
Coś się ostatnio porobiło.
Runęły zamki z piasku,
a wszelkie blaszane prowizorki rozsypały się na wietrze.
Wszystkie moje koncepcje,
które przez tyle lat hodowałam w bezpiecznym cieple upadły.
Musiały upaść, bo odbiły się w przejrzystym lustrze czasu
a tam ujrzały fałsz. Przez chwilę nie mogłam tego zrozumieć.
Od kilku miesięcy coś mnie gniotło i uwierało.
Co się wyrywało, krzyczało wewnętrznie i buntowało.
To nieznośne uczucie nie dawało mi spać,
cierpiałam na bezsenność i wieczny smutek
I byłam zagubiona. Jak to?
Przecież robię wszystko jak należy!
Zdrowa dieta, sen po 8-9 godzin na dobę,
kochający partner, codzienna sesja 1,5 godzinnej jogi,
kolejna praca lepsza od poprzedniej, jestem wolna,
zdrowa i niezależna więc…
dlaczego do jasnej cholery nie jestem szczęśliwa?!
W tym okresie szamotaniny czułam się jakbym miała w sobie
małą , szaloną i niegrzeczną dziewczynkę ,
taką która kocha bawić się, jeść, smakować i żyć pełną gębą.
Ta mała wredota zaczęła mnie bić wewnętrznie,
czasami słyszałam jak krzyczy: Wypuść mnie!
Dziewczynkę niedoskonałą, która popełnia błędy,
ale potem otrzepuje kolana i idzie dalej, popełniać kolejne.
Bo przecież tym jest życie. Wiecznym doświadczeniem.
Mimowolnie, nie rozmyślając o tym zbyt wiele zaczęłam
robić wszystkie rzeczy, o których do mnie krzyczała.
Rzeczy, których do tej pory sobie zakazywałam.
Zaczęłam od dwóch bajaderek. No dobra, trzech.
Dlaczego? Bo od roku żyłam na diecie wegańskiej i mimo, że
zawsze miałam nos tęsknie przyklejony do szyby pobliskiej cukierni
nigdy się nie złamałam.
A potem na kolację posmarowałam sobie chleb grubo masłem
i położyłam plasterek sera. Na canal plus leciał dobry film,
więc pierwszy raz od pół roku położyłam się spać po 23
a wieczór później odwiedziłam znajomego, który na małej kawalerce
urządzał pożegnalną domówkę. Ostatni raz na imprezie byłam dwa lata temu.
Dziś na obiad zrobiłam sobie makaron z kurkami w myśl zasady
„pierzyć gluten” a po obiedzie puściłam na cały regulator, piosenkę
wszystkich diablic i grzeszników o jakże znaczącym tytule : Sinnerman,
Niny Simone i dziko zatańczyłam przy otwartym balkonie.
Już niemal zapomniałam jak to jest cieszyć się
smakami. Jeść dla przyjemności, tańczyć z radości
wąchać, relaksować się, oglądać piękne obrazy,
słuchać Norah Jones.
Wolność? Niezależność?
Ha! Nieźle się okłamywałam.
Daleko było mi do wolności bo zrobiłam z siebie niewolnika
własnych zasad i ideałów, zapominając przy tym o przyjemności.
Było milion „muszę”, „trzeba” i „należy”,
a za mało niedoskonałości. Za mało zabawy.
Za mało życiowej, ludzkiej i zmysłowej rozkoszy.
Nic dziwnego że wiecznie chodziłam sfrustrowana i smutna.
Ja przecież żyłam w mentalnym klasztorze!
Dlaczego to robiłam? Dlaczego narzucałam sobie taki reżim?
Bo nigdy na żadnym polu nie odniosłam znaczącego sukcesu.
Stwierdziłam więc, że gdy będę ciężko pracować,
żyć pro-eko, mieć piękną cerę i wszystko poukładane
jak w magazynie wykrochmalonej pościeli, to
przynajmniej w tym udowodnię sobie i innym, że jestem coś warta.
Że coś potrafię. Że potrafię narzucać sobie zasady i według nich żyć.
Na szczęście pewna mała, kapryśna dziewczynka powiedziała basta!
No więc z tą ilością bajaderek zapewne wkrótce przytyję.
Może czasem będę niewyspana przez fajne filmy na canal plus.
Może będę tracić więcej kasy na mieście przysiadając czasami
w miłej kawiarni na kawę z pianką.
I dobrze. W pełni przyjmuję wszystkie konsekwencje
przyjemnego życia. Viva la Vida! Słodkie jest życie jeśli
poznajesz świat poprzez zmysły i serce
a nie tylko przez żelazne reguły i chęć bycia idealnym.
Cytując Muńka Staszczyka, pozwolę sobie czasem
być rozpieprzona jak to miasto.
Bo niedoskonałość jest blisko ludzi
a perfekcja dobrze wygląda tylko na okładkach kobiecych pism.