Archiwa kategorii: PSIE SMAKI

Szukając sensu w życiu pełnym zmian

Oto luksusowy problem współczesnego człowieka,
który żyje w świecie pokoju i pełnej lodówki – gdzie
i za ile kupić mieszkanie?

Czy wybrać klitkę w centrum miasta,
czy większe ale dalej?

Pytanie ważne, bo przecież w perspektywie jest
30-letnie spłacanie kredytu i powracanie wciąż
w to samo miejsce.

Niekiedy po trudnym dniu, będę chciała
schować się przed ulicznym zgiełkiem,
a niekiedy głośno roześmiać z głębokiej
wdzięczności do mądrości życia.

I Lunie musi też przypasować .
Bo przecież nie kupuję mieszkania
tylko dla siebie, ale dla nas.

Więc najlepiej żeby nieopodal był las i wiewiórki.
I żeby dom miał balkon lub taras.

Choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystko można mieć.
Koniec końców wygra to, co da więcej plusów.
A najważniejsza i tak jest
przestrzeń i energia miejsca.

Bo przecież każde lokum ma własną duszę.
Ktoś w nim zostawił emocje,
ktoś przeżył historię, a ta wpisała się w ściany,
wypełniła drewnianą podłogę i puste szafy.

Póki co żyjemy z Luną na uchodźstwie.
Życie się pokomplikowało, prawdopodobnie
po to, by ostatecznie mogło się uprościć.

20180831_101302

Musiałyśmy opuścić mieszkanie,
w którym spędziłyśmy prawie dwa lata.

Dla Luny to był jedyny dom po schronisku
jaki poznała. Więc teraz – gdy żyjemy w cudzym
domu, przygarnięte przez łaskawą koleżankę, Luna
się martwi. Bo przecież jest obco, nieswojo, inaczej.

I pewnie jej niepokój wynika też z mojego niepokoju.
Czuje, że „pańcia” jest poddenerwowana bardziej niż zawsze.

I „pani” czasem wychodzi nie wiadomo dokąd, zostawiając na
parę godzin w tej dziwnej obczyźnie, po której chodzą
nieznane człowieki.

Ale jednocześnie też widzę, że dajemy sobie siłę
i odważnie wkraczamy w tę życiową zmianę.

Dla niej jestem silniejsza – bo teraz tylko ja
za nią odpowiadam. Ona oddaje mi całe serce,
bo instynktownie czuje, że jest jedyną istotą z
którą teraz żyję, a więc i jedynym towarzyszem.

20180902_143649

Dziś zabrałam ją na oglądanie mieszkania,
żeby poznać jej zdanie. Śmiało przekroczyła
próg domu i zaczęła się rozglądać.

A potem idąc za moim przykładem – wyjrzała przez okno,
sprawdzając nasłonecznienie (a pomogła sobie
stając na dwóch łapkach, ku uciesze
pośredniczki nieruchomości).

Spojrzałam na jej mordkę. Widzę, że się
uśmiecha -Ładne? – pytam, a ona merda
ogonkiem. -Czy okna od wschodu ci
odpowiadają? – i nie widzę sprzeciwu.

I nic w tym dziwnego, bo przecież psy
nie lubią południowego skwaru.
Dobrze. A więc postanowione? Czekamy
jeszcze na podpowiedź Wszechświata.

Wystawiłyśmy swe intuicyjne anteny
i teraz czekamy na znaki. Co ma być,
to będzie. Uczymy się ufać i brać, co
życie daje i uelastyczniać umysły.

Jednego jestem pewna. Cokolwiek
się wydarzy będzie dla nas dobre.
Bo Wszechświat zawsze sprzyja wierzącym 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

+

O tym jak pies znalazł człowieka

W swojej najnowszej książce, Lolek
Adam Wajrak napisał, że prawdziwa przyjaźń
między człowiekiem i psem powstaje, gdy tych
dwoje nareszcie odnajduje się na wspólnej drodze życia.

Jak sam twierdzi, on nigdy nie szukał następcy Antoni,
dużej suczki, która przez kilkanaście lat pomagała mu tropić wilki.

Owszem, bardzo mu czegoś brakowało, gdy odeszła,
ale nie szukał psa. Czekał. Rozglądał się. Tęsknił.

Ale był cierpliwy. Wiedział, że nie chodzi o to, by jednego
przyjaciela zastąpić kolejnym. Bo pies w pewnym
momencie sam się pojawia, jakby mówił: „o to jestem!”.

Ja szukałam. Ale inaczej.
Szukałam z potrzeby serca,
które wołało o przyjaciela.

20170731_172425

Szukałam dlatego, że pies wyzwala
w człowieku ogromne pokłady uniwersalnej,
bezwarunkowej miłości, która okazana na zewnątrz,
jest jednocześnie pokarmem dla własnego
wewnętrznego dziecka, które chce być kochane.

Szukałam zatem psa, ale inaczej niż przywykło się sądzić.
Szukałam miłości czując, że na świecie, może
całkiem niedaleko jest ktoś, kto też szuka.
I faktycznie. Pewna psia istota pragnęła ludzkiej miłości.

 

Można zatem przyznać Wajrakowi rację-
pies pojawia się sam i po prostu w którymś
momencie dołącza do człowieka, który
wędruje swoją wybraną ścieżką.

Kiedy tylko spojrzałam w oczy Luny
wiedziałam, że od tej chwili będziemy razem kroczyć
przez życie.

W schronisku były inne psy. Ciekawe, radosne,
przemiłe, chcące miłości, mądre i zawadiackie.

Każdego głaskałam przez siatkę, każdemu
zaglądałam głęboko w oczy. Ale dopiero przy
boksie Luny serce zabiło mi mocniej.

Mój upór sprawił, że dziś jesteśmy razem.
Szukałyśmy się. Tęskniłyśmy do siebie.
Czekałyśmy nawzajem. I dziś wiem, że to nie ja znalazłam Lunę,
to cudowny pies znalazł potrzebującego człowieka.

Przypomniałam sobie o tym parę
dni temu, gdy lało jak z cebra.

Ludzie pochowali się w ciepłych domach i świat świecił
pustkami. Drugiego dnia było tak samo. Jakby
bóg deszczu karał ludzi za ich wygodnictwo.

20170731_090117 (2)

Luna jest energicznym psem, który kocha biegać.
Nie, nie zrobię ci tego drugi dzień z rzędu,
nie będziemy siedzieć w domu,

pomyślałam zakładając najlepsze, choć wciąż
przemakalne ciuchy. Ubrałam na siebie sztormiak,
Lunie założyłam szelki i poszłyśmy w ulewę do lasu.

Na naszej ulubionej polanie zrobiło się jeziorko.
Luna widząc je wskoczyła pełna radości
łapiąc w pysk krople deszczu i taplając się w wodzie.
Nie było tego dnia lepszego widoku. Stałam trzy metry od niej,
deszcz spływał mi po twarzy a stopy pływały w butach, ale
widoku takiego szczęście nic nie mogło zastąpić.

To nie ja uradowałam Lunę, to pies znów uradował
potrzebującego człowieka 🙂

Życie zmienia się po adopcji

Untitled design

Before/After.
Właśnie tak chciałam nazwać zdjęcie, które widzicie.

Pomysł zaczerpnęłam z prezentacji,
którą zobaczyłam kilka dni temu na tablicy Facebooka.

Prezentacja była podzielona na dwie części.
Pierwsza z nich przedstawiała psiaki zamknięte
w schroniskowych boksach, a druga część
zawierała zdjęcia tych samych psów, lecz
zaadoptowanych jakiś czas później przez dobrych ludzi.

Różnica na psich pyskach była ogromna!

Na pierwszych obrazkach psy były smutne i przerażone,
na drugich, te same istoty miały uśmiechnięte pyski.

Przez chwilę, przeszło mi przez myśl,
że ktoś zrobił tu niezły photoshop.
Bo przecież różnica nie może być aż tak wielka, prawda?

Zmieniłam zdanie, gdy przeglądając
nasze zdjęcia, odkryłam kilka fotek z okresu schroniska
i porównałam je z najnowszymi, które niedawno zrobiłam.

Te ze schroniska przedstawiały
biednego i przestraszonego zwierzaka.
Luna jest na nich chudziutka, ma położone uszy
i przestraszone spojrzenie.

Na zdjęciach zrobionych po
paru miesiącach mieszkania z nami-
z ludźmi którzy ją kochają i dają jej wszystko,
co najlepsze- Luna tryska radością i zadowoleniem.

Widzę to również u swoich znajomych,
którzy przygarnęli psiaki ze schroniska, a także
na kilku psich blogach, które przedstawiają
życie z adopciakami.

Zwierzęta przecież nie potrafią ukrywać emocji;
zawsze są autentyczne, niezależnie od uczuć,
które im towarzyszą.

Facebookowa prezentacja oraz nasza historia
przekonały mnie ostatecznie , że adopcja dla
wielu zwierzaków jest jedyną szansą na ich szczęście,
a i nam adopcje zmieniają życie na plus.

No bo popatrzcie sami.
Jak tu się nie uśmiechnąć widząc tyle szczęścia na psiej twarzy?

20170415_081456 (5)

Romans słów, czyli poetycko o pisaniu

CAM02191
Każdego ranka, gdy piszę przy biurku, Luna wskakuje mi na kolana i przygląda się  akcie tworzenia 

ROMANS SŁÓW

Kocham słowa zamieszkałe na papierze.
Mogłabym się w nich schować
i zatańczyć solo w przestrzeni akapitów.

Zaślubiona z ciszą,  wciąż żyję w
ukradkowym romansie długich wyrazów,
które koją rozedrgane emocje i
rozłupują twardą obojętność utraconych marzeń.

Tańczę więc tango z wielokropkami,
chwytam za ręce bezmyślne przecinki
i układam słodką melodię o życiu,
którego nigdy nie było.

I choć nie potrafię pisać wierszy,
ani opowiadać bajek, me serce
wciąż próbuje śpiewać poetyckie piosenki.

O marzeniach, które wygasły,
o porzuconej miłości, zbyt krótkich podróżach,
i niedokończonych pomysłach.

Posiałam opowieści w pamięci wspomnień
gdzie czekają niby wierne żony, na powrót męża odwagi.
Może w końcu powróci z wiecznej wojny wyborów,
a jeśli nie on, to ciekawość jego wieczny towarzysz.

Usiądziemy wówczas na ławce w parku
i przemilczymy głośno własne historie.
Złapiemy się pod ramię, bo każde z nas
ma po jednym skrzydle i

Wzlecimy do nieba
gdzie zbierzemy gwiazdy zrodzone
z cudzych wyobraźni, by
nakarmiły nas światłem w bezsenne noce.

 

Nie strzelaj bracie!

20161230_081534


Ostatnio straciłam rachubę czasu.
Na szczęście nie na tyle,
by zapomnieć jaki jutro jest dzień.

Sylwester. Czas znienawidzony przez
introwertyków i psy.

My ubolewamy z powodu zakłóconego spokoju.
chłamu w TV oraz ludzi krzyczących
pod oknami a psy cierpią z powodu
nadmiaru intensywnych dźwięków.

Jeżeli rozważacie zakup fajerwerków,
to zatrzymajcie się i pomyślcie przez chwilę,
czy rzeczywiście warto.

Oto kilka faktów o psach:

Z racji tego, że pierwotnie pies jest
dzikim zwierzęciem,
słuch jest drugim (po węchu)
najsilniejszym zmysłem.

Podczas, gdy uchem człowieka steruje
11 mięśni, o tyle u psa jest ich 17.

To oznacza, że pies słyszy więcej
i intensywniej.

Kiedy my maksymalnie rejestrujemy
dźwięk na poziomie 20.000 Hz, to pies
doświadcza dźwięku nawet o skrajnie
wysokim natężeniu 50.000 Hz.

I tak jak dla nas, delikatny odgłos z odległości
20 metrów jest już niesłyszalny,
o tyle pies zarejestruje cichy szmer
z odległości 80 metrów.

Czy wyobrażacie sobie, co się dzieje
w głowie psa podczas sylwestrowych wystrzałów?
Pies jest w samym sercu wojny! Dodatkowo jest
przerażony bo nie rozumie co się dzieje.

20161230_081543

Odkąd w marketach pojawiły się petardy
i fajerwerki, od kilku dni można usłyszeć
nieprzyjemne wystrzały między osiedlowymi blokami.

Jak na to reaguje Luna?
Kiedy jest w domu, to jeży sierść
i szczeka bez opamiętania jakby
zależał od tego los całego świata.

Nie przemawiają do niej, prośby,
głaski, rozkazy,zakazy ani psie chrupki.
Luna myśli, że dom jest zagrożony.

Wczoraj, gdy byłyśmy na wieczornym spacerze,
nieopodal parku głupa młodzików
urządziła sobie pokaz przedpremierowy.

Najpierw wystrzelili małe fajerwerki,
a potem zwiększając intensywność przeszli
do kolorowych ogni, które były
równie efektowne co głośne.

Luna  biegała wolno.

Po kilku krótkich wystrzałach
wpadła w popłoch, zaczęła biegać
w różnych kierunkach, a potem
przestraszona wbiegła między moje nogi
cały czas głośno szczekając.

Wniosek jest następujący:
nie obędzie się jutro bez ziółek.

Stwierdziliśmy  z Michałem, że w tym roku
odpuścimy sobie wyjście gdziekolwiek.
Zostaniemy z Luną, żeby ją wspierać,
głaskać i uspokajać i czuwać.

Nasza obecność trochę ją ukoi.

Kochani, miejmy serce i odmówmy udziału
w pokazie fajerwerków. Nie strzelajmy, nie kupujmy,
nie wspierajmy. Wiem, że to mało, ale zmiana zawsze
zaczyna się od świadomości i zasad wprowadzonych
do własnego domu.

Dobrej zabawy oraz dużo spokoju
i poczucia bezpieczeństwa dla waszych Pupili.
Widzimy się w 2017 roku!

Gdyby Kid Rock miał psa…

Mówi się, że po charakterze psa możesz poznać
cechy właściciela. Jaki pies taki pan i na odwrót.

Idąc tym tropem można przypuszczać,
że ja i Michał jesteśmy Kid Rockiem,
co ciągle balanguje, rozrabia i
podpala na scenie kolejne gitary.

Luna bowiem jest psem o niespożytej energii.
Ma mocny charakter niczym biszkoptowy labrador
z kultowego filmu na podstawie książki Johna Grogana,
Marley i ja.

W domu jest jako taki spokój. Czasem gdy się nudzi
podchodzi do stołu przy którym piszę, wskakuje mi na kolana
i dwoma łapami uderza w klawiaturę pisząc poetyckie zdanie:

-gzgzghjklljhgfdsdfghjklghjkdfl

No chyba że w ręku
trzymam długopis, to wtedy bierze go w pysk i ucieka.

-Nie będziesz teraz pisać! Teraz będziesz się ze mną bawić!

A gdy jesteśmy w lesie, włącza się w w niej
wilczy instynkt, który karze węszyć, ryć dziury
łapać wiewiórki i porywać w pysk wolno bytujące zużyte chusteczki.

Kilka dni temu miałam również okazję przekonać się
jak Luna reaguje na wieś. W wigilijny poranek
spakowani wsiedliśmy w trójkę do samochodu
i wyruszyliśmy do rodzinnej wsi nad Wisłą.

cam02064

Dwie godziny i dwa wymioty później
byliśmy na miejscu.

A tam, wśród wiejskich zapachów Luna oszalała.
kiedy tylko opuściła samochód wbiegła na
sam środek błotnistego pola, wyciągnęła z ziemi
marchew i seler, po czym zjadła je w ciągu trzech minut.

Żeby tylko na selerze się skończyło, ale nie.
Gdy następnego poranka zabrałam ją
na nadwiślańskie łąki, znalazła zdechłą żabę
i zaczęła ją przeżuwać jak stary kowboj tytoń.

-Luna, nie! Wypluj! Wypluj!

Krzyczałam ganiając ją po łące,
a ta machając ogonem zaczęła uciekać.

-Ale zabawa! Goń mnie! Ha ha ha!

Chwilę potem ją dopadłam. Ku mojej uciesze,
Luna sama stwierdziła, że żylasta żaba nie jest
żadnym przysmakiem. Wypluła ją wymiętoloną.

-Proszę, weź ją sobie. Wcale jej nie chcę.

Skoro żaba nie mogła służyć za śniadanie,
nasza psia przyjaciółka stwierdziła, że
trzeba upolować inne, najlepiej jeszcze żyjące.

Wilczy nosek wytropił w krzakach ptactwo.
Piękne, dorodne bażanty, które widząc drapieżnika
wystrzeliły z głośnym skrzekiem w powietrze.
Luna oczywiście pobiegła za nimi, ignorując fakt że za krzakami jest
płynna powierzchnia.

cam02070

Usłyszałam tylko głośny PLUSK.
Chwilę potem zza krzaków wyszła cała mokra,
wytrząsając z siebie resztę zimnych, błotnistych kropli.

-I co? Fajnie było się wykąpać w jeziorze?
-Niezbyt. Chyba jednak na śniadanie zjem psie chrupki.

Odkąd Luna zamieszkała z nami, byłam ciekawa
jak zareaguje na wieś. Znając jej energię, podejrzewałam,
że zakocha się w tej olbrzymiej przestrzeni
ciszy i mocnych zapachów.

Jednak, niektóre miłości nie zawsze nam służą.
Po tej wyprawie zaczęłam wyrażać dziękczynne
modły za to że mieszkamy w mieście,
Tu bowiem wszystko jest poukładane i przewidywalne.

Psy na siebie nie szczekają, lecz obwąchują z zaciekawieniem,
większość śmieci mieszka w śmietnikach a zapachy są
przytłumione miejskim powietrzem.

Jednym z najzabawniejszych akcentów pobytu na wsi
była końcówka. Chwila pożegnania i pakowania
rzeczy do samochodu.

Kiedy ja wkładałam walizkę do bagażnika,
poprosiłam mamę, żeby potrzymała Lunę
na smyczy. Nie chcieliśmy puszczać jej wolno przed odjazdem,
żeby nie pobrudziła łap w błotnistym polu tuż przy domu.

Luna widząc, że oddaję smycz komuś, kto nie jest jej panią,
wykorzystała okazję. Wystrzeliła jak z procy, ciągnąc po
podwórku mamę.

-Stój! Stój!– krzyczała mama.

A ja choć bardzo chciałam to zatrzymać,
nie byłam w stanie, bo zaśmiewałam się do rozpuku.
Nigdy, w całym moim trzydziestoletnim życiu nie widziałam,
żeby moja mama kiedykolwiek biegała. Nie sądziłam, że potrafi!

Od wczorajszego wieczora,
Luna wypoczywa po wiejskich wrażeniach.

Śpi na plecach i głośno chrapie, czasem przebierając we śnie łapkami.
Patrzę wtedy na nią i nie mogę się nadziwić jaka jest spokojna.
Jak ją znam, to śni o soczystych bażantach uciekających jej sprzed nosa.

Nauka dawania

 

Czasem myślę sobie, że gdyby nie mój pies,
byłabym skończoną egoistką.

Nie wiem czy to kwestia bycia jedynaczką,
czy może charakteru zlodowaciałego pod
wpływem życiowych doświadczeń,
ale od dawien dawna dbam
przede wszystkim o siebie.

Wiąże się to z różnymi rzeczami.

Poczynając od dyktowania warunków
na co idziemy do kina, po odmowę pomocy
osobie, której szczerze nie lubię, na
skrajnej asertywności kończąc.

Asertywności która wyraża
zdecydowane NIE na każdą propozycję,
która nie przypada mi do gustu.

Słyszałam już wiele opinii na swój temat.
Jedni podziwiają mnie za odwagę stawiania na swoim,
a inni uśmiechają się pod nosem komentując,
że to egoizm w najczystszej postaci.

Prawda o mnie bliższa jest jednak tym
mało przyjemnym etykietom.

Dbam o siebie, bo nikt inny za mnie tego nie zrobi.
Ale jestem też wygodna i bezkompromisowa,
i nie liczę się ze zdaniem innych bo jestem
pieprzonym egocentrykiem.

luna12

Od jakiegoś czasu w moim życiu jest jednak Luna.
Psiak przygarnięty ze schroniska, który potrzebuje
wiele uwagi, ciepła i bliskości.

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że
Luna jest moim ratunkiem.

Jedynym powodem dla którego
porzucam wygodny egoizm
na rzecz dobra drugiej istoty.

Daję jej najlepszą karmę, chodzę do weterynarza,
wstaję o 5.40 by wyjść z nią na siku, biegam po lesie
w obłoconych butach, gdy deszcz nieprzyjemnie
siąpi i a ciuchy pełne sierści piorę częściej
bo nigdy nie odmawiam jej przytulenia.

Gdy się czegoś boi
i głośno szczeka, nie krzyczę, nie złoszczę się,
tylko przemawiam z miłością.

Gdy o 2 w nocy hałasuje i
budzi mnie drugą noc z rzędu,
rozumiem, tulę i zawsze wybaczam.

kamcia

Serial, wciągająca książka czy własna wygoda
tracą na znaczeniu. Teraz mam
inne priorytety, bo pojawiły się czyjeś uczucia.

Głębokie spojrzenie Luny które mówi,
„wyjdźmy na spacer”.
Wystawiony brzuszek, który woła o głaska.
Głośny szczek, który świadczy o strachu.

A obok tego, ja. Ktoś kto może pogłaskać,
kto może uspokoić, przytulić i ofiarować
długi dwugodzinny spacer po leśnych polanach.

Kiedyś słynny buddyjski nauczyciel powiedział, że
posiadanie dziecka przynosi takie same
karmiczne rezultaty jak wykonanie wieloletnich
praktyk oczyszczających ciało i umysł.

Myślę, że z właścicielami zwierzaków jest podobnie.

Dajemy im czas, energię i ciepło, nie zważając na
własne CHCĘ-NIE CHCĘ. Kochamy bezwarunkowo,
nie żądając niczego w zamian.

Tak. Jestem tego całkowicie pewna.
Gdyby nie mój psiak, byłabym skończoną egoistką
i tylko ta miłość i chęć robienia czegoś dla innej istoty
trzyma mnie jeszcze po JASNEJ STRONIE MOCY.

Pies i wolność

cam02006


Szósta rano.
Poranek ledwie przedziera się
przez granat przeszłej nocy.

Jeszcze nie świta, choć noc
odeszła już w zapomnienie.

W tej szarej ciszy, w tej przestrzeni
mgieł i szronu rysują się dwie sylwetki.

Jedna zakapturzona, w puchowej kurtce
zapiętej pod sam nos,
druga mniejsza, czworonożna
o gabarytach młodego wilka.

To ja i Luna wychodzimy z domu
o pierwszym brzasku, szukać słońca
w parku i pobliskim lasku.

O tej godzinie świat jeszcze śpi.
Tu i ówdzie widać ptaki szukające
śniadania, rzadziej psiarzy z pupilami.

Zwykłych spacerowiczów
i rowerzystów brak.

A nam właśnie o to chodzi.
O ten intymny czas spotkania z naturą,
o swobodę biegania i powietrze głęboko
wciągane z radością w szerokie płuca.

Chodzi nam o WOLNOŚĆ.

Ludzie na ogół nie są tolerancyjni.
Gdy widzą Lunę biegającą bez smyczy
podnoszą raban, straszą policją,
zdobywając się na pseudoumoralniajace gadki.

Że pies powinien być na uwięzi,
że skoro jest duży to musi być agresywny,
że zje ich małego yorka, że zje ich dzieci,
bo w ogóle miejsce psa jest na krótkim sznurku.

Gdy to słyszę, na usta cisną mi się przekleństwa.
Resztką rozsądku powstrzymuję ten ekspresyjny strumień
wypowiedzi i odpowiadam dyplomatycznie.

Że mój pies jest niegroźny, a gdyby było inaczej
nie biegałby samopas.

Najgorsi są właściciele małych piesków. Robią im krzywdę
biorąc je na ręce, gdy tylko widzą, że podbiega większy pies.
Nic dziwnego, że to najbardziej zestresowane zwierzęta świata.

cam02024

Nie potrafię zrozumieć
właścicieli czworonogów, które
mimo ich łagodnej natury wiecznie
trzymają je na krótkiej smyczy.

Przecież w naturze psa leży wolność.

Bieganie, hasanie, wąchanie,
aportowanie, polowanie, tropienie.

Pozbywanie ich tych zabaw,
jest jak bycie rodzicem dziecka który
plac zabaw ogląda jedynie zza szyby
pozornie bezpiecznego domu.

Dlatego rozmawiam tylko z tymi psiarzami,
którzy naprawdę kochają swoje psy.

A poznaję ich po tym, puszczają swe pupile samopas.

Na świecie NIGDY nie zdarza się, by pies zaatakował
bez wyraźnej przyczyny innego psa.

Jeśli już, zazwyczaj jest to luźna i szybka walka
o dominację. Prawa lasu są natomiast takie,
że trzeba psom pozwalać na pewną niezależność i
zaufać ich mądrości oraz instynktowi przetrwania.
Niech sobie radzą.

Z dużą dozą pewności, mogę również wytrącić
przeciwnikom wolnego wybiegu argument o niebezpieczeństwie
wynikającym z biegania psa samopas na terenie, gdzie chodzą ludzie.

Statystyki w Stanach Zjednoczonych pokazały wyraźnie,
że wszystkie ataki dokonane kiedykolwiek przez
zdrowe psy, dotyczyły przypadków pogryzień
w obrębie rodziny.

A i te były zazwyczaj podyktowane samoobroną.
Gdy właściciel był w stosunku do psa agresywny
lub jego dziecko znęcało się nad nim za cichym
przyzwoleniem właściciela.

I żeby było jasne. Każdy taki atak jest poprzedzony ostrzeżeniem.
I zazwyczaj nie jednym.

***

Pewnego dnia, gdy tak z Luną biegałyśmy
po łące, ja rzucałam jej piłkę a ona ją aportowała,
na ścieżce obok pojawiła się młoda dziewczyna,
z czarnym kundelkiem średniej budowy.

Luna, radośnie merdając ogonem podbiegła
do niego chcąc się bawić.

-Zabieraj go, bo zadzwonię po straż miejską!
Krzyknęła oburzona dziewczyna.

-Ale o co ci chodzi? Czy mój pies zachowuje się
w stosunku do twojego agresywnie?

Nieważne, agresywnie czy nie. 
Pies ma być na smyczy!

cam02003

Na szczęście, jakby dla równowagi,
chwilę potem i dwa kilometry dalej
spotkaliśmy grupę psiarzy z dużymi czworonogami,
których już znamy od miesiąca.

Każdy z psów (złoty golden retriever, czarny
labrador, siwy husky i ciapkowaty dalmatyńczyk)
biegały samopas, ganiając się, obwąchując i
radośnie szczekając.

-Patrz Luna, nareszcie jesteśmy wśród swoich.

Gdy opowiedziałam tej grupie o sytuacji która
spotkała nas pół godziny wcześniej, właściciele
psiaków poklepali mnie po ramionach.

-Tak, tak.  Znamy to.

-Dwa dni temu straż miejska jechała przez park…-
zaczął właściciel dalmatyńczyka o imieniu Maja,
stary punkrockowiec, który nie jedno przeżył,
niejedno wypił i zażył…

-…a kiedy właścicielki małych yorków to zobaczyły,
wpadły w popłoch i zaczęły z przerażeniem ganiać swoje psy
by wziąć je na smycz.

-A pan nie?– zapytałam.
-Ja? Chrzanić to. Jak chcą wlepić mi mandat,
za to że daję trochę szczęścia mojemu psu, proszę bardzo!

Chyba właśnie dlatego całe życie marzyłam o domu na wsi.

Bo tam psy nie znają smyczy a ich właściciele biegają z nimi
po polach na bosaka.

Może kiedyś ludzie pójdą po rozum do głowy.
Może w końcu zaznają prawdziwej wolności.

A wtedy zrozumieją, że ta jest ważniejsza niż
wszystko inne. Zwłaszcza dla istoty której tętno
tańczy w rytm ognistego tanga z dziką naturą.

Skąd się wzięłam. Czyli prawdziwa historia Luny

cam01943


 

Historia Luny nie była jasna od samego początku.

Kierownik schroniska powiedział, że to suczka
dwóch skłóconych ze sobą dziewczyn, które
przestały ze sobą mieszkać.

To spowodowało, że
psiak wylądował na ulicy,
błąkając się bez celu między blokami.

Podobno jedna z dziewczyn dzwoniła do schroniska mówiąc, że
skomplikowała jej się sytuacja życiowa, więc chce oddać
swojego pupila do Promyka.

Kierownik jednak odmówił.

„Tu trafiają tylko przybłędy. 
Nie przyjmujemy psów od właścicieli,
gdy te im się znudziły”.

Kilka dni później znaleziono przybłędę.
Lunę.

***

Jakiś czas temu na blogu pod postem
otrzymałam dość enigmatyczny komentarz:

„Znam tego psiaka. Kiedyś miała na imię Keli”.

Nic nie mogło mnie powstrzymać.
Zaczęłam drążyć, zaprzęgając dociekliwość
do pracy.

Znalazłam IP, którego ktoś
użył, by napisać komentarz. A po adresie IP
niczym po nitce do kłębka, dotarłam
do adresu mailowego.

Napisałam.

„Cześć. Kim jesteś? Skąd znasz Lunę?
Czy możesz opowiedzieć jej historię?”.

Na odpowiedź nie musiałam długo czekać.
Autorką komentarza i adresu mailowego
okazała się dawna właścicielka Luny, Wioleta.

Szczegółowo opisała jej życie i przysłała pakiet zdjęć,
gdy Luna (dawniej Keli) była jeszcze szczeniakiem.

11046523_827858700585391_1979493719721211284_n

A historia wyglądała tak.

Na początku 2015 roku Wioleta wraz ze swoim chłopakiem,
zamieszkała na jakiś czas u koleżanki.
Dziewczyny postanowiły przygarnąć 5-tygodniowego szczeniaka
i opiekować się nim na zmianę.

Sytuacja skomplikowała się,
gdy para zdecydowała się wyprowadzić.

Wioleta zostawiła suczkę pod opieką
współlokatorki, mimo że to ona była bardziej
do niej przywiązana.

Ta druga,
nie pałała zbyt dużym uczuciem do psiaka.
W wakacje pozbyła się więc „problemu”,
oddając Keli obcym ludziom.

Wioleta, gdy dowiedziała się że Keli
trafiła w niepowołane ręce,
odnalazła ją, zabrała ze sobą
i umieściła w mieszkaniu cioci, gdzie codziennie
jeździła, by wyprowadzać psiaka na dwór.

mala-luna mala-luna2

Sama mieszkała po rozstaniu z chłopakiem
u dziadków, więc jak twierdziła w mailu:
„Nie mogłam jej wziąć ze sobą. 
Dziadkowie się nie godzili”.

To jednak  nie koniec historii.

Wioleta musiała wyjechać na dwa dni z Gdańska,
więc poprosiła pierwszą właścicielkę Keli
o dwudniową opiekę nad psiakiem, by nie robić
kłopotu cioci, u której suczka mieszkała.

Kiedy to czytałam nie mogłam zrozumieć
jej motywu. Jak można ponownie
oddać psa komuś, kto go nie chciał i pozbył się
jak niepotrzebnego bagażu?

Wioleta twierdziła jednak, że była współlokatorka
kajała się po rozstaniu z psem, zaklinając
na wszystkich świętych, że psa już nigdy nie porzuci.
Więc dwa dni opieki zamieniły się w tygodnie,
a tygodnie w miesiące.

I zgadnijcie co się stało?

Dawna współlokatorka jakiś czas później
postanowiła się wyprowadzić, zostawiając
„problem” pod opieką mamy.
Tak przynajmniej twierdziła.

Tymczasem resztę prawdziwej historii
poznaliśmy w Promyku.
Opiekunka Keli, była współlokatorka Wiolety
chciała umieścić ją w schronisku.

Gdy kierownik odmówił przyjęcia psa,
który ma dom, dziewczyna bezpretensjonalnie
wyrzuciła go na ulicę.

Po anonimowym
telefonie, pracownicy Promyka znaleźli psiaka przy ul. Leszczyńskich,
przestraszonego i wychudzonego. Przywieźli go na Kokoszki,
a my trafiliśmy tam kilka dni później.

luna-i-jej-historia

Po tym jak poznałam historię Luny,
wszystko nagle stało się jasne.
Już wiem czemu nie chciała jeść przez pierwsze dni
i czemu wielokrotnie tak niespokojnie oddychała.

Zrozumiałam, dlaczego polubiła spać przy nas,
pod łóżkiem a w obcych pomieszczeniach
wpadała w panikę.

Jest w niej po prostu strach i brak stabilności.
Przez półtora roku Luna nie miała stałego domu,
a właściciele zmieniali się jak pogoda.

cam01948
Kiedy pojechaliśmy do schroniska wybrać psa
podchodziłam do każdego boksu
i zaglądałam w oczy wszystkim istotom.

W spojrzeniu Luny było coś niepojętego.

Dobro, ciepło ale też tęsknota, niepewność
i ogrom smutku. Kiedy Luna wtulała się w moją dłoń
przez siatkę boksu, patrząc mi głęboko w oczy,
wiedziałam już, że należymy do siebie. Na zawsze.

Tym razem, było to pierwsze dla niej,
w psim mocno niepewnym życiu,
NA ZAWSZE.

 

Instynkt wilka

Od zawsze lubiłam duże psy.
Nie tylko dlatego, że jest ich więcej do kochania.
Lubię je za siłę i dzikość, a także odwagę, którą mają w sercu.

Owczarki wszelkiej maści,
labradory, retrievery, springery,
posokowce i psy gończe.

One wszystkie mają w sobie pierwotną dzikość,
instynkt polowania i przetrwania w każdych warunkach
a te cechy pochodzą od wilków.

Oczywiście, dziś psy są udomowione i
posiadają ledwie cząstkę tej wilczej natury.

Myślę jednak, że każdy właściciel
doświadczył dzikich porywów serca własnego pupila,
kiedy te w sekundzie traciły wyuczone posłuszeństwo.

Bywa, że zjadają to, czego (jak sądzimy) nie powinny,
gonią kury sąsiadów, ryją w ziemi, albo biegną
bez opamiętania przed siebie nie reagując
na krzyki, komendy i nawoływania.

Martwić się? Prostować psa? Porządniej wytrenować?
Nie. Bo w jego żyłach płynie wilczy instynkt,
zew krwi, którego my, ludzie od dawna oderwani od
ziemi, nie pojmiemy.

Widziałam to u Luny tydzień temu,
gdy po raz pierwszy od czasu zabrania ją ze schroniska
zobaczyła kaczki na wodzie.

Na dworze  leżał topniejący śnieg,
temperatura powietrza ledwo wskazywała zero stopni,
a ta bezceremonialnie wpadła z całym impetem do wody,
chcą upolować  drób na obiad.

Kaczki na szczęście w porę się zorientowały
i wzbiły się do lotu głośno kwakając:
„wróg! wróg! uciekaj kto może!”

cam01218

Od tamtej pory, wybieramy ścieżkę nieco bardziej oddaloną
od małego jeziora, by Lunie nie przyszło do głowy
powtórzyć swój wilczy wybryk.

Czasami jednak, gdy tylko spuszczę ją z oczu,
biegnie co sił w nogach nad brzeg
a cała postura jej ciała mówi: POLOWANIE!

Dziś z kolei trafiliśmy na hasającą po trawie wiewiórkę.
Nieświadoma zagrożenia opuszczała jedno drzewo by
dostać się na to oddalone o pięć metrów.

Kiedy ją zobaczyłam, wiedziałam że to koniec.

Że Luny już nie zdołam pochwycić na smycz,
psie smakołyki nie wystarczą, a moje głośne komendy STÓJ!
nie zrobią na niej najmniejszego wrażenia.

Przecież tam jest wiewiórka! Rude, puchate stworzenie,
które można złapać w pysk i porządnie wytarmosić,
ewentualnie zjeść jako niedzielną przystawkę.

cam01361

Ewolucja na szczęście wyposażyła gryzonie w zwinność.
Mały rudzielec czmychnął na drzewo trzema susami i
patrzył na nas z najwyższej gałęzi podgryzając żołędzia
„Ha ha ha! Naiwniacy! I co teraz mi zrobicie?”

Luna jednak nie poddała się tak szybko.
Przez kwadrans stała pod drzewem, bacznie obserwując
swój rudozłoty obiad. Parę razy próbowała wskoczyć
na drzewo, oczywiście z mizernym skutkiem
ku mojej uciesze.

Gdyby jednak jakimś cudem udało jej zahaczyć pazurami
na korze, nie wątpię, że weszła by na sam szczyt
nie martwiąc się zbytnio tym, jak zejdzie.

W książce „Życie z Merle” Teda Kerasote,
czytałam o podobnych przygodach, które
niemal każdego dnia doświadczał właściciel Merla,
labradora przybłędy, którego znalazł
w okolicach Wielkiego Kanionu.

Ten miły, kremowy psiak kochający swego pana,
miękkie łóżko i gości, w nieoczekiwanych
momentach rzucał się na olbrzymie wapiti i jelenie,
a niekiedy zagryzał małe wiewiórki.

Mimo czternastu lat wspólnego życia Ted Kerasote
nie oduczył tych nawyków własnego psa.
cam01325
Po prostu się nie dało. Zaczął je więc akceptować
z ostrożnym bezpieczeństwem.

Pewnych zachowań nie zrozumiemy. W końcu jesteśmy
tylko ludźmi, którzy śpią w ciepłych łóżkach,
a gotowe obiady od wielu lat podgrzewają w
rakotwórczych mikrofalach.

Pies, bliski krewniak wilka
przypomina nam, czym jest instynkt przetrwania.

Uczy nas jak i ile jeść,
komu ufać, jak spać. I że największe szczęście
kryje się tam, gdzie tętni serce pierwotnych instynktów.