Archiwa kategorii: Bez kategorii

Gdy odpuszczasz, dzieją się cuda

Pisałam już, że kocham piec i gotować, prawda?
Tak. Na pewno pisałam. Z tysiąc razy, więc
pewnie pisanie o tym po raz enty wydaje się nudne.

Dziś więc podejdę do czynności kulinarnych z lupą,
jak naukowiec, który bada nieznane rośliny.

Otóż odkryłam, że pieczenie może być nie tylko
fantastyczną terapią ale również miernikiem
emocji.

Czy zwróciliście kiedyś uwagę na to, że
w zależności od tego, jakie emocje
towarzyszą podczas pracy w kuchni,
to one zawsze przekładają się na efekt końcowy?

Zaskakująco często ciasto „które zawsze wychodzi”
okazuje się zakalcem.

A potrawa, którą kochają wszyscy
nagle się zważyła/nie wyrosła
/jest za słona/ za sucha/za mokra.

Przypadek? Nie sądzę. Już kilka lat temu
przeprowadzono badania na grupie chętnych,
którzy mieli komunikować się z roślinami.

W jednej grupie osoby, które podlewały kwiaty
wodą miały je głaskać i mówić komplementy.

Druga grupa miała natomiast
krzyczeć, przeklinać i „obrażać” rośliny,
podlewając wodą w tej samej ilości.

Co się okazało? Że kwiaty, na które
krzyczano, zwiędły, lub nie wyrosły.

Te natomiast, które były traktowane
z szacunkiem i miłością, rozwijały się szybciej
i były odporne na ataki szkodników.

20180728_104119 (1)

Tak samo jest z ludźmi. I tak samo
jest wypiekami. I z każdą inną czynnością,
której poświęcamy uwagę.

Jeśli robimy to z miłością, jest wielce prawdopodobne, że
przyniesie owocne rezultaty. Jeśli coś robimy
pod górę, z przymusem i niechęcią… Cóż…

Sami skazujemy się na rolę mitycznego
Syzyfa, który mizernie toczy głaz na szczyt.
Bez celu przecież, bo i tak się stoczy.

Piszę o tym nie tylko w kontekście
wypieków. Ale akurat teraz jest to dla mnie
zauważalne. Po prostu wszystko mi wychodzi!

I ciasto jest pyszne jak nigdy (a niczego nie zmieniałam).
I bezmleczny jogurt chia smakował tak, że
pół dnia samą siebie chwaliłam. A lody wegańskie!
Najlepsze jakie kiedykolwiek jedliśmy!

Ach! A muffiny orzechowe? Cała blaszka
poszła na raz, bo były tak pulchne, słodkie
i miękkie! Zaczęłam więc myśleć: taki mam
talent, czy po prostu dobry czas?

A może… A może to jednak emocje?
Eureka! Faktycznie.

To co się zmieniło – to kontrola.
Odpuściłam.

Przestałam na chwilę szukać mieszkania.
Czułam się bezsilna z myślą, że jestem za
biedna na duże przestrzenie, a wszystko
w okolicach centrum przekracza moje
skromne możliwości.

Za dużo było siłowania,
kombinowania, analizowania.

Skąd wziąć pieniądze? Jak dorobić?
Czy kupić 23 metry, w których się nie
pomieszczę, czy może 27 metrów, ale
koniecznych do remontu?

I że przecież muszę już, natychmiast, bo we wrześniu
nie mamy z Luną gdzie mieszkać!

Brak kontroli wywoływał panikę,
a panika siała zbyt destrukcyjne emocje.
Przede wszystkim lęk. Próbowałam na siłę
wycisnąć z przestrzeni coś,  czego ona sama
dać nie chciała, lub nie mogła.

Odpuściłam. Pieprzę to. Coś się
znajdzie. Ktoś nas przygarnie. Lub
ktoś coś odstąpi.

Albo mieszkanie samo nas znajdzie.
A raczej nie mieszkanie, tylko DOM.

Miejsce, gdzie włożymy serce, bo będzie oazą,
w której schronimy się przed
zgiełkiem miasta i pędem głośnych ulic.

20180721_150351

Może będzie blisko lasu. Może będzie miało taras lub balkon.
Może będzie duża kuchnia. A może  będzie mała, ale
sympatyczna i pełna słońca? Odpuszczam.

Niech będzie najlepiej – tak jak ma być.
Niech będzie taki dom, żeby nam
sprzyjał. Żeby nas kochał.

Żeby zachęcał gości do wpadania,
i żeby mnie motywował do medytacji.

Żeby dawał ukojenie, dobry sen
i energię do radosnego działania i przekuwania talentów
w energię, która nakarmi serce.
Nie tylko moje, ale też innych.

Odpuszczam. DOM się znajdzie. Sam. Tak.
Naprawdę w to wierzę.

DOM pojawi się w odpowiedzi na emocje i myśli.
Tak jak czasem pojawia się drugi człowiek. Tak jak przypływają
pieniądze. Tak jak przychodzą odpowiedzi na ważne pytania.

Emocje się uspokoiły. Kontrola odeszła.
Pojawiły się wypieki. Pulchne, wysokie,
miękkie i smaczne. Lepsze niż w najdroższej
restauracji.

A wraz z wypiekami pojawiły się
Kobiety. Dzwonią, piszą, pukają do drzwi.

I co ciekawe, w ogóle nie prosiłam, by
wpadły. Odłożyłam na bok telefon.
Po prostu piekłam, śpiewając pod nosem.

Jest potrzeba, są więc odpowiedzi.
Są wypieki, ktoś musi je chcieć zjeść 🙂
Tak samo będzie z DOMEM. Pojawi się,
gdy będziemy gotowe. Gdy emocje i myśli
będą puchate, dobre i lekkostrawne.

Reklamy

Szafran i lawenda. Czyli jak poznałam Martę Dymek

To było kilka tygodni temu.
Gorąca ale wietrzna sobota,
która rozebrała Gdańszczan z
kilku warstw ciuchów, a na
nosach wysypała piegiem.

Denerwowałam się od samego rana.
Ból żołądka to pikuś, w porównaniu
z falami myśli, które dokuczały od
momentu, gdy wyłączyłam budzik.

Czy dam sobie radę? Czy nie zadam
głupich pytań? A jeśli mnie nie polubi?
A jeśli pomyśli, że jestem:

1.brzydka
2.głupia
3.jąkająca się
4.zacinająca
5.widocznie przestraszona

przez co ułoży sobie wniosek
ostateczny, że jestem AMATORKĄ?

Te myśli pokazują raczej niskie poczucie
mojej wartości, niż realne zagrożenie, że
Marta Dymek może być osobą z uprzedzeniami
lub nieustannie oceniającą.

Tak naprawdę oceniająca byłam ja.
A do tego mocno krytyczna wobec samej siebie.

Ale jak tu się nie denerwować,
gdy idę przeprowadzić profesjonalny
(w zamyśle oczywiście) wywiad z idolką?

Jej życiorys śledzę od wielu lat,
podobnie jak bloga, „Jadłonomię”,
który nie raz uratował moje garnki
przed katastrofą braku smaku.

Dzięki Marcie Dymek nauczyłam się
robić czekoladowy mus z awokado,
oraz morelowy biszkopt na occie.

To ona, jako pierwsza w Polsce
odczarowała pejoratywne pojęcie
„weganizmu”. I dzięki niej uwierzyłam,
że rzeczy niemożliwe nie istnieją. I że
chcieć, to inaczej móc to zrobić.

Na wywiad umówiłyśmy się w Sztuce Wyboru.
Miłej kawiarni w artystycznej dzielnicy Gdańska.
Sztuka Wyboru jest domem wszystkich hipsterów,
poetów, malarzy i zakochanych w sztuce intelektualistów.

Na parterze serwują wegański sernik z orzechów
nerkowca, a na piętrze robią wystawy obrazów.

Tym razem w galerii były krzesła. Setka
krzeseł, bo organizatorzy spotkania autorskiego
spodziewali się sporej liczby gości. I faktycznie.

Gdy po wywiadzie poszłam na górę, okazało się,
że wszytko jest zajęte. Marta Dymek opowiadała
o asafetydzie. Hinduskiej przyprawie, która od roku
gości na mojej kuchennej półce.

Jeśli śledzisz „Jadłonomię” to wiesz jak smakuje.
Podobnie jak szafran, liście curry czy kozieradka.

W kawiarni byłam przed czasem. Usiadłam na
białej kanapie, która pierwszą biel ma już
dawno za sobą, włączyłam laptopa i raz
jeszcze po kolei przypominałam sobie wszystkie
fakty z jej życia. Ile miała lat, gdy zostawiła
agencję reklamową, na ile wycenia się jej bloga
ile książek sprzedała, ile, ile, ile….

I nagle zdałam sobie sprawę, że na tym
polega nasz błąd- ludzi zachodu. Za bardzo
skupiamy się na aspektach materialnych człowieka
zamiast na tym, jakim człowiekiem jest w istocie.
To jakieś szaleństwo! Nie, ta rozmowa nie może
ta wyglądać. I nagle wchodzi. Zwykła, naturalna,
uśmiechnięta.

-Pani Kamila?- pyta, podchodząc do kanapy.
W tłumie bym jej nie poznała. Ciemna koszula
w białe kropki i wygodne bawełniane spodnie,
zero makijażu. A jeśli jest, to niewidoczny. Na głowie
blond kok, jak zawsze- jej znak rozpoznawczy.

-Kamila- odpowiadam. – Czy możemy mówić sobie na „ty”
-Och, tak! Co za ulga. Będzie o wiele milej – uśmiecha się.

Oczywiście, żadna z moich obaw się nie spełniła.
Marta okazała się uroczą, skromną i całkowicie
naturalną osobą. Żadną tam gwiazdą, czy celebrytką.

Z resztą jeszcze zanim się spotkałyśmy, w mailach
wyraźnie zaznaczyła, że nie chce byśmy rozmawiały
o niej, lecz o misji, którą realizuje. O weganizmie,
o zwierzętach, o roślinach, o edukowaniu innych.

Polubiłam ją od pierwszej chwili, bo nie sprawiała wrażenia
osoby, która broni się przed dziennikarzem murem.
Zastanawia mnie, skąd to zaufanie? Może jeszcze
się nie sparzyła? A może po prostu tak już ma,
że wszystkim od początku udziela kredytu zaufania?

Dziś, zajadając wegańskie ciasto z lawendą, oraz
gotując żydowski kapuśniak, wg jej przepisu
myślę o niej ciepło. Biorę w ręce „Nową Jadłonomię”
i nabożnie przekładam kartkę za kartką.

To niesamowite, że za każdym przedmiotem
stoi jego historia. Historia człowieka, który
miał marzenia, wiarę w to co robi oraz odwagę,
by wydać je na świat. A wszystko zaczyna się od
jednej myśli. „A może by tak…”.

 

„Sucho-mokre”.Ciasto jogurtowe z borówkami

-Tylko pamiętaj o cieście!- krzyknęłam
wychodząc do pracy. -Punktualnie o 13.00.
I nie wyjmuj! Niech dojdzie w cieple!

-Tak jest pani kierowniczko- zasalutował
Michał, czym zawsze doprowadza mnie
do szału. Bo żadna ze mnie kierowniczka.

Po prostu mam małego bzika na punkcie
własnych wypieków. Zwłaszcza nowych,
które są moim kulinarnym debiutem.

Lubię raz na jakiś czas zrobić w kuchni
coś innego. Coś czego nie znam,
czego będę musiała się nauczyć, lub
dodać szczyptę własnej inicjatywy.

A że w tym roku kocham borówki
(co roku mój organizm składa zapotrzebowanie
na zupełnie inne owoce), to postanowiłam
znaleźć taki przepis, by móc je wykorzystać.

Szukając w internecie inspiracji natknęłam się,
na „ciasto jogurtowe”. Eureka! Banalnie proste,
i można je modyfikować według własnego uznania.

Bo przecież wystarczy tylko trzymać się
podstawowych składników, a „górę”
dopracować samemu. Ja położyłam na
wierzch borówki i posypałam kruszonką,
wyjętą z zamrażalnika. Ciasto wyszło idealne.

Co nie oznacza, że proste przepisy zawsze
wychodzą. Tyleż razy mnie zaskakiwały
zakalcem, co i pysznym smakiem, gdy
jednak wyrosły.

-No i co? Wyszło?- esemesuję do Michała.
-Wyszło – krótko odpisał.
-A coś więcej???
-Pyszne jest.
-Ale jaka konsystencja?
-Tzn.?
-Mokre czy suche?
-Hmm. Suchomokre raczej.
-Pokaż zdjęcie!
-Jak kierownik rozkaże!

Michał przysłał zdjęcie pulchnego
placka z borówkami. Lecz dopiero, gdy
wróciłam do domu i nałożyłam sobie
na talerz musiałam przyznać mu rację.

To ciasto faktycznie jest „suchomokre”.
Zdecydowanie mniej suche niż tradycyjna
babka, i jednocześnie mniej mokre niż sernik.
Takie trochę pomiędzy. Chyba zatrudnię Michała
do wymyślania nazw na moje potrawy. A będę
mu płacić… ciastem oczywiście! Poniżej przepis.

20180524_113451

Ciasto jogurtowe z borówkami:

Składniki:
1 kubek 200 ml jogurtu naturalnego
3 kubki mąki
1 kubek cukru trzcinowego/ksylitolu
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 kubek oleju roślinnego
3 jajka
250 gram umytych i osuszonych borówek

Uwaga! Tu zamiast szklanki używamy
umytego i suchego kubeczka po 200 ml jogurcie.

Składniki na kruszonkę:
50 gram masła, 1/3 szklanki cukru
1/3 szklanki mąki

Przygotowanie:

Najpierw zajmij się kruszonką. Twarde masło,
cukier puder i mąkę połącz rękoma i tak długo
ucieraj żeby powstała konsystencja „mokrego
piasku”. Jeżeli uważasz, że jest zbyt mokre, dodaj
mąki. Przesyp do woreczka i włóż do zamrażalki
na 20-25 minut. W tym czasie zajmij się resztą.

Ciasto: Wszystkie składniki powinny być w temp.
pokojowej

Będą potrzebne dwie miski. Do pierwszej
przełóż jogurt, dodaj jajka i olej,
dobrze wymieszaj aż konsystencja będzie jednolita.
Nie używaj miksera. Polecam mieszać drewnianą łyżką.

Do drugiej miski przesiej mąkę z proszkiem i
cukrem zmiksowanym na puder. Następnie suche
składniki podziel na 3 części i dodawaj każdą część
osobno do masy jogurtowej mieszając tak, by nie było
grudek. Ciasto powinno być gęste. Na wierzch ciasta
wyłóż borówki, gęsto- jedna przy drugiej. A teraz posyp
całość zmrożoną kruszonką. Wstaw do
piekarnika na 40 minut. Piekarnik ustaw
na 180 stopni. Po wyłączeniu nie otwieraj.
Pozostaw w cieple przez 5-10 minut.

20180525_112957

Rozmowy o etyce i wegańskie muffiny, które zawsze wychodzą

Od dwóch dni spędzamy z Luną majówkę na wsi.
Kraina Dolnej Wisły to uroczy zakątek nieopodal
Kwidzyna, gdzie żaby rechoczą godowe serenady,
a po niebie krążą myszołowy.

Tu jest mój rodzinny dom. Tu są moje korzenie.

Na wsi, z samotnika przeistaczam się w człowieka,
któremu wiecznie otwarte drzwi są niestraszne.

wiosna

-Czemu nie jesz mięsa?- zapytał mój
dziewięcioletni kuzyn Wiktor, który wtargnął
w porze kolacji, mówiąc, że chciał mnie zobaczyć
po tak długim okresie nieobecności.

-Bo jestem wegetarianką.
-Ale dlaczego?

-Bo kocham zwierzęta. Nie zabijam ich.
I nie zjadam przyjaciół- odpowiedziałam,
trochę bez namysłu.

Po prostu zawsze to powtarzam, gdy ktoś
pyta o kwestię diety. Nie przyszło mi do głowy, że
dziewięciolatkowi wypadałoby to wyłożyć w inny,
może mniej drastyczny sposób. A ja tu o zabijaniu…

-Ale przecież jesz kotleta! – mówi, gdy wkładam
sobie do ust, coś co faktycznie przypomina wielkiego
mielonego.

-To kotlet z kaszy gryczanej i warzyw.
-To można zrobić kotleta z warzyw?! – pyta zafascynowany
-No pewnie! Ze wszystkiego można. Jesteś głodny?

Podchodzę do kuchenki, gdzie na dwóch patelniach
smaży się kolacja. Moje wegekotlety nie różnią się
wyglądem od mielonych dla rodziców.

-Jestem. Ale chcę to co ty. Bez mięsa!
-Na pewno? Nie musisz.
-Bez mięsa!- upierał się.

Nałożyłam mu więc dwa wegekotlety,
które wciągnął z zaskakującą szybkością.
A potem spojrzał na bananowe, wegańskie muffiny,
które upiekłam przed przyjazdem na wieś.

-Chcesz? Też wegetariańskie.
-Jedną!

Ugryzł, przeżuł, ale muffina zajęła mu więcej
czasu niż kotlet.

-I co? Smakuje ci?
-Średnio. Jakaś dziwna! 🙂

wiktor

Od razu śpieszę wyjaśnić, że moje wegańskie
muffiny są dobre. Naprawdę dobre. No ale, że
są wegańskie, z małą ilością cukru i z dodatkiem
gryczanej mąki, mogą się wydawać… cóż, co tu dużo
mówić- dziwne, zwłaszcza dla osób, które przez lata
jadły tylko przetworzone słodycze.

Dzieci wychowane na klasycznej zachodniej
diecie nie zachwycą się tym specyficznym,
acz bardzo bananowym smakiem.

Niemniej jednak, zamieszczam przepis.
I obiecuję: ZAWSZE WYRASTAJĄ!

MUFFINY BANANOWE:

1,5 szklanki mąki orkiszowej (lub pszennej)
4 łyżki mąki gryczanej
1 łyżka mąki kokosowej
7-8 łyżek oleju rzepakowego
1/3 szklanki sproszkowanego lub
drobnego cukru trzcinowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
opcjonalnie: 3 łyżeczki kakao/ pokruszone orzechy
4 bardzo dojrzałe duże banany
lub 5 mniejszych

WYKONANIE:

Banany zblenduj na gładką masę.
Dodaj olej. Wymieszaj.

W drugiej misce dokładnie wymieszaj suche składniki.
Dodawaj je powoli do masy z bananów i mieszaj.
Masa powinna mieć gęstą konsystencję. Wypełnij
nią blaszkę na muffinki. Ja nie wkładam papilotek,
bo uważam, że bez nich lepiej się podpiekają. Masa
starcza na 12 muffinek.

Rozgrzej piekarnik (200 stopni). Gdy
włożysz blaszkę, zmniejsz temp. do 180.
Po 20 minutach wyłącz, ale nie otwieraj.
Po 15 minutach otwórz. Muffiny gotowe! 🙂
Om nom nom nom nom!

Babka orkiszowa

Pamiętam niemal każdą niedzielę
spędzoną u babci za Grudziądzem.

Pamiętam je ze względu na to, że
zjeżdżała się wówczas cała rodzina
a to sprawiało, że czułam się częścią
czegoś większego.

Byłam przynależna.
Stanowiłam element większej układanki.
Wielopokoleniowej rodziny.

Babcia czekała na nas z obiadem
i kompotem z gruszek, które
rosły w ogródku. A po obiedzie było ciasto.

Jeśli ktoś miał urodziny, były to
wykwintne wielokolorowe torty,
przekładane kremem cytrynowym
lub śmietankowym.

Babcia robiła je sama.
Nie uznawała kupnej łatwizny.
Potrafiła wstawać o 4 rano i piec, by
wszystko było gotowe w samo południe.

Pamiętam babciny sernik z budyniem,
i pamiętam babkę która była zawsze,
niezależnie od dnia tygodnia.

Pewnie dlatego najbardziej zapadła mi w pamięć.
Dziś, gdy chcę sobie dogodzić, gdy mam
potrzebę zatańczenia ze wspomnieniami,
piekę ją sama.

Dwukolorowa babka u babci była czymś tak pysznym
a jednocześnie oczywistym, jak to, że po niedzieli
następuje poniedziałek.

Piekę ją na oleju, jak w babcinym oryginale,
z tą różnicą, że zamiast białego cukru daję ksylitol
a zwykłą mąkę zastępuję ukochanym orkiszem.
Przepis jest prosty i nie może się nie udać 🙂

20171202_100157

BABKA ORKISZOWA:

Składniki:
-1 szklanka pełnoziarnistej mąki orkiszowej
-0,5 szklanki mąki orkiszowej typu 600 lub 700
-0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
-1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
-3/4 i ciut szklanki ksylitolu (niepełna szklanka)
-3/4 szklanki oleju rzepakowego
-2-3 łyżeczki kakao
-4 jaja

Wykonanie:
Potrzebujemy dwóch misek. 
Do jednej wsypujemy 3 rodzaje mąk
i proszek do pieczenia i przesiewamy,
żeby się dobrze wymieszały

Do drugiej wbijamy 4 jajka, roztrzepujemy je
i dodajemy ksylitol. Ubijamy do lekkiej pianki.
Powoli dodajemy olej i mieszamy łyżką, żeby
masa pochłonęła go całkowicie. Teraz
stopniowo dosypujemy wymieszaną mąkę z
proszkiem i energicznie mieszamy.

Gdy masa jest już jednolita, dzielimy ją
na dwie równe części. Odlewamy 1/2 masy
do drugiej miski i dodajemy 2 lub 3
czubate łyżeczki 
kakao. Mieszamy.

Do keksowej (podłużnej) formy wyłożonej
papierem wylewam na spód masę kakaową.
Po minucie dodaję jasnego ciasta. Wylewam
je do formy pomagając sobie łyżką, tak żeby
w zupełności pokryła kakaową masę.

Wstawiamy do zimnego piekarnika
a temperaturę ustawiamy na 160 stopni.
Nagrzewamy sam dół (wtedy ciasto ładnie
wyrośnie). Po 30-35 minutach dodaję 
nagrzewanie z góry.

Ciasto jest gotowe po 60 minutach od
momentu wstawienia. Jeżeli widać na
jego wierzchu pęknięcia, to dobry znak.
Po 15 minutach od wyłączenia, można
otworzyć drzwiczki. Smacznego! 🙂

Słodko-ostry smak Indii

Pamiętacie wegetariańskie bary slow food
o nazwie Green Way? To w nich po raz
pierwszy skosztowałam orientalnej,
rozgrzewającej zupy o słodko-pikantnym smaku
z warzywem o obco brzmiącej nazwie, dahl.

Zupa dahl (dahl po indyjsku oznacza po
prostu soczewicę) robię już od czasu studiów,
kiedy to nie znając przepisu
starałam się skopiować smak zupy z
ulubionego wegebaru.

Wtedy, czyli około dziesięciu lat temu soczewica
była jeszcze mało popularnym produktem i niełatwo
było ją dostać. Zapasy robiłam w jedynym w Olsztynie
sklepie ze zdrową żywnością, Wegetarianin (swoją
drogą, ciekawe czy jeszcze istnieje).

Najpierw próbowałam zielonej. Potem brązowej.
W końcu żółtej, aż na samym końcu dotarłam do
mojego Świętego Graala, czy czerwonej soczewicy.
Soczewicy najdelikatniejszej i lekkostrawnej. Tej,
której nie trzeba przez wiele godzin namaczać, w
obawie przed mało przyjemnymi wzdęciami.

Dziś, po wielu latach kulinarnych testów,
moja zupa z soczewicy jest idealnym daniem w okresie
jesienno-zimowym. Gęsta, sycąca i na długo rozgrzewa.

Podczas pierwszych tegorocznych infekcji jadłam ją
codziennie, by szybciej zregenerować organizm. Dzięki
naturalnym antybiotykom: imbirowi, cebuli i czosnkowi
podnosi odporność immunologiczną i pomaga ciału
uporać się z wirusem i bakteriami.

Zupa dahl nie byłaby niezwykła, gdyby nie zestaw
ziół i przypraw, które nadają jej niezwykle orientalny
smak a same w sobie skutecznie poprawiają i leczą trawienie.
Potrawa jest słodka (dzięki kminkowi i cynamonowi),
kwaskowata (dzięki pomidorom) i ostra jednocześnie
(imbir, czosnek).

Jeżeli chcesz ją ugotować, proponuję Ci zaopatrzyć się
w podstawowy zestaw przypraw.
Niektóre znajdziesz w swojej szafce, o innych
usłyszysz zapewne po raz pierwszy. Są to:

Słodka papryka
Czosnek niedźwiedzi
Cynamon
Imbir
Kminek
Kurkuma
Kolendra
(opcjonalnie mielony czosnek)
(wszystkie, prócz czosnku niedźwiedziego
w postaci mielonej).

20171118_152548 (2)

INDYJSKA ZUPA Z SOCZEWICY (DAHL)
DLA 4-5 OSÓB:

Potrzebujesz:
-po 1 łyżeczce wyżej wymienionych przypraw
prócz słodkiej papryki, tej 2 łyżeczki

-2-3 łyżki włoszczyzny
-ziele angielskie i listki laurowe

-1,5 czubatej łyżki soli himalajskiej
-2 duże marchewki
-1 seler
-2 pietruszki
-3 lub 4 ząbki czosnku
-1 lub 2 małe cebule
-1 kg ziemniaków
-około 3 litrów wody
-1 szklankę czerwonej soczewicy (namoczonej przez
godzinę i przepłukanej świeżą wodą)
-1/2 butelki (0,35 litra) passaty pomidorowej
-2 łyżki masła klarowanego lub zwykłego
-opcjonalnie 1 łyżeczka koncentratu pomidorowego

dla zagęszczenia

Wykonanie: około 2 godzin (będzie trochę zabawy i wiele
aromatycznego zapachu:)

1.Do dużego garnka wlej nieco mniej niż 3 litry zimnej wody.
Wrzuć sól, czosnek niedźwiedzi,włoszczyznę,10 kulek
ziela angielskiego, 3 listki laurowe, 3 ząbki czosnku,
dodaj umyte, obrane i pokrojone w kostki lub słupki
warzywa korzenne (marchew, cebulę, seler i pietruszkę).
Poczekaj aż się zagotuje.

Zmniejsz ogień i idź się zrelaksuj,
Masz wolnych 50-55 minut. (Raz na jakiś
kwadrans sprawdź czy nie wyparowało zbyt
dużo wody. Jeśli tak, dolej trochę przegotowanej,
przy czym miej na uwadze, że będziesz
dodawać 0,35 litra passaty.

2.Po tym czasie, dosyp szklankę opłukanej soczewicy.
Po 15 min.
 dodaj kilogram obranych ziemniaków
pokrojonych 
w małą kostkę. Uchyl przykrywkę.
Dodanie soczewicy może spowodować kipienie zupy. 

3. Po 10 minutach wlej passatę. Rozgrzej masło na patelni, lecz
ustaw palnik na mały ogień. Po chwili wrzuć na
patelnię po łyżeczce: cynamonu, kurkumy, imbiru,
kminku, kolendry oraz 2 łyżeczki słodkiej papryki.
Niech przyprawy 
zmieszają się z masłem i lekko
zarumienią. Uważaj, 
by ich nie przypalić. 

4. Po minucie podprażenia na patelni, dodaj
całą mieszankę do gotującej się zupy. Jeśli coś
zostało na patelni, wlej trochę wody z garnka aby zgarnąć resztę.

Teraz niech wszystko gotuje się około 20 minut.
Raz na 
jakiś czas zamieszaj.

Na sam koniec możesz dodać łyżeczkę
koncentratu, jeśli lubisz gęstsze potrawy,.
Zupa najlepsza jest po paru godzinach
od ugotowania lub na drugi dzień.

Wtedy cała przechodzi przyprawami.
Jedząc natomiast do 6 godzin od ugotowania przyswajasz
najwięcej pierwiastków i wartości odżywczych 🙂
Smacznego!

 

 

 

 

Poradnik łasucha

Gdyby jakiś laik przypadkiem otworzył
moją kuchenną szafkę, pomyślałby zapewne,
że w tym domu mieszka osobliwy chemik.

Szafki bowiem zawierają dziesiątki
produktów o mało wdzięcznych nazwach:
ksylitol, erytrol, malitol, karob,
demerara. 
Cóż to takiego?

Ci, co lubią eksperymentować w kuchni
i choć raz w życiu odwiedzili sklep ze zdrową
żywnością, wiedzą, że pod obcymi nazwami
kryją się słodkie skarby; to co łasuchy lubią
najbardziej, a więc CUKIER.

Słodki smak jest najbliższy mojemu serca.

Kocham go, choć wspólnie mieliśmy
różne momenty: rozstania i powroty,
miłość i nienawiść, ekscytację a w końcu
o ironio, gorzkie rozczarowanie.

Cukier, niczym toksyczny przyjaciel pomagał
zapominać o tym, co złe, mamiąc iluzją szybkiej
radości. Podnosił glukozę we krwi, trzustka strzelała
insuliną w zatrważającym tempie a moja głowa
uzależniała się coraz bardziej.

Trzykrotnie przekroczona wartość
amylazy w badaniach okresowych oraz podejrzenie
nowotworu zatrzymały jednak to błędne koło
kompensowania sobie miłych uczuć.

Cukier to jeden z najpoważniejszych czynników
powodujących choroby nowotworowe.

Tworzy kwaśne (a więc idealne) środowisko dla
grzybów, bakterii i obcych komórek oraz
sprawia, że większość organów jest w stanie
wiecznej ekscytacji a więc nadaktywności.

Dziś cukier nie odgrywa już tak wielkiej roli
w moim życiu. Nauczyłam się bez niego żyć.
Stwierdziłam, że prawdziwa słodycz mieszka
gdzieś indziej niż w białych kryształkach.

W drugim człowieku, w samoakceptacji,
kreatywności i rozwoju duchowym

Rok na detoksie sprawił, że zaczęłam
czuć słodycz naturalnych produktów a zamiast
uciekać od problemów, zaczęłam je obserwować,
akceptować a w końcu rozwiązywać.

Dzisiaj, po wielu latach walk, z czystym
sumieniem mogę powiedzieć, że jestem wolna.

Jestem wolna od cukru, a raczej od tego co
cukier mi dawał. Nie szukam w nim
ucieczki, od tego co przykre a przyjemność
odnajduję poprzez inne zmysły.

Piękne zapachy, słodkie widoki, ruch,
i dotyk. Dziś bawi mnie szuranie butami
w mokrych liściach i zabawa z psem w chowanego.

20171114_114625

Słodycze? Oczywiście, że jem. Ale takie,
które zrobię sama, z miłością do siebie
i wszystkich, których nakarmię.

Wybieram to, co zdrowe, sprawdzone
i bezpieczne. Przetestowałam: melasę trzcinową,
cukier kokosowy, demerarę, syrop klonowy,
syrop daktylowy, erytrol oraz ksylitol.

Oto garść moich wniosków 
popartych osobistym doświadczeniem:

DEMERARA (SUROWY CUKIER TRZCINOWY)
Najlepszy zamiennik cukru do ciast, ze względu

na podobną strukturę chemiczną i jakość smaku.
Nadaje się do wszystkich ciast, a jego GI (Indeks
Glikemiczny) wynosi 87. To dużo. Cukrzycy zatem
powinni 
go unikać, a osoby zdrowe mogą spożywać w
ograniczonych ilościach (nieoczyszczony cukier zawiera
łatwo przyswajalne żelazo i magnez). 

CUKIER KOKOSOWY
Zawiera dużo przyswajalnego żelaza,
bo aż 72mg/100g (co zaspokaja 514% dziennego
zapotrzebowania na ten składnik). Ma niższy
indeks glikemiczny od cukru trzcinowego, bo
jedynie 35 jednostek. Z powodzeniem można
dodawać go do ciast.

Moja jedyna uwaga: ten cukier
wysusza ciasto. Licz się z tym, by dodać
odrobinę więcej oleju. Z uwagi na barwę
(jest ciemnobrązowy) nadaje się tylko do
ciemnych wypieków (murzynek, piernik etc.)

KAROB I MELASA TRZCINOWA
Karob (melasa z chleba świętojańskiego)
 i melasa trzcinowa to słodziki o gęstej,
półpłynnej 
konsystencji o ciemnoczekoladowej barwie.

Nadają się do naleśników, racuchów, kaszy
owsianej lub jaglanki. 
Świetnie sprawdzają się
w okresie jesienno-zimowym. 
Podnoszą odporność
i pomagają osobom z 
problemami trawiennymi i
refluksem. Melasa może być stosowana

przez cukrzyków oraz osoby na diecie.
Posiada właściwości antyoksydacyjne, a więc sprawdza
się w profilaktyce przeciwnowotworowej.

Melasa przez wiele lat była uważana za
produkt uboczny (czyli to, co powstawało
przy produkcji cukru rafinowanego). Dopiero
kilka lat temu odkryto, że to co uważane
za produkt uboczny jest w zasadzie kilkukrotnie
bardziej odżywcze niż produkt  finalny,
czyli biały cukier. Ze względu na konsystencję melasy
możesz użyć jej przy pieczeniu ciastek  oraz
„mokrych ciast”. (Wkrótce zamieszczę
przepis na wegańskie ciasto bananowe słodzone karobem.)

ERYTROL
Erytrol odkryłam całkiem niedawno, zupełnie 
przypadkowo trafiając na promocje produktów eko
w gdańskim supermarkecie. Ten cukier to białe złoto
dla cukrzyków i odchudzających się.

Jego indeks glikemiczny
wynosi 0 i ma 10-krotnie mniej kalorii od zwykłego cukru.
Erytrol nie jest metabolizowany przez ludzki organizm.
W praktyce oznacza to, że zostaje szybko wydalony z organizmu
bez przykrych skutków trawiennych (choćby takich
jak wzdęcia). Jedna uwaga, jest mniej słodki od
cukru, czyli, piekąc ciasto pamiętaj, by dodać go więcej.
Kiedy w przepisie jest 1 szklanka cukru,
dodaj o 1/3 więcej.

KSYLITOL
A to mój ulubiony słodzik, który odkryłam
dzięki książkom Karoliny i Macieja Szaciłło.

Ksylitol jest pozyskiwany z kory fińskiej brzozy.
Ma 40% mniej kalorii od cukru i bardzo niski indeks
glikemiczny=7. Działa przeciwpróchniczo, pozwala 
przyswajać wapń i pomaga osobom z problemami
trawiennymi, bo nie fermentuje w żołądku.

Z powodzeniem może być stosowany przez osoby
chorujące na przerost drożdży w organizmie
(Kandydoza). Jeśli rozpoczynasz przygodę 
z ksylitolem, zacznij od małych dawek. W pierwszych
dniach ksylitol może powodować wzdęcia i
przeczyszczenie, ze względu na to, że organizm musi
przyzwyczaić się do tej organicznej substancji. Po kilku
dniach problem ustaje. Dla mnie jest mniej słodszy
od cukru (mimo że opakowania mówią co innego).

Nadaje się do suchych ciast takich jak babka. Ksylitol
nie ulega procesowi krystalizacji, więc dodając go do
babki możesz użyć mniej oleju (ciasto i tak będzie wilgotne).
Jeśli w przepisie mam 3/4 szklanki cukru dodaję pełną szklankę.
Dla mnie to idealny zamiennik białego cukru.