Archiwa kategorii: smak życia

Eros. Porozmawiajmy o przyjemności

Dziś będzie temat, który od dawna
odkładałam na półkę.

I choć kilka razy przeszło mi przez myśl,
żeby poruszyć ten wątek, ostatecznie
zawsze rezygnowałam.

Bo:

nie wypada
nie dotyczy mnie
nie jestem zainteresowana
to głupie/śmieszne/nie na miejscu.

Seks.

Jakiś czas temu zostałam zaproszona
do grupy na Facebooku, którym tematem
przewodnim jest „seks bez wstydu”.

Ale nie sądźcie, że to grupa zwykłych
dziewczyn, które dzielą się sztuczkami
w stylu kolorowych poradników.

Nic z tych rzeczy.

EROS I INNE PRZYGODY MIŁOSNE

Grupa „Sex and Love” została założona
przez dojrzałe, świadome siebie
Kobiety Mocy, które wiedzą, jak wiele
mitów i wstydliwych historii zawiera
życie każdej z nas.

Bo uwierzyłyśmy w to, co wpajano
nam od dziecka. Albo nas karano –
za śmiałość. Lub zawstydzano – za nagość.

Ileż to razy nasłuchałyśmy się, że
mamy robić, to czego chcą mężczyźni,
bo inaczej odejdą?

Ileż to razy przekraczałyśmy własne
granice smaku i zadowolenia,
żeby tylko zadowolić cudze potrzeby?

A ile razy rezygnowałyśmy z czegoś,
bo nie wypada/ bo co o mnie pomyśli?
Bo dziwka. Bo mama potępi.

A ile razy chciałyśmy o czymś
porozmawiać w kobiecym gronie,
ale się wstydziłyśmy, bo to tabu?

Jest nas MNÓSTWO.

A świadczy o tym grupa, do której
przyjęłam zaproszenie.

I choć nigdy sama nie podzieliłam się na
facebookowym forum osobistą historią,
to przecież mogłabym się  podpisać, pod wieloma
opowieściami kobiet, które piszą tam codziennie.

Za brzydka, za gruba, za chuda.
Za spokojna, za mało wyuzdana,
zbyt szalona, odważna, nieśmiała…
Za mały biust, za duże biodra, za dużo,
za mało, za wolno, za szybko.

A w tym całym pudełku nazw i określeń,
MY – człowiek, czująca istota, pragnąca
bliskości, odrobiny ciepła, przyjemności,
niekiedy zapomnienia, ekstazy a czasem radości.

WSTYD

Seks nie istniał w moim życiu
od kilku lat. Dlatego moją pierwszą
myślą na zaproszenie grupy było:

To mnie nie dotyczy.

A jednak dołączyłam. I każdego
dnia czytałam kolejne wzruszające
historie kobiet, które pragną spełnić
swoje fantazje i kochać się bez wstydu.

Wstyd.

Znasz go? Ja idę z nim za rękę przez
całe życie. Wciąż zawstydzam się
własną kobiecością.

Jako młoda dziewczyna wstydziłam się, że
ktoś na mnie spojrzał w ten charakterystyczny
sposób. Wstydziłam się, że ktoś chciał mnie dotknąć,
pocałować, zatańczyć.

LOLITKA

Dopiero na studiach odkryłam, że uroda plus seksapil
mogą być fantastycznym środkiem do:

a) manipulowania
b) otrzymywania „miłości”
c) bycia na topie
d) posiadania władzy

Był okres, kiedy wykorzystywałam
urodę Lolitki, by przez chwilę poczuć
się adorowana.

I to nie tak, że doprowadzałam rzeczy
do końca. Co to, to nie. Wystarczyło mi, że
mężczyzna oszalał na moim punkcie.

Brałam torebkę i zatrzaskiwałam drzwi:
„Było fajnie! Trzymaj się!”

A oni potem dzwonili, esemesowali,
gdzie jesteś? czemu tak uciekłaś?
Im bardziej szaleli z niewiedzy,
tym bardziej ja szalałam z radości.

Byłam na górze. Wygrywałam.
Piłeczka po mojej stronie.
JESTEM WAŻNA.

Nigdy nie weszłam dalej.
Bo a nuż się zakocham.
A nuż zostawią, odejdą,
skrzywdzą, zdradzą, upokorzą.

Nie zniosę odrzucenia.

KOBIETA LODU

Dorosłam. I zaczęłam wchodzić
w poważne związki. Nagle z
uroczej Lolitki zmieniłam się
w Kobietę Lodu.

Nie wolno, nie można, muszę,
obowiązki, nie przesadzaj,
rano do pracy, oszalałeś?!

Aleksander Lowen nazwał
takie kobiety „Posągami”.
Wiesz ile życia jest w posągach?

Wcale.

Przez bycie Posągiem
zakończyła się moja pięcioletnia
relacja. Bo nie miałam ochoty na zabawę.

Nie z tym konkretnym partnerem.
Po prostu byłam zamrożona i odcięta
od własnych życiowych impulsów.

Uzdrowienie mogło przyjść tylko
przez dojście do ściany i uderzenie głową w mur.

Minęło 1,5 roku.

Gdy spotykam naszych starych znajomych
pytają mnie: masz kogoś?

Nie. Jestem sama.

„Ach, singielka! To pewnie nieźle
szalejesz” – słyszę w odpowiedzi,  a ich
ubawiony wzrok zdradza niezwykłe
pomysły w głowach. A tymczasem…

MNISZKA/ ARTEMIDA

Wewnętrznie byłam ascetyczną,
zdyscyplinowaną, uporządkowaną… Mniszką.

Seks nie istniał.

Przede wszystkim we mnie. Tak jakby,
ktoś wyciął funkcję ciała i mózgu odpowiedzialną
za ten aspekt życia. Nawet jak ktoś zwracał
na mnie uwagę, udawałam, że nie widzę.

Przez długi czas sądziłam,
że to stało się samo.

A przecież to ja przestałam się bawić i robić
rzeczy przyjemne. Moja dzienna lista zawierała
tylko ważne obowiązki i pilne potrzeby.

Śniadanie, praca, pisanie, dom i spać.

„Kama, może tańce?”
NIE.

„To chodźmy do teatru!”
NIE.

„Jedziesz ze mną w góry?”
NIE.

„Zrobiłam prawko na motor.
Przewieźć cię?”

O Boże. N-I-E!

W tym okresie wyszły na wierzch wszystkie rzeczy
i naleciałości z przeszłości. Wszystkie nierozwiązane
konflikty, mity, wspomnienia okraszone etykietami,
z którymi nigdy się nie zmierzyłam wprost.

Patriarchalne- trzeba i nie wolno.
Feministyczne- nie dotykaj mnie.
Dziecięce – niech ktoś mnie pokocha.
Jedynacze – nikogo mi nie trzeba.

W tym okresie bardzo często towarzyszyła
mi jedna emocja. Gniew. Chciałam walczyć
i walczyłam. Bywały dni, że agresja się ze
mnie wylewała. Na tapecie laptopa miałam
wikingów, nad biurkiem postać Artemidy.

Dopiero jakiś czas później zrozumiałam,
co łączy wszystkie te postacie: Mnicha,
Wikinga i Artemidę: zbroja.

I dlatego nawet, gdy coś bardzo
chciało do mnie dotrzeć, zbroja
była skutecznym antidotum.

Żadnych przyjemnych impulsów.
Zostawcie mnie. Jestem na wojnie.

ARCHETYP GŁUPCA

Archetyp Mniszki/Artemidy był mi do czegoś potrzebny.
Przede wszystkim do tego, żeby w końcu zostać
pokonaną i rozpaść się na kawałeczki. Przyznać się:

Chcę.
Pragnę.
Cieszę się.
Kocham.

Schowałam go do pojemnego kartonu.
Może kiedyś się przyda.

Dziś pozwalam sobie na bycie Głupcem.

Ten, kto miał kiedykolwiek styczność
z Tarotem, wie, co oznacza. Wróciłam do „startu”.

Nic o sobie nie wiem.
Nie wiem co lubię,
ani czego chcę,
ani czego nie chcę.

Weryfikuję na nowo. Jak młoda dziewczyna,
która po raz pierwszy w życiu opuszcza
rodzinny dom i uczy się uwodzić świat.

Czuję podekscytowanie. Czuję radość.
Niepewność i wdzięczność. Kto przyjdzie?
A może to ja przyjdę do kogoś?

A może nie wydarzy się i nic
i będę samotną tancerką
na parkiecie osobliwości?

Byle dawało radość.

Jest mi dobrze, bo odkrywam.
Zmieniam się. Wyjmuję z szafy
kolejną personę – zwiewną, kobiecą, dziką
i przyglądam się jej z zaciekawieniem.

Bardzo spodobał mi się cytat z książki
Liz Gilbert „Wielka Magia”: Kiedy nie wiesz
dokąd iść, idź za ciekawością.

Idę zatem. Z mądrością Kobiety Lodu,
z odważnym sercem Artemidy
z wielką ciekawością słodkiej Lolity.

Idę z radością na parkiet ❤

 

 

Uniwersalizacja społeczeństwa. Dobry powód, by w końcu się zbuntować

Choć do swojej kawalerki wprowadziłam się
pod koniec lutego, to wciąż jeszcze jest
trochę do zrobienia. Ale bez presji.

Bez pośpiechu. Powoli.
W miarę możliwości.

Dwadzieścia cztery przeprowadzki
w życiu nauczyły mnie jednego:

gromadź jak najmniej.

Pozbywaj się na bieżąco tego,
czego nie potrzebujesz.

Rozdawaj,
dziel się,
utylizuj.

Dbam o przestrzeń.
Bo lubię mieć miejsce.

Zarówno w mieszkaniu jak i
w sobie i w życiu w ogóle.

Na relacje, na kwiaty,
na sztukę, na pomysły
lub na to co nieprzewidziane.

Niech idee oraz emocje wiedzą, że
zawsze znajdzie się tu dla nich kąt.
Bez dopychania butem, bez uciskania
w już i tak pełnej szafie.

Jakiś czas temu napisałam,
że kocham minimalizm i powoli
wprowadzam go w życie.

Z niepokojem jednak obserwuję,
że bywa opacznie rozumiany.

Bo oto co się zadziewa, gdy wpisuję
w pasek Googla zwrot: kawalerka
w minimalistycznym stylu:

Szarość
biel,
brąz,
szarość

..nuda…

I jeszcze raz szarość. Na ten widok
wszystko się we mnie buntuje.

szare

Minimalizm to nie uniwersalizm.
Bo być indywidualistą w minimalizmie
wciąż jest możliwe.

Nurtuje mnie pytanie:
skąd w ludziach taka potrzeba…

Ujednolicania?

Chcielibyście każdego dnia wracać po
pracy do szarych ścian?

Wystarczyło bym przykryła
kanapę nową, „srebrną” narzutą.

Wytrzymałam godzinę. Po
tym czasie miałam dość
odwracania wzroku.

Bo oczy szukały koloru. Radości.
Życia pełną gębą.

Istnieje przeświadczenie, że skoro
masowa popkultura jest głośna i
jaskrawa,to potrzebujemy
jej przeciwieństwa.

Czy na pewno?

galeria4

Moim zdaniem to najszybsza
ścieżka do polaryzacji
i życia w wiecznym konflikcie.

To jak próba zmieszczenia w jednym pokoju
mnicha i hedonisty.
Nie może wyjść dobrze.

A chodzi o drogę środka.

Ani o „za dużo”
Ani o „za mało”.

Ostatecznie, jakby nad tym dłużej się
zastanowić, to masowa popkultura też
jest efektem ciągłego ujednolicania.

Mam wrażenie, że większość filmów
serwowanych w multipleksach niczym się
od siebie nie różni. Zmieniają się tylko tytuły.

Tak samo jest  z modą.

Na ulicy wszyscy wyglądają
dobrze, ale… tak samo.

W końcu też i projektanci wnętrz chcą nam
zrobić z mózgu szarą papkę i ładują szarość
wszędzie gdzie się da. Bo tak jest bezpiecznie.

Jakim wielkim prezentem i radością
jest więc odwiedzić kogoś, kto idzie pod prąd.

Kto wyprowadził się z głośnego miasta na wieś
i zbudował chatę z całym tym wiejskim
przynależnym jej folklorem.

galeria3

Mariusza znam od wielu lat.
Był przyjacielem mojego
ówczesnego partnera

Bardzo szybko wpadłam w ich świat
I zostałam nawet gdy z dawnym partnerem
niewiele mnie już łączyło.

Iza malowała na szkle, a Mariusz angażował
lokalnych artystów do wspólnych inicjatyw
artystycznych. Dziś,po wielu latach z podziwem
obserwuję, jak wszystko pięknie urosło.

Mariusz stał się nicią, która zszyła społeczność
w jedną piękną tkaninę, choć tak różnorodną,
połataną, pstrokatą.

Wiejska galeria, dla której znalazł
miejsce we własnym domu oddycha
estetyką lokalnych twórców.

Jest tu wszystko.

Witraże.
Obrazy.
Szmaciane laleczki.
Wiklinowe plecionki.
Wełniane skarpety.
Dziergane poduszki.
Kolekcja ziół z pobliskiej łąki.
Konfitury, powidła.
Książki z aniołami.
I piękne szklane wisiorki.

Bez ujednolicania.
Bez nudy i szarości.

Każdy przedmiot ma duszę
i własną historię. Podobnie jak ich
twórcy. Poznałam kilkoro na święcie
żegnania lata.

Gdy miałam okazję, patrzyłam im w oczy.
Słuchałam. Pobyłam w ich obecności.
Przytuliłam na pożegnanie.

Tym jest dla mnie
prawdziwa sztuka.

Autentyzmem.
Niebanalną prostotą.
Folklorem.
Historią.
Kolorem.
Rewolucją.

A przede wszystkim zapisem
ludzkich emocji.

galeri6

Ok, ale jak się ma sztuka ludowa
do minimalizmu? Już mówię.

Życie na wsi wymaga współpracy.
Nie tylko sąsiedzkiej, ale również z Naturą,
żywiołami, ogrodem, z tym co jest.

Tak jest w domu moich rodziców:
nic się nie marnuje. A jak zaczyna się
marnować, to należy to szybko przetworzyć.

I tak samo jest ze sztuką ludową,
korzysta ze wszystkich dostępności
zamiast z tego, co jest oczekiwane.

Jest przez to niepowtarzalnym tworem-
wykonanym w sposób unikatowy i
często niedoskonały, a przez to tak
wyjątkowy właśnie.

I to, co kocham najbardziej –
sztuka ludowa bardzo często
przetwarza stare.

Daje przedmiotom drugie życie- wszystko za sprawą
pomysłu, farb, szlifu i demontażu.

Czy to nie wspaniałe, że zamiast
dokładać, do i tak już świata
pełnego przedmiotów, można
odmłodzić dawne?

W ten sposób eksponuje się historię.
Oto opowieść o przodkach zamknięta
w intencyjnie wykonanym przedmiocie.

Dom Mariusza, powstał na kaszubskiej
ziemi przed paroma laty. Ale nie jest
nowym domem.

Pierwotnie stał w Beskidzie Niskim.

Tam go rozebrano, a potem przewieziono
do Czapielska. Mariusz zbudował
go raz jeszcze odtwarzając pierwowzór
w skali 1:1.

Historia została nienaruszona. W tych stuletnich
murach wciąż mieszkają opowieści.

czapielsk123

***

Na kolejne urodziny, ku zaskoczeniu
najbliższych zrobiłam sobie artystyczne
zamówienie: obraz z akwareli.

„Ale jak to? Przecież potrzebujesz
nocnej lampki? Ale biurko ci się sypie…
Ale kuchnię trzeba wyremontować.”

Ja jednak czekam na okazję.
Na to aż znajdę starą maszynę
do szycia i skompletuję stary blat.

A lampka? Hmm. Może
sama pojawi się pod moim domem.
Kuchnia? Ma się całkiem dobrze,
nic nie przecieka 🙂

Mogę sobie pozwolić zarówno
na oczekiwanie i powolność jak
i na przygarnięcie tego, co unikatowe.

Bo daje  mi znacznie więcej niż
powierzchowna estetyka, która
dopóty jest „ładna”, dopóki jest modna.

Najważniejsze, że mam miejsce.
Po to właśnie jest minimalizm.

Opowieści z Sopockiego Wzgórza

Choć data w kalendarzu wskazuje,
że lato wciąż trwa, to mam wrażenie,
że tylko umownie.

Świat o szóstej rano jest bowiem
otulony rudobrązowym
płaszczem Pani Jesień.

Czułam to już pod koniec sierpnia.

W powietrzu, które było inne.
Chłodne, rześkie, pachnące mokrą
ziemią i suchymi liśćmi, które
opuściły korony drzew.

Z ust zaczęła wydobywać się para.
Energia świata zwolniła, uspokoiła się,
i nawet ptaki nieco uciszyły swoje trele.

Tak jakby planeta przygotowywała nas
do głębokiej introspekcji.

Wejścia w siebie, by usłyszeć to,
co niewyraźne, co intuicyjne
i pełne zdrowej refleksji.

Czas zebrać owoce, które nagromadziłyśmy
od marca. Co to będzie?

Mądrość?
Cierpliwość?
Otwartość?
Szczerość?

A może gorzka prawda, że znów
przegapiliśmy coś ważnego?

Że znów za szybko.
Zbyt beztrosko,
z dala od intuicji, kreatywności i
własnych marzeń?

Teraz zobaczysz to
wyraźnie – kim się stałeś.
Kim jesteś i po co.

Kocham Jesień.
Czuję, że jestem Jesienią
i byłam nią od zawsze.

Tak. Gdybym miała być jedną
porą roku, zdecydowanie
byłabym właśnie nią.

Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego
ludzie świętują nadejście Wiosny,
ale nigdy Jesieni.

Przecież to tak doskonały czas.
Tak piękny i potrzebny.

Czas jabłek.
Czas gruszek.
Czas śliwek.

Okres barw pełnych dawnego słońca.
Czas chłodu, który ożywia i kurczy.

Może dla mnie to oczywiste, że
witam Jesień z otwartymi ramionami, bo
refleksja, cisza i „powolność” są mi bliskie.

Są czymś, co znam od dziecka.

Melancholia jest piękną muzyką,
która łagodzi nerwy i emocje.
Jak kołyska z miękką kołderką,
która napełnia poczuciem bezpieczeństwa.

 

20190904_082416

Czasem słyszę ludzkie narzekania.

Że przyszła Jesień. Że jest mniej słońca,
pada deszcz, a im nic się nie chce i
najchętniej spędziliby miesiące pod kocem.

Cóż, może właśnie po to jest Jesień?

Żeby wrócić do siebie.
Do tego kim jesteśmy naprawdę i
jaka jest nasza prawdziwa natura.
Bo pęd nią nie jest na pewno.

Ja sama robię się melancholijna
i powolniejsza. I wspaniale mi z tym,
bo czuję, że nareszcie mogę przestać walczyć.

Nareszcie jestem sobą.

Refleksyjną. Nieco zamyśloną.
Niekiedy smutną, niekiedy rozmarzoną.

Roztańczoną w tej wspaniałej,
pachnącej deszczem błogości.

Świat cichnie. Pustoszeje.
Idzie do środka. Nareszcie
możemy się spotkać.

Wychodzimy z Luną
rano na spacer.

Jest mokro i spokojnie.
A pod naszymi stopami
Pani Jesień rozkłada złoty
kobierzec z liści topoli i brzóz.

Wciąż zdejmuję buty i wędruję
przez kwadrans na bosaka.

Ziemia jest chłodna, wilgotna
i ciepła jednocześnie.

Pełna życia, nasiąknięta wszystkimi
życzeniami, które ludzie posyłali
latem w jej stronę. Oto w końcu modlitwy
zostały wysłuchane i pełna jest wody.

Mogę tak chodzić godzinami.
Pasuję tu idealnie. A gdy wracam do domu,
Jesień wciąż mi towarzyszy.

W szyszkach które znoszę,
w żółtych liściach, które wkładam do
ulubionych książek.
W deszczu stukającym za oknem.

Otwieram okno, by poczuć ten mokry zapach,
zapalam świeczkę, zaparzam herbaty i otwieram
słoik śliwkowych powideł.

Piszę.
Śpiewam.
Otulam
się kocem.

I patrzę za okno, dając się ponieść tej
błogiej kontemplacji, że wszystko jest po coś.

Że smutek i radość, narodziny i śmierć
bycie i przemijanie, wzrost i marność są tym czym są.
Ot naturalny rytm życia w ruchomym kole egzystencji.

Cykliczność. Coś co bliskie jest
każdej kobiecie.

Przychodzimy na chwilę, by stać się najlepszą
wersją siebie- utkaną z marzeń, lęków i pragnień.
A potem odchodzimy ustępując miejsca kolejnym.

Ale przecież w Przyrodzie nic nigdy nie ginie.
Po Zimie nadchodzi Wiosna.
Po śmierci, odrodzenie.

20190908_124036.jpg

Dobry plan? A może życie bez scenariuszy?

Kilka lat temu napisałam taki wiersz:

Chyba jestem nienormalna.
Zamiast żyć, myślę o życiu.

Jakież to było moje, jak bardzo do
mnie pasowało. Myśliciel,
analityk, filozof teoretyk.

Taki, który życie
poznawał z książek a jego sens
zawierał się w ściśle przyjętych zasadach.

Znałam swój cel.
Znałam swoją drogę.
Znałam „siebie”.

Przynajmniej tak mi się wydawało.

A dziś?
Dziś nie wiem nic. 

Nie wiem dokąd idę.
Nie mam planów,
ale przede wszystkim nie
wiem kim jestem.

Ale w zamian za to
dostałam CIEKAWOŚĆ.

Moja ulubiona terapeutka, Kasia Miller
zwykła mawiać:

„Chcesz mieć dobre życie?
Nie miej scenariuszy”,

Jakże jest mi bliskie te krótkie zdanie,
i jak świetnie DZIŚ do mnie pasuje.

DZIŚ. Czy jutro też będzie pasować?
Tego nie wiem.

CAM01720

Przez lata żyłam według planów,
ciasnych norm i narzucanych sobie samej
harmonogramów.

Aż życie zaczęło być duszne.

Spróbowałam więc raz
zrobić coś zupełnie inaczej.

Zaryzykowałam. Pojechałam tam,
gdzie zwykle nie jeżdżę. Zarwałam noc,
by poznać ludzi, zaśpiewać i zatańczyć.

Złamałam sztywny nawyk.

Wydarzenie było okupione stresem i
niepewnością. A jednak coś we mnie
odblokowało. Pojawiła się energia
i wielka radość z odkrycia nowego.

Czegoś nowego we mnie. 

Tego, czego w sobie nie znałam.
A jeśli znałam, to po prostu wyrzuciłam
na wyspę zapomnienia i negacji.

Teraz widzę, że każde nowe doświadczenie
i łagodne (a nie siłowe!) przesuwanie granic
stwarza całkiem nowe światy doznań i
tożsamości.

Dziś odważam się na więcej.
Boję się, ale robię.  Z ciekawości.

Żeby zobaczyć kim jestem.
DZIŚ.

Bo odkryłam, że to, co o  sobie
myślałam – wszystkie określenia, cechy,
i potrzeby to jedynie pył wspomnień.

Więc niekoniecznie
aktualna prawda o mnie.

A tą trzeba aktualizować,
jak oprogramowanie w komputerze.

Jeśli tego nie zrobimy, może okazać się,
że utknęliśmy w ciepłym błotku,
a życie poszło dalej.

Zacinamy się, powtarzamy
programy, które wcale nam nie służą, a
potem dziwimy się, czemu całe dobro nas omija.

CAM00500

Kiedyś myślałam, że wiem kim jestem.
Że wiem dokąd idę i jak mam cel.

DZIŚ idę tam, dokąd życie prowadzi.

To dla mnie przerażająca nowość.
Mimo wszystko, jestem ciekawa.

Ludzi. Zwierząt. Zjawisk.
Uczuć. I całego Wszechświata doznań
umysłowo – cielesnych.

Przede wszystkim siebie.

Bo nie jestem już tym, kim byłam
dziesięć lat temu.
Rok temu. Wczoraj.

Dziś, nawet jeśli mam plan, to zwykle
rozsypuje się w pył pod wpływem
nowych doświadczeń.

A po każdym rozsypanym planie,
i ja rozsypuję na drobne kawałeczki.

Niedawno bliski przyjaciel spytał:

-Czemu tak kurczowo powracasz do planu?
Może warto w końcu go puścić?

-Bez tego się rozsypuję – odparłam.

-Nie, nie ty – powiedział przyjaciel – Rozsypuje się
fałsz i nieprawdziwa tożsamość.

Miał rację. Ale mimo rozsypki,
coś jednak zostaje pośród pyłu
i zgliszczy. Czy wiesz co to jest?

Prawda o tobie.

Photo by Paweł Fijałkowski from Pexels

 

 

 

 

 

Łatwo być szczęśliwym

Wielu ludzi nie może się nadziwić, że
w soboty i w niedziele wstaję o 5.30.

A ja uważam, że właśnie o takiej
godzinie najłatwiej być szczęśliwym.

O wczesnym poranku,
gdy słońce rozlewa
miodowe promienie na las i ulice
i gdy ludzki świat jeszcze głęboko śpi.

Może właśnie dlatego, chcąc wykorzystać te
ostatnie chwile ciszy las tętni  życiem,
śpiewem i miłosną muzyką.

Zwalniam.

W soboty nie muszę się śpieszyć.
I w soboty mogę być tym, kim naprawdę jestem.

W lesie, wśród przyrody, w ciszy, skąpana
śpiewem ptaków i zapachów rosy
to takie proste.

Być sobą.

Bez etykietek.
Bez imion i określeń.

Po zjedzeniu obfitego śniadania i wypiciu
kawy, gdy zegar z wieży kościelnej wybija siódmą,
wychodzimy z Luną na kilka godzin do lasu.

CAM00859

Idziemy bez planu przed siebie.

Czuję jak stopy miękko
stykają się z ziemią.

Dotykam łagodnej kory drzew,
będąc świadomą obfitości
tego leśnego życia.

Urzeka mnie ta naturalna cisza, 
która bierze się stąd, że człowiek wciąż śpi.

Nie zdążył wsiąść do auta, nie zdążył
jeszcze nakrzyczeć, zaśmiecić i ściąć,
zdenerwować się, zapalić i włączyć radia.

Wciąż śpi bezbronny w ciepłym łóżku,
nieszkodliwy. Spokojny. Prawdziwy.

Mimo to podczas wędrówek
zdarza się, że kogoś spotykamy.

Bywają psiarze, którzy z kompanami
na czterech łapach łykają świeże powietrze.

Bywają samotni wędrowcy, którzy
żwawym krokiem w stylu nordic walking
pokonują z kijami długie kilometry.

Bywają też marzyciele i długowłose
wiedźmy w brązowych spódnicach.

I choć czasem ze sobą
rozmawiamy, to jednak wszystkich nas łączy
wielka miłość do Matki Natury i potrzeba ciszy.

20190406_084226

Mijam kolejne polne rozwidlenie dróg.

Przystaję, bo słyszę dzięcioła.
Patrzę. Słucham.
I Luna też przystaje i słucha.

Jednocześnie czuję przyjemne mrowienie
w nogach, w palcach rąk i stóp i wiem, że
to jest właśnie to, czego wszyscy szukają.

Szczęście.

Stwierdzam wtedy, że ta sobotnia Kamila
znacznie różni się od tej poniedziałkowej

Że tamta rzadko odczuwa spokój
bo ten chowa się pod:

stresem
lękiem
smutkiem
napięciem.

Jak bardzo muszę udawać, żeby nikt
nie odkrył prawdy o mnie.

Że nie pasuję. Że się męczę.

Że praca w szklanym budynku
bez możliwości otwarcia okien
przy sztucznym świetle powoli
mnie zatruwa i zniekształca.

Zabiera sen.
Spokój. Ciszę. Uważność.

A w zamian narzuca tempo
i powierzchowne relacje.

W pracy zdarza mi się myśleć,
że jestem złym człowiekiem.

Bo tak innym.
Odstającym.

Nie umiem tam nawiązać relacji.

Bo przecież trudno otworzyć serce,
gdy wszystko w tobie do bólu napięte.

I gdy już wydaje mi się, że dłużej tego nie zniosę:

robienia rzeczy, które według
mnie nie mają wielkiej wartości, nagle…

przychodzi sobota. 

Czas, w którym wracam do formy
i miłej bo bezwysiłkowej lekkości.

20190406_084207

To dzień bez wiadomości, seriali, przemocy,
zakupów i muzyki.

To czas ciszy.
Wędrówek.
Bycia blisko z Naturą.

To czas świeżego powietrza.

Przytulania się do drzew.
Patrzenia na dzięcioły.

Czytania,
pisania i
wymyślania historii.

Sadzenia kwiatów, medytowania,
a czasami po prostu nic-nierobienia.

Znów siebie lubię.

I znów myślę o sobie dobrze.
Jestem szczęśliwa.

Jak łatwo to wszystko przychodzi:

Wśród wschodzących wiosennych krokusów.
Wśród smukłych buków, które puszczają pąki.

Wśród młodych listków wyciągających
główki do słońca. Wśród dzięciołów
szukających jedzenia.

Wśród trzmieli,
motyli, skowronków.

Gdy idę po ziemi pachnącej
kiełkującym życiem.

Wszystko wydaje się proste.
Nieskomplikowane.

Nagle bez trudu przychodzi mi
bycie dobrym człowiekiem.

A może zawsze nim jestem?

W dni wolne od pracy
zdejmuję z siebie maski.

Nagle znika napięcie,
Sztywność barków ustępuje lekkości
a tysiąc analiz rozwiewa się niczym mgła.

W soboty o poranku
tak zwyczajnie, po cichu….

JESTEM.

 

 

Szukając sensu w życiu pełnym zmian

Oto luksusowy problem współczesnego człowieka,
który żyje w świecie pokoju i pełnej lodówki – gdzie
i za ile kupić mieszkanie?

Czy wybrać klitkę w centrum miasta,
czy większe ale dalej?

Pytanie ważne, bo przecież w perspektywie jest
30-letnie spłacanie kredytu i powracanie wciąż
w to samo miejsce.

Niekiedy po trudnym dniu, będę chciała
schować się przed ulicznym zgiełkiem,
a niekiedy głośno roześmiać z głębokiej
wdzięczności do mądrości życia.

I Lunie musi też przypasować .
Bo przecież nie kupuję mieszkania
tylko dla siebie, ale dla nas.

Więc najlepiej żeby nieopodal był las i wiewiórki.
I żeby dom miał balkon lub taras.

Choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystko można mieć.
Koniec końców wygra to, co da więcej plusów.
A najważniejsza i tak jest
przestrzeń i energia miejsca.

Bo przecież każde lokum ma własną duszę.
Ktoś w nim zostawił emocje,
ktoś przeżył historię, a ta wpisała się w ściany,
wypełniła drewnianą podłogę i puste szafy.

Póki co żyjemy z Luną na uchodźstwie.
Życie się pokomplikowało, prawdopodobnie
po to, by ostatecznie mogło się uprościć.

20180831_101302

Musiałyśmy opuścić mieszkanie,
w którym spędziłyśmy prawie dwa lata.

Dla Luny to był jedyny dom po schronisku
jaki poznała. Więc teraz – gdy żyjemy w cudzym
domu, przygarnięte przez łaskawą koleżankę, Luna
się martwi. Bo przecież jest obco, nieswojo, inaczej.

I pewnie jej niepokój wynika też z mojego niepokoju.
Czuje, że „pańcia” jest poddenerwowana bardziej niż zawsze.

I „pani” czasem wychodzi nie wiadomo dokąd, zostawiając na
parę godzin w tej dziwnej obczyźnie, po której chodzą
nieznane człowieki.

Ale jednocześnie też widzę, że dajemy sobie siłę
i odważnie wkraczamy w tę życiową zmianę.

Dla niej jestem silniejsza – bo teraz tylko ja
za nią odpowiadam. Ona oddaje mi całe serce,
bo instynktownie czuje, że jest jedyną istotą z
którą teraz żyję, a więc i jedynym towarzyszem.

20180902_143649

Dziś zabrałam ją na oglądanie mieszkania,
żeby poznać jej zdanie. Śmiało przekroczyła
próg domu i zaczęła się rozglądać.

A potem idąc za moim przykładem – wyjrzała przez okno,
sprawdzając nasłonecznienie (a pomogła sobie
stając na dwóch łapkach, ku uciesze
pośredniczki nieruchomości).

Spojrzałam na jej mordkę. Widzę, że się
uśmiecha -Ładne? – pytam, a ona merda
ogonkiem. -Czy okna od wschodu ci
odpowiadają? – i nie widzę sprzeciwu.

I nic w tym dziwnego, bo przecież psy
nie lubią południowego skwaru.
Dobrze. A więc postanowione? Czekamy
jeszcze na podpowiedź Wszechświata.

Wystawiłyśmy swe intuicyjne anteny
i teraz czekamy na znaki. Co ma być,
to będzie. Uczymy się ufać i brać, co
życie daje i uelastyczniać umysły.

Jednego jestem pewna. Cokolwiek
się wydarzy będzie dla nas dobre.
Bo Wszechświat zawsze sprzyja wierzącym 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

+

Zapach lata, truskawki i pełnia szczęścia

Mimo, że jest dopiero początek czerwca
wszystko pachnie mi latem.

Mieszkanie w którym żyję,
drewniana podłoga i moje ciuchy.
Nawet Luna zaczęła ze spaceru
przynosić zapach skoszonych traw,
suchej ziemi i ciepłej kory drzew.

Wszystko przesiąkło wonią lata.
Płodności i szczęścia. Dobrobytu,
wędrówki i dziecięcej przygody.

Słońce zamieszkało we włosach i
wynajęło skórę barwiąc ją na brąz. A na
ramionach pojawiły się piegi. Jedyna pamiątka
po piegach na nosie, gdy byłam chudym podrostkiem.

Pewnie dlatego  naszła mnie ochota na truskawki.
Najlepiej na ciepło. Tak, żeby zapach lata
uzupełnić o aromat, bez którego lato jest niepełne.
I wcale nie chodzi o zwykłe owoce. Ale o TE owoce.

TE, które są babcią. Jej kompotem, jej
biszkoptem z truskawkami, chłodną owocową
galaretką i konfiturami do herbaty. Wakacjami u babci.

20180602_114224

Wstałam więc skoro świt. Otworzyłam drzwi
na taras, by wpuścić poranek do do mieszkania, i wciąż
będąc w piżamie zaczęłam robić ciasto.

Bez miksera, bez żadnych brzęczących wynalazków, by
nie przeszkadzać tej słodkiej ciszy.

Wyjęłam z lodówki jogurt, jajka, masło. Oskubałam
truskawki ciesząc się tym, że pobrudziłam dłonie.

I kiedy tak stałam przy kuchennym stole
poczułam się pełna od nadmiaru.

Słońce. Sobota. Luna na kanapie.
Cisza. Ptak za oknem. Chłodny wietrzyk,
który oplata bose stopy.

W tej jednej chwili, gdy mieszałam
ciasto starą drewnianą łyżką poczułam,
się … szczęśliwa, spokojna, spełniona.

Tak zwyczajnie. Bez fajerwerków. Bez hurra optymizmu
i tańca. Poczułam falę wdzięczności. I zgodę.
Całkowitą akceptację. Za to gdzie jestem, co robię,
co mam, a czego nie mam.

I zdałam sobie sprawę, jest to stan, którego
ostatnio często doświadczam. Przyszło zdziwienie.
Bo takie uczucia są mi obce.

Czy to zasługa słońca? A może przyszło
z całkowicie innej strony? Z wnętrza…?

20180529_082612

Odkąd zrezygnowałam ze słowa „muszę”,
odkąd zaczęłam sobie wybaczać ( a jest co!),
odkąd zaczęłam sobie pozwalać, przeżywać,
doświadczać, szukać ale też smakować, to
co jest – radość zaczęła pojawiać się spontanicznie.

Czasem przychodzi, czasem odejdzie.
Podobnie jak smutek, gniew i pożądanie.

A jednak bywa częstym gościem, bo
przestałam ją hamować i przestałam prosić.
Już nie wpływam na to czy jest. I nawet nie chcę.
Nie gonię za szczęściem. Wysiadłam z pociągu
o nazwie „sto przystanków do szczęścia”.

Idę na piechotę.

Po prostu pozwalam rzeczom i zjawiskom
się wydarzać. Podobnie jak emocjom,
którym bliżej do wiatru niż do gliny,
którą można dowolnie ukształtować.

Siedzę przy drewnianym stole,
spoglądam za okno, wdycham zapach
lata i zajadam ciasto truskawkowe czując,
że jest dokładnie tak jak ma być. Spokój.

Czyż może być lepiej?