
przestać udawać i po prostu
być sobą.

Czyli kim?

Tym, kim się dziś czujesz.
Tym co o sobie wiesz i tym,
czego jeszcze nie wiesz.

Możesz być wrażliwością.

Miłością. Odwagą. Lub smutkiem,
gniewem i lękiem. A jutro możesz być
jedną wielką radością. Lub nikim.

Po protu wielką pustką.

Bo nic o nas nie jest ostatecznie prawdziwe.
Jesteśmy wszystkim i jesteśmy niczym jednocześnie.

I w tym zawiera się cały Wszechświat
możliwości. I totalnego odprężenia.

To co jednak mamy w życiu do zrobienia
to KOCHAĆ.

Siebie przede wszystkim.

Bo jeśli kochasz siebie całego, ze
wszystkim co piękne, i z tym co brzydkie,
to przecież pokochasz też drugiego człowieka.

I trzeciego.
I czwartego.

I każdego napotkanego na swej drodze.

Wszyscy jesteśmy kimś szczególnym,
z boską cząstką w sercach i umysłach.

Przede wszystkim zaś
jesteśmy kimś znacznie więcej niż wszystkie
myśli i określenia jakie mamy na własny temat.

A to wielka ulga.

A teraz wypuść powietrze.
I powiedz: KOCHAM CIĘ.

Reklamy

Syndrom „Czarnej Owcy”

Masz czasem wrażenie, że nie
pasujesz do własnej rodziny?

Że jesteś tak całkowicie różny i
odstający, że aż nieprawdopodobne,
że trafiłeś właśnie tu?

Ja tak miałam przez całe życie.
Zawsze inna, zawsze pod prąd.

Podczas, gdy nadrzędną cechą
większości osób w mojej rodzinie
był ekstrawertyzm oraz całkowite
przystosowanie, to ja miałam odwrotnie.

Nie lubiłam spotkań towarzyskich,
ani co sobotnich wyjazdów do miasta.

Nie lubiłam nocnego trybu życia,
dużego zamieszania i hałasu,
a założenie rodziny nigdy
nie było moim celem.

Ale ta inność przejawiała się
głównie w formie planów,
marzeń i wartości życiowych.

W wieku 16 lat stałam się
agnostyczką, by potem przechylić się
w stronę ateizmu.

Międzyczasie przeszłam na wegetarianizm
a przy stole zaczęłam prowadzić gorące debaty na
temat wartości życia czujących istot.

W wieku 20 lat trafiłam na capoeirę
i wpadłam totalnie.

Dziś myślę, że wcale nie chodziło
o sztuki walki,  ale o głośny śpiew.

Po dwóch godzinach treningu stawałam
razem z innymi w wielkim kręgu
i w rytm uderzeń bębna
śpiewałam po portugalsku.

Rodzice myśleli, że jestem w sekcie.

To tam poznałam mojego pierwszego
chłopaka. Miał dredy do pasa
i palił marihuanę.

Potem, spędzając wakacje na wsi,
zwoziłam do domu książki o zen.

Celowo zostawiałam je
na widoku, żeby rodzice mogli pytać.
A ja żebym mogła merytorycznie
odpowiadać.

Międzyczasie zmieniali się partnerzy.
A także zainteresowania i książki na stole.

Pojawiły się podręczniki
o buddyzmie tybetańskim,
o prawach zwierząt, o jodze,
szamanizmie i psychologii.

Pisałam opowiadania,
czytałam baśnie,
tworzyłam wiersze.

Uczyłam się ajurwedy,
chodziłam na akupunkturę,
tworzyłam ziołowe mieszanki.

Próbowałam medytować, i
ćwiczyć jogę, choć jeszcze wtedy
w zasadzie jej nie znałam.

Moimi mentorami w zależności
od dnia byli: Kasia Miller,  Wojtek Eichelberger,
Victor Frankl, Carl Gustav Jung i Arnold Mindell.

A za zarobione pieniądze, zamiast
na Kretę jechałam na miesiąc pod namiot.

Rodzina twierdziła, że jestem
co najmniej… dziwna.

Mimo to, każdego roku przy wigilijnym stole
byłam pytana:

kiedy ślub?
kiedy dzieci?
kiedy stała praca?

No i kiedy  wreszcie się uspokoję
i skończę z tymi dziwadłami…?

Odpowiadałam zawsze, że jestem
powołana do innych rzeczy.

I o ile moi rodzice zrozumieli i zaakceptowali,
o tyle dalsza rodzina wciąż myśli, że to żart 🙂

Bo przecież nie wiem na czym polega życie.
Bo jestem jeszcze młoda.
Naiwna. Lub nie spotkałam właściwego:

mężczyzny,
szefa,
pracy,
instynktu.

Zaakceptowałam to. Choć czasem
kuło ludzkie niezrozumienie.

Aż do niedawna, gdy natrafiłam na cytat
Berta Hellingera (tego od rodzinnych ustawień).

20190422_075952

Po przeczytaniu coś puściło.
Poczułam spokój, bo znalazłam
prawdę o sobie. Oto on:

„Jesteś marzeniem
wszystkich swoich przodków”.

„Tak zwane ‚Czarne Owce’ rodziny są
w rzeczywistości poszukiwaczami dróg
wyzwolenia dla drzewa genealogicznego.

Ci członkowie drzewa, którzy nie dostosowują się
do zasad lub tradycji systemu rodzinnego,

którzy stale szukają, aby zrewolucjonizować
przekonania, w przeciwieństwie do dróg
naznaczonych tradycjami rodzinnymi,

ci krytykowani, osądzani, a nawet odrzucani,
powołani do uwalniania drzewa powtarzających
się historii, które frustrują całe pokolenia.

‚Czarne owce’, ci, którzy się nie adaptują,
ci, którzy krzyczą,
buntują się,
naprawiają,
detoksykują
i tworzą nową, kwitnącą gałąź.

Niezliczone niespełnione pragnienia,
niespełnione sny,
sfrustrowane talenty naszych przodków
manifestują się w ich buncie, szukając swego ujścia.

Drzewo genealogiczne, przez bezwładność,
będzie chciało nadal utrzymywać kastracyjny
i toksyczny kierunek swojego pnia,
co sprawia, że ​​twoje zadanie jest trudne
i problematyczne.

Jednak nikt nie może sprawić,
byś zwątpił.

Zaopiekuj się swoją
wyjątkowością jako najcenniejszym
kwiatem swojego Drzewa.”

Bert Hellinger

***
I nagle widzę jak
wszystko się zgadza.

Bo gdy patrzę wstecz widzę
moją mamę, która nigdy nie czuła
instynktu macierzyńskiego, ale
żyjąc na małej wsi, czuła, że „musi”.

I widzę moją babcię. Matkę czwórki dzieci.
Kobietę odważną, szaloną, przebojową,
od „zawracania chmur”, która chciała
żyć za dwie, ale wyszło … inaczej…

Ile jeszcze było takich historii
po stronie kobiet w mojej rodzinie?
Nie wiem, bo mam informacje
tylko z dwóch pokoleń.

Może cofnę się jeszcze, żeby
wysłuchać,
zrozumieć i
odpuścić.

Podziękować przodkiniom,
które miały marzenia,
ale poległy.

Zwolniły. Wycofały się.
Lub wystraszyły.

Ostatecznie przecież, to dzięki nim
jestem tu gdzie jestem. I jestem tym
kim mnie uczyniły.

Przez myśli,
słowa
działania
sny
i życzenia.

Dla Was i dla siebie zaopiekuję
się kwiatem naszego Drzewa.

Krok za krokiem

Jak to się dzieje, że wraz z wiekiem
wydaje się, że doba jest krótsza?

Jak to możliwe, że mimo postępu
technologicznego, który miał ułatwiać
życie, komplikujemy je coraz bardziej
i tracimy kontakt z tym, co naprawdę ważne?

Jak do tego doszło, że przestajemy siebie
rozumieć i mieć czas na samopoznanie?

A współczesne kursy medytacji same w sobie obfitują
w presję i gonitwę za odległym celem?

Może to kwestia zachodniej kultury
nastawionej na sukces i osiągnięcia,
która sprzyja płytkim wartościom, za
dziwactwa zaś uznaje to co wolne,
nieambitne i zbyt normalne?

Wyobraź sobie, że żyjemy w świecie,
w którym zamiast kolorowych bilboardów
są plakaty z ludźmi, których
naprawdę warto podziwiać.

Mahatma Gandhi, Dalaj Lama,
Thich Nhat Hahn, Maria Skłodowska-Curie,
Makary Sieradzki.

A tymczasem, w Warszawie powstaje olbrzymi
mural z wizerunkiem… Nicki Minaj.

Dni, pieniądze i energia ludzkich rąk wykorzystane do promocji
płytkiego piękna, nagości i materialnego bogactwa…

Nie pomyślcie, że narzekam na nasz piękny kraj,
czy zachodnią cywilizację. Jest jak jest, trzeba to
zaakceptować.

Jednak to, co najbardziej mnie
zadziwia to fakt, że zamiast żyć bliżej siebie,
jesteśmy coraz dalej. Od relacji i własnego środka.

Zamiast słuchać, gadamy.
Zamiast siedzieć w ciszy,
zapełniamy przestrzeń
nieustannym jazgotem.

W domu seriale, a w drodze do
pracy słuchawki w uszach.

Dostrzegam to również w swoim życiu.
Tak bardzo kocham spokój, ciszę i wolne
tempo – a tymczasem od wielu lat ciągle się śpieszę.
Jak to się stało?

Rano biegnę na autobus, bo mam trzy minuty.
Popołudniu biegnę na jogę, bo 17.00 to jedyna godzina
wolnej przestrzeni. W sobotę szybko i pobieżnie
sprzątam kuchnię, bo przecież trzeba pomedytować.
Na spacerze ponaglam psa, bo tyle jeszcze trzeba zrobić,
napisać, obejrzeć, zdobyć, zrozumieć.

Cóż za wielka pomyłka!

Bo na co mi joga? Na co mi
medytacja? Na co mi wszystkie
aktywności, których celem jest bycie Tu i Teraz,
skoro między nimi żyję w wiecznym pędzie?

Złapałam się na tym, gdy pewnej leniwej
niedzieli obejrzałam dokument „Walk with me”.

Ten film jest przeciwieństwem wysokobudżetowych
blockbusterów – kolorowych, głośnych i napakowanych
akcją – abyś tylko się nie znudził.

To zapis życia ludzi, którzy zdecydowali
się poświęcić czas uważności.

Jedzą wspólnie, choć nie rozmawiają,
a posiłki trwają dłużej niż nasze.

Spacerują powoli. Krok za krokiem skupiając uwagę
na oddechu. Wdech – Wydech – Jeden krok.
Wdech -Wydech -Drugi krok.

Raz na godzinę słychać dźwięk dzwonka.
I wtedy zaniechają wszystkiego, co robią.
Zatrzymują się. Milkną. Oddychają. Widzą.

Obejmują przytomnym umysłem,
to w czym właśnie są. Jednym słowem –
wracają do domu. Wracają do siebie.

Od kilku miesięcy zafascynowałam się
tą sztuką spoczywania w tym co jest,
nazwaną dla potrzeb zachodniego świata
Mindfulness.

Oto okazuje się, że najwięksi
badacze, naukowcy, neurolodzy i trenerzy
zaczynają propagować Zen wśród laików i
zapracowanych mam i sfrustrowanych pracowników.

I nieźle im o wychodzi, bo przecież jakość
naszego życia nie zależy od stanu posiadania,
ilości odbytych podróży czy osiągnięć zawodowych.

Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu
możemy poczuć, że nie ma nic do osiągnięcia.

Że jedyne co mamy – to siebie. Ten czas, swój oddech
i obecną chwilę, nic więcej. I choć wydaje się, że to
mało, prawda jest o wiele bardziej zadziwiająca.

Bo zwykły oddech objęty uważną świadomością
staje się największym skarbem i spełnieniem marzeń
o pełnym życiu. Nie ma nic do zdobycia, ani miejsc
do odwiedzenia. Jedynie Wdech- Wydech – Jeden krok.

Wdech – Wydech – Drugi krok. I to naprawdę tyle.

 

 

Punkt „zero”

Punkt „zero” – tak nazwałam moment życia
w którym jestem. Czyli czas zawieszenia.

Etap w którym nie ma niczego, prócz zmian.
Przeszłość odeszła, a przyszłości jeszcze nie ma.

Uświadomiłam sobie, że nie mogę dłużej żyć tak,
jak żyłam – to nie działało.

Nie wiem jeszcze w jakim kierunku pójdę. Nie wiem,
co będzie. Ani kim jestem, ani czego chcę.

Punkt „zero” – ani po, ani przed. Czas pustki.
Ciszy. Zawieszenia. Przepaści. Niewiedzy.
Braku tożsamości.

Jeszcze niedawno panikowałam.
No bo jak to? Nie wiedzieć – nic?
Czy to zdrowe? Czy to bezpieczne?

Im dłużej zastanawiałam się kim jestem
i czego chcę od życia, tym czułam większe
pomieszanie. Bo zewsząd przychodziła
jedna odpowiedź: nie wiem.

Codziennie muszę podejmować
mnóstwo decyzji, a na tyle
głowy mam decyzję o kupnie
mieszkania. Ale jak podejmować
decyzje, kiedy nie wie się nic o sobie?

Nie. Wstrzymam się. Pozwolę sobie
nie wiedzieć. Po prostu być.

Ale samo bycie jest trudne. Czasami
zapełniałam pustkę tym, co miałam
pod ręką. Ale im więcej rzeczy, ludzi
i zjawisk tym dziura była większa.

Bo to nie byłam ja.

W końcu jeden przyjaciel powiedział:
Kama, daj spokój. Nie szukaj.
Pobądź w tym trochę. Niech pustka
stanie się prawdziwą pustką, a jeśli
dojdziesz do przepaści, skocz.

I tyle. To była odpowiedź, którą w głębi duszy
przeczuwałam, ale której nie chciałam znać.

20180830_204932

Bo to oznacza ZAAKCEPTOWAĆ niewiedzę o sobie.
Może wiem, kim byłam, ale nie wiem kim jestem.
Bo tamta Kamila odeszła, a nowa jest… no właśnie…
Jaka?

Dziś patrząc w lustro widzę dziewczynę,
która nie wie nic, ale czuje bardzo.

Zamiast pustki staram się widzieć potencjał.
Jestem niezapisana kartką papieru. Czy
powinnam ją zapisać na już?
Nie. Nic nie muszę.

Niech to się wydarzy samo.

Będę doświadczać, co ma być doświadczone.
Będę czuć emocje, które w sobie mam.
Naturalnie, bez zapełniania duszy
mentalnymi fast foodami.

Dziś po raz pierwszy od roku byłam na jodze,
żeby sprawdzić, jaką mam z nią relację.
Medytuję codziennie – testuję jak się
czuję na poduszce. Nawet one są w mojej
„szarej strefie”, bo nie wiem czy je lubię.

Bałam się punktu „zero” jak cholera.
Bałam się tej ciszy, niewiedzy i braku
tożsamości. Teraz widzę w nim potencjał.
To krótka chwila przed narodzeniem.

Jest ciemno, cicho, delikatnie, ale skurcze
wypychają ku światłu. Każdy poród boli,
a życie bywa niebezpieczne. Nie zatrzymam
już tego, bo pustka nie trwa wiecznie. Otrzymam
nowe imię i nowe życie. W swoim czasie.

A teraz… po prostu trwam 🙂

 

O lęku

Mój odwieczny towarzysz jest niczym cień,
z tą różnicą, że nawet w pochmurny dzień,
nie odstępuje mnie na krok, wywołując
wewnętrzny niepokój.

Bywa irracjonalny, niekiedy bezpodstawny.

Jest prawdziwym utrapieniem, gdy życie
wymaga podejmowania nieustannych wyzwań.
A dorosłość jest przecież największym z nich.

Moja mama opowiadała mi, że
już jako mały brzdąc ciągle się bałam.

To był typowy strach dziecka,
które ma bujną wyobraźnię.

Bałam się nalotu kosmitów, jak i nieznanych twarzy
w pociągu. Bałam się  tego, że biegając po łące,
nagle rozstąpi się ziemia i przepadnę bez śladu,
lub świat w ciągu sekundy skończy się
niczym w biblijnych opowieściach o apokalipsie.

W miarę jak dorastałam, tak samo ewoluował mój lęk.
Już nie bałam się kosmitów i ciemności.

Teraz bałam się tego co prawdziwe, dorosłe i namacalne.

Choroby.
Raka.
Śmierci.
Biedy.
Utraty.
Wstydu.
Braku akceptacji,
bycia nielubianą
i pokazywaną palcami.

A im więcej miałam w sobie lęku,
tym byłam agresywniejsza.

Nie zdawałam sobie sprawy, że
gniew jest ledwie czubkiem góry lodowej,
a to, co go karmi mieszka pod wodą i jest olbrzymie.

Jeszcze do niedawna próbowałam walczyć z gniewem
lub chociaż zrozumieć, wierząc że zrozumienie
przepędzi go z serca i przyniesie względny spokój.

Medytowałam więc. Oddychałam.
Powoli, z uwagą. Jadłam zdrowe tłuszcze,
przestałam pić kawę, zadawałam sobie pytania.

Odpowiedzi przychodziły i odchodziły.
Czasem lepsze, czasem gorsze,
niekiedy naciągane.

To jednak do czego doszłam, to zrozumienie,
że gniew rośnie z lęku.

Więc cóż mi po zabójstwie
gniewu, który jest skutkiem, podczas gdy
przyczyna wciąż truje umysł?

Góra lodowa złości

Lęk od zawsze towarzyszy mi w życiowej wędrówce
i prawdopodobnie będzie mi towarzyszył do samego końca.

Rozwiązaniem nie jest uciszenie go, zanegowanie,
czy wieczna walka, lecz wpuszczenie do domu.

Bo zobacz. Czym jest te dominujące uczucie,
które prześladuje nas niczym szkolny osiłek
lubiący bić słabszych?

Niczym innym jak wypartym aspektem nas
samych, naszym Cieniem, jak nazwałby go Jung.

I tak długo będzie nas gnębił, ganiał i zamykał
w łazience dopóki nie przyjmiemy co w całości.
Dopóki nie wyciągniemy nauki,
dopóki nie otworzymy drzwi na oścież.

Boję się.

Jak każdy introwertyk, budzę się z uczuciem
strachu, który nasila się pod wpływem
interakcji z całym światem.

Boję się, że dam ciała w pracy, boję się, że nowy kolega
mnie nie polubi, tego że wyniki badania lekarskiego
wyjdą kiepsko, że ludzie mnie wyśmieją i tego,
że ci których kocham odejdą.

Mimo to, akceptuję.

Medytuję, oddycham, nie piję kawy
a zamiast horrorów wybieram komedie.
Uczę się żyć z lękiem, i minimalizuję szkody,
które może wyrządzić ten niecny koleżka.

Bo przecież sam w sobie nie jest niczym złym
a z odpowiedniej perspektywy bywa świetnym nauczycielem.

Dziś już wiem, że nie ma czegoś takiego
jak prawdziwa trwała ucieczka. To, czego się
boisz, to czego nie lubisz, i tak cię dogoni.

Wiesz czemu?
Bo to przed czym uciekasz, to Ty sam.

Lęk wydobywa z ludzi prawdziwe współczucie
oraz uważność na cierpienie innych, to on sprawia, że
wdzięczność przychodzi łatwiej.

Każdy z nas rodzi się z
dominującym uczuciem w sercu.

Jednych zniszczy, z innych wydobędzie
duchowe piękno. Jedyna różnica między
dwoma scenariuszami polega na podjęciu decyzji
i przyznaniu: boję się i to jest ok. 

 


Obrazek zaczerpnięty ze strony:
http://blizejterapii.blogspot.com

Wszechświat sprzyja wierzącym

 

Znów to zrobiłam. Wyciągnęłam z szuflad kredki,
nożyczki, klej i brystol a ze starych gazet otrzepałam
kurz i zaczęłam zaklinać przestrzeń,
aby zaczęła ze mną współpracować.

Mapa Marzeń, bo o niej mówię, jest tworem
utkanym z pragnień i celów oraz osobistych
wartości, zwizualizowanych i skleconych
w barwny kolaż.

Pierwszą Mapę zrobiłam ponad
dwa lata temu na starym mieszkaniu.

Byłam wtedy innym człowiekiem,
miałam inne cele i marzenia. Część z nich
się spełniła, a inne odeszły w niepamięć.
Najwyraźniej nie były dostatecznie ważne.

Dwa lata to długi okres czasu.

Zdążyłam skończyć podyplomówkę,
przeprowadzić się, zmienić pracę i wprowadzić
do rodziny nowego członka, Lunę. Międzyczasie
poznałam nowych ludzi; poszłam na terapię,
oraz zmodyfikowałam własne,
niekiedy zbyt sztywne poglądy.

20170917_120332

Nic dziwnego, że poczułam, że należy
raz jeszcze przyjrzeć się swojemu życiu.

Porównać to co jest, z tym czego chcę i w co wierzę.

Czy żyję w zgodzie ze sobą?
Czy podążam właściwą drogą?
Czy nadal mam w sercu te same wartości, a może coś
innego jest teraz dla mnie priorytetem?

Kilka tygodni temu na sobotniej sesji jogi
spotkałam Karinę Sęp, autorkę książek:
Mapa marzeń, mapa celów oraz Ogarnij swój dzień.

Kiedy zaczęła opowiadać o tej pierwszej, wiedziałam
już co chcę zrobić. Stworzyć nową Mapę, bo
ta pozwoli mi w końcu ruszyć do przodu, zamiast
kręcić się w kółko niczym w labiryncie Fauna.

Bo przecież człowiek jest w ciągłym procesie zmian i
potrzebuje ruchu. Mentalnego, fizycznego i duchowego.

Gdy się zatrzymuje, to tylko prowizorycznie, bo
przecież nie da rady wysiąść z jadącego pociągu.

A ja wolę wiedzieć dokąd jadę i w razie
gdyby kierunek mi nie odpowiadał,
przesiąść się na inny tor.

Skorzystałam z materiałów Kariny dostępnych
na jej stronie, skopiowałam plan Mapy Marzeń,
wyciągnęłam z szuflad kredki, nożyczki, brystol, klej i
stare gazety i zaczęłam bawić się w duchowego
kartografa, który starannie nanosi zmiany płyt
tektonicznych Gulbickiego umysłu.

20170923_093917

Końcowy efekt mnie zaskoczył. Bo marzeń,
których trzymałam się dwa lata temu, na obecnej
mapie nie ma. Są inne.

Niektóre z czasów wczesnego
dzieciństwa, gdy ledwie utrzymywałam
długopis w dłoni. Inne wyklarowały się niedawno.

Dziś, czymś innym są dla mnie bogactwo i przyjaźń;
a kariera i związek zmieniły kształt,
bo wygładziły im się ostre kanty.

Oto ja. Inna. Spokojniejsza ale bardziej zdecydowana.
O to moje marzenia, które nie są przedmiotami,
lecz energią: potrzebą określonych, aktywności, relacji
i pomysłów by uczynić z życia piękną transformację.

Myślę, że zatrzymanie się, by ze sobą pogadać
jest absolutną koniecznością. Wszystko bowiem się zmienia.

Nasze wartości, nasze uczucia i pomysły; świat
zewnętrzny jak i planeta wewnątrz nas podlegają
ciągłym wpływom i zmianom tras. A przecież chodzi
o to by wiedzieć dokąd zmierzamy i w razie czego docisnąć
gaz lub chwycić za hamulec. Bo przecież nikt inny
nie może prowadzić tego pociągu, prócz nas samych.

Kobiecość, Twórczość i Żeńska Zasada

Co to znaczy być kobietą? Czym jest żeńskość?
Czym mentalnie różnimy się od mężczyzn?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania już w 2014 roku,
gdy po raz pierwszy  natknęłam się
na Biegnącą z Wilkami, Clarissy Pinkoli Estes.

W międzyczasie poszłam na terapię do pięknej i silnej
kobiety, która pracowała ze mną metodą POP.
Zaczęłyśmy poruszać ważne tematy. Rozmawiałyśmy
o kobietach, mamie, przyjaciółkach, o moim stosunku
do bycia kobietą. I nagle zrobiło się niewygodnie.

Zaczęłam szukać wymówek.

Znalazłam.
Powiedziałam  terapeutce do widzenia.
I odeszłam.

Potem pojawiło 13 Pierwotnych Matek Klanowych,
książka o Kręgach Kobiet, siostrzeństwie, potrzebie
rozwoju i kontakcie z Matką Naturą.

Rozdział dziesiąty o miesiącu Październik
zawirował w sercu.

Bo to Mój osobisty miesiąc
Dziesiątej Matki Klanowej Tkającej Wątki.
Według Indian, To miesiąc plastyczek, malarek, pisarek, poetek,
ogrodniczek, kucharek. Wszystkich artystek życia.

I miesiąc mojego urodzenia. Może dlatego od zawsze żeńskość
była dla mnie tożsama z twórczością.

Nie mam na myśli spędzania wielu godzin
przy modelowo wyglądających sztalugach,
czy maszynie do pisania marki Continental.

Chodzi mi o twórczość rozumianą jako
umiejętność posługiwania się wyobraźnią
i wielką potrzebę kreowania dla samego aktu.
Bo my, kobiety jesteśmy kanałem, przez który
przepływa  ogień dający życie.

Tworzymy więc.
Pomagamy dzieciom wzrastać, przygarniamy psy,
dokarmiamy koty, podlewamy kwiaty,
pieczemy wymyślne ciasta, szyjemy
obrusy i malujemy ceramiczne kubki.

Coś chce się przez nas wyrazić. Przez
nasze dłonie, usta, naszą muzykę, nasze stopy,
nasze myśli, pióra, farbki, zmysł kochania,
ogarniania przestrzeni mieszkalnej i związków
międzyludzkich.

Może niektóre kobiety nawet o tym nie wiedzą.

Tworzą po cichu, po kryjomu, nieświadomie,
nie wiedząc jednocześnie,  że coś przez nie przepływa.
Tworzą z głęboko ukrytej, nienazwanej potrzeby rodzenia.

Tworzą siebie. I dom. Tworzą więź z drugim człowiekiem.
Tworzą obiad do pracy i własny wizerunek.
Tam posadzą kwiatka, tu przytną firanki,
a spośród tuzina sukienek, wybiorą tą, w której
zakwitną jak młode róże.

 

Wiele faz przeżywałam w byciu kobietą.
Bunt i złość- za swoją kruchość i eteryczność.
Niepokój i lęk- za niepokojącą seksualność.

Niezrozumienie, ciekawość, fascynację
a w końcu powolną akceptację, która zakorzenia
się we mnie podczas kolejnej terapii. Drugiej już, lecz
solidniejszej, bo z niej nie uciekam.

Terapeutka jest nieskończoną liczbą kobiet
którą spotykam zawsze podczas pojedynczej sesji.

Co tydzień inna, co tydzień różna od poprzedniej.
czasem ją lubię, czasem nie lubię. Czasem wygląda
jak wielka, włoska matrona, a czasem jak młode
dziewczę w kolorowej, zwiewnej sukience.

Niekiedy trochę się w niej zakochuję,
to znów nienawidzę. Bywa mi matką,
bywa koleżanką. Trochę starą szeptuchą,
moją własną babcią. Koleżanką, siostrą, wrogiem.

Jest dla mnie każdym żeńskim aspektem, który
wypierałam z siebie przez trzydzieści lat.
Wytrzymaj, mówi. Obserwuj. Poczuj to

Dziś jestem chłopczycą. Wczoraj byłam kokietką,
a jutro będę szarą myszką lub wojowniczką.

Każda kobieta we mnie jest taką,
jaką powinnam być w danym momencie.
Każdą uczę się wytrzymywać. Obserwować i czuć.

Żeńskie archetypy różnią się między sobą.
Wyrażają inne cechy i właściwości,
ale każdy z nich chce tworzyć, bo tworzyć znaczy żyć,
być w życiu i wyrażać się poprzez życie.

Więc dopóki jestem, tworzę.

Pozwalam własnej żeńskości rodzić,
to co chce być zrodzone. Nie powstrzymuję
pragnień i chęci, otwieram się na to, co nowe.

A potem w razie potrzeby dzielę się tym ze światem  lub
zamykam w głębokiej szufladzie na sekretny klucz.
Dostęp do tego ma tylko druga kobieta. Intuicyjna,
empatyczna, wiecznie tworząca.