Archiwa kategorii: smak życia

Łatwo być szczęśliwym

Wielu ludzi nie może się nadziwić, że
w soboty i w niedziele wstaję o 5.30.

A ja uważam, że właśnie o takiej
godzinie najłatwiej być szczęśliwym.

O wczesnym poranku,
gdy słońce rozlewa
miodowe promienie na las i ulice
i gdy ludzki świat jeszcze głęboko śpi.

Może właśnie dlatego, chcąc wykorzystać te
ostatnie chwile ciszy las tętni  życiem,
śpiewem i miłosną muzyką.

Zwalniam.

W soboty nie muszę się śpieszyć.
I w soboty mogę być tym, kim naprawdę jestem.

W lesie, wśród przyrody, w ciszy, skąpana
śpiewem ptaków i zapachów rosy
to takie proste.

Być sobą.

Bez etykietek.
Bez imion i określeń.

Po zjedzeniu obfitego śniadania i wypiciu
kawy, gdy zegar z wieży kościelnej wybija siódmą,
wychodzimy z Luną na kilka godzin do lasu.

CAM00859

Idziemy bez planu przed siebie.

Czuję jak stopy miękko
stykają się z ziemią.

Dotykam łagodnej kory drzew,
będąc świadomą obfitości
tego leśnego życia.

Urzeka mnie ta naturalna cisza, 
która bierze się stąd, że człowiek wciąż śpi.

Nie zdążył wsiąść do auta, nie zdążył
jeszcze nakrzyczeć, zaśmiecić i ściąć,
zdenerwować się, zapalić i włączyć radia.

Wciąż śpi bezbronny w ciepłym łóżku,
nieszkodliwy. Spokojny. Prawdziwy.

Mimo to podczas wędrówek
zdarza się, że kogoś spotykamy.

Bywają psiarze, którzy z kompanami
na czterech łapach łykają świeże powietrze.

Bywają samotni wędrowcy, którzy
żwawym krokiem w stylu nordic walking
pokonują z kijami długie kilometry.

Bywają też marzyciele i długowłose
wiedźmy w brązowych spódnicach.

I choć czasem ze sobą
rozmawiamy, to jednak wszystkich nas łączy
wielka miłość do Matki Natury i potrzeba ciszy.

20190406_084226

Mijam kolejne polne rozwidlenie dróg.

Przystaję, bo słyszę dzięcioła.
Patrzę. Słucham.
I Luna też przystaje i słucha.

Jednocześnie czuję przyjemne mrowienie
w nogach, w palcach rąk i stóp i wiem, że
to jest właśnie to, czego wszyscy szukają.

Szczęście.

Stwierdzam wtedy, że ta sobotnia Kamila
znacznie różni się od tej poniedziałkowej

Że tamta rzadko odczuwa spokój
bo ten chowa się pod:

stresem
lękiem
smutkiem
napięciem.

Jak bardzo muszę udawać, żeby nikt
nie odkrył prawdy o mnie.

Że nie pasuję. Że się męczę.

Że praca w szklanym budynku
bez możliwości otwarcia okien
przy sztucznym świetle powoli
mnie zatruwa i zniekształca.

Zabiera sen.
Spokój. Ciszę. Uważność.

A w zamian narzuca tempo
i powierzchowne relacje.

W pracy zdarza mi się myśleć,
że jestem złym człowiekiem.

Bo tak innym.
Odstającym.

Nie umiem tam nawiązać relacji.

Bo przecież trudno otworzyć serce,
gdy wszystko w tobie do bólu napięte.

I gdy już wydaje mi się, że dłużej tego nie zniosę:

robienia rzeczy, które według
mnie nie mają wielkiej wartości, nagle…

przychodzi sobota. 

Czas, w którym wracam do formy
i miłej bo bezwysiłkowej lekkości.

20190406_084207

To dzień bez wiadomości, seriali, przemocy,
zakupów i muzyki.

To czas ciszy.
Wędrówek.
Bycia blisko z Naturą.

To czas świeżego powietrza.

Przytulania się do drzew.
Patrzenia na dzięcioły.

Czytania,
pisania i
wymyślania historii.

Sadzenia kwiatów, medytowania,
a czasami po prostu nic-nierobienia.

Znów siebie lubię.

I znów myślę o sobie dobrze.
Jestem szczęśliwa.

Jak łatwo to wszystko przychodzi:

Wśród wschodzących wiosennych krokusów.
Wśród smukłych buków, które puszczają pąki.

Wśród młodych listków wyciągających
główki do słońca. Wśród dzięciołów
szukających jedzenia.

Wśród trzmieli,
motyli, skowronków.

Gdy idę po ziemi pachnącej
kiełkującym życiem.

Wszystko wydaje się proste.
Nieskomplikowane.

Nagle bez trudu przychodzi mi
bycie dobrym człowiekiem.

A może zawsze nim jestem?

W dni wolne od pracy
zdejmuję z siebie maski.

Nagle znika napięcie,
Sztywność barków ustępuje lekkości
a tysiąc analiz rozwiewa się niczym mgła.

W soboty o poranku
tak zwyczajnie, po cichu….

JESTEM.

 

 

Reklamy

Szukając sensu w życiu pełnym zmian

Oto luksusowy problem współczesnego człowieka,
który żyje w świecie pokoju i pełnej lodówki – gdzie
i za ile kupić mieszkanie?

Czy wybrać klitkę w centrum miasta,
czy większe ale dalej?

Pytanie ważne, bo przecież w perspektywie jest
30-letnie spłacanie kredytu i powracanie wciąż
w to samo miejsce.

Niekiedy po trudnym dniu, będę chciała
schować się przed ulicznym zgiełkiem,
a niekiedy głośno roześmiać z głębokiej
wdzięczności do mądrości życia.

I Lunie musi też przypasować .
Bo przecież nie kupuję mieszkania
tylko dla siebie, ale dla nas.

Więc najlepiej żeby nieopodal był las i wiewiórki.
I żeby dom miał balkon lub taras.

Choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystko można mieć.
Koniec końców wygra to, co da więcej plusów.
A najważniejsza i tak jest
przestrzeń i energia miejsca.

Bo przecież każde lokum ma własną duszę.
Ktoś w nim zostawił emocje,
ktoś przeżył historię, a ta wpisała się w ściany,
wypełniła drewnianą podłogę i puste szafy.

Póki co żyjemy z Luną na uchodźstwie.
Życie się pokomplikowało, prawdopodobnie
po to, by ostatecznie mogło się uprościć.

20180831_101302

Musiałyśmy opuścić mieszkanie,
w którym spędziłyśmy prawie dwa lata.

Dla Luny to był jedyny dom po schronisku
jaki poznała. Więc teraz – gdy żyjemy w cudzym
domu, przygarnięte przez łaskawą koleżankę, Luna
się martwi. Bo przecież jest obco, nieswojo, inaczej.

I pewnie jej niepokój wynika też z mojego niepokoju.
Czuje, że „pańcia” jest poddenerwowana bardziej niż zawsze.

I „pani” czasem wychodzi nie wiadomo dokąd, zostawiając na
parę godzin w tej dziwnej obczyźnie, po której chodzą
nieznane człowieki.

Ale jednocześnie też widzę, że dajemy sobie siłę
i odważnie wkraczamy w tę życiową zmianę.

Dla niej jestem silniejsza – bo teraz tylko ja
za nią odpowiadam. Ona oddaje mi całe serce,
bo instynktownie czuje, że jest jedyną istotą z
którą teraz żyję, a więc i jedynym towarzyszem.

20180902_143649

Dziś zabrałam ją na oglądanie mieszkania,
żeby poznać jej zdanie. Śmiało przekroczyła
próg domu i zaczęła się rozglądać.

A potem idąc za moim przykładem – wyjrzała przez okno,
sprawdzając nasłonecznienie (a pomogła sobie
stając na dwóch łapkach, ku uciesze
pośredniczki nieruchomości).

Spojrzałam na jej mordkę. Widzę, że się
uśmiecha -Ładne? – pytam, a ona merda
ogonkiem. -Czy okna od wschodu ci
odpowiadają? – i nie widzę sprzeciwu.

I nic w tym dziwnego, bo przecież psy
nie lubią południowego skwaru.
Dobrze. A więc postanowione? Czekamy
jeszcze na podpowiedź Wszechświata.

Wystawiłyśmy swe intuicyjne anteny
i teraz czekamy na znaki. Co ma być,
to będzie. Uczymy się ufać i brać, co
życie daje i uelastyczniać umysły.

Jednego jestem pewna. Cokolwiek
się wydarzy będzie dla nas dobre.
Bo Wszechświat zawsze sprzyja wierzącym 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

+

Zapach lata, truskawki i pełnia szczęścia

Mimo, że jest dopiero początek czerwca
wszystko pachnie mi latem.

Mieszkanie w którym żyję,
drewniana podłoga i moje ciuchy.
Nawet Luna zaczęła ze spaceru
przynosić zapach skoszonych traw,
suchej ziemi i ciepłej kory drzew.

Wszystko przesiąkło wonią lata.
Płodności i szczęścia. Dobrobytu,
wędrówki i dziecięcej przygody.

Słońce zamieszkało we włosach i
wynajęło skórę barwiąc ją na brąz. A na
ramionach pojawiły się piegi. Jedyna pamiątka
po piegach na nosie, gdy byłam chudym podrostkiem.

Pewnie dlatego  naszła mnie ochota na truskawki.
Najlepiej na ciepło. Tak, żeby zapach lata
uzupełnić o aromat, bez którego lato jest niepełne.
I wcale nie chodzi o zwykłe owoce. Ale o TE owoce.

TE, które są babcią. Jej kompotem, jej
biszkoptem z truskawkami, chłodną owocową
galaretką i konfiturami do herbaty. Wakacjami u babci.

20180602_114224

Wstałam więc skoro świt. Otworzyłam drzwi
na taras, by wpuścić poranek do do mieszkania, i wciąż
będąc w piżamie zaczęłam robić ciasto.

Bez miksera, bez żadnych brzęczących wynalazków, by
nie przeszkadzać tej słodkiej ciszy.

Wyjęłam z lodówki jogurt, jajka, masło. Oskubałam
truskawki ciesząc się tym, że pobrudziłam dłonie.

I kiedy tak stałam przy kuchennym stole
poczułam się pełna od nadmiaru.

Słońce. Sobota. Luna na kanapie.
Cisza. Ptak za oknem. Chłodny wietrzyk,
który oplata bose stopy.

W tej jednej chwili, gdy mieszałam
ciasto starą drewnianą łyżką poczułam,
się … szczęśliwa, spokojna, spełniona.

Tak zwyczajnie. Bez fajerwerków. Bez hurra optymizmu
i tańca. Poczułam falę wdzięczności. I zgodę.
Całkowitą akceptację. Za to gdzie jestem, co robię,
co mam, a czego nie mam.

I zdałam sobie sprawę, jest to stan, którego
ostatnio często doświadczam. Przyszło zdziwienie.
Bo takie uczucia są mi obce.

Czy to zasługa słońca? A może przyszło
z całkowicie innej strony? Z wnętrza…?

20180529_082612

Odkąd zrezygnowałam ze słowa „muszę”,
odkąd zaczęłam sobie wybaczać ( a jest co!),
odkąd zaczęłam sobie pozwalać, przeżywać,
doświadczać, szukać ale też smakować, to
co jest – radość zaczęła pojawiać się spontanicznie.

Czasem przychodzi, czasem odejdzie.
Podobnie jak smutek, gniew i pożądanie.

A jednak bywa częstym gościem, bo
przestałam ją hamować i przestałam prosić.
Już nie wpływam na to czy jest. I nawet nie chcę.
Nie gonię za szczęściem. Wysiadłam z pociągu
o nazwie „sto przystanków do szczęścia”.

Idę na piechotę.

Po prostu pozwalam rzeczom i zjawiskom
się wydarzać. Podobnie jak emocjom,
którym bliżej do wiatru niż do gliny,
którą można dowolnie ukształtować.

Siedzę przy drewnianym stole,
spoglądam za okno, wdycham zapach
lata i zajadam ciasto truskawkowe czując,
że jest dokładnie tak jak ma być. Spokój.

Czyż może być lepiej?

 

 

Życie na opak. Czyli co ma wspólnego ciasto z ochotą na życie

W moim domu ciasto jest codziennie.
Bo to, że pieczenie mnie odpręża, to jedno.
Ja kocham jeść ciasta! Murzynek, szarlotkę, kruche ze
śliwkami, muffiny bananowe, babkę.

Wszystko, co ma słodki smak i zapach
jest w mojej kuchni mile widziane.

I pomyśleć, że kiedyś wszystkiego
sobie odmawiałam.

Narzucałam sobie diety, których wcale
nie chciałam mieć. Pościłam. Unikałam i…
ciągle cierpiałam.

Tak naprawdę przez większość czasu żyłam w
mentalnym więzieniu: nie piłam alkoholu, nie jadłam cukru,
unikałam nabiału czy jedzenia na mieście.

W końcu i samych ludzi zaczęłam unikać, bo a nuż
zaburzą mój dyscyplinarny harmonogram dnia!

Byłam swoim największym wrogiem, bo pozbawiłam
się każdej zmysłowej radości… „Przyjemność”?
To brzmiało jak żart!

Na szczęście organizm się zbuntował,
ciało zaprotestowało a psychika przeszła
na tryb „zimowy”.

Pojawiła się senność. Taka życiowa „stand by”. Niby
byłam włączona ale w trybie oszczędzania energii.
Żyłam na pół gwizdka, z jedną stopą w przedsionku
a drugą w pięknym salonie.

Aż nadszedł moment pobudki.

Zobaczyłam, że coś nie gra. Że zamiast rozszerzać swój
horyzont ja zawężam pole widzenia do
czterech smutnych ścian. Zamiast świata
możliwości miałam szare pudełko od zapałek.

Unikanie cukru nagle stało się metaforą
unikania słodyczy życia. Wszystko co
przyjemne, zmysłowe, radosne było mi wrogiem.

Zamiast barw wybierałam szarość, zamiast ryzyka
porządek i logiczną ostrożność.

I myślcie, że teraz wychwalam hedonizm.
Daleka jestem od tego. Uważam, że
nie każdy powinien popuszczać pasa.

Nadmierne folgowanie może zabić.
Ale mi jednak, pomogło żyć.

Bo w zależności od tego, co dominuje
nam w umyśle, powinniśmy robić rzeczy
całkiem odwrotne. Na opak.

W ten sposób zapraszamy do
życia zdrową równowagę. Jesteś samotny?
Kochaj innych! Boisz się tłumów? Idź na targ!

Całe życie byłam poukładana, cicha,
wytrwała i mocno zdyscyplinowana. Wręcz do
ascetycznej przesady. Wszystko musiało być
doskonałe, a jeśli było inne, oznaczało, że jest „złe”.

Teraz chcę sprawdzić co jest po drugiej
stronie. Bo jest kolorowe, głośne a
przede wszystkim ŻYWE.

Pierwszy raz chcę tańczyć na bosaka.
Zjeść trzy gałki lodów przed obiadem.
Położyć się do łóżka po północy. Nie założyć
czapki, gdy wieje silny wiatr. Obejrzeć głupi
film, który nie niesie mądrego przesłania.

Zaryzykować. Doświadczyć.
Pobawić się. Zacząć żyć. Tak po prostu.

Brzmi nieźle, prawda? Ale uwierz mi,
to wcale nie jest proste.

Nie dla takich poukładanych i kontrolujących
typów jak ja. Prawdopodobnie będę uczyć
się tego przez wiele lat.

Bo to co mnóstwo ludzi ma we krwi:
ułatwiać sobie, luzować, odpoczywać, bawić się,
ja mam w umyśle schowane głęboko i pod ciężkim kluczem.

Zatem zaczynam od kuchni, bo to łatwe no i kocham piec.

Być może pewnego dnia zdejmę buty i zatańczę
na trawie w deszczu. I nie dlatego, że robią to wszyscy.
Po prostu będę miała ochotę! Poczuć, poszaleć,
posmakować, doświadczyć 🙂

O potrzebie odprawiania rytuałów

Są dni, kiedy zupełnie o tym zapominam.
Bo mam mało czasu. Bo jestem zabiegana,
Bo mam na głowie tysiąc różnych rzeczy.

A tymczasem rytuały i małe, domowe
ceremonie mają moc zatrzymania
nas w teraźniejszości.

Zwracają uwagę na to, w którym miejscu
jesteśmy. Każą zadać sobie pytanie:
czy nadal wiem dokąd zmierzam?
czy nie biegnę bez sensu?

Przede wszystkim jednak
rozwijają wdzięczność.

Poprzez rytuał rozumiem czynność,
która sprawia, że wracam do siebie.
Nie egocentrycznie, ale duchowo.

Skupiam się na tym co robię, weryfikując
stan wnętrza. Nie myślę o przeszłości,
nie wybiegam w przyszłość. Jestem Tu.
I uczę się kochać, To co jest.

Rytuały uczą mnie pokory. A przede wszystkim
wdzięczności. Za to gdzie jestem, z kim jestem,
kim ja jestem i za to, co  mam.

Przede wszystkim jednak za to,
że JESTEM w ogóle, bo to wcale
nie jest oczywiste!

Kocham celebrować śniadania.
Przy cichej obecności Luny pod
kuchennym stołem, jadam z ulubionego
żółtego talerza kolorowe kanapki
popijając kawę z cynamonem.

Zawsze staram się, by przy tym wazon w kuchni
był wypełniony świeżymi kwiatami.

By jeszcze bardziej nacieszyć oko i nos, by przez tę
chwilę pożyć i doświadczyć zmysłami.

Gdy medytuję, palę świeczki. A Michał
odpala kadzidła, które jeszcze długo po
wypaleniu napełniają mieszkanie
sandałowym zapachem.

Sandałowy dym zamieszkuje
szafy, chowa się w kurtkach i zaskakuje
gości, których zawsze zdumiewa ten intensywny,
mocno drzewny aromat.

Ceremonie pomagają wyrażać dobre życzenia.
Nie dla siebie. Dla innych.

Bez rytuałów i ceremonii zapomniałabym
o potrzebie skierowania uwagi do wewnątrz,
oraz przesunięcia jej z ego do punktu „inni”.

A nawet gdybym pamiętała, to byłaby ona techniczną
metodą na uspokojenie umysłu. Ceremonie zmiękczają.
Łagodzą. Kołyszą. Wydobywają z nas to, co duchowe.
Kobiece. Wewnętrzne. Troskliwe. Bo pomyśl.

Dlaczego na Wschodzie od tysięcy lat zwraca się
uwagę na ceremonie? Czy dlatego, że to kraje zacofane?
A może ludzie naprawdę wierzą, że rytuały są jak czary,
które mają moc odsuwania tego, co negatywne?

Ja myślę, że mieszkańcy krajów „trzeciego świata”
wiedzą, że wdzięczność napełnia bogactwem. Nie tym
fałszywym, który chwilowo ułatwi życie. Ale
trwałym, który oznacza „być połączonym ze wszystkim”.

Potrzeba ich wykonywania
ma moc psychologicznej sztuczki. Bo im częściej
robimy coś z intencją dla innych, wyrażając dobre
życzenia, tym lepszymi ludźmi się stajemy.

Uspokajamy się. Bo czujemy się częścią
większej całości.

Szkoda, że świat Zachodu o tym zapomniał.
Kiedyś Słowianie palili ogniska i tańczyli wokół ognia,
który symbolizował  życie i potencjał twórczy.

Karmiliśmy „demony”, by nie psociły. Szukaliśmy
kwiatów paproci i okadzaliśmy mieszkania
suszem z szałwi.

A dziś? Pozamykaliśmy się
w betonach odseparowani od siebie i swoich
korzeni. I wciąż skupiamy się na sobie. Nie, na
duchu. Na ego. „ja, moje, mój, moja”.

Rytuał to podarunek od nas dla siebie samych.
Tak konieczny w tych szalonych czasach stresu,
pędu i bycia anonimowym człowiekiem bez historii.

Wszechświat sprzyja wierzącym

 

Znów to zrobiłam. Wyciągnęłam z szuflad kredki,
nożyczki, klej i brystol a ze starych gazet otrzepałam
kurz i zaczęłam zaklinać przestrzeń,
aby zaczęła ze mną współpracować.

Mapa Marzeń, bo o niej mówię, jest tworem
utkanym z pragnień i celów oraz osobistych
wartości, zwizualizowanych i skleconych
w barwny kolaż.

Pierwszą Mapę zrobiłam ponad
dwa lata temu na starym mieszkaniu.

Byłam wtedy innym człowiekiem,
miałam inne cele i marzenia. Część z nich
się spełniła, a inne odeszły w niepamięć.
Najwyraźniej nie były dostatecznie ważne.

Dwa lata to długi okres czasu.

Zdążyłam skończyć podyplomówkę,
przeprowadzić się, zmienić pracę i wprowadzić
do rodziny nowego członka, Lunę. Międzyczasie
poznałam nowych ludzi; poszłam na terapię,
oraz zmodyfikowałam własne,
niekiedy zbyt sztywne poglądy.

20170917_120332

Nic dziwnego, że poczułam, że należy
raz jeszcze przyjrzeć się swojemu życiu.

Porównać to co jest, z tym czego chcę i w co wierzę.

Czy żyję w zgodzie ze sobą?
Czy podążam właściwą drogą?
Czy nadal mam w sercu te same wartości, a może coś
innego jest teraz dla mnie priorytetem?

Kilka tygodni temu na sobotniej sesji jogi
spotkałam Karinę Sęp, autorkę książek:
Mapa marzeń, mapa celów oraz Ogarnij swój dzień.

Kiedy zaczęła opowiadać o tej pierwszej, wiedziałam
już co chcę zrobić. Stworzyć nową Mapę, bo
ta pozwoli mi w końcu ruszyć do przodu, zamiast
kręcić się w kółko niczym w labiryncie Fauna.

Bo przecież człowiek jest w ciągłym procesie zmian i
potrzebuje ruchu. Mentalnego, fizycznego i duchowego.

Gdy się zatrzymuje, to tylko prowizorycznie, bo
przecież nie da rady wysiąść z jadącego pociągu.

A ja wolę wiedzieć dokąd jadę i w razie
gdyby kierunek mi nie odpowiadał,
przesiąść się na inny tor.

Skorzystałam z materiałów Kariny dostępnych
na jej stronie, skopiowałam plan Mapy Marzeń,
wyciągnęłam z szuflad kredki, nożyczki, brystol, klej i
stare gazety i zaczęłam bawić się w duchowego
kartografa, który starannie nanosi zmiany płyt
tektonicznych Gulbickiego umysłu.

20170923_093917

Końcowy efekt mnie zaskoczył. Bo marzeń,
których trzymałam się dwa lata temu, na obecnej
mapie nie ma. Są inne.

Niektóre z czasów wczesnego
dzieciństwa, gdy ledwie utrzymywałam
długopis w dłoni. Inne wyklarowały się niedawno.

Dziś, czymś innym są dla mnie bogactwo i przyjaźń;
a kariera i związek zmieniły kształt,
bo wygładziły im się ostre kanty.

Oto ja. Inna. Spokojniejsza ale bardziej zdecydowana.
O to moje marzenia, które nie są przedmiotami,
lecz energią: potrzebą określonych, aktywności, relacji
i pomysłów by uczynić z życia piękną transformację.

Myślę, że zatrzymanie się, by ze sobą pogadać
jest absolutną koniecznością. Wszystko bowiem się zmienia.

Nasze wartości, nasze uczucia i pomysły; świat
zewnętrzny jak i planeta wewnątrz nas podlegają
ciągłym wpływom i zmianom tras. A przecież chodzi
o to by wiedzieć dokąd zmierzamy i w razie czego docisnąć
gaz lub chwycić za hamulec. Bo przecież nikt inny
nie może prowadzić tego pociągu, prócz nas samych.

Czasem trzeba powiedzieć STOP

Planer wypełniony po brzegi:
praca, joga, terapia, upiec nowe rewelacyjne ciasto,
zrobić zakupy, oddać buty do szewca, posprzątać,
przeznaczyć więcej czasu rodzinie, powiesić
pranie, zdjąć pranie, zakupy (a przepraszam, już było),
aha i czasem zdrzemnąć się w nocy.

Czy to o czym mówię, jest Ci znane?

W weekend dobieram sobie jeszcze warsztaty z nauki
oddychania, i rozmyślam o propozycji terapeutki, która
zaprosiła mnie na grupowe ćwiczenia z Komunikacji Bez Przemocy.

Zaczynają się o 10.00, kończą o 16.00.
Jedynie mały kwadrans przerwy w środku.
.
Jak pięknie. Jestem zorganizowana
i nie tracę czasu na pierdoły.
Siłaczka. Heroska. Kobieta ogarnięta.
Rozwijająca się. Pracująca.

Niestety, nawet rozwój może szkodzić,
a bynajmniej jego nadmiar.

Nadszedł dzień, w którym ciało krzyknęło STOP!
Zapaliło czerwoną lampkę w okolicach pęcherza
i na ten sam kolor pokolorowało gardło.
Odebrało mowę. Unieruchomiło. Rozbroiło.

Ale jak to? Dlaczego? Myślę sobie. Przecież zdrowo
się odżywiam. Ciepło się ubieram. Mam solidne buty
i kurtkę na słotę.

Ciało jednak swoje wie.

A kto codziennie wstaje o 5.00 rano? A kto
wypija kawę za kawą, żeby udźwignąć grafik?
Kiedy ostatnio przespałaś dziewięć godzin?
Kiedy się zregenerowałaś i wyleniłaś za wsze czasy?
Kiedy pozwoliłaś sobie na zwykłe przyjemności?

Ciało jest mądre. Ciało jest szczere. Ciało nie kłamie,
bo nie potrafi. Odda ci wszystko z nawiązką. Każde
niedospanie, zbyt duży reżim, zbyt duży ruch w środku
przyniosą określone skutki. Podobnie jak przeciążony
silnik, zakaszlnie trzy razy i więcej nie pojedzie.

20170909_103518 (2)

I jeśli ja o nie nie zadbam, to ono zdecyduje się zadbać
o siebie samo. Zatrzyma w domu pod kocem,
zabroni aktywności i zmusi do snu i barłożenia.

Poddałam się więc. Niech i tak będzie.
Odwołałam warsztaty z oddychania i jogę
a dogłębnemu sprzątaniu i nauce
pieczenia skomplikowanego ciasta
o trzech kolorach powiedziałam NIE.

Zwalniam. Pozwalam sobie na bycie słabą
i niedoskonałą. Nie będę robić nic. Leżę.
Czytam. Oglądam Sherlocka Holmesa. Piszę,
gdy mi się chce. A jak mi się nie chcę, to nie piszę.

Wyłączyłam budzik. Zaparzyłam imbryk dobrej
herbaty z miodem i cytryną. Ukroiłam do herbaty babkę.
Włożyłam nowe kapcie, które czekały na wielki dzień
odarcia z metek. Otworzyłam biografię Tolkiena,
którą po trudach zdobyłam w Sopockim Antykwariacie.
O boże, jak cudownie! A więc tego było mi trzeba!

Dużo pisałam o hygge,
choć mało go miałam. Tak trudno przecież jest wyłączyć
wzorzec, że ruch oznacza życie, że trzeba, że muszę.

Układ nerwowy nie zna spoczynku. Faluje wysokimi krzywiznami
niczym dzieło Picassa na elektroencefalogramie.

STOP. Dbam o siebie. Nie o Ducha, nie o rozwój,
nie o dietę, i nie o pranie. O siebie.

Tak jak rodzic dba o dziecko.
Dopieszczam się, dogrzewam,
dosypiam, dojadam. Jestem dla siebie czuła i kochająca.
Jestem taka, jaka jestem dla innych, choć dla
siebie bywałam surowa i wymagająca.

Dogrzać się, dopieścić, dotulić, dokochać.
Jakie to ładne, miękkie słowa. Mięciutkie, puchate,
ciepłe. A więc po to jest jesień i po to
jest przeziębienie. By zwolnić. By ukochać się
mocniej. By odnaleźć wewnętrzną ciszę i zastój.

Każde życie chce być przecież w równowadze.
Skoro jest Yin to gdzieś musi być Yang.
Ruch wymaga spoczynku a hałas równoważy
się ciszą. I owszem, aktywność jest rozwojem.

Lecz rozwój, jak wszystko inne ma swoje miejsce
i określony czas przeznaczenia.
Karmi się ruchem, lecz wymaga też cienia
i bezwietrznej pogody. Bez tego żaden owoc nie
wyrośnie, lecz uschnie nierozważnym nadmiarem.