Wszystkie wpisy, których autorem jest Kamila Gulbicka

Emocjonalna istnieje od kwietnia 2014 roku i porusza tematykę samorealizacji oraz pracy z emocjami. Strona ma służyć dwóm celom: prezentowaniu metod prowadzących do ogólnie pojętego sukcesu życiowego oraz zapoznaniu czytelników z książkami, które pomagają zrozumieć siebie i świat. Nie zabraknie też odrobiny rozrywki i recenzji z miejsc i kulturalnych wydarzeń.

Chorujesz? Uważaj. Dla lekarza jesteś tylko maszyną z wadliwą częścią

„Epoka po antybiotykach będzie
oznaczała w praktyce koniec
takiej medycyny, jaką dziś znamy.

Zdarzenia tak banalne, jak angina lub
podrapane kolana, mogą znowu być,
jak przed laty przyczyną śmierci”

Dr Margaret Chan

Nie przydarza mi się to często.
Właściwie, nie przydarza
mi się to nigdy.

Ale przecież jestem tylko człowiekiem.
Silnym i słabym jednocześnie.

Zaczęło się od kilku dni bez snu.

Nie. Nie zarwałam nocy.

Po prostu miałam problem
z zapadnięciem w fazę NREM
która regeneruje cały organizm.

W efekcie tego, przez 72 godziny
byłam w stanie permanentnej czujności.

Jeśli dodać do tego stres związany z:
przeprowadzką,
meblowaniem,
podpisywaniem umów,
remontem,
i odwiedziny IKEI czterokrotnie,

nic dziwnego, że kilka dni później
obudziłam się z bolącym gardłem.

Trochę to ignorowałam, więc po kilku dniach
całkowicie straciłam głos.

Tej samej nocy, gdy z moich ust nie chciał się
wydobyć jakikolwiek dźwięk,
nie zmrużyłam oka do 4 rano.

Może głupio to zabrzmi, ale bałam się, że się uduszę,
lub  zachłysnę własną flegmą, która w nocy właśnie
postanowiła opuścić moje zatoki.

(Chór wzdycha! Wybaczcie tę dramaturgię)

Wiedziałam, że w takim stanie
nie pójdę do pracy.

Bo przecież nie spałam.
I nie mam głosu. I roznoszę zarazki.
Potrzebowałam lekarskiego zwolnienia!

Udałam się do publicznej przychodni
w której ostatnio byłam siedem lat temu.

Po wypełnieniu tysiąca druczków,
pod nadzorem burkliwej i najwyraźniej
nieszczęśliwej recepcjonistki weszłam
na piętro, żeby wysiedzieć swoje.

A tam wpadłam w depresję.

W poczekalni było trzydziestu ludzi.
Na ogół starsi, po 75-roku życia.

Smutni. Szarzy. Schorowani.
I z nadwagą.

Wyglądali dokładnie tak, jak wyglądała
ta pożal się boże postkomunistyczna przychodnia,
w której gumolit na podłodze świadczył o tym, że NFZ
lata świetności ma dawno za sobą.

Odrapane, brudne ściany i skrzypiące
drzwi, tylko jeszcze bardziej utwierdziły mnie
w przekonaniu, że jeśli chodzi o publiczną
opiekę zdrowia, to ich czas zatrzymał się w epoce Gierka.

A także „prozdrowotne” metody. 

Po odczekaniu trzech godzin w kolejce,
i wysłuchaniu litanii chorób pacjentów, którzy
najwyraźniej odwiedzają placówkę tak często,
jak ja warzywniak, nadeszła moja kolej.

-Pani Gulbicka? Zapraszam. 

Obyło się bez niespodzianek:

– Co to jest? – pytam lekarki,
która bez słowa wyjaśnień podsunęła mi
pod nos wydrukowaną karteczkę.

-Antybiotyk.

-Aha. Nie obędzie się bez?- pytam.
– Niestety. Z mojej strony to wszystko.
Do widzenia.

Nic dziwnego, że ludzie wciąż chorują. 

A jeśli nie chorują dosłownie, to coraz
gorzej się czują.

Gdybym co infekcję
łykała antybiotyki, moja zapadalność
na choroby też wynosiłaby 2-3 razy na rok.

Ale nie oszukujmy się.
Przyszłam tu tylko po L4.

Po wyjściu z przychodni, wsiadłam do SKM-ki,
która zawiozła mnie do Centrum Homeopatii.

I co za zmiana! 

Placówka była piękna, świeża, nowoczesna,
a w poczekalni siedzieli ludzie w kwiecistych
koszulach, którzy opowiadali dowcipy.

Recepcjonistka, z uśmiechem wskazała
mi miejsce, informując, że skoro się nie
zapisywałam, homeopata przyjmie mnie
na samym końcu.

I pyta przy tym, czy czegoś
mi trzeba? Może wody, ziół albo herbaty?

Po dziesięciu minutach z gabinetu
wyszedł lekarz.

Starszy, dziarski, szczupły, w kraciastej koszuli
i dobrze skrojonych dżinsach.

Uwagę
przykuły jego oczy.

Niebieskie. Duże. Żywe.
ŻYWE.

-Pani do mnie? – zapytał z uśmiechem.

-Tak. Ale nie zapisywałam się.
Pani w recepcji powiedziała, że
mam być ostatnia – wyjaśniłam.

-Dlaczego miałaby być pani ostatnia,
skoro pani już jest. Zapraszam – wskazał na
niebieski gabinet pachnący miętą.

(A może to był Amol?)

Nie będę Wam przytaczać
szczegółów całej wizyty.

Chcę tylko wskazać jak różne może
być podejście lekarza do pacjenta.

Ten człowiek mnie słuchał.

Patrzył w oczy. Uśmiechał się.
Wypytał o styl życia i aktywności.

I gdy na końcu dodałam że:
– Praktykuję jogę…- opowiedział mi
historię swojego życia.

O tym, jak w latach 60. wraz z dwójką
innych przyjaciół byli pierwszymi, którzy
propagowali jogę w Polsce.

I jak kilka lat później
napisał o tym doktorat.

I o tym, jak dzisiejsze podejście do jogi
różni się od tego sprzed kilkudziesięciu lat.

Z gabinetu wyszłam po trzydziestu minutach
z odręcznie wypisaną receptą na dwa leki
homeopatyczne, które wydała mi pani na recepcji.

Czy pomogły? 

Oczywiście.
Po trzech dniach
regularnego stosowania
poczułam się dobrze.

Owszem, jest jeszcze chrypka i kichanie,
ale zero skutków ubocznych, których
miałabym mnóstwo po antybiotykach.

Homeopatia, podobnie jak ziołolecznictwo,
ajurweda czy medycyna chińska traktuje
człowieka holistycznie, a więc jako organiczną całość.

Te metody mają ponad 2.500 lat i bazują na
zdolności organizmu do samoleczenia.

Medycyna zachodu natomiast, jest
gałęzią nauki, która wzięła swój
początek w XVII wieku.

Podąża za tęgimi umysłami: Kartezjuszem i
Newtonem, a więc traktuje
człowieka jak maszynę.

Naoliwić. Naprawić.
Zoperować. Wyciąć. Wstawić.

Podziękuję.

Nie twierdzę, że jest zła, bo w sytuacjach
nagłych jest często niezawodna.

Myślę jednak, że ludzie zbyt często
oddają odpowiedzialność za swoje zdrowie
w  jej techniczne zimne ręce.

I zamiast polepszać jakość życia,
tylko odwlekają chorobę.

Nasunęła mi się taka myśl.

Że zarówno w jednym jak i w drugim
gabinecie zostałam potraktowana
dokładnie tak jak powinnam.

Tzn. z zakładaną normą.

Lekarka NFZ odhaczyła mnie
na liście jako „załatwione”.

Przyszedł problem, odszedł problem.
Było chore gardło. Jest antybiotyk.

Zero rozmowy. Zero pytań. Zero kontaktu
wzrokowego czy zwykłego, ludzkiego ciepła.

W drugim przypadku otrzymałam nie tylko
zainteresowanie, ale również relację.

Taką, jaką powinien dać każdy człowiek
który zajmuje się medycyną holistyczną.

Widzę cię.
Słyszę cię.
Jesteś dla mnie ważny.
Pomogę ci zrozumieć problem.

Tak niewiele, a jednak tak wiele.
Różnica w podejściu, która bardzo
często przesądza o skutku.

Bo uwierzcie mi – to jak traktuje
nas lekarz też wpływa na rezultat leczenia.

Już słyszę te gromkie głosy przeciwników
starożytnej medycyny.

Że to zwykli hochsztaplerzy.
Że oszuści.
Naciągacze.
Znachorzy.
Że nie ma dowodów.
Że korzystają z naiwności.

Tak. Spotkałam się z takimi
zarzutami. I wiecie co myślę?

Że oszuści zdarzają się w każdej
profesji. Natomiast uprzedzenia do
całej gałęzi starożytnych metod leczenia
mogą wynikać tylko z jednego.

Z braku znajomości swojego ciała.
Z odcięcia od korzeni. Z życia w
betonowym świecie, do którego
Matka Natura nie ma wstępu.

Z braku intuicji w końcu.

Przyjdzie jednak dzień,
w którym Natura się o nas upomni.
Może poprzez chorobę czy ból.
A może poprzez śmierć (to na pewno!).

Jednak póki oddychamy, nie jest
za późno. Zamiast niszczyć to, co
w nas żywe, wsłuchajmy się.

Poczujmy.

Aż przyjdzie zrozumienie.
Ale nie poprzez logikę czy umysł.

Poprzez ciało.
Oddech.
Intuicję.

To najczęściej mieszka
prawda o nas samych.

Niezmyślona.
Ale zrodzona z korzeni przodków.
i każdej żywej istoty.

 

Reklamy

Pół roku bycia singlem. Co się zmieniło?

I oto nareszcie jesteśmy na swoim.

Po 24 życiowych przeprowadzkach.
Po mieszkaniu kątem u znajomych.
Po licznych wynajmach, kaucjach,
zwrotach i noszeniu kartonów w górę i w dół.

W tych wszystkich miejscach
zostawiłam po cząstce siebie.
Ale i urosłam o nowe zmiany.

W niektórych mieszkaniach
trochę zmądrzałam, a w innych
totalnie zgłupiałam.

Kochałam, związywałam się,
zrywałam i byłam porzucana.

Płakałam z bezsilności.
I skakałam z poczucia szczęścia.

Ale własne mieszkanie,
to nie tylko miejsce.
To również metafora nowego życia.

Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.
Brzmi banalnie, prawda? Niczym
wyświechtany tytuł noworocznego
artykułu w taniej gazetce.

Mimo to, użyję go raz jeszcze.
Dlaczego? Bo koniec z „nie wypada”.

A wiec. Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.

Kamila, która nigdy nie pozwalała
sobie na bycie w pełni sobą.

Bo nie wypada mieć 33 lat i skakać jak dziecko.
Nie wypada mieć za sobą kilku związków,
które niemal zawsze kończyły się tak samo.

Nie wypada mieć różowych kapci z Myszką Mickey
albo nie być pewnym co dalej.

Nie wypada…

Porzuciłam wypada i nie wypada/ trzeba i nie wolno.
I porzuciłam bycie w związku z drugim
człowiekiem. Nie dlatego, że bycie z kimś
jest złe lub męczy.

Porzuciłam potrzebę bycia z kimś na siłę,
co czyniłam często, bo
nie mogłam wytrzymać z samą sobą.

Nie szukam już potwierdzenia własnej wartości w cudzych oczach.
Nie utożsamiam własnego samopoczucia
od czyjegoś stanu emocjonalnego lub humoru.

Chcę być sobą. Taką, jestem.

Iść w kierunku, który dyktuje serce.
I nie musieć uznawać  kompromisów.

Egoistyczne? Wydaje mi się, że większym
egoizmem jest bycie z kimś, bo tak jest łatwiej.

Natomiast bycie singlem konfrontuje
z największymi lękami i
społecznym odrzuceniem.

Bo przecież można komuś
wybaczyć bycie samemu,
jeśli życie tak się ułożyło.

Ale samotność z własnego wyboru?,
To przecież trudno zrozumieć.

20190302_083349

Ileż to już razy usłyszałam:
„Nie martw się. Na pewno kogoś znajdziesz”.
A ja w ogóle się nie martwię. I co więcej,
nie potrzebuję nikogo znaleźć.

W marcu mija siódmy miesiąc odkąd jestem singlem
A przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy.

Przede wszystkim przestałam udawać.

Jestem tym, kim akurat się czuję.
Milczę, gdy nie chcę gadać.
Mówię NIE, gdy tak podpowiada serce.
Z szafy wyrzuciłam to, czego nigdy nie lubiłam nosić.

Dziś królują dżinsy, dżinsy, jeszcze więcej dżinsów
i zabawne t-shirty.

Bo nic nie muszę.

Z rozbawieniem natomiast obserwuję
tańce godowe koleżanek, które widząc
WOLNEGO chłopaka zaczynają
swoje małe erotyczne gierki.

Z dnia na dzień pogłębia się makijaż,
szpilki zastępują trampki, a krótka
sukienka jest obowiązkowym dress codem
niezależnie od pogody.

Patrzę z rozbawieniem i współczuciem.
Bo sama tak robiłam.

Zauważy mnie – och a więc jestem coś warta.
Nie uśmiechnie się, wpadam w depresję, bo
najwyraźniej jestem NIKIM.

Jak dobrze, że mam to za sobą.
Dziś nikogo nie szukam. Opuściłam
to Wesołe Miasteczko, w którym
rollercoaster króluje ponad innymi.

A skoro nie szukam, to nie muszę:

wychodzić z siebie, udawać, przymilać się,
potakiwać, przebierać się, wytrzymywać,
starać się, analizować i zamartwiać
wyimaginowanymi problemami.

Ufff.

Natomiast mogę wszystko inne.
Sama lub z kimś.

Teraz, w sobotę rano wstajemy skoro
świt i wychodzimy z Luną na
kilkugodzinny spacer po plaży.

Nie mam na sobie
grama podkładu ale piękną różową czapkę,
w której wyglądam jak dziki skrzat.

20190302_083401

Czy nie czuję się nie do pary?
Czy nie brak mi relacji?

Przecież mam ich mnóstwo.

Rodzice, pies, przyjaciele, znajomi, nowi sąsiedzi.
I nawet obcy psiarze, których mijamy na plaży.

Jestem tego częścią. Pojedynczą nitką
w pajęczej sieci innych pojedynczych nitek.
Lub inaczej – idealnie pasującym puzzlem
układanki zwanej ŻYCIEM.

Rozglądam się po moim małym
30-metrowym mieszkaniu.
Jeszcze nie wszystko gotowe.

Nie mam karnisza, akwarelowe obrazy
stoją na ziemi, a parę rzeczy
wciąż trzymam w kartonach.

To, co jednak wyróżnia
mieszkanie na tle pozostałych, to
przestrzeń.

Zero gratów, śmieci
i niepotrzebnych bibelotów.

I tak samo zaczyna być w duszy. 

Opuściłam „świat związków” by
znaleźć przestrzeń. Własne kolory,
tożsamość, uczucia i przedmioty.

By to kim jestem nie było pożyczone
lub przejęte, ale własne.
Przeżyte. Zrodzone ze mnie. Moje.

 

 

Jedno, najważniejsze słowo na świecie

„Przecież jak ma się wielkie myśli, to wielkie słowa
są konieczne, żeby je wyrazić(…)”
Ania z Zielonego Wzgórza

Moje dwie piękne koleżanki, które są siostrami
zainspirowały mnie do kolejnego wpisu.

Ale nie bezpośrednio, bo z żadną z nich
nie widziałam się w ciągu ostatnich miesięcy.

Kontakt ograniczamy jedynie do wymiany
krótkich zdań na messengerze lub Facebooku.

I kiedy tak pisałam z jedną z nich, weszłam
na jej profil.

Kojarzycie facebookowe „zdjęcia
w tle”? To takie wizualne informacje
o nas, które pokazują kim jesteśmy.
Oczywiście w wielkim skrócie.

love

Co ciekawe- starsza siostra ma zdjęcie
z napisem „LOVE IS MY RELIGION”.
Prosta sentencja na głęboko
zielonym tle.

Druga, młodsza ma bardzo
podobne, choć inne zdanie:
„KOCHAM WOLNOŚĆ” –
napisane po hiszpańsku.

Czy umówiły się na tak podobne tablice,
czy po prostu to typowe dla sióstr,
by wpadać na podobne pomysły,
nie jestem pewna.

Jednak, gdy zdałam sobie sprawę,
że te dziewczyny krótkimi zdaniami wyrażają
swoje największe wartości, zaczęłam
myśleć: co jest moją?

te

Gdyby miało mnie
określać jedno słowo,
lub obraz, co by to było?

Na tablicy mam wypisane zdanie,
a właściwie cytat Stephena Hawkinga:

„CISI LUDZIE MAJĄ
NAJGŁOŚNIEJSZE POMYSŁY”.

Jakże trafne określenie, na to kim jestem.
Bo między tymi słowami ukryte
są moje największe wartości.

CISZA
KREATYWNOŚĆ
WRAŻLIWOŚĆ,
które wzajemnie się uzupełniają,
bo przecież jedno umożliwia drugie.

Wrażliwość wymaga ciszy, a
kreatywność ma początek we wrażliwości.

KREATYWNOŚĆ towarzyszy mi od dziecka.
Może dlatego, że jako jedynaczka
zawsze musiałam sama zorganizować
sobie swój czas.

Na początku lat 90-tych nie było
„kultury” bawienia się z dzieckiem.
Dzieci na ogół bawiły się same –
na wielkich podwórkach,
boiskach, wśród zarośli i PRL-owskich ruin.

Nie było komputerów, smartfonów, internetu.
Nie było komiksów ani wież stereo.

Miałam do dyspozycji kredki, papier,
długopis, blok, kolorowy zeszyt, plastelinę
i skarby znajdywane na podwórku:

kamyki
muszelki, sznurki,
kolorowe szkiełka przez które
świeciło słońce, tudzież mały
prowizoryczny warzywniak, w którym
rosły koper, lubczyk i marchew.

Moje zabawy polegały na graniu w sklep.
Sprzedawałam własnoręcznie klecone towary,
tudzież hodowlę biedronek w słoiku
z dziurkami.

Pisałam opowiadania o królikach,
wydawałam własną gazetę
a potem wciskałam je ludziom za kilka monet,
które od dawna nie były w obiegu.

I chyba dlatego moją najlepszą przyjaciółką w tamtym
okresie była… Ania z Zielonego Wzgórza.

ania

Aby się do niej upodobnić zażyczyłam sobie
słomiany kapelusz na urodziny.

Chodziłam w nim latem
pośród traw i drzew wymyślając w głowie
niestworzone historie, pisząc krótkie wiersze
i marząc o wielkiej miłości.

A teraz?

Cóż, czasem zapominam o kreatywności.
Bywa że żyję strasznie dorośle.

Pilnuję terminów,
wszędzie się śpieszę, kontroluję,
planuję, obiecuję, wywiązuję się z
przyrzeczeń i licznych obowiązków.

Ale czasem, gdy jest już tego zbyt wiele,
„wybucham”.

Nie, nie chodzi o gniew.

Moje „wybuchy” przypominają raczej
totalne rozmemłanie.

Chodzę cały dzień w piżamie.
Nie robię obiadu, puszczam muzykę, tańczę,
bawię się z psem a na spacer obieram nieznaną ścieżkę.
Gdy wracam siadam do biurka i biorę to, co mam pod ręką.

I piszę.
Maluję.
Lepię zwierzaki z plasteliny.
Naszywam kwiatki na spodnie.
Piekę ciastka.A potem je zjdadam
popijając gęstą czekoladą na mleku owsianym.

Tańczę.
Piszę wiersz.
Wycinam chmurki z filcu.
Znajduję film, przy którym
płaczę jak małe dziecko.
I zasypiam umorusana czekoladą.

Następnego dnia budzę się, by
znów wrócić do standardowych
obowiązków i życia w gorsecie.

Tak jakby żyły we mnie dwie osoby.
Jedna poważna, a druga – z Cienia.
Szalona siostra, która zawsze sprawiała
problemy i naginała zasady dla własnych „widzimisie”.

Jedna na facebookowej tablicy ma napis „ROZWAGA”,
a druga „ZABAWA”. Pierwsza ma sto lat, a druga wciąż pięć.

Uczę się tej drugiej częściej uchylać drzwi do mojego świata.
Dzięki temu robi mniej szkód – mniej z przesadą.
A rozważna odpuszcza kontrolę i uczy się bawić.

Tkam nić życia ze wszystkich barw.
I szarości i różu i tęczy. I tworzę
wciąż na nowo piękne dni i noce:

z gwiazd, księżyców i słońc.
Ludzi, obowiązków, nudy i podróży.

Bawię się pośród poważnych ludzi
i tańczę pośród dużych dzieci.
Uczę się znajdować w tym drogę środka,
choć zwykle przechyla mnie w jedną stronę.

Raz w lewo,
raz w prawo,
jak człowiek na linie
rozwieszonej między dwoma budynkami.

Gdyby miało Cię określać jedno słowo,
co by to było? A gdyby miało być zdjęciem,
obrazkiem, kolorem, to jakby wyglądało?

Narysuj, wylep, napisz, wyszyj, upiecz TO.
Czasami im mniej nazw tym więcej do powiedzenia.

 

 

Opowieści z moich bioder

„Wsłuchaj się w swoją Beyonce.
I w serce.” – Usłyszałam na koniec
sobotnich zajęć jogi.

Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że
nauczycielka wcale nie powiedziała „BEYONCE”,
a „BIJĄCE” – bijące serce.

Kiedy to sobie uświadomiłam,
uśmiechnęłam się pod nosem, by
po chwili przyznać, że jednak chodziło
o Beyonce.

Może nie tyle prowadzącej zajęcia,
ale mi – a szczególnie moim biodrom,
które od tygodnia domagały się uwagi.

Biodra wołały – wsłuchaj się w swoją
Beyonce, znajdź swoją Beyonce.

A więc zaakceptują kobiecość,
nie walcz z krągłościami,
nie neguj posiadania bioder.

Zadbaj o nie, bo są kruche i
mieszka w nich cały świat.

Psychologowie, którzy pracują w nurtach
takich jak POP czy Gestalt nie negują ciała.

Wręcz  przeciwnie, wiążą je z resztą człowieka
twierdząc, że wszystkie emocje mieszkają w brzuchu
i to z niego biorą początek.

Moje doświadczenie podpowiada mi,
że emocje mogą mieszkać wszędzie, bo
przecież lubią podróżować w zależności
od tego, gdzie akurat podąża świadomość.
Lub gdzie powinna powędrować.

Moja upatrzyła sobie biodra.
Miejsce, którego się wstydziłam,
przez lata.

Zwykle wyglądało to tak:

Jako nastolatka pakowałam się
w bojówki – bezkształtne, workowate spodnie,
żeby tylko zakryć te miejsca, które odróżniały
mnie od prostych jak brzoza chłopców.

Potem, gdy miałam już 20-kilka lat
i pierwsze miłosne uniesienia za sobą,
wciąż się chowałam – zwykle pod
tunikami i swetrami, które kończyły
się poniżej linii bioder.

Nawet teraz, z podziwem patrzę na młode
dziewczyny i starsze kobiety, które beztrosko
odsłaniają właśnie ten element kobiecego ciała.

Zakładają spodnie z wysokim stanem,
które uwypuklają boczki. Ubierają
rozkloszowane spódnice, które biodra
optycznie powiększają.

Nie wiem, czy robią to w sposób
analityczny i przemyślny, czy
raczej intuicyjny, ale myślę, że
cechuje je jakaś wewnętrzna zgoda
na własną kobiecość i odrębność.

Podoba mi się to. Podziwiam.
I trochę zazdroszczę.

Bo moje biodra zwykle służyły do
przemieszczania mnie z jednego
miejsca w drugie. No i często zawadzały.

Dopiero na jodze zaczęłam baczniej
je obserwować i czuć, mimo że wcale
tego nie chciałam. Zmusiły mnie bólem.

Warto wtrącić, że biodra nie powinny boleć.
Jeśli bolą, to coś jest zdecydowanie nie tak.

Oczywiście, nie chodzi o to, by walczyć
z bólem. Skoro jest ból, to jest i bólu
przyczyna. Teraz należy sprawdzić,
o co dokładnie chodzi.

20181221_084005

U mnie przyczyną byłą przesada.
Znów to sobie robiłam.

Byłam swoim kierownikiem,
policjantem i sędzią. Narzucałam sobie
ostry reżim, by stać się doskonała w tym co
robię.

Bo przecież brak doskonałości będzie
oznaczać mizerność, słabość i kruchość.
Czytaj: Bycie przegranym,  gorszym.

Każdego dnia więc robiłam długie i wyczerpujące
pozycje Virabhadrasany  i Parvsakonasany,
(tej pierwszej, o ironio, polską nazwą jest
„Wojownik”), które jeśli nie są wykonywane
z szacunkiem dla własnych granic mogą
przyprawić o kontuzję. Lub ból.

Czyli znów – przemoc zamiast miłości.
Przesada zamiast umiaru.
Perfekcjonizm zamiast radości.

Ciało jest mądre. Jest o wiele bardziej
mądrzejsze i bliższe prawdy niż nasz umysł
i myśli o naszym ciele. Ciało bardzo często mówi STOP.
My natomiast odpowiadamy: ja ci jeszcze pokażę!

Gdzie tu miłość? Gdzie szacunek?
Gdzie życzliwość i współczucie?
Zatrzymałam się. Fizycznie i mentalnie.

Biodra powiedziały STOP, a jednocześnie
skierowały nań moją uwagę. Oto, po
raz pierwszy w życiu zaczęłam gadać
ze swoimi biodrami. Zadaję im pytania
i uważnie nasłuchuję, czego im potrzeba.

Masuję je, głaskam
i czule otulam kocem.

Po raz pierwszy wklepuję w nie balsam
życzliwie, a nie po macoszemu, bo przecież trzeba.

20181221_083943

Dziś je narysowałam.

Kupiłam pastele i papier o dużej gęstości.
Zaparzyłam imbryk truskawkowej herbaty
i zaczęłam słuchać.

Nie uchem, ale sercem.

Powędrowałam do bioder
i przeskanowałam je wyobraźnią „od stóp do głów”.

Po czym wzięłam kredki i zaczęłam rysować,
Bez analiz, bez „wypada” i „muszę”.
W ruch poszedł fiolet, błękit i róż.
Pojawiły się owale i kanciastość.

Bo to nie była jedna opowieść bioder, a wiele.

Dziś obrazek stoi
w centralnym miejscu
w moim małym pokoju.

Spoglądam na niego co chwilę
i jestem pełna podziwu. Nie dla
własnego talentu, bo jeśli chodzi
o rysowanie, to bogowie zapomnieli
o tym darze.

Jestem pełna podziwu dla bioder.
Że przez całe życie ze mną, miały w sobie
tyle opowieści, kwiatów, zwierząt, słońc
gwiazd i korzeni.

A ja nigdy wcześniej
nie chciałam ich usłyszeć.
Nigdy tak naprawdę nie poświęciłam
im choćby minuty miłości.

Do niedawna.

Wiecie co się stało?
Biodra przestały boleć.

Teraz ból przesunął się w kierunku pachwin.
Tak jakby wysłuchana część ciała odpuściła,
a teraz przyszedł czas na kolejną.

I będzie to trwało dopóty, dopóki
nie zrozumiem, że jestem całością.
Że mieszkam i w biodrach
i w brzuchu i w karku i małym palcu stopy.

I że jednocześnie mieszka w nich
Wszechświat.

Moje biodra są pełne Beyonce.
Pachwiny są muzyką Beyonce.
I kark.
I barki
I dłonie
mają opowieści na niejedną
wielowątkową bajkę.

 

Spokojnie! Mam to pod (wieczną) kontrolą

Sebastianie. Z góry przepraszam,
że na blogu zamieściłam nasze zdjęcia.
Nie miałam innych, które nadawałyby się
na okazję tego wpisu.

Bo tematem ma być „zabawa”.

Dziś, z kolegą z pracy zrobiliśmy
sobie kilka zdjęć przy okazji świątecznej
atmosfery jaka panowała w firmie.

Mikołaj, mnóstwo lampek choinkowych,
wesołe piosenki, pierniki, poczęstunek,
mnóstwo ludzi i mnóstwo śmiechu.

Gdy patrzę na te zdjęcia widzę Sebastiana –
z modelowym amerykańskim uśmiechem.
Wyluzowany jak zawsze.

I siebie – niepewną, spiętą, z podniesionymi
barkami. Czuję się nie na miejscu. Bo
przecież „dobra zabawa”, to nie moja działka.

Moim terytorium są reguły i schemat.
Kocham wszelkie jasne zasady.
Kocham kontrolę i porządek.

Czy mnie uszczęśliwiają? Niekoniecznie.
Raczej uspokajają rozbiegany
i wiecznie martwiący się umysł.

Kontrola i reguły zamykają drzwi
przed nieznanym. A to, co znane
jest zawsze bezpieczne.

Mała, słodka depresja, ale jednak własna.

Kiedyś terapeutka zapytała mnie
czy poszłam do kina na film,
o którym opowiadałam jej od trzech tygodni.

-Nie – odparłam.
-Dlaczego nie?
-To smutny film i podobno źle się kończy.
Po co to sobie robić?
-Boisz się życia…- skomentowała .
-Boisz się przeżywać emocje, a co za tym idzie
przeżywasz życie na pół gwizdka.

Wkurwiła mnie. Bo emocji to ja mam
pod dostatkiem. We wtorek depresja,
a w środę ekstaza. W sobotę melancholia
a w niedzielę gniew i rozbite talerze.

Mimo to, miała rację. Bałam się
przeżywać to kim jestem naprawdę. Nadal się boję.
Bo jestem wrażliwcem, który niejednokrotnie
musiał tłumaczyć się ludziom z własnych uczuć.

Partnerzy upatrywali w tym PSM.
Koleżanki szukały przyczyn w tarczycy.
Rodzice w ludziach, którzy mieli na mnie zły wpływ.

Ja sama tłumaczyłam to:
niewyspaniem,
złą dietą,
kiepską pogodą,
pełnią księżyca
księżycem w nowiu,
cudzym spojrzeniem,
samotnością
nadmiarem kontaktu z ludźmi,
brakiem kontroli wreszcie.

Cóż więc mogłam robić?

Bardziej podkręcałam kontrolę,
aby dopuszczać mniej światła do ziaren, które
w każdej chwili mogły zapuścić korzenie
i wybuchnąć gorzkim owocem

smutkiem
zazdrością
gniewem
poruszeniem
rozczarowaniem
melancholią
w końcu mieszanką ich wszystkich.

I tak właśnie stałam się starym człowiekiem.
70-latką zamkniętą w ciele 30-latki.

Po latach musiałam przyznać terapeutce rację.
Strach przed emocjami, to strach przed życiem.
To przede wszystkim strach przed sobą.

Kiedyś zapytałam ówczesnego chłopaka,
też wysoce wrażliwego:

– Czy to się kiedyś skończy?

Oby dwoje wiedzieliśmy, że ten dzień
nigdy nie nadejdzie.

Że jesteśmy tym, kim jesteśmy.
I że największa słabość ostatecznie
może stać się największą siłą, jeśli dobrze
nią pokierujemy.

Czyli puścimy kontrolę.

Pozwolimy sobie na bycie sobą.

Na płacz przy pięknej piosence.
Na głęboki smutek po dobrym filmie.
Na gniew pełen przekleństw i krzyku,
gdy ktoś nas zezłości.

Jeśli pozwolimy sobie na bycie dzieckiem
który z ciekawością przygląda się światu,
ludziom i wreszcie własnej wrażliwości, to
zaadaptujemy ją do lepszych celów,
zamiast tych, które niszczą i oddalają społecznie.

We wrażliwości mieszkają opowieści,
wielka empatia do drugiego człowieka,
i do wszystkiego co żyje.

Wrażliwość to posiadanie kanałów, o których inni
mogą pomarzyć,

Wrażliwość to głęboka duchowość i życie za dwóch.

To życie bardziej,
więcej,
mocniej.

Ale też wieczny lęk.

Przed nowym.
Przed głośnym i szybkim.
A nawet przed drugim człowiekiem.

Bo w przeciwieństwie
do dzisiejszego pokolenia milenialsów,
nie potrzebujemy zbyt wielu bodźców.
Dla nas bodźcem może być wszystko.

I jak niczego na świecie boimy się relacji –
-to tam mieszkają Dzikie Stwory.

Otwieramy na oścież serce, a otwartość zawsze
zwiększa ryzyko zranienia. To
w relacjach bywamy porzucani,
zdradzani, osądzani i wyśmiewani.

A potem, jakby tego było mało
sami jeszcze sobie dokładamy.
Gadamy w głowie, że nie jesteśmy warci
cudzej przyjaźni, że jesteśmy do niczego.

Nic dziwnego, że bywamy
często bardzo samotni.

Jednak, to co przeraża najbardziej
ma największą moc transformacji.

Dlatego potrzebujemy czasem puścić kontrolę
i otworzyć wrażliwemu dziecku
furtkę do wszystkich kolorów świata.

Do wszystkiego, co tak bardzo napawa nas strachem:

Do emocji.
I zranień.
I zabawy.
I relacji.
I do siebie w końcu.

Może na zdjęciach za rok nie będę już
tak spięta? A może będę tak samo.
Ale jednak za własnym przyzwoleniem
i całkowitą wyrozumiałością do wszystkich
wrażliwych tego świata… W tym siebie.

 

Wciąż się zakochuję!

Ostatnio ciągle się „zakochuję”.
W 20-letnim chłopcu mijanym na ulicy.
I w brodatym mężczyźnie w kawiarni,
co w oczach ma całe bezchmurne niebo.

Zakochuję się w chłopaku znajomej.
Zakochuję się w Tomie Odellu,
którego piosenki towarzyszą mi w pracy.

Zakochuję się charyzmatycznej kasjerce w Piotrze i Pawle.
I w nowym koledze w pracy, który ma tatuaże i dzikie spojrzenie.

I nawet zakochuję się w najlepszej
koleżance. Jej głośnym śmiechu i energii, która
rozsadza te drobniutkie ciałko i niepozorną twarz.

A za tymi miłościami idą sny.
Czasem pełne znaczenia,  czasem
kompletnie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Erotyczne, emocjonalne i koszmary jednocześnie.

A potem są uczucia. Najczęściej gniew.
Energetyczny i potężny jak fale podczas sztormu.
Na zewnątrz spokój, a w środku ktoś się wyrywa.
Do miłości, do życia, do popłynięcia z nurtem
rwącej rzeki.

Mimo to, wciąż trzymam stopę na hamulcu.
Nie pozwalałam sobie na żadną miłość,
na erotyzm, na dziecięcą beztroskę, na
szaleństwo i późne godziny snu.

Bo przecież gdybym pozwoliła, to musiałabym przyznać,
że moja tożsamość znów musi się rozpaść
po raz enty. Poza tym w lesie są wilki i demony;
mnóstwo znaków zapytania i nieobliczalność.

Nie wypada puścić hamulców
w świecie pełnym zakazów – gada mi w głowie
ta wiecznie uporządkowana i nieśmiała dziewczyna.

Bo kim będę, gdy
pozwolę sobie na to wszystko
w czym się zakochuję? Co jeśli stanę się
tymi wszystkimi wypartymi elementami siebie
w jednej chwili? Co jeśli eksploduję?

Prawda o miłości jest taka, że nie zakochujemy się
w drugiej osobie. Zakochujemy się w sobie. Ponownie.

A może po raz pierwszy od czasu,
gdy dorośliśmy i staliśmy się „poważnymi” ludźmi.

Zakochujemy się w czułości, której sami sobie
nigdy nie chcieliśmy dać.

W całkowitej akceptacji.
W łagodności.
W szaleństwie.
W tym jak ktoś
dotyka nasze ciało.
Zakochujemy się w czyimś
spojrzeniu. Pełnym radości i namiętności.

Oto w tej krótkiej chwili, widzimy
kim możemy być, jeśli dostrzeżemy
własny potencjał, który zawiera wszystko
i każdą część. Również tę zepchniętą na margines.

Czyż nie byłoby wspaniale zostać tym, kim się
czujemy w fazie zakochania? Zamiast tego
zalewają nas krępujące nawyki zachowań.

Zakazy. Nakazy. Oczekiwania. Głupie
plany i durne pomysły, których przecież
obiecywaliśmy nie mieć nigdy więcej.

A jednak.

Zakochuję się po raz setny w tym tygodniu.
Moje ciało nie chce się już powstrzymywać.
Chce tańczyć. Krzyczeć. Wzruszać się.
Smakować, doświadczać, pozwalać sobie.

Życie wzywa. A stopa wciąż hamuje.

 

Ile w nas prawdy, gdy nikt nie patrzy?

-Czemu nie kupisz sobie maty – zapytałam
koleżankę, która od roku wytrwale chodzi
na zajęcia jogi.

-Ale po co? W studiu mają mnóstwo – odparła.

-Jeśli będziesz miała własną, w końcu
będziesz mogła rozpocząć praktykę własną.
W domowym zaciszu. Tylko ty, cisza i mata.

-E tam. Ćwiczyć samej? Po co?
Nie chcę. Nuda. Potrzebuję innych obok.

Czyż nie jest tak ze wszystkim?
Czyż nie jest tak, że odmawiamy
sobie prawa do przeżywania świata
w najlepszy możliwy sposób, jeśli nikt
nie patrzy?

Ja nie mam problemu z ćwiczeniem
jogi samej w domu, w absolutnej ciszy.
I nie mam problemu z medytacją, której
nikt nie widzi, której nikt nie ocenia
i o której pewnie nikt nie wie.

Ale złapałam się na innych rzeczach, które
rezerwowałam tylko dla cudzych oczu.

Ładną sukienkę. Najlepszy sweter.
Wyjście do kina. Palenie świeczek,
wytarcie biurka po porannej kawie.

Czyż nie jest tak, że od dziecka
nosimy w sobie program, by starać
się dla innych, ale dla siebie już niekoniecznie?

To dlatego z jednego związku zaraz pakujemy się
w inny. To dlatego, niektórym nie wystarcza
jedno dziecko lub jeden kot czy pies. To dlatego
w każdy weekend planujemy wyjście na miasto.

A gdy jesteśmy sami paplamy w głowie,
oglądamy seriale, i puszczamy głośną muzykę.

Boimy się samotności, bo nie znamy siebie.
A co gorsza, boimy się poznać. Nie chcemy
zbliżyć się do środka, w którym tętni gniew,
smutek, zazdrość,  może nuda. Wolimy
stwarzać pozory.

Założyć ładną sukienkę
do kawiarni z koleżanką i chcieć ugotować
obiad na wizytę bliskiej rodziny. To dla nich
rezerwujemy twarz z makijażem, ułożone
włosy i drogą knajpkę.

Jeden kolega zapytał mnie wczoraj:
-Spotykasz się z kimś?

Odparłam, że nie. Że przecież
dopiero co wyszłam z pięcioletniego związku,
że na wszystko potrzeba czasu – a przede
wszystkim na spotkanie ze sobą, by zweryfikować,
kim jestem, czego chcę, co mogę dać i dokąd zmierzam.

Oraz skąd tyle smutku i gniewu i powielanie schematów.
Poza tym, dodałam,
w samotności nie ma niczego złego.
Od urodzenia w pojedynkę jesteśmy kompletni.

Zdawał się nie słyszeć co mówię.
Albo usłyszał, lecz nie zrozumiał.

-Od lipca minęło już tyle czasu!
Znajdź sobie kogoś!

Podziękowałam drogiemu koledze
i poszłam na randkę. Do domu.

20181110_084913

Zapaliłam zapachowe świeczki. Przygasiłam światło.
Zaparzyłam poziomkowej herbaty w nowy imbryk, i
ubrałam najlepszą sukienkę.

Patrzyłam jak deszcz stuka o szyby i po prostu
siedziałam w swojej obecności.
Świadoma emocji. Świadoma oddechu.
Świadoma zmęczenia.

Prawdziwa, autentyczna, obecna, przytomna
dla samej siebie, a jednocześnie
dla całego świata. Bo przecież nie jestem oddzielna
od nikogo i jestem częścią reszty.
Nawet wtedy, a może zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy.

Gdy już usłyszałam przekaz deszczu, a świeczki się
dopaliły, wzięłam do ręki książkę Jona Kabat-Zinna,
którą sączę od miesiąca. Jeden dzień- jedna strona,
bez pośpiechu. Tym razem czekała mnie niespodzianka.

„Gdy medytujesz w domu, może dodawać ci otuchy
i inspirować cię świadomość, że na świecie dokładnie
w tym samym momencie medytują dosłownie miliony
ludzi takich jak ty.

Jesteś całością, a równocześnie jesteś częścią
większych i jeszcze większych całości, nawet
jeśli o tym nie wiesz. Nigdy nie jesteś sam.

Już teraz przynależysz. Należysz do ludzkości.
Należysz do życia. Należysz do tej chwili, która jest
do tego właśnie oddechu.”

Jon Kabat-Zinn
Praktyka uważności dla początkujących