Featured

Zabawy (z) umykającym czasem

Siedzę w małej, kompaktowej kuchni
przy blacie, który pełni rolę biurka;
patrzę na ogromne płatki śniegu,
które zasypują Sopot i myślę sobie,
że czas jest względny.

Jak złudzenie.
Niby nie istnieje – bo jest umową,
a jednak boleśnie konkretyzuje się
w okresie deadline’u.

O szóstej rano, gdy jak co dzień
spisywałam uczucia i refleksje,
po raz piąty przekreśliłam datę
– jedynkę zastąpiłam cyfrą dwa.

2021 czy 2022?

Z resztą, czy to ma jakieś znaczenie?
Dla mojego banku ma.
I dla Energi i ZUSu.

I pomyśleć, że kilka lat temu
mniej więcej w podobnym czasie siedziałam
w domu pewnego astrologa i słuchałam
o tym, kim będę lub kim mogę się stać.

Usłyszałam o potencjale 2019 roku,
o szansach w 2020, o zagrożeniach
w 2021, a także kobietach,
które mają zmienić moje życie (również
zawodowe) na lepsze.

Gdy Piotr doszedł do tego, co wydarzy się w 2022
wyobraziłam sobie Kamę starszą i mądrzejszą.

Spełnioną.
Podniesioną po porażkach.

Stabilne życie finansowe i uczuciowe.
Wydana książka. Nowe opowiadania.
Z dala od wielkich korporacji, z siatką bliskich osób.

Bo przecież trzy lata to tak dużo.

W trzy lata można zmienić życie.
Pokochać, stracić, zdobyć, zgubić,
zabłądzić, roztrzaskać się i pozbierać.

Przy czym w tamtym momencie myślałam
głównie w tych kategoriach pozytywnych:
pokochać, zdobyć, spełnić się, zrealizować.

A tu figa z makiem!
Bo życie jest tańcem,
przeplatanką jednego i drugiego.

Wciąż poniekąd taka sama jak w 2019.
A jednocześnie tak inna – tak obca dla
dawnych znajomych, z którymi straciłam kontakt.

„Kim jesteś? Nie znam cię już”
– wyznała koleżanka
na spotkaniu po pięciu latach,
– przecież nie zapraszałam jej na bieżące
aktualizacje.

Czas jest względny.

Wydaje się, że nas nie dotyczy.
Że wciąż jesteśmy jak posąg z marmuru
-ot zastygliśmy z nieruchomej pozie.

Mamy 36 lat, ale uparcie powtarzamy:
czuję się na 20!

A tymczasem czas rzeźbi nieustannie.
Każdego roku. Miesiąca. Tygodnia. Coś dodaje
po godzinie, coś zabiera lub skruszy po kwadransie.

Więc każdego dnia – wciąż na nowo
buduję siebie tym, co mam, korzystając
z materiału i narzędzi, które są pod ręką.

Jest to rzeźba daleka od ideału.

Czasem mi się podoba, a czasem niekoniecznie.
To trochę jak selfie. Szukasz siebie w obrazie,
który powstał – widzisz życie w oczach, bruzdę
przy ustach oraz nos jak kartofel.

Pytasz wtedy – czy to naprawdę JA?
I odruchowo chcesz wcisnąć DELETE,
bo przecież taki obraz ci nie pasuje –
wyobrażenie siebie jest inne.

Tylko, czy prawdziwe?

Wciąż popełniam podobne błędy, mechanizmy
ucieczek są w końcu silnie zakorzenione.

Nie wygładzam już fałd i bruzd.
Nie nakładam makijażu na historie
opowiadane nowo poznanym ludziom.

Kiedy jestem smutna, mówię jestem smutna.
Kiedy chce mi się płakać, to płaczę.
Kiedy się wkurwiam, klnę jak szewc, a agresja
sprząta mi mieszkanie.

Nie opowiadam kłamstw,
nie upiększam, nie karmię umysłu
buddyjskimi/taoistycznymi frazesami.

Czasem wierzę.
Czasem wątpię.

Pozwalam sobie marzyć
i być senna przy sobocie.
Pobrudzić żółtą koszulkę
ciastem czekoladowym i chodzić
w niej do końca dnia.

Nie kończę książek, które mi się nie podobają.
Przerywam nudny, ale jakże ambitny film.
Oglądam Almodovara i mówię – nie kumam –
proszę prościej i lekkostrawnie.

Siatka bliskich ludzi? Brak.
Raczej garstka. Za to siatka
pełna ludzi przygodnych,
spotykanych każdego dnia.

Nic zobowiązującego.
To lubię.

Rok temu podejmując decyzję o terapii
sądziłam (podobnie jak wtedy, gdy siedziałam
na fotelu u astrologa), że teraz wydarzy się….

Zmiana.

Transformacja przez wielkie T.
Nareszcie stanę się tym, kim zawsze
chciałam być.

Tymczasem nie zmieniło się nic,
prócz mojej wytrzymałości.

Wytrzymuję niewygodę bycia w relacji.
Wytrzymuję niewygody terapii.

Gadania, analizowania emocji,
zwykłego obserwowania zamiast
bezwzględnego szukania odpowiedzi.

Wciąż mocno kontroluję,
bo gdy nie mam kontroli, to wariuję.
Można więc rzec, że wariuję nieustannie,
bo w głębokich relacjach nie mam jej wcale.

Czas.
czas,
czas.

Czy coś znaczy?
I czy jest mierzalny inaczej
niż poprzez wydarzenia, zmiany,
i emocje, które minęły?

Oglądaliście musical
„Tick, tick… boom!”
na Netflixie?

Niby nic wielkiego, ale
bardzo ze mną zarezonował.
Motywem przewodnim tej historii był czas.

Czas, którego nie było.
Czas umykający.
Czas bezwzględny,
bo kurczący się niczym
topniejąca kra na morzu.

Też tak mam.

Czuję, że nie ma czasu.
Że teraz, natychmiast,
że w tym momencie.

Odpoczynek jest stratą czasu.
Bo kiedy leżysz na kanapie,
czas nie zwalnia. Nie wiem jak Ty,
ale ja wciąż słyszę tykanie zegara.

Tick…
Tick…
Tick…

Umieranie odbywa się
w każdej sekundzie.

A ja boję się żyć „bez sensu”,
„bez misji” i „bez znaczenia”.

Czy czas płynie szybciej,
czy po prostu jest go mniej,
bo ta studnia ma
oczywiste dno?

Niedawno pisałam
na ten temat artykuł.

Zdaniem psychologów,
poczucie, że czas płynie szybciej
dla osób w średnim wieku i więcej
jest złudzeniem i łatwo ów zjawisko
wyjaśnić.

Wrażenie czasu płynącego wolno,
zdarza się, gdy
robimy coś po raz pierwszy.

Po prostu nasz mózg inaczej
doświadcza czasu, wtedy gdy
z jakiegoś powodu jest dla nas
ważny.

Kiedy doświadczamy rzeczy,
których nie znamy, gdy
angażujemy się w coś na 100 proc.,
bo jest nowe, ekscytujące lub przeraża
-zapamiętujemy chwilę w każdej milisekudzie.

Efekt?
Wrażenie czasu, który płynie wolno.

Inaczej jest, gdy powtarzamy
znane sytuacje, które nie wymagają
nauki czy szybkiego rozwiązania.

– a przecież po 30. czy 40. niemal
wszystkie są takie.

Znasz każdy dzień, wszystko
odbywa się co do minuty tak samo
jak wczoraj. I przedwczoraj.

Budzik 5.30,
śniadanie, praca,
koniec pracy, spacer z psem
obiad, druga praca, netflix,
książka, telefon, spać.

Nie ma zachłyśnięć,
pierwszych razów i przygód które
przyprawiają o gęsią skórkę.

Czas więc płynie niewzruszony
na Twoje nawoływania i prośby.
Zwolni, owszem ale wtedy, gdy
zaprosisz ciekawość.

Albo gdy zdecydujesz się,
na intencjonalne przeżywanie
każdej minuty.

Po to praktykujemy mindfulness.
Podczas „skanowania ciała” zawsze
mam poczucie, że czas płynie tak wolno.

Czasem zbyt wolno…
(Kiedy to się skończy?!).

Nie ma tu rozproszeń, ale uwaga,
która podąża za dźwiękiem lektora.
Badam, czy dziś impulsy ze stopy
są podobne do tych z wczoraj,

czy brzuch czuje się spokojny, a
jeśli nie, to czy potrafię się w tym rozluźnić?

Ciekawość.

Kiedy ostatnio
zaciekawiłeś się czymś bez reszty?
Kiedy ostatnio zaciekawiłeś się sobą –
tak, że zapomniałeś zjeść kanapkę,
i zdążyć na autobus?

Kim jesteś?
Co czujesz?
O czym marzysz?
Dokąd zmierzasz?

I najważniejsze –
gdzie teraz jest Twoja UWAGA?
i jaki jest Twój CZAS?






Featured

Jakim czytelnikiem jesteś?

Jest tyle powieści,
na które patrzę zachłannym okiem.

Tyle opowiadań, bajek,
klasycznych dzieł i trylogii fantasy,
które chciałabym przytulić,
a potem zapaść z nimi we wspólny sen
-teleportować się do alternatywnego życia,
żeby być przez chwilę kimś innym.

Odważniejszym.
Silniejszym.
Bardziej utalentowanym.
Myśleć inaczej.
Dokonać innego wyboru.

A jednak coraz częściej
rezygnuję z tych literackich wypraw.

Bo nie zdarzyło się naprawdę.
Bo szkoda czasu na zmyślone historie.

Sięgam więc po biografie, eseje i pamiętniki
znanych ludzi, tłumacząc sobie, że to przecież
ma większy sens. Bo istnieje w rzeczywistości.

Jestem za stara na fikcję.

Za stara? A może zbyt poważna, kontrolująca,
racjonalna, zadaniowa? Olga Tokarczuk
w „Czułym narratorze” nazwała ów stan
autyzmem…

Uderzyło mnie to porównanie.

„Z wiekiem przychodzi najczęściej
jakiś rodzaj autyzmu: przestają nas interesować
powieści, zaczynają nas nudzić opisy,
wydaje się nam, że więcej interesujących rzeczy
znajduje się w biografiach i monografiach, że FAKTY
są ciekawsze niż obrazy czy dialogi”.


„Zaczynamy uprawiać kult faktów,
nawet jeżeli są one spreparowane
przez żądnych sensacji dziennikarzy”.


„Czcią otaczamy przypisy, wierząc że
odsyłają do prawdy. W końcu zaczynamy

myśleć, że powieść kłamie, zmyśla, że
to płocha rozrywka, a więc nie jest do
niczego potrzebna(…)”.


„Wtedy stawiamy autorom
to niemądre pytanie: na ile opisywane
wydarzenia są prawdziwe?
I to jest koniec”.


Zastanawiam się skąd się bierze
ten stan literackiej ignorancji;
skąd się wziął we mnie.

Przecież uwielbiałam czytać!

To ja byłam tym dzieckiem,
które zamiast biegać z rówieśnikami
zaszywało się w pokoiku
z grubą książką!

Eseje Tokarczuk, a szczególnie ten
przywołany wyżej fragment rozbudził
wspomnienia. Zaczęłam myśleć o sobie
10-letniej, 12-letniej, 15-letniej.

Co czytałam?

Jaka książka „uratowała mi życie”?
Która z postaci wywróciła moje myślenie
do góry nogami, albo po prostu nadała światu sens?

O zgrozo! Nie pamiętam NIC!
Żadnego tytułu, żadnej bohaterki,
żadnego ze światów.

Pamiętam jednak, że książki
mnie fascynowały i przyciągały
w mistyczny sposób. Biblioteka
jawiła mi się jako najpiękniejsza
świątynia, a książki na półkach
rodziców były najlepszymi zabawkami.

Domagałam się zdjęcia ich z półek,
by chwycić w małe, pulchne rączki.

Kartkowałam je.
Wąchałam.

Patrzyłam na ciąg znaków, których
nie rozumiałam, lecz przeczuwałam
ukryte pośród nich magię i sens.

Czasem w przypływie
nielogicznej asertywności
rodzice odmawiali.

„Nie wolno, bo się zniszczy”.

Wpadałam wówczas w szał.
Ma być książka! Natychmiast!

Żadne klocki, lalki, misie i słodycze.
Książki!

W wieku 3 lat zażądałam od taty,
aby zapisał mnie do wiejskiej
biblioteki po drugiej stronie ulicy.

I w taki sposób stałam się
najmłodszym zapisanym „czytelnikiem”
w dziejach historii (tejże wsi). A jednak….

…gdy sięgam pamięcią wstecz i myślę,
o czytanych przeze mnie książkach
mam czarną plamę. Owszem widzę książki.

Widzę całe ich stosy.

Dziesiątki, a potem setki wypożyczanych
tytułów. Prezentów urodzinowych i na gwiazdkę,
pamiętam jak ciągnęłam rodziców za rękaw,
gdy mijaliśmy w mieście księgarnię.

„Poproszę zamiast lodów” – zwykłam mówić.

Czytałam tak wiele, ale tak mało skończyłam.
Książki nudziły mnie po kilkudziesięciu stronach.

Podczas lektury wpadałam na myśl,
że napisałabym to lepiej,
inaczej, że bohaterka byłaby inna.

Otwierałam zeszyt i dopisywałam własne
wersje wydarzeń, dodawałam postaciom cech,
które były mi bliższe.

Wiele z nich było samotnych.

Chyba po to mi były książki.
Aby poradzić sobie z bezbrzeżną samotnością
jedynaczki – nieco dziwnej, bo zamkniętej w sobie,
zbyt łatwo popadającej w refleksyjność, zamiast
po prostu się bawić.

Książki ratowały od smutku.

Albo inaczej – pozwalały go oswoić.
I dlatego, gdy w książce postać dokonywała
innego wyboru, niż dokonałaby go ówczesna
introwertyczna dziewczynka, zaczynałam pisać sama.

Nie mam więc wielu wspomnień z literaturą,
która zmieniła moje życie. Mam jednak wiele
wspomnień z literaturą, którą postanawiałam
zmienić sama.

Tokarczuk napisała, że przede wszystkim
jest czytelniczką, a dopiero potem pisarką.
Chyba mam na odwrót. Najpierw pisanie.
Potem lektura.

Może jednak cierpię na
pewną formę autyzmu?
Wieczna potrzeba kontroli
budzi we mnie sprzeciw i złość.

Zrobiłabym to inaczej”.
Zatem może potrzeba pisania,
bierze się właśnie z powodu
obsesyjnej potrzeby kontroli świata?

A jednak, im starsza jestem,
tym coraz więcej książek pojawia
się w moim domu.

Stare, antykwaryczne
egzemplarze. Dzieła ratowane od zapomnienia
ze sklepów charytatywnych. Zniszczone,
pożółkłe lektury kupione za 5 zł
na jarmarcznych pchlich targach.

Stendhal.
London.
Atwood.
Gaiman.
Le Guin.
Dick.
Stone.
Heller.
Hemingway.
Blixen.
Jansson.
Steinback.
Gilbert.
Dickinson.
Stevenson.

Spoglądam na nie codziennie,
wielu z nich wciąż nie przeczytałam,
(bo nie mam czasu?), lecz
kilka z nich (tych przeczytanych)
zmieniło mnie od środka.

Fikcja jest wymagająca. Trzeba
wierzyć, że jest samoistnym
bytem, który posiada zdolność
transformowania.

Kiedy patrzę na te książki szukam odpowiedzi.
Dlaczego ci autorzy? Dlaczego te dzieła?
Co mnie przyciągnęło?
Czego się w nich boję, że wciąż nie czytam?

A jednak, im starsza jestem, tym więcej czytania,
a mniej przenoszenia na papier.

Nie pamiętam lektur,
które mnie ukształtowały.
Wiem jednak, które na mnie wpłynęły,
gdy byłam już dorosła.

„Martin Eden”
(zaszczytne
miejsce w sercu).

„Mistrz i Małgorzata”
(największy zachwyt).

„Wilk Stepowy”
(największy smutek i podobieństwo do postaci).

„Buszujący w zbożu”
(największe rozczarowanie i antypatia
do bohatera).

O ironio, sami mężczyźni!

Oprócz tego:

„Botanika duszy”.
„Lalka”.
„Ziemiomorze”.
„Wszystkie strony świata”.
„Bieguni”.
„Dom dzienny, dom nocny”.
„Hobbit. Czyli tam i z powrotem”
„Jedz, módl się, kochaj”.
„Muminki”…

Okresy najintensywniejszego czytania
zawsze pojawiają się w odpowiedzi na
samotność. To forma ucieczki.
Ale też samopocy. Regulacji emocji.

Najwięcej czytałam w chwilach największej
pustki – tej wewnętrznej jak i relacyjnej.

Myślę, że dziś taką rolę w wielu domach
pełni Netflix. Pojawia się to dręczące
uczucie bólu więc wciskamy „play”.

Nie jesteśmy z tym sami.
Na drodze towarzyszy Witcher,
Atypowy, tudzież Grace i Frankie.

Taka niezobowiązująca randka
z bohaterami, którzy nie chcą (i nie mogą)
niczego zażądać w zamian.

„Postacie literackie traktujemy naiwnie
jak ludzi napotykanych w rzeczywistości,
czerpiemy od nich pełnymi garściami życie
i żałujemy, że one nie mogą wziąć nic od nas”

pisze Tokarczuk w „Czułym narratorze”.

Ja sądzę jednak, że dlatego czytanie
jest bezpieczne- prawdopodobnie
bezpieczniejsze niż spotkanie się
z człowiekiem naprawdę.

To trochę jak laboratorium doświadczeń.

Rozwiązujmy problemy i nawiązujemy
relacje fikcyjnie mając czas na oswojenie
i chwilę refleksji.

Jak na terapii.

W małym gabinecie uczymy się
być w żywej i autentycznej relacji
z drugim człowiekiem.

Chcemy uciec,
ale na przekór – zostajemy.

A potem, po roku czy miesiącach
tej psychologicznej pracy wychodzimy z nową
jakością do prawdziwego świata.

I wytrzymujemy to, co jest.









Featured

„Zabrania się bawić! Zabrania się śmiać!”

Chyba straciłam umiejętność pisania –
snucia opowieści, które przekazują emocje.
Bardzo możliwe, że moja studnia słów wyschła.

Nie nagle. Nie z dnia na dzień.
Lecz powoli. Głodzona latami
traciła swoją wilgotność i sens.

Owszem – piszę.

Każdego dnia setki słów
wydostają się spod palców, by
zastygać na kartkach wirtualnego papieru.

Krótkie newsy.
Dłuższe recenzje.
Obowiązki, spisane na małych karteczkach.
Rzeczy, które trzeba wykonać.

Słówka w obcym języku, które
trzeba spamiętać,
przyswoić,
zrozumieć ich sens.

A niedokończona powieść pomijana
milczeniem zastyga nagle na 200 stronie;

Bohaterka dostała paraliżu –
teraz przypomina dziewczynę, która
wbrew nakazom spojrzała w oczy Bazyliszkowi.

Kamień, nie dziewczyna.
Bez życia, oddechu i myśli.
Tak jak blog – również zastygł,
bo zaniknął w nim ruch.

Atrofia emocji, rytmu i dźwięku.

Bo zadania.
Obowiązki.
Praca.
Nauka.
Zmęczenie.

Ciasny kalendarz – tłumaczę sobie.

Praca, druga praca.
Rower. Norweski.
Piekę ciasto i chleb.
Relacje. Trzeba zadzwonić.
Zaprosić. Zadbać. Ugotować.
Terapia. Podlać kwiaty.
Przesadzić kwiaty.
Zrobić zakupy.
Obejrzeć podcast.
Zrecenzować lekturę.
Wyrobić się.

Słyszysz to?
To mój Rodzic.
Wewnętrzny, surowy głos.

Nauczyciel.
Krytyk.
Oprawca.

Nie wolno.
Zabrania się.
Należy i trzeba.
Muszę.

Ma ładnie przykoszony trawnik,
każde źdźbło trawy przypomina
sąsiednie. A na środku tabliczka:

NIE WCHODZIĆ!

Niewiele tu zabawy.
Wpadłam w bycie dorosłą.
Wydoroślałam.

Spoważniałam za bardzo,
za mocno, za szybko, zjadając
własne roześmiane Dziecko –
niczym Kronos połykający Hestię.

Moja Hestia – była boginią ogniska domowego
-pieleszy, ciepła, swawoli i zabawy.

Opiekunką sztuki i kultury –
świętego ognia refleksji i introspekcji.
To ona podsuwała mi książki.

-Przeczytaj. To fikcja.
-Szkoda czasu – mówię – na fikcję,
bo nie zdarzyło się naprawdę.


-Posłuchaj – proponuje Hestia
i podkręca regulator z muzyką, która budzi
niebezpieczne emocje.

-Żadnej muzyki! Nie mam przestrzeni!
-No to film. Chodźmy do kina!
-Strata czasu. Trzeba dojechać.
I wrócić. A jak film mi się nie spodoba?
Jak się znudzę? Rozczaruję? Kto zwróci mi
cenny czas?


Nim się obejrzałam, już jej nie było.

Połknęłam moją towarzyszkę zabawy,
zabroniłam jej tracić czas na śmiech,
wzruszenie i zabawę.

Sztuka?
To wynalazek bogatej arystokracji!
Nie daj boże, żebym miała wolną przestrzeń.
W tym domu zabrania się nudzić, leżeć czy być.

Żadnego bycia – działanie! Działasz, więc jesteś,
oto dowód – praca wykonana i zmęczone ciało
oto twoje świadectwo i paszport do życia.

W fikcji, muzyce, opowieści i nudzie
czają się emocje. Smutek. Pustka.
Niepokój, który drąży mięśnie.
I wieczna, głodna tęsknota.

Za bliskością.
Intymnością.
Ciekawością.

Samym byciem,
które nie wymaga pozwoleń.

Uwaga na nudę! Uwaga na
wolne przestrzenie! To w nim czai się
zmęczony smutek.
oraz smutne zmęczenie.

Dziecko – to nie tylko zabawa i głupoty.
To również uznanie niezrealizowanych potrzeb.

Bliskości. Czułości. Uwagi.
To tęsknota.
Żywe przeżywanie.
Czucie.
Jak bicie serca.

Dlatego tak przeraża.

Jakie jest Twoje wewnętrzne Dziecko?
O czym marzy? Czego pragnie? Czego nie chce?
Czy lubi się z Rodzicem?
A może kłócą się bez przerwy?

U mnie jak w niemym kinie –
czerń i biel – wieczny kontrast i konflikt,
bez drogi środka.

Tu nie ma mowy o (s)pokoju.
Ta kraina jest polem ciągłej walki i ścierania
się dwóch sił. Niesprawiedliwa to walka,
gdy jedna ze stron wciąż wygrywa
bo ma przewagę.

Jest większa.
Starsza.
Wyższa.
Silniejsza.
I umie manipulować.

Dziecko nie potrafi.

Po prostu czuje.
I przegrywa – zamknięte
w ciasnym brzuchu dyktatora Kronosa.
Jedyną rozrywką jest patrzeć na trawnik
usiany tabliczkami:

„Zabrania się bawić!”
„Zabrania się śmiać!”.

Za mało Dziecka.
Za dużo Rodzica.

Dorosłość…
Kiedy to się stało?







Featured

Czego chce twój mózg? Zdziwisz się, ile rzeczy mu nie służy!

Czy wiesz, że mózg zużywa aż 25 proc. dziennego
zapotrzebowania energetycznego?
Zatem to, czym go karmisz oraz ile czasu
dajesz mu na sen ma ogromne znaczenie.

Znaczenie o tyle potężniejsze, że wpływa nie tylko
na jakość myślenia czy kierowania
podstawowymi funkcjami neurologicznymi, ale
również na nasz stan emocjonalny.

Naukowcy odkryli, że w zależności od
jakości przyjmowanych pokarmów, ilości snu,
poziomu odczuwanego stresu oraz czasu
spędzanego w sieci (w tym w social mediach)
możemy sprawić, że będziemy pogodnymi
ludźmi albo wręcz przeciwnie – pogrążonymi
w depresji.

Jak to możliwe?

Przede wszystkim mózg nie lubi robić wielu rzeczy naraz.
Multitasking to mit!

Nie lubi również stagnacji, używek i tłuszczy trans (choć ty sam
możesz być przekonany, że jest zupełnie na odwrót).

Mózgowi służą: regularny sen.
zielone warzywa, orzechy i inne źródła kwasów omega 3,
woda (dużo wody!), medytacja, powietrze, cyfrowy detoks
oraz silne więzi społeczne.

Nie służy mu scrollowanie Facebooka,
zarwane noce, izolacja i nadmiar kofeiny.

Dr David Perlmutter to dyplomowany neurolog
i naukowiec w American College of Nutrition.

Jest autorem wielu książek o mózgu,
w tym światowego bestselleru Brain Maker.
Zdrowa głowa. Jak bakterie
jelitowe chronią mózg,

a także najnowszej zatytułowanej
Mózg na detoksie wydanej przez Sensus.

Ta jednak nieco różni się od poprzedniej –
w najnowszej ksiażce mamy bowiem
gotowy program „naprawy” mózgu, a więc
przywrócenia mu optymalnej sprawności.

Dr David Perlmutter nazwał to
„korzystnym przeprogramowaniem mózgu”.

Brzmi jak „hakowanie”?
Spokojnie! Z korzyścią dla ciebie!

Skoro każdy z nas nieustannie pada ofiarą
manipulacji ze strony marketingowców, korporacji,
szefów działu reklamy czy wujka Google, to dlaczego by
nie przeprogramować się samemu?

Czyli na własnych zasadach
– w pozytywny sposób.

Twierdzisz, że to niemożliwe?

Zdaniem autora, nie tylko możliwe, ale
również konieczne, jeśli chcemy wieść
lepsze i bardziej spełnione życie.

10 -dniowy program dr Davida Perlmuttera jest
prosty w zastosowaniu i wymaga jedynie
konsekwencji i regularności.

Najpier neurolog wyjaśnia nam
jak działa mózg, i co robi z nami dopamina,
a następnie przechodzi do praktyki.

Narzędziamy do zmiany będą:

Natura.
Kuchnia.
Łóżko!
Aktywność fizyczna.

Cisza i spokój.
Cyfrowy detoks.
Więzi społeczne.

Żeby jeszcze bardziej nam ułatwić,
dr David Perlmutter obiecuje widoczne
zmiany w funkcjonowaniu po 10 dniach.

Lepszy sen.
Lepsze trawienia.
Pogoda ducha.
Kreatywność.
Silna koncentracja.
Poczucie przynależności.

Przygodę z korzystnym hakowaniem mózgu
rozpoczynamy od zrobienia sobie urlopu
od sieci, kończymy zaś na budowaniu ważnych relacji.

Oczywiście koniec jes tu tylko umowny.
Tak naprawdę to dopiero początek wielkiej
przygody szczęśliwszego (niezależnego) życia.

Niestety każdą zmianę bardzo łatwo utracić, więc
autor przestrzega czytelników przed złudzeniem
„trwałej transformacji”.

Jeśli chcesz mieć zdrowy mózg, musisz stać się
obserwatorem własnych, codziennych zachowań.
To wymaga dyscypliny i regularności.

Im lepsze samopoczucie,
tym większa szansa,
że jesteś na dobrej drodze.

Innymi słowy – jeśli czujesz się szczęśliwy,
bardzo możliwe, że twój mózg otrzymuje od ciebie
wszystko to, co mu służy – i zwiększasz
sobie szanse na długie życie wolne
od chorób neurodegeneracyjnych.

Depresji, demencji, choroby Alzheimera
i choroby Parkinsona – a więc chorób
które są w pierwszej dziesiątce przyczyn
przedwczesnej umieralności.

To nie będzie odkrywcza lektura dla
tych, którzy czytali „Zdrowie mózgu” W.J. Walsha,
czy „Mózg. Podręcznik użytkowania” M. Marco.

„Detoks mózgu” tylko tą wiedzę układa i dobrze
systematyzuje. Ale bardzo możliwe, że książka przypomni
o prostych rzeczach, które poprawiają jakość życia,
choć czasem się gubią w codziennych obowiązkach.

Nie wiesz czy ta książka jest dla Ciebie?
Posłuchaj dr Davida Perlmuttera
i przekonaj się sam.


Po więcej zapraszam do książki.

Tytuł: Mózg na detoksie
Autorzy: David Perlmutter
Austin Perlmutter
Kristin Loberg

Wyd.: Sensus
Rok wyd.: 2021
Strony: 304

Featured

Jak się czujesz? Ta książka zmieni Twoje podejście do emocji

Nie przepadam za poradnikami, które
zasypują milionem wskazówek „jak żyć?”,
albo „jak odnaleźć szczęście”.

Lubię natomiast książki popularnonaukowe,
które podpierają się faktami.

Nie ma tu „być może”, są dane.
Statystyki. Randomizowane
badania, żywi ludzie i osobiste,
często intymne przykłady z życia.

I oczywiście zaufanie autora/autorów w
wewnętrzną dojrzałość czytelnika
oraz jego naturalną inteligencję.

Nie chodzi o to by wyjaśniać do bólu,
to, co przedstawiają fakty.

Chodzi o to by, czytelnik samodzielnie
wyciągnął wnioski, a potem
w zależności od decyzji mógł je
zastosować w codziennym życiu.

I dlatego chcę Wam dziś napisać o pewnej książce.

„Pozwól sobie na uczucia”
brzmi jak oksymoron?

W końcu na co mielibyśmy sobie pozwalać lub nie,
skoro uczucia ze swej natury są zmienne i
ulotne jak wiatr?

Ostatecznie żadna z emocji nie
wymaga naszego przyzwolenia – najczęściej
pojawia się nieproszona, niekiedy krzykliwa,
nieustępliwa i gotowa pokrzyżować nam plany.

A jednak, jak przekonuje autor – Marc Brackett
niewielu z nas pozwala sobie czuć, to co czuje.

Szczerze mówiąc – raczej cechuje nas
brak akceptacji, walka i wypieranie.

W końcu od dzieciństwa uczono nas, że emocje to nic
innego jak wewnętrzny hałas, który natychmiast należy
uciszyć.

„Nie płacz”.
„Nie krzycz”.
„Nie bój się”.
„Uśmiechnij się”.


Brzmi znajomo?

Z pojęciem „inteligencji emocjonalnej” po raz pierwszy
zetknęłam się dekadę temu, gdy odkryłam Daniela Golemana.

Jego „Inteligencja emocjonalna” oraz
„Inteligencja społeczna” zarezonowały z moją wrażliwością.
Zaufaniem do nauki. Emocjonalnością.

Szukałam dla siebie pomocy,
czy raczej wyjaśnienia – po co mi emocje?

„Inteligencja emocjonalna” była jak furtka do
świata wiedzy – nie tej zdroworozsądkowej, ale
gorącej, impulsywnej, intuicyjnej.

I choć przeczytałam mnóstwo książek,
uczestniczyłam w warsztatach psychologicznych,
medytowałam, chodziłam na terapię, to każdego dnia
wciąż na nowo zadawałam sobie dwa pytania.

Jedno z brzucha. A drugie z głowy.

„Jak się czujesz?”
oraz „Po co ci smutek?”.
Bo przecież przychodził tak często,
że najwyraźniej przychodził po coś – czegoś chciał.

Marc Brackett również zadawał sobie te pytania.
Zadawał je także swojemu otoczeniu, współpracownikom,
dzieciom w placówkach edukacyjnych i badanym.

Wiesz co odkrył?
Że jeśli chodzi o emocje
wciąż tkimy w przedszkolu.

Więc, jak się czujesz?
Dobrze.
Tak sobie.
Źle.
W porządku.

I tyle!

Tymczasem emocji jest cała paleta barw!
Emocje zmieniają się z chwili na chwilę i
przychodzą niczym rzecznicy określonej sprawy.

Po coś.

Marc Bracket też próbuje odpowiedzieć na to
pytanie: po co. I nie ustaje w zmaganiach, aby
zachęcić czytelnika do pogłębionej analizy.

Jak się czujesz?
Zajrzyj głębiej – mówi.
Bądź badaczem własnych emocji.
Poświęć sobie kilka minut
i sprawdź, co odkryjesz w swoim wnętrzu.

A teraz zobacz po co ci to.
O czym mówi twój gniew?

Co dobrego zrobił przed chwilą smutek?
Co się dzieje podczas ekscytacji?
O czym musisz pamiętać czując pożądanie?

Zdecydowanym plusem lektury jest to, że
nie daje gotowych recept czy odpowiedzi na to,
jak radzić sobie z emocjami.

Autor zachęca do spojrzenia
na uczucia z różnych perspektyw – trochę chłodnym okiem
badacza, który bazuje na faktach,
ale i z życzliwością przyjaciela.

W końcu nie ma na świecie nikogo, kto by nie czuł.
Wszystkich nas łączy takie samo emocjonalne odczuwanie,
a więc nikt z nas nie jest samotny.

Książka zainteresuje zarówno laików,
jak i wszystkich tych, którzy już uszczknęli
wiedzy psychologicznej tu i ówdzie.

Obawiałam się, że będę się nudzić.
Nic podobnego.

W końcu nasze emocje to najlepsi aktorzy
na scenie zwanej życiem wewnętrznym.

Zachęciłam Cię?
To świetnie! Po resztę ciekawostek
zapraszam do książki.

Tytuł: „Pozwól sobie na uczucia”
Autor: Marc Brackett
Wydawnictwo: Septem
Rok wyd.:2021
Strony: 414

Featured

Dokąd tak pędzisz dziewczyno?

Ten blog miał być zupełnie inny.

Nie zrozum mnie źle – kiedy zakładałam go
w 2014 roku było dla mnie jasne, że będzie
miał formę luźnej eseistyki.

Bywało różnie.

Blog rósł i malał wraz ze mną
adekwatnie do życiowych fal.

Niekiedy pisałam recenzje książek,
i zachwycałam się filmami. Czasem wrzuciłam
jakiś przepis na ciasto lub zupę wegańską.

Pojawił się post o „Mapie Marzeń” i artykuł o „Siostrzeństwie”.
Ranking Książek, które TRZEBA przeczytać, a także
kilka opowieści o człowieku i jego psie.

Blog nigdy nie wpisywał się w określony kanon.
Nigdy nie był blogiem kulinarnym czy książkowym,
choć było kilka prób, aby takim go uczynić.

Coś przyciąć, coś dodać, z czegoś zrezygnować.
Ale wiesz co? Nie dało się.
Bo ta strona jest jak kobieta,
która na niej publikuje.

Nieokreślona, bez etykiet,
z wieloma zmiennymi tożsamościami.

Jakiś czas temu ten pomysł pojawił się znowu.
Uczynić blog „jakimś”.
Myślę sobie – będę wrzucać dużo
merytorycznej wiedzy.

Wreszcie setki przeczytanych książek,
obejrzanych dokumentów i usłyszanych
podcastów znajdzie źródło ujścia.

Weganizm.
Prawa zwierząt.
Dietetyka.
Neurobiologia.

Napiszę posta o mitach na temat białka.
roślinne vs. zwierzęce, bo wciąż budzi
niezrozumienie.

Albo o B12.

Lub o różnicach faz snu:
REM i NREM.

Napiszę o wegańskim żywieniu w diecie
sportowca, albo o gęstości odżywczej.

A więc usiadłam po miesiącach przerwy
i zaczęłam stukać w klawiaturę, słuchając
co mówi moje serce.

I wiesz co?

Nie było tam witamin, dietetyki, biologii
ani wielkich idei. Było proste życie.

Luźna eseistyka.
Spokojna, cicha wędrówka.
Oto, co wyszło z wielkich planów.

Spacer.

Słowo, które stało się myślą przewodnią.
Słowo, które zawiera w sobie
„powolność” i „bezcelowość”.

Spacer.
Wędrówka.
Włóczęga.

Jakże mi bliskie – a jeszcze bardziej
odkąd mam psa o wilczym sercu.

I choć wędrówka wiąże się z ruchem
to jednak łączy mi się z byciem blisko ziemi.
Z ukorzenieniem.

Minęły trzy lata odkąd tu mieszkamy.
Dolny Sopot, tuż przy lesie. I właśnie tu
po raz pierwszy pozwoliłam sobie
zapuścić korzenie.

Brzmi „statycznie”,
a jednak jesteśmy w ruchu –
wciąż dużo tu wiatru i
chłodnego północnego powietrza.

Wiatr popycha naprzód.
Mówi „w ruchu tkwi życie”.

Więc chodzimy po lesie.
Codziennie.
Dziewczyna i i jej pies.

W lesie jest głośno od ptasich treli,
ale jakże cicho od ludzkich historii.
Owszem, spotykamy psiarzy.
Codziennie tych samych.

Znamy swoje imiona i
imiona psów.

Czasem przystajemy, żeby
spojrzeć sobie w oczy, niekiedy wędrujemy razem
przez dwa kilometry dochodząc do rozstaju dróg.

Czasem mijamy się bez słów –
wystarczy zwykłe kiwnięcie głową.

Piotr.
Ukraińskie korzenie, mały terier Bruno.

Kacper.
Biała, kudłata Chmura,
która biała bywa tylko czasami.

Karolina i jej dwa adopciaki:
Krawat i Pirat, które Lunę szczypią w tyłek.

Tym jest dla mnie wędrówka – byciem w ruchomej
uważności na siebie i cały świat. Bez rankingów,
bez ścigania się czy zadyszki.

Aż dziw, że jakiś czas temu mogłam tylko biec.
Po co? Żeby uciec.

Przed niepokojem. Przed demonami.
Emocjami, których dużo.
Samotnością pośród ludzi.

Z tej potrzeby podkręcenia tempa
założyłam konto na Stravie
(aplikacja, która zlicza kilometry, spalone kalorie
i zestawia w rankingach z innymi uczestnikami tej samej
dyscypliny sportowej).

Kupiłam piękną kolarzówkę.
No i wpadłam.
Wielkie dopaminowe szaleństwo:

wyścigów,
porównań,
treningów,
celów…

które nijak miały się do tego,
co chciało ciało.

Naprawdę bardzo potrzebowałam
od siebie uciec.

Jednak w ostatnich tygodniach
zatrzymały mnie trzy rzeczy.

Pierwszą była żółta kartka od ciała.
Fizyczna niemoc. Po 170 km w szóstym tygodniu
reżimu ciało powiedziało „dość!”.

Padłam.
Mądre ciało nie poddało się
terrorowi ambitnego umysłu.
Nie tym razem. Wszystko ma swoje granice.

Drugim „stopem” było zdjęcie, udostępnione
na tablicy dawnej znajomej. Na zdjęciu była drewniana ławka.
A na niej napis namalowany zwykłym spreyem:

„Usiądź. Odpocznij.
Zastanów się po co żyjesz”.


Chwyciło mnie za serce
Zatrzymało. Zapłakałam.
Gdzie się podziała dziewczyna, która
przysiada na łące i kontempluje motyle?

I trzeci „stop” – jakże zielony i kwitnący
pełen wdzięcznych zapachów – Wiosna.

Rozkwit. Pąki. Ziemia.
Ptaki. Borsuki. Kwiaty jabłoni.
Wszystko pobudziło zmysły.

Pojawiła się tęsknota.

Wysiać.
Posadzić.
Coś urodzić.
Stworzyć.

Spojrzałam na zaniedbane
kwiaty w mieszkaniu.
Jakże mogłam zapomnieć?

Tak bardzo inwestowałam w uciekanie, że
pominęłam to, co naprawdę ważne i bliskie życiu.

A rośliny czekały.

Walczyły z suchą ziemią, niezłomne,
pełne wiary, że jeszcze do nich wrócę.

I te piękne drewniane skrzynki na balkonie.
W wielkiej chęci przyjęcia ziemi, nasion, sadzonek, korzeni.
Ziemia we mnie też czekała – ukorzeń się!
Chcesz być w ruchu? Ok. Po prostu wędruj!

Posłuchałam,
choć nie bez obaw.

Przyjaciółka, pies i ja ruszyłyśmy na piesze wędrówki –
takie, jakich miałam pełno jako
dziecko i młoda dziewczyna.

Kilkanaście kilometrów
z przysiadaniem na polanie
i starych pniakach.

Długie i krótkie przerwy robione od niechcenia,
aby zauważyć, usłyszeć, poczuć.
I jak Hobbit – zjeść drugie, trzecie i
czwarte śniadanie.

Wiedziałam, że przyjdzie nieuniknione.
Że jak zwolnię, to przyjdą emocje.
Smutek. I pustka. I samotność.

Czas w naturze okazał się być lustrem z jednoczesnym
powrotem do domu. Owszem. Spotkałam siebie.
Smutną. Zmęczoną. Powolną.
Samotną. Tak bardzo pragnącą gdzieś należeć.

Jednak paradoksalnie,
to przed czym uciekałam okazało się
prawdziwym lekarstwem.

Pomogło znaleźć miejsce w świecie pełnym fal,
cykliczności, rodzenia i umierania.
Było miejsce zarówno na zmęczenie
jak i na zwykłą radość.

Znów poczułam, że jestem naturą.
Zmianą.
Uczuciami.
Ruchem.

Bez intelektualnego rozkładania
na czynniki pierwsze typu „myślę więc jestem” –
ale z czystego, zmysłowego stania na mokrej ziemi
i doświadczania słońca na skórze.

Jestem.

Znów poczułam się
przynależna, pasująca, kompletna.

Z korzeniem głęboko zanurzonym w ziemi.
Z listkiem poruszanym przez wiatr zmian.
I konarem, które pragnie objęcia ptaków.

Wszyscy jesteśmy niekończącą się
wędrówką przez czas.

Gdzie tak pędzisz?

„Usiądź. Odpocznij.
I zastanów się, po co żyjesz”.

Featured

Współcześni nomadzi. Zmianę mamy we krwi

Kiedy mama opowiada o mnie
koleżankom mówi:
„prowadzi koczowniczy tryb życia”.

Brzmi zabawnie,
bo jest mocno podkoloryzowane.
Słysząc to, zawsze się uśmiecham.

W moim odczuciu,
tryb życia jaki wiodę daleki jest od nomadyczności,
choć w perspektywie „typowego” Polaka,
może tak wyglądać.

Bo dużo tu zmiany.
Płynności.
Niestabilności.
Niepewności.
Powietrza.
Eteru.

Czyli tego, czego „typowy dorosły”
unika, bo się boi.

Zamuruj,
zabetonuj,
ustal,
podpisz,
zapewnij,
na zawsze.

A u mnie „tymczasowo”.

24 przeprowadzki.
10 różnych prac.
5 dłuższych związków.
Kilka niepoważnych.
Zainteresowania,
które zmieniają się ja pogoda.

Żywioł powietrza
porusza umysłem i mięśniami.
Domaga się intensywnego ruchu;
namiętnego tańca w rytmie przyśpieszonego pulsu.

Wstawaj,
działaj,
oddychaj,
uciekaj!

Czuję, że coraz więcej osób żyje
mając zmianę we krwi.

Bardzo możliwe, że kiedyś wszyscy będziemy
nomadami, a droga stanie się domem.

Nikt już nie będzie kupował na zaś.
Nie będzie kredytów hipotecznych
i aktów własności. Dobytek niesiony
na plecach złożony z kilku rzeczy,
wiedza i doświadczenie jako polisa.

Bo życie jest ruchem.
Klatka piersiowa wznosi się
i opada. Krew płynie, niezależnie
od spoczynku czy działania.

Gdybym miała pomyśleć
o słowach, które określają
życie współczesnych, byłyby to:

zmiana
tymczasowość
chwila.
Życie złożone z chwil.
Ulotność.

Bezruch zabija. Człowiek gnuśnieje
i staje się ciężki. I wtedy tak łatwo
jest opierać się życiu i zmianie.
Komfort jest słodki jak cukier.

Tuczy i zabija powoli niczym blady przeciwnik.
Świat staje się ciepły, ciasny i wygodny.
A przestrzeń dopuszcza tylko, to co
zna i czego się nie boi.

Kiedyś sądziłam, że nie lubię zmiany.
Bałam się wszystkiego, co nowe
i dynamiczne. Zawinąć się w koc.
Zastygnąć. Znieruchomieć.

Bo życie jest drapieżcą.

Wielką niewiadomą, której nie da
się ustalić i przewidzieć. A ja tak
bardzo potrzebuję KONTROLOWAĆ!

Bardzo możliwe, że jednak
podświadomie wyrażałam życzenia
o zmianę, której tak bardzo świadomie się bałam.

Wiedziałam, że przyjdzie.
Nie było innej opcji.
Życie ludzkie i świadomość
zawsze dożą do ruchu, zmiany
i dynamicznego rozwoju.

Aż przyszło.
Kryzys. Rozsypka.

Nastał czas kolejnej weryfikacji:

Co jest moje, co przybrane.
Ile mnie chce trwać w strukturach,
a ile żyć w wolności. Ile naturalnie
mam w sobie ruchu a ile to
potrzeby narzucone przez kulturę.

Pierwsza weryfikacja: miesiąc można przeżyć za grosze.
Nikt z nas nie potrzebuje do życia zbyt wiele.

Druga weryfikacja:
8h za biurkiem zabija i jest nieludzkie.

Trzecia weryfikacja:
opieranie się zmianie przynosi ból.

Czwarta weryfikacja:
życie i świadomość zawsze dążą do rozwoju.
Jest ci dobrze i bezpiecznie? Uważaj.
Za rogiem czai się niespodzianka.

„Into the wild”, „Dzika droga”,
„The way”, „Siedem lat w Tybecie”.
Moje ulubione filmy są kinem drogi.

Z niecierpliwością wyczekuję premiery kolejnego,
w którego tytule zawiera sią cała filozofia
potrzeby ruchu, dynamiki i zmiany – „Nomadland”.

Podczas oglądania trailera w pamięć zapadło mi
zdanie wypowiedziane przez główną bohaterkę ( Frances McDormand ), która podróżuje vanem przez Amerykę.

-Are you homeless?– pyta ją pewna młoda dziewczyna
-No. I ‚m houseless – odpowiada Fern.

Ile w tym naturalności, a ile ucieczki?
Ile ziemi jest w ruchu? Ile w nas ziemi?
Bo przecież potrzebujemy i tego.
Żeby nie odfrunąć lub nie stać się
bezforemnym eterem.

Ale czy „dom” musi mieć formę? I ściany? I sufit?
A może wystarczy akt własności trzymany
w szufladzie pojemnego serca?

Czy potrafiłabym tak jak Fern i tysiące innych
współczesnych nomadów żyć na czterech kółkach,
mając cały dobytek na plecach lub w bagażaniku?

Nie zdarzyło się, więc nie wiem.
Wszystko jest do weryfikacji.
Wierzę jednak, że będzie nas więcej.

Nomadów. Koczowników.
Włóczykijów. Strzelców.
Podróżników i włóczęgów.

Życie jest ruchem, więc bycie w drodze mamy we krwi.

W intymnej bliskości obiektywu

Przeczytałam kiedyś, że w zdjęciu portretowym człowieka
wyraża się stosunek emocjonalny fotografa do tej osoby.
I pewnie analogicznie jest tak samo z obrazem czy rysunkiem.

Kiedy więc patrzę na ostatnie fotografie, które
zrobił mi ów człowiek widzę miłość, radość i szczęście.

Moje oczy błyszczą – jest w nich głębokie życie
i tak wiele warstw.

Uchwycił to, o czym zapomniałam.
Zobaczył mnie inaczej.
Zajrzał pod powierzchnię,
bo chciał szukać.

Powiedział: jesteś ważna.

Lubię kolekcjonować zdjęcia. Choć większość
trzymam w telefonie, to mam też wydruki
na fotograficznym, błyszczącym papierze.

Czasem do nich wracam.

Przypominają o chwilach i miejscach,
ale przede wszystkim o emocjonalnych stanach.
To jak przejście do Narnii przez
fotograficzne drzwi szafy.

Jedne zdjęcia mogłabym
ułożyć na kupce „radość i natchnienie”,

inne na stosiku „lęk i smutek”;
jeszcze inne są jak czysta kartka papieru
– „Nic nie czuję. Szukam siebie. Nie wiem kim jestem”.

Powracam do nich, aby wiedzieć kim się stałam –
gdzie byłam i co czułam. Oraz jak dawne
przeżycia wyrzeźbiły to, co teraz wysuwa się
na pierwszy plan i wpływa na wybory.

Powracam do nich też po to, aby życzliwie
spojrzeć wstecz – pogłaskać spojrzeniem
i powiedzieć dawnej sobie – „hej, będzie przecież dobrze”.

Tak jak w medytacji miłującej życzliwości.

Najpierw wyrażamy życzenia dla istoty,
która jest nam najbliższa, i do której
ciepłe uczucia przychodzą bezwysiłkowo.

Potem wracamy pamięcią do przeszłości.
Wyobrażam więc sobie dawną siebie –
małą dziewczynkę z potarganym włosem.

Mówię jej:

„Obyś była szczęśliwa.
Obyś była zdrowa.
Obyś była bezpieczna.
Oby żyło ci się z łatwością”.


I dopiero wtedy, kiedy poczuję, że tak jest,
że faktycznie życzę tej małej istotce,
wszystkiego co najlepsze, jestem w stanie
powiedzieć to samo dorosłej sobie.

Nie wiem dokładnie kiedy stałam się
tak okrutnie krytyczna, surowa,
krzycząca, pośpieszająca.

Pamiętam jednak,
kiedy jeszcze taka nie byłam.

Powracam do tamtych zdjęć i patrzę sobie w oczy.
Czułość. Wybaczenie. Sympatia. Ciekawość.

Tak, chyba kiedyś byłam dla siebie życzliwsza.
Byłam sobie starszą siostrą
zamiast być surowym krytykiem i
nauczycielem, który ocenia.

Skąd to we mnie?
Kiedy się wydarzyło?
I kiedy właściwie dorosłam?

Stało się nagle.

Mówią, że w zdjęciu portretowym człowieka
wyraża się stosunek emocjonalny fotografa do tejże osoby.
I tak samo z obrazem czy rysunkiem. Jak w filmie
Céline Sciamma „Portret kobiety w ogniu”.

Im bliżej siebie – portretowana i malarka –
tym więcej detali, życia i warstw na płótnie.

Patrzę na zdjęcia, które niegdyś robiłam.
Widzę, kiedy siebie lubiłam, a kiedy byłam obca.

Rysy łagodnieją, oko się śmieje. Oto nareszcie
Marianne zobaczyła Héloïse w intymnej
bliskości, i ta druga uznała wszystkie
przejawiające się emocje za ważne i potrzebne.

Dlatego lubię zdjęcia i
po to są mi potrzebne.

To jak dziennik bez słów, fotograficzny zapis
emocji zdjęty przy pomocy dłoni, obiektywu
i wzajemnej wymiany.

Swoisty katalog eterycznych uczuć
zatrzymany w nieruchomym kadrze.

Spokojni w niepokoju

Moja kuchnia często pełni rolę domowego biura.
Długi blat zamontowany przy oknie pozwala
obserwować dynamikę miejskiego zgiełku.

Oprócz spacerów z psem po lesie
to jedna z niewielu rzeczy,
która zatrzymuje, bo uwalnia z chaosu myśli.

A chaos myśli
budzi niepokój.

Jedna niepokojąca myśl pobudza kolejną,
a ta paruje się z trzecią i nagle wydają na
świat potomstwo, które pomnaża się
w trybie turbo, zapewne przez pączkowanie.

Oto kortyzol nareszcie może wykonać pracę.
Podnosi ciśnienie krwi, przyśpiesza bicie serca,
oddech staje się szybki i nierówny. Uciekaj! Walcz!
Teraz! Szybko! Prędko! Goni nas czas!

Kiedy tak patrzę w okno,
czuję się bezpieczna.

Próbuję rozsupłać czym jest niepokój.
Skąd się bierze? I czy da się go skutecznie rozbroić?
Bo przecież nie ma się czym martwić. Prawda?

Deadline, rachunki, awizo na poczcie,
kredyt, brak sieci, umowa za internet, hmmm,
kiedy się kończy? A może by tak nowe studia?
Podyplomówka? A może całkowicie nowa branża?

Kłuje mnie w boku. Jezu, kiedy ostatnio robiłam morfologię?
„Nature” podaje, o nowej mutacji SARS COV 2, szczepić się,
nie szczepić? Uspokój się. Oddychaj.

Wszystko będzie dobrze.
Wszystko będzie dobrze.

Ale co to znaczy? I co to właściwie jest „dobrze”?
Żyję w świecie, który karmi się niepokojem
i karmi lękiem całe narody.

Trudno mi znaleźć film lub serial na HBO,
w którym nie ma przemocy, krwi lub przerażenia.
Pozaczynałam dwadzieścia, z niektórymi
zakończyłam przygodę po kwadransie.

Czuję się zmęczona.
To ciekawe, bo niepokój jest energetyczny.

Odpala drugi silnik i okazuje się, że mogę więcej.
A jednak jestem zmęczona. Nieustannie.
Łapię się na tym w chwilach wzmożonej koncentracji
– ciało woła o sen. I czasem sobie pozwalam.

Wyciągam się na kanapie,
okrywam kocem, myśląc że przyszedł
czas na bodyscan – medytację horyzontalną.
Odpalam nagranie: „Poczuj lewą stopę…” i śpię.

15-20 minut regeneracji może zdziałać cuda,
A jednak wkrótce nadchodzi 21.00
i znów padam na pysk jak długa. 8-9 godzin snu
do wczesnego poranka.

To nie obowiązki i nie zadania męczą.
Ale stres. Niepokój. Ta dziwna, niespokojna
energia, która każe coś robić, działać, biec
przed siebie, lecz nie wiadomo dokąd.

Mówią: „Bądź w zadaniach. Bądź w procesie„.
A ja chciałabym czasem być w nierobieniu.
Nie potrafię. Bo gdy nie biegnę, to się boję.

Boję się tak bardzo, że płaczę.
I nie wiem czego. Może tego, że coś trzeba.

Zabawne. Kiedy wrzucam zdjęcia
na Instagrama czytam opis w mojej zakładce bio:
„Blogerka. Weganka. Miłośniczka zwierząt,
wsi i zdrowej kuchni. Żyję inaczej, bo wolniej”.

Wszystko się zgadza, oprócz ostatniego zdania.
Nie żyję wolno. Nie wiem od lat co to „slow life”.

Nie potrafię. Nie chcę. Bo gdy się zatrzymam to zasnę.
Mam obawę, że popadnę w odrętwienie, jak
bohaterzy „Senności” Wojtka Kuczoka.

Znam tylko przeciwległy biegun: biegnij. Natychmiast.
Rób, działaj, trzeba, życie ucieka przez palce.

Zapytasz, czy medytuję.

Staram się, choć wytrzymuję 15 minut.
To, co pomaga to ruch. Im więcej ruchu, tym mniej myśli,
ale przecież to męczy.

Czasem jedynym ratunkiem
przy deszczowej pogodzie
jest pamięciówka.

Otwieram jakąś trudną książkę i się uczę.
Spamiętuję trudne nazwy. Aminokwasy egzogenne.
Aminokwasy endogenne.

Układam je w szeregi.
Nowe, trudne słowa – po angielsku, po norwesku.
Już wiem co to „amino acid fatty”, jestem dumna.

Pisząc ten tekst
spoglądam w okno.

Lubię wtorki, środy, czwartki i piątki
bo życie tętni wielkomiejską energią.

Najtrudniejsze są niedziele.
Za oknem nikt nie chodzi.
Nie jedzie żaden samochód.

Spokój. Cisza. A ja wewnętrznie
wpadam w coraz większą panikę.

Patrzę na Lunę, jak śpi wyciągnięta na grzbiecie.
Chrapie. Oddycha głęboko, miarowo. Czasem w
tym głębokim relaksie puści jakiegoś bąka.

Wybiegana. Nakarmiona. Przytulona.
Niczego więcej nie trzeba. To jest
prawdziwy spokój i najwyższa forma mądrości.

Prostota.

Nie będę walczyć z aktualną „ja”.
Nomadem, pędziwiatrem, niespokojnym duchem.
Będę łapała oddechy w przerwach między
zakrętami.

Pewien maratończyk
powiedział kiedyś:

„zaprzyjaźnij się z bólem, a nigdy
już nie będziesz samotny”.


Zaprzyjaźnię się więc z niepokojem.
Już dawno przestał być gościem.
Zaczął nawet wnosić kartony.

Drogi TeleZajączku…

Wiem, że to nieodpowiednie.
Mam już 35 lat i nie powinnam korzystać
z Twoich usług.

Nikt o zdrowych zmysłach
(i na dodatek w XXI wieku)
nie zamieszcza anonsów towarzyskich
na Łączce Telezajączka w Telegazecie.

To dobre dla 12-latków i
ludzi zacofanych cyfrowo.

Jest przecież Facebook.
Jest przecież Instagram.
I Tinder pożalsieboże.

Nie. Nie jestem ułomna.
Znam social media i nie wstydzę
się swoich zdjęć. Tyle, że …

Nie mam ochoty na kolejne
lakoniczne wiadomości
w małym okienku, które
mrygają w oczy namiastką bliskości.

Może zgubiłam się w czasie,
Albo urodziłam w nieodpowiednim miejscu?
Ale chcę pisać listy. Na kolorowej papeterii.
Ze znaczkiem liźniętym od niechcenia.

Mam na imię Kamila. Mam 35 lat.
Kocham długie spacery z psem po lesie,
lubię czytać fantasy i chodzę wcześnie spać.

Aha. I jeszcze jedno.
Boję się ludzi i często uciekam.

Boję się spotkań twarzą w twarz.
Bo oceniam. Bo boję się oceny.
Bo zbyt dużo słów mnie przytłacza.

W grupie jest łatwiej. Odpowiedzialność
za podtrzymanie konwersacji rozkłada się
na wiele osób. Wtedy mierzę się
z rzeczami prostszymi.

Mokre ręce, szybkie bicie serca.
Układ nerwowy ostry jak brzytwa –
zawsze gotowy do ucieczki.

To naprawdę prostsze. Uwierz mi,
drogi Telezajączku.

Wiem, że jestem trudnym przypadkiem,
ale wierzę, że pomożesz mi znaleźć przyjaciół,
choć „przyjaciel” to wielkie słowo.

Czy ja potrafię być przyjacielem?
Czy potrafię być swoim przyjacielem?

Ciągle stoję z boku. Nie angażuję się, bo
przecież ktoś może odejść. W konsekwencji
odchodzą. Bo przecież nie zaangażowałam się.
Albo byłam zbyt emocjonalna, lękliwa i zmienna.

Mimo to wciąż wierzę, że da radę mnie polubić.
I zostać mimo wszystko. Wierzę, że i ja to potrafię.
Drogi Telezajączku ześlij mi ludzi. Takich jak ja.

Samotnych.
Zaniepokojonych.
Emocjonalnych.
Wrażliwych.
Zmiennych.
I tych co się boją.
Wycofanych.
I ekscytujących się książką,
filmem, ciastem i drobnostkami.

Odpiszę na każdy list. Opowiem swoją
historię i wysłucham Twojej. Nie zapytam
Cię, jak mija Ci dzień. Ale zapytam
jak się czujesz, w co wierzysz i za czym tęsknisz.

Myślę, że czasem z nieba spadają Anioły.

Mają obłocone, stare buty, niepozorną twarz
i uciekają wzrokiem. A jednak potrafią
ukoić pustkę w sercu. Przypadkowe
spotkania. Przypadkowe uśmiechy.

Nieznajomy z psem spotykany raz na tydzień,
który pyta: Jak się czujesz?

I znów wierzę, że nie jestem
samotną wyspą, lecz częścią
pięknego wyspiarskiego archipelagu.

Mam na imię Kamila.
Mam 35 lat i szukam przyjaciół.
Jestem trudnym przypadkiem, ale
wierzę, że można mnie polubić.

Piszę listy, bo to łatwiejsze.

Wiem, że jeśli polubisz mnie
w formie kreślonych na papierze słów, to
nie uciekniesz tak łatwo, gdy spotkasz moje napięcie.

Mam na imię Kamila.
I bardzo chcę Cię poznać.
Wierzę też, że mamy na to czas.