Archiwa kategorii: inspirujące książki

Szafran i lawenda. Czyli jak poznałam Martę Dymek

To było kilka tygodni temu.
Gorąca ale wietrzna sobota,
która rozebrała Gdańszczan z
kilku warstw ciuchów, a na
nosach wysypała piegiem.

Denerwowałam się od samego rana.
Ból żołądka to pikuś, w porównaniu
z falami myśli, które dokuczały od
momentu, gdy wyłączyłam budzik.

Czy dam sobie radę? Czy nie zadam
głupich pytań? A jeśli mnie nie polubi?
A jeśli pomyśli, że jestem:

1.brzydka
2.głupia
3.jąkająca się
4.zacinająca
5.widocznie przestraszona

przez co ułoży sobie wniosek
ostateczny, że jestem AMATORKĄ?

Te myśli pokazują raczej niskie poczucie
mojej wartości, niż realne zagrożenie, że
Marta Dymek może być osobą z uprzedzeniami
lub nieustannie oceniającą.

Tak naprawdę oceniająca byłam ja.
A do tego mocno krytyczna wobec samej siebie.

Ale jak tu się nie denerwować,
gdy idę przeprowadzić profesjonalny
(w zamyśle oczywiście) wywiad z idolką?

Jej życiorys śledzę od wielu lat,
podobnie jak bloga, „Jadłonomię”,
który nie raz uratował moje garnki
przed katastrofą braku smaku.

Dzięki Marcie Dymek nauczyłam się
robić czekoladowy mus z awokado,
oraz morelowy biszkopt na occie.

To ona, jako pierwsza w Polsce
odczarowała pejoratywne pojęcie
„weganizmu”. I dzięki niej uwierzyłam,
że rzeczy niemożliwe nie istnieją. I że
chcieć, to inaczej móc to zrobić.

Na wywiad umówiłyśmy się w Sztuce Wyboru.
Miłej kawiarni w artystycznej dzielnicy Gdańska.
Sztuka Wyboru jest domem wszystkich hipsterów,
poetów, malarzy i zakochanych w sztuce intelektualistów.

Na parterze serwują wegański sernik z orzechów
nerkowca, a na piętrze robią wystawy obrazów.

Tym razem w galerii były krzesła. Setka
krzeseł, bo organizatorzy spotkania autorskiego
spodziewali się sporej liczby gości. I faktycznie.

Gdy po wywiadzie poszłam na górę, okazało się,
że wszytko jest zajęte. Marta Dymek opowiadała
o asafetydzie. Hinduskiej przyprawie, która od roku
gości na mojej kuchennej półce.

Jeśli śledzisz „Jadłonomię” to wiesz jak smakuje.
Podobnie jak szafran, liście curry czy kozieradka.

W kawiarni byłam przed czasem. Usiadłam na
białej kanapie, która pierwszą biel ma już
dawno za sobą, włączyłam laptopa i raz
jeszcze po kolei przypominałam sobie wszystkie
fakty z jej życia. Ile miała lat, gdy zostawiła
agencję reklamową, na ile wycenia się jej bloga
ile książek sprzedała, ile, ile, ile….

I nagle zdałam sobie sprawę, że na tym
polega nasz błąd- ludzi zachodu. Za bardzo
skupiamy się na aspektach materialnych człowieka
zamiast na tym, jakim człowiekiem jest w istocie.
To jakieś szaleństwo! Nie, ta rozmowa nie może
ta wyglądać. I nagle wchodzi. Zwykła, naturalna,
uśmiechnięta.

-Pani Kamila?- pyta, podchodząc do kanapy.
W tłumie bym jej nie poznała. Ciemna koszula
w białe kropki i wygodne bawełniane spodnie,
zero makijażu. A jeśli jest, to niewidoczny. Na głowie
blond kok, jak zawsze- jej znak rozpoznawczy.

-Kamila- odpowiadam. – Czy możemy mówić sobie na „ty”
-Och, tak! Co za ulga. Będzie o wiele milej – uśmiecha się.

Oczywiście, żadna z moich obaw się nie spełniła.
Marta okazała się uroczą, skromną i całkowicie
naturalną osobą. Żadną tam gwiazdą, czy celebrytką.

Z resztą jeszcze zanim się spotkałyśmy, w mailach
wyraźnie zaznaczyła, że nie chce byśmy rozmawiały
o niej, lecz o misji, którą realizuje. O weganizmie,
o zwierzętach, o roślinach, o edukowaniu innych.

Polubiłam ją od pierwszej chwili, bo nie sprawiała wrażenia
osoby, która broni się przed dziennikarzem murem.
Zastanawia mnie, skąd to zaufanie? Może jeszcze
się nie sparzyła? A może po prostu tak już ma,
że wszystkim od początku udziela kredytu zaufania?

Dziś, zajadając wegańskie ciasto z lawendą, oraz
gotując żydowski kapuśniak, wg jej przepisu
myślę o niej ciepło. Biorę w ręce „Nową Jadłonomię”
i nabożnie przekładam kartkę za kartką.

To niesamowite, że za każdym przedmiotem
stoi jego historia. Historia człowieka, który
miał marzenia, wiarę w to co robi oraz odwagę,
by wydać je na świat. A wszystko zaczyna się od
jednej myśli. „A może by tak…”.

 

Reklamy

W swoją stronę

Zaczęło się jedenaście lat temu.
choć to nie była moja pierwsza próba,
lecz druga lub trzecia, przy czym obie
spaliły na panewce.

Pierwszy raz starałam się rok wcześniej,
gdy mieszkałam w akademiku.

Do małej pokojowej lodówki włożyłam
sześć pasztetów sojowych i dwie paczki
sojowych wędlin. Kupiłam cztery kilo
ziemniaków i surową marchewkę.
Myślałam, że to wystarczy.

Niestety, miałam za mało wiedzy.

Odpadłam w przedbiegach i po
miesiącu jedzenia pasztetów z soi wywiesiłam
białą flagę. Po prostu zabrałam się do tego
z nieodpowiedniej strony.

Zmądrzałam dopiero po roku.

Poszłam do biblioteki i wypożyczyłam:
Szalonego Kowboja Howarda Lymana,
Spór o prawach zwierząt Petera Singera, a także polski
stary bestseller Wszystko o wegetarianizmie Marii Grodeckiej.

Oto nagle stało się jasne, gdzie popełniałam błędy.
Myślałam, że wystarczy pozbyć się mięsa (którego
i tak jadłam szczątkowe ilości), uzupełnić to soją
voilà! Wszystko gotowe! Otóż, wcale nie!

20171101_105645

Te pierwsze trzy książki, które przeczytałam
były ledwie wstępem do czegoś większego.

Nadały kierunek mojej drodze i choć
dalej popełniałam błędy, to też korzystając
z doświadczenia innych, dojrzalszych osób,
szybko modyfikowałam własne eksperymenty.

Najgorsze jednak było tłumaczenie
innym, dlaczego to robię. Bo przecież każdy pytał.

Mama, tata, oby dwie babcie, kuzynostwo,
najbliżsi znajomi, koledzy ze studiów.

Było najgorsze, nie dlatego, że nikt
nie podchodził do sprawy z otwartym
umysłem i szacunkiem ale dlatego, że
nikt nie potrafił zrozumieć mojego punktu widzenia.

A mianowicie, że swoich przyjaciół nie zjadam.

Moje serce było pełne miłości do zwierząt
już odkąd byłam małym szkrabem.

Kochałam psy, krowy i konie, głaskałam mokre ryjki
świni, które karmiłam z sąsiadką, pomogałam
pisklakom, które wypadały z ptasich gniazd.

Nigdy nie czyniłam między nimi żadnej różnicy,
czego pokłosiem było siedzenie nad zimnym
talerzem obiadu, do którego kapały łzy i smarki.

-Nie odejdziesz od stołu, póki nie skończysz
upominali rodzice.

Więc nie odchodziłam.
Siedziałam nad talerzem i płakałam godzinami.
To co dla nich było rarytasem, mnie przyprawiało
o mdłości.

******

Jakiś czas temu byliśmy z Michałem w kinie.
Pokot. Film Agnieszki Holland na podstawie
powieści Olgi Tokarczyk, Prowadź swój pług
prze kości umarłych.

Znałam książkę,
czytałam ją dwukrotnie, ale chciałam obejrzeć
to jeszcze w kinie. Zobaczyć Duszejko z perspektywy
sławnej reżyserki. Znów z nią trochę pobyć, niczym
ze starą znajomą. Po powrocie z kina usłyszałam:

-Chyba przestanę jeść mięso…
-Bo…?
-Ten film mnie wzruszył; dotknął mnie.

Spojrzałam na Michała podejrzliwie.
Właśnie kończył robić kanapkę z masłem i wędliną.

Wiedziałam, że nic z tego. Że to tak nie działa.
To nie jest rzucanie papierosów, bo kumolog
zabronił ci palić. To nie jest odstawienie cukru,
czy alkoholu, bo robisz po nim głupie rzeczy.

To coś więcej. To filozofia życia. Wyświechtane słowo,
a jednak olbrzymie znaczenie. Bo filozofia to idee
największe wartości i emocjonalne potrzeby. Coś
co jest na samym szczycie życiowych priorytetów.

Michał jest wrażliwy i empatyczny. Ale niejedzenie mięsa
i idea wegetarianizmu nigdy nie stała u niego na podium.

-Nie rób tego– odpowiedziałam
-Co? Jak to? Nie chcesz? Ty???
-Chcesz to zrobić z nieodpowiednich pobudek.

A to musi być głos serca. Głos, który krzyczy w tobie
przez wiele lat. To nie może być poświęcenie. To powinno
być całkowicie naturalne, twoje moralne poczucie słuszności.

Michał nie został wegetarianinem, i nawet nie jest mu blisko.
Zrobił inne rzeczy w które wierzy. Wpłacił pieniądze na konto
schroniska, rzucił palenie i zrezygnował z gier.
Każdy ma swoje priorytety i osobiste wartości.

Misjonowanie nigdy nie przyniosło
niczego prócz kłótni i rozlewu krwi.

******

Zawsze byłam za cichą rewolucją.
Czyli taką, która odbywa się we własnym sumieniu.

Nie krzyczysz światu o sobie, nie namawiasz innych
do własnych przekonań. Jak mawiał Mahatma Gandhi,
bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie. 

Te jedenaście lat bycia wegetarianką były i wciąż są
dynamiczną zmianą. Ta droga nigdy nie ma końca.

Zaczęło się od tego, żeby nie szkodzić istotom.
Prosta sprawa, prawda? Jednak ta mała rzecz
doprowadziła mnie dalej. Do prawdy, która
wcale nie jest jednolita i miła.

Oto okazuje się, że hodowle przemysłowe
powodują wzrost CO2 i metanu do atmosfery,
co przyspiesza zmiany klimatyczne w zatrważającym tempie.
(aktualnie +1 stopień Celsjusza). Topnieją lodowce,
w Ameryce robi się cieplej, a w Europie chłodniej.

Dalej. Bank Światowy wykorzystuje kraje Trzeciego Świata,
zadłuża je, a w ramach spłaty wymaga udostępnienia koncernom
przemysłowym wielkich połaci jeszcze nieskażonej ziemi pod uprawę zbóż.

Szczytny cel, prawda? Tyle, że zboża (głównie kukurydza i soja GMO)
nie mają służyć likwidacji głodu na świecie, a wykarmieniu
bydła hodowanego w niewoli, na to by napełniać ogromne
brzuchy Amerykańskich smakoszy.

Dalej. 90% popularnych zbóż, które dostępne są w sklepach,
są modyfikowane genetycznie.

Ludzie (zwłaszcza nasze pokolenie lat 80-tych)
chorują na nowotwory, co jak myślę, ma ze sobą
ogromny związek, jak również to, że od dziecka
nauczono nas spożywać śmieciowe, mocno przetworzone
jedzenie, które zawiera toksyczne substancje
(jak syrop fruktozowo-glukozowy),GMO, antybiotyki oraz pestycydy.

I żeby było zabawniej. Ci sami ludzie na ogół
nie widzą związku.

Uskarżają się na swój stan zdrowia, oddają się w ręce
lekarzy, a ci z reguły nie wiedząc nic o zdrowym żywieniu
( bo na 6-letnich studiach mięli o tym ledwie 25 godzin zajęć)
karmią pacjentów kolejną chemią i przetworzonymi farmaceutykami.

Moja koleżanka, która wiecznie choruje na zapalenie
górnych dróg oddechowych (i zawsze je cukier, nabiał
i pije gazowaną wodę) na moje pytanie, czemu w końcu
o siebie nie zadba i zmieni diety na zdrową, ciepłą i ekologiczną,
odpowiedziała, że JEJ NIE STAĆ (!).

Przy czym stać ją na firmowe buty
i nowe sukienki. Ręce opadają.
Ale nic nie mówię, bo ci, którzy nie chcą
wiedzieć, zamykają oczy i uszy na niewygodną prawdę.
Bo prawda jest taka, że ŚWIADOMOŚĆ bywa bolesna,
a IGNORANCJA zawsze jest miękka i puchata.

******

Jedna droga doprowadziła mnie w tysiąc podobnych.

Bo rozwijając świadomość liczysz się z tym, że dotrzesz w
obce rejony i będziesz musiał podjąć kolejne wyzwania.

O tym wszystkim przypomniały mi, Głosy rewolucji żywnościowej,
książka z 2014 roku, dwójki idealistów: Johna Robbinsa
i jego syna Ocena, która wpadła mi w ręce podczas wrześniowej wyprzedaży.

20171101_105738

Jest to zapis rozmów z najważniejszymi
niezależnymi ekspertami ds. żywności organicznej,
GMO, zadłużenia Krajów Trzeciego Świata, lekarzy, dietyków
ekologów, publicystów i zaangażowanych w Fair Trade.

Wiedza, którą oferuje lektura, była mi już znana
i oczywista, a ta pozwoliła mi ją usystematyzować.

Telomeraza, angiogeneza, BDMC. Te kosmicznie
brzmiące nazwy od wielu lat nie są mi obce.

Bo decydując się na życie w prawdzie i w zgodzie z własnym sumieniem
nagle dowiedziałam się o rzeczach o których świat nie mówi.
Bo politykom, wielkim korporacjom i 2% najbogatszych
ludzi świata jest to nie w smak.

I nie chodzi o to, by zwariować (a w natłoku sprzecznych
informacji, można), lecz by zrobić wszystko co w naszej
mocy, aby zadbać o siebie w tym trudnym, bo oderwanym
od Natury świecie. Może się wydawać, że naszą misją,
jest wegetarianizm lub zdrowa antynowotworowa dieta.

Tymczasem są to tylko drogi prowadzące do celu głównego.
A jest nim powrót do Natury i nauka życia w zgodzie
z odwiecznymi jej prawami, dokładnie tak,
jakby nas też dotyczyły.

Bo przecież dotyczą, bez wyjątku.
I dlatego, to co holistyczne wraca do łask.

Pełny rozkwit natomiast będzie miał miejsce dopiero wówczas,
gdy przestaniemy być ignorantami i rozbudzimy świadomość
na PRAWDĘ. Że to nie my władamy Naturą, lecz to ona
posiada nas.

 

O tym jak pies znalazł człowieka

W swojej najnowszej książce, Lolek
Adam Wajrak napisał, że prawdziwa przyjaźń
między człowiekiem i psem powstaje, gdy tych
dwoje nareszcie odnajduje się na wspólnej drodze życia.

Jak sam twierdzi, on nigdy nie szukał następcy Antoni,
dużej suczki, która przez kilkanaście lat pomagała mu tropić wilki.

Owszem, bardzo mu czegoś brakowało, gdy odeszła,
ale nie szukał psa. Czekał. Rozglądał się. Tęsknił.

Ale był cierpliwy. Wiedział, że nie chodzi o to, by jednego
przyjaciela zastąpić kolejnym. Bo pies w pewnym
momencie sam się pojawia, jakby mówił: „o to jestem!”.

Ja szukałam. Ale inaczej.
Szukałam z potrzeby serca,
które wołało o przyjaciela.

20170731_172425

Szukałam dlatego, że pies wyzwala
w człowieku ogromne pokłady uniwersalnej,
bezwarunkowej miłości, która okazana na zewnątrz,
jest jednocześnie pokarmem dla własnego
wewnętrznego dziecka, które chce być kochane.

Szukałam zatem psa, ale inaczej niż przywykło się sądzić.
Szukałam miłości czując, że na świecie, może
całkiem niedaleko jest ktoś, kto też szuka.
I faktycznie. Pewna psia istota pragnęła ludzkiej miłości.

 

Można zatem przyznać Wajrakowi rację-
pies pojawia się sam i po prostu w którymś
momencie dołącza do człowieka, który
wędruje swoją wybraną ścieżką.

Kiedy tylko spojrzałam w oczy Luny
wiedziałam, że od tej chwili będziemy razem kroczyć
przez życie.

W schronisku były inne psy. Ciekawe, radosne,
przemiłe, chcące miłości, mądre i zawadiackie.

Każdego głaskałam przez siatkę, każdemu
zaglądałam głęboko w oczy. Ale dopiero przy
boksie Luny serce zabiło mi mocniej.

Mój upór sprawił, że dziś jesteśmy razem.
Szukałyśmy się. Tęskniłyśmy do siebie.
Czekałyśmy nawzajem. I dziś wiem, że to nie ja znalazłam Lunę,
to cudowny pies znalazł potrzebującego człowieka.

Przypomniałam sobie o tym parę
dni temu, gdy lało jak z cebra.

Ludzie pochowali się w ciepłych domach i świat świecił
pustkami. Drugiego dnia było tak samo. Jakby
bóg deszczu karał ludzi za ich wygodnictwo.

20170731_090117 (2)

Luna jest energicznym psem, który kocha biegać.
Nie, nie zrobię ci tego drugi dzień z rzędu,
nie będziemy siedzieć w domu,

pomyślałam zakładając najlepsze, choć wciąż
przemakalne ciuchy. Ubrałam na siebie sztormiak,
Lunie założyłam szelki i poszłyśmy w ulewę do lasu.

Na naszej ulubionej polanie zrobiło się jeziorko.
Luna widząc je wskoczyła pełna radości
łapiąc w pysk krople deszczu i taplając się w wodzie.
Nie było tego dnia lepszego widoku. Stałam trzy metry od niej,
deszcz spływał mi po twarzy a stopy pływały w butach, ale
widoku takiego szczęście nic nie mogło zastąpić.

To nie ja uradowałam Lunę, to pies znów uradował
potrzebującego człowieka 🙂

Pokot, Wilki i minister Szyszko

W dobie polskich absurdów, gdy minister Szyszko zachęca do wycinania drzew i wpuszcza do rezerwatu myśliwych, aby odstrzeliwali jelenie, bo”szkodzą przyrodzie”, POKOT Agnieszki Holland oraz WILKI Adama Wajraka nabierają wyjątkowo aktualnego znaczenia…

Tak się złożyło, że w ciągu jednego tygodnia
mocno zgłębiłam wiedzę z zakresu przyrody i kłusownictwa.
Tego legalnego, jak i tego poza prawem.

Najpierw, przechodząc obok księgarni we Wrzeszczu zobaczyłam
napis SALE, a na witrynie sklepowej ujrzałam książkę,
którą zapragnęłam mieć już w ubiegłym roku, ale koniec końców,
zawsze było coś ważniejszego- WILKI Adama Wajraka.

Nie namyślając się długo, minutę później biegłam na autobus
trzymając ją pod pachą.

Parę dni później, do kin wszedł film Agnieszki Holland, POKOT.
Film przeze mnie wyczekiwany, z powodu miłości,
do oryginału napisanego przez Tokarczuk.

PROWADŹ SWÓJ PŁUG PRZEZ KOŚCI UMARŁYCH
było dla mnie jak powrót do domu.
Wszystko, co autorka zawarła w książce
zgrywało się ze mną na każdym poziomie.

Wegetarianizm, głębokie poszanowanie dla sił pryrody, miłość
do zwierząt, życie w rytmem dnia i natury, ba! nawet teza, że każde życie
zapisane jest gdzieś w gwiazdach. Ostatecznie, ja sama widzę w sobie Duszejko.
Nieco młodszą, może odrobinę mniej radykalną, ale jednak.

Na małej wsi gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej mieszka sześćdziesięcioletnia nauczycielka
angielskiego i pasjonatka astrologii, Janina Duszejko.
Ma dwa psy, jest wegetarianką i zdecydowaną przeciwniczką kłusownictwa
oraz polowań na dzikie zwierzęta.

Jest również bardzo samotna, bo wśród społeczności
przyzwyczajonej do polowań, cieszy się
niepochlebną opinią starej dziwaczki.

Agnieszka Holland świetnie zobrazowała historię Tokarczuk.
Nie mogłabym sobie tego lepiej wyobrazić. Sceny kręcone były w plenerze
Kotliny Kłodzkiej, nieopodal czeskiej granicy, co świetnie
oddawało mroczny klimat życia na
podupadłej prowincji, gdzie diabeł mówi dobranoc.

I choć film jest ryzykowny a Holland naraża się na ostracyzm,
to jestem pewna, że dotrze do świadomości przynajmniej pojedynczych osób.

Tych wrażliwych, empatycznych i żyjących blisko natury. Do osób inteligentnych,
otwartych i mających po prostu dobre serce. W kinie byłam w sobotę.
Smutno było patrzeć na pustą salę, kiedy z sali tuż obok,
z Greya wychodziły tłumy gapiów…

WILKI Wajraka uzupełniły wiedzę o kolejne detale.
Np. takie, że wilki panicznie boją się ludzi i nigdy ich nie atakują.
Dlaczego? Bo człowiek to najgroźniejsza istota na naszej planecie.
Zabija dla zabawy i dla trofeów, je wtedy gdy nie musi i za wszelką cenę
próbuje podporządkować sobie każde życie.

Obecnie w Polsce żyje około 2000 wilków. To zasługa stowarzyszeń
i ruchów na rzecz obrony zwierząt, które doprowadziły do zakazu
polowań na wilki i inne zagrożone wyginięciem gatunki. Jeszcze parę lat temu
była ich zaledwie setka.

Nie bądźmy jednak zbyt wielkimi optymistami.
Jak pisze Wajrak, mimo groźby grzywny,
w lasach wciąż można znaleźć wnyki,
które skazują zwierzęta na śmierć w męczarniach.

Może to pokłosie władzy, będącej w rękach niebezpiecznych ludzi,
takich jak minister Szyszko?

Człowiek, który ma stać na straży przyrody,
bierze udział w polowaniach na bażanty wypuszczane
prosto z klatek pod lufy (Newsweek 08.03.2017),
chce wpuszczać do rezerwatu warmińskiego myśliwych,
by odstrzeliwali jelenie (Gazeta Wyborcza Olsztyn, 09.03.2017),
o ustawie o wycince drzew, która weszła w życie 1 stycznia
nie wspominając ( WP Money, 08.03.2017)

Na szczęście, coraz częściej wychodzimy na ulicę,
gdy coś nam nie odpowiada. Dziwny z nas naród, ale
jednej cechy nie można nam odmówić. Wytrwałości i uporu
Może dzięki nim, władza zmieni się na korzyść ogółu.
Nie tylko ludzkiego, ale każdego pojedynczego życia.

Zdjęcie: źródło film.org

O dobru i złu, czyli refleksje podczas lektury Shantaram

20170104_160139


Czasami nasze przeznaczenie wydaje się być łaskawsze
niż początkowo sądziliśmy. Czasami jednak uderza znienacka
znajdując nas pod innym imieniem i w obcym zakątku świata.

Niekiedy przychodzi nam spłacać długi karmiczne
jeszcze w tym samym życiu, co popełnione błędy.
Tak jakby pokuta była wiecznym cieniem poczucia winy.

Jak to możliwe? Kto pisze kolejne rozdziały naszej codzienności?
Kto decyduje o tym co dobre, a co złe?
I wreszcie, kto decyduje o nas, o naszym złu lub cnocie?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania podczas lektury życia,
Shantaram, a potem kontynuowałam rozmyślania czytając Cień Góry.

Zapytacie, czemu „lektura życia”?
Bo coś robi z człowiekiem.
To nie jest miła książki to poduszki,
to raczej historia spłaty pewnego długo karmicznego.

To opowieść o tym, że czyny nie zawsze świadczą o tym kim jesteśmy.
Bo czyny to tylko jedna strona monety, a intencje są jej rewersem.

Lin, Linbaba, Shantaram i Gregory to jedna i ta sama osoba.
To człowiek, który trafił do australijskiego więzienia,
a potem z niego uciekł i znalazł się w samym sercu indyjskiej mafii, w Bombaju.

To człowiek, który każdego dnia oko w oko spotykał się ze swoją karmą.
Bił i był bity, trafiał do aresztów, potem cudem z nich wychodził.
Był torturowany, bohatersko gasił pożary w slumsach.
Pomagał Afgańczykom w wojnie z Rosjanami, uciekał przed łowcami głów,
kochał, nienawidził, grzebał przyjaciół i ścigał wrogów.

I mimo całej mafijnej otoczki i etykiecie gangstera, która do niego
przylgnęła, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oto czytam o człowieku,
którego serce jest wypełnione dobrem i współczuciem.

Czytając dwa grube tomy pełne krwawych przygód, ciągle towarzyszyło
mi uczucie, że nigdy nie jest za późno, by coś zmienić. Że przecież los, fatum czy przeznaczenie są jedynie płynnym algorytmem,
którego nowa, dodana wartość zmieni wynik gry.

Że mimo błędów, które popełniliśmy, wciąż jest nadzieja.
Że jeśli dokonamy odpowiedniego wyboru to rozwiniemy
dobro które w sobie nosimy od czasów powstania Wszechświata.

Ostatni rok wielu nam dał mocno po dupie.
Moim kuksańcem okazała się jego końcówka i Nowy Rok.
A towarzyszyło temu uczucie, że przecież zasłużyłam.
Że gniew którym kipię i chciwość w której się kąpię,
musiały w końcu zebrać karmiczne żniwo.

Bo nie zawsze czyny świadczą o człowieku i jego charakterze,
czasem świadczy o nim również ich brak i myśli wypełnione
przekleństwami.

Czy ktoś z Was czytając Shantaram zwrócił uwagę na to,
ile razy Lin oddał komuś pieniądze bez powodu? Ot tak, bo chciał
się podzielić? Gdybym chciała to zliczyć, musiałabym kupić 90-kartkowy zeszyt
i zapisywać go kratka w kratkę bez akapitów. A i tak okazałby się zbyt cienki.

I dlatego każdego dnia, z miłością oddawałam się lekturze
tych dwóch książek. Bo budziły we mnie nadzieję. Że cokolwiek
się wydarzyło, cokolwiek zrodziło się w umyśle, zawsze jest szansa zmiany
i dokonania nowego wyboru pod tytułem „WYBIERAM DOBRO”.

I nie jest to postanowienie na Nowy 2017 Rok,
to raczej postanowienie na życie. Ok. Spłacę swój dług wobec
ludzi którym złorzeczyłam, nakarmię swój świat odrobinę
lepszymi myślami.

Po to, by kiedyś, może u schyłku tego życia lub w następnym
było lepiej. Nie tylko mi, lecz wszystkim, których spotkam na drodze.

 

Wszystko z Tobą w porządku!

 

Tydzień temu jadąc „ukochaną” komunikacją miejską i przeżywając istne katusze w pudełku pełnym ludzkich sardynek, gdzie dostępne były tylko miejsca stojące, moją uwagę przykuł długowłosy chłopak w czarnej bluzie z kapturem.

Podeszłam do niego i ustałam tuż obok siedzenia, które zajmował.
Siedział nieruchomo, wzrok miał wbity w książkę i wydawał się być pogrążony
w swoim własnym świecie.”Lubię go”, pomyślałam, próbując dojrzeć, co czyta.

Chwilę później stało się jasne dlaczego go polubiłam.
Swój zawsze pozna swego.
Chłopak czytał „Siłę introwersji” Arnie Kozak. 

CAM00837

Podziękowałam mu w duchu za to, że była nas dwójka- cichych samotników- w tramwaju pełnym rozwydrzonych ludzi a także za książkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Do tej pory  o tej tematyce znana mi była tylko „Ciszej, proszę” Susan Cain.

W domu otworzyłam komputer i wpisałam tytuł w Google.
No tak. Nic dziwnego, że o niej nie słyszałam.
„Siła introwersji” została wydana dopiero kilka miesięcy temu.

Zalogowałam się na konto wojewódzkiej biblioteki publicznej, by sprawdzić dostępność tytułu. Szybkość z jaką publiczna biblioteka zamawia nowości wydawnicze zawsze mnie zachwyca!

Na drugi dzień miałam ją u siebie na biurku.
Towarzyszyła mi przy śniadaniu i przy obiedzie.
W tramwaju, w parku i w plecaku na rowerze.

Nie czytałam jej kompulsywnie, jak to zwykle mam w zwyczaju,
lecz delektując się każdym pojedynczym słowem.

Bo oto autor i psycholog, Arnie Kozak udowadnia, że introwertycy są światu tak samo potrzebni jak ekstrawertycy i że trudności jakie spotykają nas w życiu są skutkiem kultury stworzonej przez ekstrawertyczne i głośne społeczeństwo, których motywacją jest otrzymywanie nagród.

Ile razy czułeś, że „coś z Tobą jest nie tak”? Bo ja czułam tak przez całe życie.
W końcu przylgnęła do mnie etykietka czarnej owcy i nauczyłam się z nią żyć.
Ale jak cicha owieczka ma odnaleźć się w stadzie dzikich wilków?

Bo zobacz. Niemal wszystko co znasz jest stworzone przez ekstrawertyczne społeczeństwo (które ma nieco większą przewagę od introwertyków).

Żyjemy w w konsumpcyjnym świecie, pełnym centrów handlowych, głośnych i kolorowych reklam, reality show w którym wygrywają ludzie bardziej przebojowi i przebiegli a miejsca pracy zwane open space zabierają nam ostatnie resztki ciszy i przestrzeni.
Nic dziwnego, że czujemy się nie na miejscu! 

Arnie Kozak powtarza co drugi akapit: Wszystko z Tobą w porządku. Też jestem introwertykiem i wiem co czujesz. Co za ulga!

Ameryka i Europa są wybitnie ekstrawertyczne i nagradzają uwagą ludzi przebojowych, głośnych i zabawnych. Introwertycy zwykle giną w tłumie i często obrywa im się za bycie dziwakiem, który woli spędzić sobotni wieczór w domu z książką niż na towarzyskim spotkaniu w pubie.

Tymczasem wielu wizjonerów, naukowców i artystów było introwertykami.

Albert Einstein.
Clint Eastwood
Bill Gates
Fryderyk Chopin
Marcel Proust
Franz Kafka
Mahatma Gandhi
Karol Darwin
J.K. Rowling
Abraham Lincoln
Steven Spielberg
Julia Roberts
Maria Skłodowska-Curie

Żyjąc w ekstrawertycznym, pstrokatym świecie często dajemy sobie wmówić, że faktycznie coś z nami nie tak i że powinniśmy zmienić swój charakter. W ten sposób sami sobie nakładamy maski i uczymy się żyć w strefie pozbawionej komfortu. W strefie, która całkowicie nas wyczerpuje.

Nie wiem jak Ty, ale ja po godzinnej jeździe zatłoczonym tramwajem i dziesięciominutowym pobycie na zakupach w centrum handlowym muszę się zamknąć w pokoju i zdrzemnąć. Natychmiast!

Tymczasem zapominamy, że mamy coś, czego ekstrawertykom brakuje.
Możemy to wykorzystać w pracy, na rozmowach rekrutacyjnych a także w drodze do własnych celów. A są to:

determinacja
wytrwałość
zaangażowanie
cierpliwość
skupienie
wrażliwość
empatia
rozwaga
refleksja
uważność
umiejętne słuchanie

Gdybyśmy żyli w introwertycznym świecie, myślę że wszystko wyglądałoby inaczej.

Nie byłoby blokowisk.
Ludzie żyliby bez telewizji, w domkach jednorodzinnych, otoczonych naturą.
Zamiast wielkich korporacji, na rynku kwitłyby małe spółki lub jednoosobowe przedsiębiorstwa. Rynek lokalny by kwitł, podobnie jak szkoły medytacji, uważności, centra jogi i rozwijania samoświadomości.

System edukacji zachęcałby do rozwijania kreatywności i twórczego podejścia do życia; nie byłoby ocen, a handel rozwijałby się na zasadzie barteru.

Niestety te słowa to czysta utopia.
Pozostaje nam zatem pilnowanie własnej przestrzeni i rozwijanie asertywności.
Nie żyjemy w świecie sprzyjającym introwertykom, ale możemy decydować.

O tym z kim się trzymamy.
Jak spędzamy czas wolny.
Jak pracujemy.
Na co poświęcamy cenną energię (która z uwagi na to, że jesteśmy wrażliwi wyczerpuje się błyskawicznie).

Postanowiłam, że kupię książkę Arniego Kozaka i dam do przeczytania mojej rodzinie i znajomym.

Rodzicom, którzy wciąż się dziwią, że nie lubię spotkań rodzinnych i zakupów.
Znajomym, którzy wciąż pytają: „co tak milczysz?”.
I tym wszystkim, którzy mają pretensje że nigdy nie odbieram ich telefonów.
Oraz tym, którzy siedzą u mnie w mieszkaniu dłużej niż godzinę (po godzinie kontaktu jestem wyczerpana, a nie umiem ludzi wyrzucać).

Ale przede wszystkim kupię ja dla siebie.
Bo jak nikt inny, powinnam o siebie dbać w tym niełatwym dla mnie świecie.
I upewniać się, że mam wiele do zaoferowania, mimo że nie mam siły przebicia.
Chcę ją mieć, żeby zapamiętać: „ŻE WSZYSTKO Z NAMI W PORZĄDKU”.


Tytuł: Siła introwersji. Wykorzystaj swój potencjał.
Autor: Arnie Kozak
Wyd.: 
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Rok:
2016
Stron:
262

Nie słodź mi, Kochanie

CAM00813


Uwielbiam Kasię Miller.
Jej książki wyleczyły mnie z wielu toksycznych pomysłów.
Na przykład z pomysłu, że kobieta może być szczęśliwa tylko wtedy, kiedy jest w związku.

I w ogóle z koncepcji, że kobieta MUSI mieć mężczyznę.
Bo nie musi. Choć fajnie jak ma.

Nie dlatego, że tak trzeba.
Nie po to, by udowodnić sobie, że jest coś warta.
Lecz dla miłej zabawy, satysfakcji i obopólnej radości.

Bo Kasia Miller przekonuje, że jesteśmy coś warte tylko dlatego, że JESTEŚMY.
Ze wszystkimi uczuciami, dołkami, łzami
i perwersyjnym śmiechem w publicznych miejscach.

Grube czy chude,
rude czy czarne,
płaskie czy biuściaste,
zgrabne czy koślawe.
Jesteśmy fajne!

Na pierwszy rzut oka, brzmi to jak tania psychologia
z wątpliwych poradników, prawda?
Lecz nic bardziej mylnego.

Psycholożka w swej czterdziestoletniej karierze zbudowała nie lada doświadczenie poparte przykładami klientów, którzy z jej pomocą wyszli na prostą.

Pracowała z alkoholikami,
kobietami skrzywdzonymi przez mężczyzn
prowadziła grupy wsparcia i warsztaty rozwojowe,
a także terapie indywidualne dla tych co chcą dotrzeć do własnej jaźni czerpiąc z jungowskiej psychoanalizy.

Gorąco popiera wszelką aktywność, wdzięczność i afirmację życia.
Zachęca kobiety, by były samodzielne i bezczelne.
By robiły to co, na co mają ochotę, łamiąc w ten sposób wszystkie zatęchłe, katolickie stereotypy „dobrych żon” i „cierpiętniczych matek”.

Jej książka „Bez cukru, proszę” burzy wiele mentalnych koncepcji.
Bo w niej, psycholożka odkrywa się całkowicie.

Pisze o swojej słabości do jedzenia i mężczyzn,
opisuje trudne życiowe zakręty, aborcję i próbę samobójczą,
jednocześnie zachwalając życie w całej jego prostocie.

Panią Miller można kochać lub nienawidzić.
Ona sama zdaje sobie sprawę jak różne uczucia wywołuje.
U osób skrajnych i kategorycznych nie wzbudza sympatii,
a u otwartych wyzwala lawinę miłości.

Bo czyż żywy przykład spełnionej choć jakże niedoskonałej kobiety nie jest nam najbardziej potrzebny? 

Od dziecka jesteśmy wychowywane w kulturze konsumpcyjnej, w której same często pełnimy rolę produktu:

piękne, z jedwabistym włosem,
opaloną cerą, w markowych butach,
zawsze gotowe, by mężczyzna nas pokochał i zaopiekował się nami.

I oto nagle mamy kogoś, kto przeczy wszystkim polskim stereotypom
bo udowadnia, że można być grubą, średniej urody,
pyskatą, bezdzietną i niezamężną
a jednocześnie szczęśliwą i spełnioną.

Życzę sobie i koleżankom więcej takich kobiet.
Terapeutek i terapeutów, którzy będą uczyć pacjentów zdrowego podejścia do siebie i życia.

Życia pełnego akceptacji na to, że JESTEM JAKA JESTEM.
I że to wystarczy bym siebie kochała.

A świat i inni ludzie? Nie muszą.
W pierwszej kolejności jestem dla siebie, potem dla całego świata.
Tak zaczyna się zdrowa relacja.

Kilka dni temu, gdy byłam w trakcie lektury, „Bez cukru, proszę”, pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale zobaczyć Kasię Miller u Łukasz Jakóbiaka.

Lubię jego „20 metrów kwadratowych”.
Gościem programu był już terapeuta Rutkowski,
więc może warto byłoby mu wysłać prośbę o Miller?

O swoim pomyśle wkrótce zapomniałam,
a dziś logując się na youtube, dostałam miłą niespodziankę.
Kasię Miller u Łukasza w programie!

I jak tu nie wierzyć w to, co Jung nazywał podświadomością zbiorową?
Najwyraźniej te same potrzeby i pomysły mieszkają w wielu głowach
a wspólna przestrzeń pozwala je zrealizować.