Archiwa kategorii: psychologia

Krok za krokiem

Jak to się dzieje, że wraz z wiekiem
wydaje się, że doba jest krótsza?

Jak to możliwe, że mimo postępu
technologicznego, który miał ułatwiać
życie, komplikujemy je coraz bardziej
i tracimy kontakt z tym, co naprawdę ważne?

Jak do tego doszło, że przestajemy siebie
rozumieć i mieć czas na samopoznanie?

A współczesne kursy medytacji same w sobie obfitują
w presję i gonitwę za odległym celem?

Może to kwestia zachodniej kultury
nastawionej na sukces i osiągnięcia,
która sprzyja płytkim wartościom, za
dziwactwa zaś uznaje to co wolne,
nieambitne i zbyt normalne?

Wyobraź sobie, że żyjemy w świecie,
w którym zamiast kolorowych bilboardów
są plakaty z ludźmi, których
naprawdę warto podziwiać.

Mahatma Gandhi, Dalaj Lama,
Thich Nhat Hahn, Maria Skłodowska-Curie,
Makary Sieradzki.

A tymczasem, w Warszawie powstaje olbrzymi
mural z wizerunkiem… Nicki Minaj.

Dni, pieniądze i energia ludzkich rąk wykorzystane do promocji
płytkiego piękna, nagości i materialnego bogactwa…

Nie pomyślcie, że narzekam na nasz piękny kraj,
czy zachodnią cywilizację. Jest jak jest, trzeba to
zaakceptować.

Jednak to, co najbardziej mnie
zadziwia to fakt, że zamiast żyć bliżej siebie,
jesteśmy coraz dalej. Od relacji i własnego środka.

Zamiast słuchać, gadamy.
Zamiast siedzieć w ciszy,
zapełniamy przestrzeń
nieustannym jazgotem.

W domu seriale, a w drodze do
pracy słuchawki w uszach.

Dostrzegam to również w swoim życiu.
Tak bardzo kocham spokój, ciszę i wolne
tempo – a tymczasem od wielu lat ciągle się śpieszę.
Jak to się stało?

Rano biegnę na autobus, bo mam trzy minuty.
Popołudniu biegnę na jogę, bo 17.00 to jedyna godzina
wolnej przestrzeni. W sobotę szybko i pobieżnie
sprzątam kuchnię, bo przecież trzeba pomedytować.
Na spacerze ponaglam psa, bo tyle jeszcze trzeba zrobić,
napisać, obejrzeć, zdobyć, zrozumieć.

Cóż za wielka pomyłka!

Bo na co mi joga? Na co mi
medytacja? Na co mi wszystkie
aktywności, których celem jest bycie Tu i Teraz,
skoro między nimi żyję w wiecznym pędzie?

Złapałam się na tym, gdy pewnej leniwej
niedzieli obejrzałam dokument „Walk with me”.

Ten film jest przeciwieństwem wysokobudżetowych
blockbusterów – kolorowych, głośnych i napakowanych
akcją – abyś tylko się nie znudził.

To zapis życia ludzi, którzy zdecydowali
się poświęcić czas uważności.

Jedzą wspólnie, choć nie rozmawiają,
a posiłki trwają dłużej niż nasze.

Spacerują powoli. Krok za krokiem skupiając uwagę
na oddechu. Wdech – Wydech – Jeden krok.
Wdech -Wydech -Drugi krok.

Raz na godzinę słychać dźwięk dzwonka.
I wtedy zaniechają wszystkiego, co robią.
Zatrzymują się. Milkną. Oddychają. Widzą.

Obejmują przytomnym umysłem,
to w czym właśnie są. Jednym słowem –
wracają do domu. Wracają do siebie.

Od kilku miesięcy zafascynowałam się
tą sztuką spoczywania w tym co jest,
nazwaną dla potrzeb zachodniego świata
Mindfulness.

Oto okazuje się, że najwięksi
badacze, naukowcy, neurolodzy i trenerzy
zaczynają propagować Zen wśród laików i
zapracowanych mam i sfrustrowanych pracowników.

I nieźle im o wychodzi, bo przecież jakość
naszego życia nie zależy od stanu posiadania,
ilości odbytych podróży czy osiągnięć zawodowych.

Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu
możemy poczuć, że nie ma nic do osiągnięcia.

Że jedyne co mamy – to siebie. Ten czas, swój oddech
i obecną chwilę, nic więcej. I choć wydaje się, że to
mało, prawda jest o wiele bardziej zadziwiająca.

Bo zwykły oddech objęty uważną świadomością
staje się największym skarbem i spełnieniem marzeń
o pełnym życiu. Nie ma nic do zdobycia, ani miejsc
do odwiedzenia. Jedynie Wdech- Wydech – Jeden krok.

Wdech – Wydech – Drugi krok. I to naprawdę tyle.

 

 

Reklamy

Punkt „zero”

Punkt „zero” – tak nazwałam moment życia
w którym jestem. Czyli czas zawieszenia.

Etap w którym nie ma niczego, prócz zmian.
Przeszłość odeszła, a przyszłości jeszcze nie ma.

Uświadomiłam sobie, że nie mogę dłużej żyć tak,
jak żyłam – to nie działało.

Nie wiem jeszcze w jakim kierunku pójdę. Nie wiem,
co będzie. Ani kim jestem, ani czego chcę.

Punkt „zero” – ani po, ani przed. Czas pustki.
Ciszy. Zawieszenia. Przepaści. Niewiedzy.
Braku tożsamości.

Jeszcze niedawno panikowałam.
No bo jak to? Nie wiedzieć – nic?
Czy to zdrowe? Czy to bezpieczne?

Im dłużej zastanawiałam się kim jestem
i czego chcę od życia, tym czułam większe
pomieszanie. Bo zewsząd przychodziła
jedna odpowiedź: nie wiem.

Codziennie muszę podejmować
mnóstwo decyzji, a na tyle
głowy mam decyzję o kupnie
mieszkania. Ale jak podejmować
decyzje, kiedy nie wie się nic o sobie?

Nie. Wstrzymam się. Pozwolę sobie
nie wiedzieć. Po prostu być.

Ale samo bycie jest trudne. Czasami
zapełniałam pustkę tym, co miałam
pod ręką. Ale im więcej rzeczy, ludzi
i zjawisk tym dziura była większa.

Bo to nie byłam ja.

W końcu jeden przyjaciel powiedział:
Kama, daj spokój. Nie szukaj.
Pobądź w tym trochę. Niech pustka
stanie się prawdziwą pustką, a jeśli
dojdziesz do przepaści, skocz.

I tyle. To była odpowiedź, którą w głębi duszy
przeczuwałam, ale której nie chciałam znać.

20180830_204932

Bo to oznacza ZAAKCEPTOWAĆ niewiedzę o sobie.
Może wiem, kim byłam, ale nie wiem kim jestem.
Bo tamta Kamila odeszła, a nowa jest… no właśnie…
Jaka?

Dziś patrząc w lustro widzę dziewczynę,
która nie wie nic, ale czuje bardzo.

Zamiast pustki staram się widzieć potencjał.
Jestem niezapisana kartką papieru. Czy
powinnam ją zapisać na już?
Nie. Nic nie muszę.

Niech to się wydarzy samo.

Będę doświadczać, co ma być doświadczone.
Będę czuć emocje, które w sobie mam.
Naturalnie, bez zapełniania duszy
mentalnymi fast foodami.

Dziś po raz pierwszy od roku byłam na jodze,
żeby sprawdzić, jaką mam z nią relację.
Medytuję codziennie – testuję jak się
czuję na poduszce. Nawet one są w mojej
„szarej strefie”, bo nie wiem czy je lubię.

Bałam się punktu „zero” jak cholera.
Bałam się tej ciszy, niewiedzy i braku
tożsamości. Teraz widzę w nim potencjał.
To krótka chwila przed narodzeniem.

Jest ciemno, cicho, delikatnie, ale skurcze
wypychają ku światłu. Każdy poród boli,
a życie bywa niebezpieczne. Nie zatrzymam
już tego, bo pustka nie trwa wiecznie. Otrzymam
nowe imię i nowe życie. W swoim czasie.

A teraz… po prostu trwam 🙂

 

O lęku

Mój odwieczny towarzysz jest niczym cień,
z tą różnicą, że nawet w pochmurny dzień,
nie odstępuje mnie na krok, wywołując
wewnętrzny niepokój.

Bywa irracjonalny, niekiedy bezpodstawny.

Jest prawdziwym utrapieniem, gdy życie
wymaga podejmowania nieustannych wyzwań.
A dorosłość jest przecież największym z nich.

Moja mama opowiadała mi, że
już jako mały brzdąc ciągle się bałam.

To był typowy strach dziecka,
które ma bujną wyobraźnię.

Bałam się nalotu kosmitów, jak i nieznanych twarzy
w pociągu. Bałam się  tego, że biegając po łące,
nagle rozstąpi się ziemia i przepadnę bez śladu,
lub świat w ciągu sekundy skończy się
niczym w biblijnych opowieściach o apokalipsie.

W miarę jak dorastałam, tak samo ewoluował mój lęk.
Już nie bałam się kosmitów i ciemności.

Teraz bałam się tego co prawdziwe, dorosłe i namacalne.

Choroby.
Raka.
Śmierci.
Biedy.
Utraty.
Wstydu.
Braku akceptacji,
bycia nielubianą
i pokazywaną palcami.

A im więcej miałam w sobie lęku,
tym byłam agresywniejsza.

Nie zdawałam sobie sprawy, że
gniew jest ledwie czubkiem góry lodowej,
a to, co go karmi mieszka pod wodą i jest olbrzymie.

Jeszcze do niedawna próbowałam walczyć z gniewem
lub chociaż zrozumieć, wierząc że zrozumienie
przepędzi go z serca i przyniesie względny spokój.

Medytowałam więc. Oddychałam.
Powoli, z uwagą. Jadłam zdrowe tłuszcze,
przestałam pić kawę, zadawałam sobie pytania.

Odpowiedzi przychodziły i odchodziły.
Czasem lepsze, czasem gorsze,
niekiedy naciągane.

To jednak do czego doszłam, to zrozumienie,
że gniew rośnie z lęku.

Więc cóż mi po zabójstwie
gniewu, który jest skutkiem, podczas gdy
przyczyna wciąż truje umysł?

Góra lodowa złości

Lęk od zawsze towarzyszy mi w życiowej wędrówce
i prawdopodobnie będzie mi towarzyszył do samego końca.

Rozwiązaniem nie jest uciszenie go, zanegowanie,
czy wieczna walka, lecz wpuszczenie do domu.

Bo zobacz. Czym jest te dominujące uczucie,
które prześladuje nas niczym szkolny osiłek
lubiący bić słabszych?

Niczym innym jak wypartym aspektem nas
samych, naszym Cieniem, jak nazwałby go Jung.

I tak długo będzie nas gnębił, ganiał i zamykał
w łazience dopóki nie przyjmiemy co w całości.
Dopóki nie wyciągniemy nauki,
dopóki nie otworzymy drzwi na oścież.

Boję się.

Jak każdy introwertyk, budzę się z uczuciem
strachu, który nasila się pod wpływem
interakcji z całym światem.

Boję się, że dam ciała w pracy, boję się, że nowy kolega
mnie nie polubi, tego że wyniki badania lekarskiego
wyjdą kiepsko, że ludzie mnie wyśmieją i tego,
że ci których kocham odejdą.

Mimo to, akceptuję.

Medytuję, oddycham, nie piję kawy
a zamiast horrorów wybieram komedie.
Uczę się żyć z lękiem, i minimalizuję szkody,
które może wyrządzić ten niecny koleżka.

Bo przecież sam w sobie nie jest niczym złym
a z odpowiedniej perspektywy bywa świetnym nauczycielem.

Dziś już wiem, że nie ma czegoś takiego
jak prawdziwa trwała ucieczka. To, czego się
boisz, to czego nie lubisz, i tak cię dogoni.

Wiesz czemu?
Bo to przed czym uciekasz, to Ty sam.

Lęk wydobywa z ludzi prawdziwe współczucie
oraz uważność na cierpienie innych, to on sprawia, że
wdzięczność przychodzi łatwiej.

Każdy z nas rodzi się z
dominującym uczuciem w sercu.

Jednych zniszczy, z innych wydobędzie
duchowe piękno. Jedyna różnica między
dwoma scenariuszami polega na podjęciu decyzji
i przyznaniu: boję się i to jest ok. 

 


Obrazek zaczerpnięty ze strony:
http://blizejterapii.blogspot.com

Wszechświat sprzyja wierzącym

 

Znów to zrobiłam. Wyciągnęłam z szuflad kredki,
nożyczki, klej i brystol a ze starych gazet otrzepałam
kurz i zaczęłam zaklinać przestrzeń,
aby zaczęła ze mną współpracować.

Mapa Marzeń, bo o niej mówię, jest tworem
utkanym z pragnień i celów oraz osobistych
wartości, zwizualizowanych i skleconych
w barwny kolaż.

Pierwszą Mapę zrobiłam ponad
dwa lata temu na starym mieszkaniu.

Byłam wtedy innym człowiekiem,
miałam inne cele i marzenia. Część z nich
się spełniła, a inne odeszły w niepamięć.
Najwyraźniej nie były dostatecznie ważne.

Dwa lata to długi okres czasu.

Zdążyłam skończyć podyplomówkę,
przeprowadzić się, zmienić pracę i wprowadzić
do rodziny nowego członka, Lunę. Międzyczasie
poznałam nowych ludzi; poszłam na terapię,
oraz zmodyfikowałam własne,
niekiedy zbyt sztywne poglądy.

20170917_120332

Nic dziwnego, że poczułam, że należy
raz jeszcze przyjrzeć się swojemu życiu.

Porównać to co jest, z tym czego chcę i w co wierzę.

Czy żyję w zgodzie ze sobą?
Czy podążam właściwą drogą?
Czy nadal mam w sercu te same wartości, a może coś
innego jest teraz dla mnie priorytetem?

Kilka tygodni temu na sobotniej sesji jogi
spotkałam Karinę Sęp, autorkę książek:
Mapa marzeń, mapa celów oraz Ogarnij swój dzień.

Kiedy zaczęła opowiadać o tej pierwszej, wiedziałam
już co chcę zrobić. Stworzyć nową Mapę, bo
ta pozwoli mi w końcu ruszyć do przodu, zamiast
kręcić się w kółko niczym w labiryncie Fauna.

Bo przecież człowiek jest w ciągłym procesie zmian i
potrzebuje ruchu. Mentalnego, fizycznego i duchowego.

Gdy się zatrzymuje, to tylko prowizorycznie, bo
przecież nie da rady wysiąść z jadącego pociągu.

A ja wolę wiedzieć dokąd jadę i w razie
gdyby kierunek mi nie odpowiadał,
przesiąść się na inny tor.

Skorzystałam z materiałów Kariny dostępnych
na jej stronie, skopiowałam plan Mapy Marzeń,
wyciągnęłam z szuflad kredki, nożyczki, brystol, klej i
stare gazety i zaczęłam bawić się w duchowego
kartografa, który starannie nanosi zmiany płyt
tektonicznych Gulbickiego umysłu.

20170923_093917

Końcowy efekt mnie zaskoczył. Bo marzeń,
których trzymałam się dwa lata temu, na obecnej
mapie nie ma. Są inne.

Niektóre z czasów wczesnego
dzieciństwa, gdy ledwie utrzymywałam
długopis w dłoni. Inne wyklarowały się niedawno.

Dziś, czymś innym są dla mnie bogactwo i przyjaźń;
a kariera i związek zmieniły kształt,
bo wygładziły im się ostre kanty.

Oto ja. Inna. Spokojniejsza ale bardziej zdecydowana.
O to moje marzenia, które nie są przedmiotami,
lecz energią: potrzebą określonych, aktywności, relacji
i pomysłów by uczynić z życia piękną transformację.

Myślę, że zatrzymanie się, by ze sobą pogadać
jest absolutną koniecznością. Wszystko bowiem się zmienia.

Nasze wartości, nasze uczucia i pomysły; świat
zewnętrzny jak i planeta wewnątrz nas podlegają
ciągłym wpływom i zmianom tras. A przecież chodzi
o to by wiedzieć dokąd zmierzamy i w razie czego docisnąć
gaz lub chwycić za hamulec. Bo przecież nikt inny
nie może prowadzić tego pociągu, prócz nas samych.

Kobiecość, Twórczość i Żeńska Zasada

Co to znaczy być kobietą? Czym jest żeńskość?
Czym mentalnie różnimy się od mężczyzn?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania już w 2014 roku,
gdy po raz pierwszy  natknęłam się
na Biegnącą z Wilkami, Clarissy Pinkoli Estes.

W międzyczasie poszłam na terapię do pięknej i silnej
kobiety, która pracowała ze mną metodą POP.
Zaczęłyśmy poruszać ważne tematy. Rozmawiałyśmy
o kobietach, mamie, przyjaciółkach, o moim stosunku
do bycia kobietą. I nagle zrobiło się niewygodnie.

Zaczęłam szukać wymówek.

Znalazłam.
Powiedziałam  terapeutce do widzenia.
I odeszłam.

Potem pojawiło 13 Pierwotnych Matek Klanowych,
książka o Kręgach Kobiet, siostrzeństwie, potrzebie
rozwoju i kontakcie z Matką Naturą.

Rozdział dziesiąty o miesiącu Październik
zawirował w sercu.

Bo to Mój osobisty miesiąc
Dziesiątej Matki Klanowej Tkającej Wątki.
Według Indian, To miesiąc plastyczek, malarek, pisarek, poetek,
ogrodniczek, kucharek. Wszystkich artystek życia.

I miesiąc mojego urodzenia. Może dlatego od zawsze żeńskość
była dla mnie tożsama z twórczością.

Nie mam na myśli spędzania wielu godzin
przy modelowo wyglądających sztalugach,
czy maszynie do pisania marki Continental.

Chodzi mi o twórczość rozumianą jako
umiejętność posługiwania się wyobraźnią
i wielką potrzebę kreowania dla samego aktu.
Bo my, kobiety jesteśmy kanałem, przez który
przepływa  ogień dający życie.

Tworzymy więc.
Pomagamy dzieciom wzrastać, przygarniamy psy,
dokarmiamy koty, podlewamy kwiaty,
pieczemy wymyślne ciasta, szyjemy
obrusy i malujemy ceramiczne kubki.

Coś chce się przez nas wyrazić. Przez
nasze dłonie, usta, naszą muzykę, nasze stopy,
nasze myśli, pióra, farbki, zmysł kochania,
ogarniania przestrzeni mieszkalnej i związków
międzyludzkich.

Może niektóre kobiety nawet o tym nie wiedzą.

Tworzą po cichu, po kryjomu, nieświadomie,
nie wiedząc jednocześnie,  że coś przez nie przepływa.
Tworzą z głęboko ukrytej, nienazwanej potrzeby rodzenia.

Tworzą siebie. I dom. Tworzą więź z drugim człowiekiem.
Tworzą obiad do pracy i własny wizerunek.
Tam posadzą kwiatka, tu przytną firanki,
a spośród tuzina sukienek, wybiorą tą, w której
zakwitną jak młode róże.

 

Wiele faz przeżywałam w byciu kobietą.
Bunt i złość- za swoją kruchość i eteryczność.
Niepokój i lęk- za niepokojącą seksualność.

Niezrozumienie, ciekawość, fascynację
a w końcu powolną akceptację, która zakorzenia
się we mnie podczas kolejnej terapii. Drugiej już, lecz
solidniejszej, bo z niej nie uciekam.

Terapeutka jest nieskończoną liczbą kobiet
którą spotykam zawsze podczas pojedynczej sesji.

Co tydzień inna, co tydzień różna od poprzedniej.
czasem ją lubię, czasem nie lubię. Czasem wygląda
jak wielka, włoska matrona, a czasem jak młode
dziewczę w kolorowej, zwiewnej sukience.

Niekiedy trochę się w niej zakochuję,
to znów nienawidzę. Bywa mi matką,
bywa koleżanką. Trochę starą szeptuchą,
moją własną babcią. Koleżanką, siostrą, wrogiem.

Jest dla mnie każdym żeńskim aspektem, który
wypierałam z siebie przez trzydzieści lat.
Wytrzymaj, mówi. Obserwuj. Poczuj to

Dziś jestem chłopczycą. Wczoraj byłam kokietką,
a jutro będę szarą myszką lub wojowniczką.

Każda kobieta we mnie jest taką,
jaką powinnam być w danym momencie.
Każdą uczę się wytrzymywać. Obserwować i czuć.

Żeńskie archetypy różnią się między sobą.
Wyrażają inne cechy i właściwości,
ale każdy z nich chce tworzyć, bo tworzyć znaczy żyć,
być w życiu i wyrażać się poprzez życie.

Więc dopóki jestem, tworzę.

Pozwalam własnej żeńskości rodzić,
to co chce być zrodzone. Nie powstrzymuję
pragnień i chęci, otwieram się na to, co nowe.

A potem w razie potrzeby dzielę się tym ze światem  lub
zamykam w głębokiej szufladzie na sekretny klucz.
Dostęp do tego ma tylko druga kobieta. Intuicyjna,
empatyczna, wiecznie tworząca.

Być w relacji…

Niezależnie od okoliczności zawsze jest z nami.
Nigdy nas nie ocenia, choć czasem się skarży.

Bywa, że woła o uwagę, czasem krzyczy
o troskę. Śmieje się i rozluźnia gdy karmimy
przyjemnymi bodźcami, płacze gdy zaniedbujemy
jego ważne potrzeby.

I mimo ogromu przywiązania,
jakie nam towarzyszy w stosunku
do niego, bywa że jesteśmy wrogami.

Nienawidzimy, gdy sprawia problemy.
Kochamy, gdy pięknie się prezentuje,
i zapominamy, gdy jesteśmy od niego odcięci.

Ciało.
Nasz jedyny partner na całe życie,
z którym „dopóki śmierć nas nie rozłączy”
jesteśmy w nieustannej synergii.

Zauważyłam, że tyle ile ludzi,
tyle różnych opinii na jego temat.
Uduchowieni wyrzekają się jego
przyziemnych potrzeb.

Tancerze i aktorzy lepią z jego plasteliny
nowe postaci i role, które stają się
ruchomym obrazem i środkiem
artystycznego wyrazu.

Jogini traktują je niczym trampolinę, do
połączenia z Wszechświatem;

chorzy znieczulają, narkomani intensyfikują
jego doznania, zakompleksieni negują.

Na ostatnich zajęciach jogi,
nauczycielka poprosiła byśmy
ustali plecami do ściany i twarzami do siebie.

Gdy tylko znalazłam wolny skrawek
ściennej przestrzeni rozejrzałam się wokół.
Zobaczyłam dwadzieścia sześć
pięknie wyprężonych ciał.

Szerokich w ramionach, i szczupłych.
O krótkich, masywnych nogach i o smukłych,
długich „aż do szyi”. Widziałam piękne
zagłębienia w pachach tuż przy mięśniu piersiowym
oraz cudownie wyrzeźbione mięśnie trójgłowe.

Zobaczyłam nadmiar skóry u starszych
oraz obfite kształty u  kobiet a także jednego pana,
którego wielki brzuszek dumnie wystawał
zza krótkiej koszulki.

I kiedy tak patrzyłam na te wszystkie ciała,
pomyślałam: boże, jacy jesteśmy piękni!
Tacy, jacy jesteśmy, choć tak bardzo się różnimy!

I właśnie w tych różnicach tkwi siła
uniwersalnego piękna.

Że każde ciało,
różni się od tego obok, a jednak każde spełnia
podstawową funkcję ochrony i narzędzia,
które pomaga duszy wyrażać się w świecie.

Czyż to nie jest zachwycające?

Mam w sobie jakąś złość i niezgodę
na media, które kreują „idealny” obraz
kobiecej sylwetki. Że musi mieć rozmiar 34/36.
Że musi być opalone, młode i gładkie. Im dłużej
i częściej karmi się nas tym komunikatem, tym
bardziej zakorzenia się w myślowym kosmosie.

Patrząc w lustro, oceniamy.
Nie tolerujemy. Uciekamy. W diety,
w kompulsywne objadanie się, w przesadny sport
a w oczach innych, szukamy fałszywego uznania.

Tak jakby to, jakie mamy ciało, miało
świadczyć o nas i naszej wartości.

Ostatnio uczę się być we właściwej z nim relacji.
Bo czyż nie jest tak, że choć dbamy o relacje
partnerskie z rodziną i sąsiadami, to w relacji z ciałem bywamy
toksyczni?

Zamiast o nie dbać, niszczymy,
zamiast rozpieszczać, karzemy,
zamiast kochać, nienawidzimy.

Bo codzienny jogging nie jest aktem miłości.
Siłownia, która miała być w piątki,
nie przynosiła żadnej radości; a dieta owocowa
nie wynikała z sympatii do owoców lecz była
karą za odrobinę tłuszczu w pasie
i nieprawidłowe (naszym zdaniem) proporcje.

A przecież zamiast się karać można żyć uważniej,
z większą czułością dla cudownych właściwości ciała.

Można biegać z miłości do ruchu i zdrowo się karmić
przy jednoczesnym rozpieszczaniu.
Bo przecież obfite ciacho nie wymaga
pokuty, lecz zaangażowania wszystkich zmysłów.

Czyż nie o to chodzi, by odczuwać radość,
czułość, miłość i bliskość w każdej relacji?

Skoro tak bardzo zabiegamy o to w związku
z rodziną i partnerem, dlaczego odmawiamy
tego własnemu ciału?

Wiele czasu, sesji terapii i rozmów z kobietami
minęło zanim zrozumiałam, że każde ciało jest
ważne i każde ciało jest doskonałe. Nie dlatego,
JAKIE jest, ale za to że JEST W OGÓLE.

Gdy mamy zdrową relację z własnym ciałem,
jest nam łatwiej w relacjach ze światem.
Bo jak tu kochać inne istoty, gdy nie
kochamy własnego odbicia w lustrze?

 

Coaching w sytuacji kryzysu

coaching-w-sytuacji-kryzysu-b-iext48230319

Kryzys i różne sposoby patrzenia

Kryzys. Mało przyjemne słowo.
Zazwyczaj kojarzy się z problemem, trudnością,
cierpieniem, mało przyjemnym zwrotem akcji,
nieprzewidzianym wydarzeniem, niosącym strach i poczucie straty.

Czy można jednak spojrzeć na kryzys z innej,
nieco odmiennej perspektywy? Z pozycji dystansu
i z wiarą, że każda porażka niesie ważną naukę?

Gdybyś odważył się w ten sposób potraktować kryzys,
to czym wówczas  mógłby dla Ciebie być?

Może szansą na osobisty rozwój?
Albo decydującym punktem granicznym,
który, wydobywa  pokłady ukrytej energii?
Może chwilą prawdy i koniecznością postawienia
ważnych (jeśli nie najważniejszych) pytań o własne życie?

Ścieżka Wojownika

Książka „Coaching w sytuacji kryzysu”
Dominiki Paradowskiej i Joanny Płuciennik
przekonuje, że kryzys jest integralną częścią życia.

Właściwie doświadczony i przepracowany
niesie głęboki rozwój dobrych i potrzebnych właściwości
oraz pomaga lepiej poznać siebie. Prowokuje przecież
do refleksji i zadawania pytań: czego chcę od życia?
dokąd zmierzam? w co wierzę? kim jestem?

Autorki poradnika nie tylko dogłębnie opisały charakterystykę
i typy kryzysów, ale również udostępniły czytelnikowi
skuteczne metody radzenia sobie z trudnym doświadczeniem.
Nazwały je Ścieżką Wojownika. Brzmi ciekawie?

Ten sześcioetapowy plan zawiera elementy psychoterapii,
interwencji kryzysowej a także klasycznego coachingu, i
pomaga krok po kroku każdej osobie wyjść z kryzysu samodzielnie.
Wprowadzony w życie pozwala określić wartości, oraz odnaleźć
potrzeby i cele, które nadadzą niełatwym przeżyciom
sens i zrobią z nich furtkę ku lepszej przyszłości.

Każda zmiana zaczyna się od kryzysu

Siłą książki są ćwiczenia, które
pomagają lepiej poznać siebie.

Krok po kroku, rozdział po rozdziale,
niczym rozbitek na morzu prowadzony
przez doświadczonych towarzyszy uczymy się
najpierw określić problem, zobaczyć jego przyczyny,
zrozumieć trudne emocje, by następnie poznać
własne wartości i wewnętrzne zasoby.

Autorki nie zostawiają nas jednak na rozdrożu.
Po odkryciu cech i umiejętności, a także znając
własne słabości i hamulce zaprzęgamy do gry
kreatywność, która pomaga wydobyć z nas marzenia
i niezrealizowane dotąd cele, które pozwolą nam wyjść z impasu.
Najpierw robimy to na kartce, a potem w życiu.

Książka Coaching w sytuacji kryzysu, nie jest
zatem zwykłym poradnikiem, którego nadrzędnym celem
jest inspirowanie. Ta pozycja jest wyjątkowa nie tylko
ze względu na merytoryczną treść.

Jej siłą są ćwiczenia, które,
jeśli są wykonywane szczerze i z zaangażowaniem
niosą moc transformacji. Oto nagle  z człowieka pogrążonego
w kryzysie, przeistaczamy się w prawdziwego wojownika, który sam
tworzy własne wygrane życie.


Tytuł: Coaching w sytuacji kryzysu
Autorzy: Dominika Paradowska, Joanna Płuciennik
Wydawnictwo: Samo Sedno Edgard
Rok: 2017
Ilość stron: 257
Okładka: miękka z obwolutą