Wszystkie wpisy, których autorem jest Kamila Gulbicka

Emocjonalna istnieje od kwietnia 2014 roku i porusza tematykę samorealizacji oraz pracy z emocjami. Strona ma służyć dwóm celom: prezentowaniu metod prowadzących do ogólnie pojętego sukcesu życiowego oraz zapoznaniu czytelników z książkami, które pomagają zrozumieć siebie i świat. Nie zabraknie też odrobiny rozrywki i recenzji z miejsc i kulturalnych wydarzeń.

Wciąż się zakochuję!

Ostatnio ciągle się „zakochuję”.
W 20-letnim chłopcu mijanym na ulicy.
I w brodatym mężczyźnie w kawiarni,
co w oczach ma całe bezchmurne niebo.

Zakochuję się w chłopaku znajomej.
Zakochuję się w Tomie Odellu,
którego piosenki towarzyszą mi w pracy.

Zakochuję się charyzmatycznej kasjerce w Piotrze i Pawle.
I w nowym koledze w pracy, który ma tatuaże i dzikie spojrzenie.

I nawet zakochuję się w najlepszej
koleżance. Jej głośnym śmiechu i energii, która
rozsadza te drobniutkie ciałko i niepozorną twarz.

A za tymi miłościami idą sny.
Czasem pełne znaczenia,  czasem
kompletnie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Erotyczne, emocjonalne i koszmary jednocześnie.

A potem są uczucia. Najczęściej gniew.
Energetyczny i potężny jak fale podczas sztormu.
Na zewnątrz spokój, a w środku ktoś się wyrywa.
Do miłości, do życia, do popłynięcia z nurtem
rwącej rzeki.

Mimo to, wciąż trzymam stopę na hamulcu.
Nie pozwalałam sobie na żadną miłość,
na erotyzm, na dziecięcą beztroskę, na
szaleństwo i późne godziny snu.

Bo przecież gdybym pozwoliła, to musiałabym przyznać,
że moja tożsamość znów musi się rozpaść
po raz enty. Poza tym w lesie są wilki i demony;
mnóstwo znaków zapytania i nieobliczalność.

Nie wypada puścić hamulców
w świecie pełnym zakazów – gada mi w głowie
ta wiecznie uporządkowana i nieśmiała dziewczyna.

Bo kim będę, gdy
pozwolę sobie na to wszystko
w czym się zakochuję? Co jeśli stanę się
tymi wszystkimi wypartymi elementami siebie
w jednej chwili? Co jeśli eksploduję?

Prawda o miłości jest taka, że nie zakochujemy się
w drugiej osobie. Zakochujemy się w sobie. Ponownie.

A może po raz pierwszy od czasu,
gdy dorośliśmy i staliśmy się „poważnymi” ludźmi.

Zakochujemy się w czułości, której sami sobie
nigdy nie chcieliśmy dać.

W całkowitej akceptacji.
W łagodności.
W szaleństwie.
W tym jak ktoś
dotyka nasze ciało.
Zakochujemy się w czyimś
spojrzeniu. Pełnym radości i namiętności.

Oto w tej krótkiej chwili, widzimy
kim możemy być, jeśli dostrzeżemy
własny potencjał, który zawiera wszystko
i każdą część. Również tę zepchniętą na margines.

Czyż nie byłoby wspaniale zostać tym, kim się
czujemy w fazie zakochania? Zamiast tego
zalewają nas krępujące nawyki zachowań.

Zakazy. Nakazy. Oczekiwania. Głupie
plany i durne pomysły, których przecież
obiecywaliśmy nie mieć nigdy więcej.

A jednak.

Zakochuję się po raz setny w tym tygodniu.
Moje ciało nie chce się już powstrzymywać.
Chce tańczyć. Krzyczeć. Wzruszać się.
Smakować, doświadczać, pozwalać sobie.

Życie wzywa. A stopa wciąż hamuje.

 

Reklamy

Ile w nas prawdy, gdy nikt nie patrzy?

-Czemu nie kupisz sobie maty – zapytałam
koleżankę, która od roku wytrwale chodzi
na zajęcia jogi.

-Ale po co? W studiu mają mnóstwo – odparła.

-Jeśli będziesz miała własną, w końcu
będziesz mogła rozpocząć praktykę własną.
W domowym zaciszu. Tylko ty, cisza i mata.

-E tam. Ćwiczyć samej? Po co?
Nie chcę. Nuda. Potrzebuję innych obok.

Czyż nie jest tak ze wszystkim?
Czyż nie jest tak, że odmawiamy
sobie prawa do przeżywania świata
w najlepszy możliwy sposób, jeśli nikt
nie patrzy?

Ja nie mam problemu z ćwiczeniem
jogi samej w domu, w absolutnej ciszy.
I nie mam problemu z medytacją, której
nikt nie widzi, której nikt nie ocenia
i o której pewnie nikt nie wie.

Ale złapałam się na innych rzeczach, które
rezerwowałam tylko dla cudzych oczu.

Ładną sukienkę. Najlepszy sweter.
Wyjście do kina. Palenie świeczek,
wytarcie biurka po porannej kawie.

Czyż nie jest tak, że od dziecka
nosimy w sobie program, by starać
się dla innych, ale dla siebie już niekoniecznie?

To dlatego z jednego związku zaraz pakujemy się
w inny. To dlatego, niektórym nie wystarcza
jedno dziecko lub jeden kot czy pies. To dlatego
w każdy weekend planujemy wyjście na miasto.

A gdy jesteśmy sami paplamy w głowie,
oglądamy seriale, i puszczamy głośną muzykę.

Boimy się samotności, bo nie znamy siebie.
A co gorsza, boimy się poznać. Nie chcemy
zbliżyć się do środka, w którym tętni gniew,
smutek, zazdrość,  może nuda. Wolimy
stwarzać pozory.

Założyć ładną sukienkę
do kawiarni z koleżanką i chcieć ugotować
obiad na wizytę bliskiej rodziny. To dla nich
rezerwujemy twarz z makijażem, ułożone
włosy i drogą knajpkę.

Jeden kolega zapytał mnie wczoraj:
-Spotykasz się z kimś?

Odparłam, że nie. Że przecież
dopiero co wyszłam z pięcioletniego związku,
że na wszystko potrzeba czasu – a przede
wszystkim na spotkanie ze sobą, by zweryfikować,
kim jestem, czego chcę, co mogę dać i dokąd zmierzam.

Oraz skąd tyle smutku i gniewu i powielanie schematów.
Poza tym, dodałam,
w samotności nie ma niczego złego.
Od urodzenia w pojedynkę jesteśmy kompletni.

Zdawał się nie słyszeć co mówię.
Albo usłyszał, lecz nie zrozumiał.

-Od lipca minęło już tyle czasu!
Znajdź sobie kogoś!

Podziękowałam drogiemu koledze
i poszłam na randkę. Do domu.

20181110_084913

Zapaliłam zapachowe świeczki. Przygasiłam światło.
Zaparzyłam poziomkowej herbaty w nowy imbryk, i
ubrałam najlepszą sukienkę.

Patrzyłam jak deszcz stuka o szyby i po prostu
siedziałam w swojej obecności.
Świadoma emocji. Świadoma oddechu.
Świadoma zmęczenia.

Prawdziwa, autentyczna, obecna, przytomna
dla samej siebie, a jednocześnie
dla całego świata. Bo przecież nie jestem oddzielna
od nikogo i jestem częścią reszty.
Nawet wtedy, a może zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy.

Gdy już usłyszałam przekaz deszczu, a świeczki się
dopaliły, wzięłam do ręki książkę Jona Kabat-Zinna,
którą sączę od miesiąca. Jeden dzień- jedna strona,
bez pośpiechu. Tym razem czekała mnie niespodzianka.

„Gdy medytujesz w domu, może dodawać ci otuchy
i inspirować cię świadomość, że na świecie dokładnie
w tym samym momencie medytują dosłownie miliony
ludzi takich jak ty.

Jesteś całością, a równocześnie jesteś częścią
większych i jeszcze większych całości, nawet
jeśli o tym nie wiesz. Nigdy nie jesteś sam.

Już teraz przynależysz. Należysz do ludzkości.
Należysz do życia. Należysz do tej chwili, która jest
do tego właśnie oddechu.”

Jon Kabat-Zinn
Praktyka uważności dla początkujących

Krok za krokiem

Jak to się dzieje, że wraz z wiekiem
wydaje się, że doba jest krótsza?

Jak to możliwe, że mimo postępu
technologicznego, który miał ułatwiać
życie, komplikujemy je coraz bardziej
i tracimy kontakt z tym, co naprawdę ważne?

Jak do tego doszło, że przestajemy siebie
rozumieć i mieć czas na samopoznanie?

A współczesne kursy medytacji same w sobie obfitują
w presję i gonitwę za odległym celem?

Może to kwestia zachodniej kultury
nastawionej na sukces i osiągnięcia,
która sprzyja płytkim wartościom, za
dziwactwa zaś uznaje to co wolne,
nieambitne i zbyt normalne?

Wyobraź sobie, że żyjemy w świecie,
w którym zamiast kolorowych bilboardów
są plakaty z ludźmi, których
naprawdę warto podziwiać.

Mahatma Gandhi, Dalaj Lama,
Thich Nhat Hahn, Maria Skłodowska-Curie,
Makary Sieradzki.

A tymczasem, w Warszawie powstaje olbrzymi
mural z wizerunkiem… Nicki Minaj.

Dni, pieniądze i energia ludzkich rąk wykorzystane do promocji
płytkiego piękna, nagości i materialnego bogactwa…

Nie pomyślcie, że narzekam na nasz piękny kraj,
czy zachodnią cywilizację. Jest jak jest, trzeba to
zaakceptować.

Jednak to, co najbardziej mnie
zadziwia to fakt, że zamiast żyć bliżej siebie,
jesteśmy coraz dalej. Od relacji i własnego środka.

Zamiast słuchać, gadamy.
Zamiast siedzieć w ciszy,
zapełniamy przestrzeń
nieustannym jazgotem.

W domu seriale, a w drodze do
pracy słuchawki w uszach.

Dostrzegam to również w swoim życiu.
Tak bardzo kocham spokój, ciszę i wolne
tempo – a tymczasem od wielu lat ciągle się śpieszę.
Jak to się stało?

Rano biegnę na autobus, bo mam trzy minuty.
Popołudniu biegnę na jogę, bo 17.00 to jedyna godzina
wolnej przestrzeni. W sobotę szybko i pobieżnie
sprzątam kuchnię, bo przecież trzeba pomedytować.
Na spacerze ponaglam psa, bo tyle jeszcze trzeba zrobić,
napisać, obejrzeć, zdobyć, zrozumieć.

Cóż za wielka pomyłka!

Bo na co mi joga? Na co mi
medytacja? Na co mi wszystkie
aktywności, których celem jest bycie Tu i Teraz,
skoro między nimi żyję w wiecznym pędzie?

Złapałam się na tym, gdy pewnej leniwej
niedzieli obejrzałam dokument „Walk with me”.

Ten film jest przeciwieństwem wysokobudżetowych
blockbusterów – kolorowych, głośnych i napakowanych
akcją – abyś tylko się nie znudził.

To zapis życia ludzi, którzy zdecydowali
się poświęcić czas uważności.

Jedzą wspólnie, choć nie rozmawiają,
a posiłki trwają dłużej niż nasze.

Spacerują powoli. Krok za krokiem skupiając uwagę
na oddechu. Wdech – Wydech – Jeden krok.
Wdech -Wydech -Drugi krok.

Raz na godzinę słychać dźwięk dzwonka.
I wtedy zaniechają wszystkiego, co robią.
Zatrzymują się. Milkną. Oddychają. Widzą.

Obejmują przytomnym umysłem,
to w czym właśnie są. Jednym słowem –
wracają do domu. Wracają do siebie.

Od kilku miesięcy zafascynowałam się
tą sztuką spoczywania w tym co jest,
nazwaną dla potrzeb zachodniego świata
Mindfulness.

Oto okazuje się, że najwięksi
badacze, naukowcy, neurolodzy i trenerzy
zaczynają propagować Zen wśród laików i
zapracowanych mam i sfrustrowanych pracowników.

I nieźle im o wychodzi, bo przecież jakość
naszego życia nie zależy od stanu posiadania,
ilości odbytych podróży czy osiągnięć zawodowych.

Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu
możemy poczuć, że nie ma nic do osiągnięcia.

Że jedyne co mamy – to siebie. Ten czas, swój oddech
i obecną chwilę, nic więcej. I choć wydaje się, że to
mało, prawda jest o wiele bardziej zadziwiająca.

Bo zwykły oddech objęty uważną świadomością
staje się największym skarbem i spełnieniem marzeń
o pełnym życiu. Nie ma nic do zdobycia, ani miejsc
do odwiedzenia. Jedynie Wdech- Wydech – Jeden krok.

Wdech – Wydech – Drugi krok. I to naprawdę tyle.

 

 

And again…

-To co? Dziś kolejna przeprowadzka?
Pyta mnie mój kolega z redakcji.
-Która to już? Szósta? – dopytuje.

Liczba, którą mu podałam sprawiła,
że zaniemówił.

-Jak to: DWUDZIESTA TRZECIA???

Tak. Dwadzieścia trzy.
Dokładnie tyle razy przeprowadzałam się
w swoim krótkim, bo zaledwie 33-letnim życiu.

Dużo? Tak, ja też myślę, że dużo.
A najzabawniejsze jest to, że jedną z
moich głównych wartości jest stabilność.

Uważam się za domatora. Lubię wrastać
korzeniami w miejsce, do którego czuję silne
przywiązanie.

A jednak – Wszechświat daje
coś zgoła odmiennego.

Brak stabilności, wieczne zmiany,
ruch i chaos, niepewność.

Może wie lepiej, czego mi potrzeba?
Może przy osadniczym trybie życia
zapomniałabym po co jestem i jaki jest mój sens?

Może bym zgnuśniała w dobrobycie
powielając styl życia milionów ludzi na świecie:

kupowałabym rzeczy, których nie potrzebuję i na
które mnie nie stać, by wywrzeć wrażenie, na tych
za którymi nie przepadam…? Kto wie…

20180929_113341

Cuda zdarzają się wtedy, gdy odpuszczam.
Gdy mówię na głos: UFAM CI.

UFAM CI
Wszechświecie.
Kosmosie.
Energio.
Losie.
Czymkolwiek jesteś.

Przyjmę co mi dasz,
pogodzę się z tym, co odbierzesz.

I choć to pięknie brzmi, a słowa
rodzą się bezwysiłkowo, to
praktyka przychodzi z trudem.

Ale jednak – zdarza się.
Są momenty, gdy naprawdę ufam i
poddaję sie strumieniowi życia,
akceptując wszystko, bo nie mam już sił
walczyć ani się sprzeciwiać.

Tak jak dwa tygodnie temu,
gdy mokłam w deszczu czekając na
pociąg, wiedząc że muszę natychmiast
się wyprowadzić choć nie mam dokąd.

Mieszkanie, które miałam kupić
okazało się bublem, a tymczasowy pobyt u koleżanki
zmienił się w trudną lekcję przetrwania.

I właśnie wtedy zadzwonił telefon –
jakiś nieznany numer.

-Halo?
-Kamila? Cześć! Tu Malwina. Chcesz u mnie mieszkać?
-Ale jak to? Skąd…?
-Jakoś mi się obiło o uszy, że szukasz…
-Malwinka, ja mam dużego psa…
-Wspaniale, bardzo lubię psy 🙂 To, co?
-Od kiedy?
-Od końca września? Pasuje?
-Noooo…!
-Świetnie. Dostaniecie wielki pokój
z balkonem i z oknami wychodzącymi na wschód.
jesteśmy umówione! To pa!

20180929_073913

Nie mogłam w to uwierzyć.
Bo Malwina to koleżanka, którą
zawsze chciałam lepiej poznać.

Inspirowało mnie to, że jeździ do Indii i do Katmandu
i przywozi stamtąd masę historii, których można słuchać
godzinami przy kubku herbaty. Ale zawsze brakowało
nam czasu, okazji, przestrzeni…

Często powtarzałam w duchu: jak fajnie byłoby ją
bliżej poznać. No i proszę. Jest potrzeba,
Wszechświat działa i daje prezenty w czasie,
który jest właściwy. I jak nie ufać? Jak wciąż wątpić?

Prawda jest taka, że lubimy walczyć
i szamotać się z życiem, bo tak nas nauczono.
Zewsząd zalewają nas slogany pseudocoachów i
„PożalSięBożeAutorytetów”, że życie polega
na ciągłej walce.

Walcz, zdobywaj, osiągaj.
Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!

A ja mam inną filozofię, której
kluczem jest prostota: pokochaj to, co masz
i zaakceptuj, to czego nie lubisz.

Przede wszystkim zadbaj o wnętrze.
Bo jeśli wnętrze będzie zdrowe, to
zewnętrzny świat zacznie rezonować z każdą
pojedynczą komórką w Twoim ciele oraz narratorem
w umyśle. Przede wszystkim kochaj i bądź wdzięczny.

Prawda jest taka, że mamy wiele.
Mamy życie, ciało, sprawny mózg,
dach nad głową, przejrzysty umysł,
świadomość, i słońce na niebie.

Tak naprawdę nie ma potrzeby
osiągania czegokolwiek. Bo mamy
wszystko, czego nam potrzeba.

Dokładnie teraz, dokładnie tutaj.
Dostosowane do nas samych ❤

 

Punkt „zero”

Punkt „zero” – tak nazwałam moment życia
w którym jestem. Czyli czas zawieszenia.

Etap w którym nie ma niczego, prócz zmian.
Przeszłość odeszła, a przyszłości jeszcze nie ma.

Uświadomiłam sobie, że nie mogę dłużej żyć tak,
jak żyłam – to nie działało.

Nie wiem jeszcze w jakim kierunku pójdę. Nie wiem,
co będzie. Ani kim jestem, ani czego chcę.

Punkt „zero” – ani po, ani przed. Czas pustki.
Ciszy. Zawieszenia. Przepaści. Niewiedzy.
Braku tożsamości.

Jeszcze niedawno panikowałam.
No bo jak to? Nie wiedzieć – nic?
Czy to zdrowe? Czy to bezpieczne?

Im dłużej zastanawiałam się kim jestem
i czego chcę od życia, tym czułam większe
pomieszanie. Bo zewsząd przychodziła
jedna odpowiedź: nie wiem.

Codziennie muszę podejmować
mnóstwo decyzji, a na tyle
głowy mam decyzję o kupnie
mieszkania. Ale jak podejmować
decyzje, kiedy nie wie się nic o sobie?

Nie. Wstrzymam się. Pozwolę sobie
nie wiedzieć. Po prostu być.

Ale samo bycie jest trudne. Czasami
zapełniałam pustkę tym, co miałam
pod ręką. Ale im więcej rzeczy, ludzi
i zjawisk tym dziura była większa.

Bo to nie byłam ja.

W końcu jeden przyjaciel powiedział:
Kama, daj spokój. Nie szukaj.
Pobądź w tym trochę. Niech pustka
stanie się prawdziwą pustką, a jeśli
dojdziesz do przepaści, skocz.

I tyle. To była odpowiedź, którą w głębi duszy
przeczuwałam, ale której nie chciałam znać.

20180830_204932

Bo to oznacza ZAAKCEPTOWAĆ niewiedzę o sobie.
Może wiem, kim byłam, ale nie wiem kim jestem.
Bo tamta Kamila odeszła, a nowa jest… no właśnie…
Jaka?

Dziś patrząc w lustro widzę dziewczynę,
która nie wie nic, ale czuje bardzo.

Zamiast pustki staram się widzieć potencjał.
Jestem niezapisana kartką papieru. Czy
powinnam ją zapisać na już?
Nie. Nic nie muszę.

Niech to się wydarzy samo.

Będę doświadczać, co ma być doświadczone.
Będę czuć emocje, które w sobie mam.
Naturalnie, bez zapełniania duszy
mentalnymi fast foodami.

Dziś po raz pierwszy od roku byłam na jodze,
żeby sprawdzić, jaką mam z nią relację.
Medytuję codziennie – testuję jak się
czuję na poduszce. Nawet one są w mojej
„szarej strefie”, bo nie wiem czy je lubię.

Bałam się punktu „zero” jak cholera.
Bałam się tej ciszy, niewiedzy i braku
tożsamości. Teraz widzę w nim potencjał.
To krótka chwila przed narodzeniem.

Jest ciemno, cicho, delikatnie, ale skurcze
wypychają ku światłu. Każdy poród boli,
a życie bywa niebezpieczne. Nie zatrzymam
już tego, bo pustka nie trwa wiecznie. Otrzymam
nowe imię i nowe życie. W swoim czasie.

A teraz… po prostu trwam 🙂

 

Szukając sensu w życiu pełnym zmian

Oto luksusowy problem współczesnego człowieka,
który żyje w świecie pokoju i pełnej lodówki – gdzie
i za ile kupić mieszkanie?

Czy wybrać klitkę w centrum miasta,
czy większe ale dalej?

Pytanie ważne, bo przecież w perspektywie jest
30-letnie spłacanie kredytu i powracanie wciąż
w to samo miejsce.

Niekiedy po trudnym dniu, będę chciała
schować się przed ulicznym zgiełkiem,
a niekiedy głośno roześmiać z głębokiej
wdzięczności do mądrości życia.

I Lunie musi też przypasować .
Bo przecież nie kupuję mieszkania
tylko dla siebie, ale dla nas.

Więc najlepiej żeby nieopodal był las i wiewiórki.
I żeby dom miał balkon lub taras.

Choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystko można mieć.
Koniec końców wygra to, co da więcej plusów.
A najważniejsza i tak jest
przestrzeń i energia miejsca.

Bo przecież każde lokum ma własną duszę.
Ktoś w nim zostawił emocje,
ktoś przeżył historię, a ta wpisała się w ściany,
wypełniła drewnianą podłogę i puste szafy.

Póki co żyjemy z Luną na uchodźstwie.
Życie się pokomplikowało, prawdopodobnie
po to, by ostatecznie mogło się uprościć.

20180831_101302

Musiałyśmy opuścić mieszkanie,
w którym spędziłyśmy prawie dwa lata.

Dla Luny to był jedyny dom po schronisku
jaki poznała. Więc teraz – gdy żyjemy w cudzym
domu, przygarnięte przez łaskawą koleżankę, Luna
się martwi. Bo przecież jest obco, nieswojo, inaczej.

I pewnie jej niepokój wynika też z mojego niepokoju.
Czuje, że „pańcia” jest poddenerwowana bardziej niż zawsze.

I „pani” czasem wychodzi nie wiadomo dokąd, zostawiając na
parę godzin w tej dziwnej obczyźnie, po której chodzą
nieznane człowieki.

Ale jednocześnie też widzę, że dajemy sobie siłę
i odważnie wkraczamy w tę życiową zmianę.

Dla niej jestem silniejsza – bo teraz tylko ja
za nią odpowiadam. Ona oddaje mi całe serce,
bo instynktownie czuje, że jest jedyną istotą z
którą teraz żyję, a więc i jedynym towarzyszem.

20180902_143649

Dziś zabrałam ją na oglądanie mieszkania,
żeby poznać jej zdanie. Śmiało przekroczyła
próg domu i zaczęła się rozglądać.

A potem idąc za moim przykładem – wyjrzała przez okno,
sprawdzając nasłonecznienie (a pomogła sobie
stając na dwóch łapkach, ku uciesze
pośredniczki nieruchomości).

Spojrzałam na jej mordkę. Widzę, że się
uśmiecha -Ładne? – pytam, a ona merda
ogonkiem. -Czy okna od wschodu ci
odpowiadają? – i nie widzę sprzeciwu.

I nic w tym dziwnego, bo przecież psy
nie lubią południowego skwaru.
Dobrze. A więc postanowione? Czekamy
jeszcze na podpowiedź Wszechświata.

Wystawiłyśmy swe intuicyjne anteny
i teraz czekamy na znaki. Co ma być,
to będzie. Uczymy się ufać i brać, co
życie daje i uelastyczniać umysły.

Jednego jestem pewna. Cokolwiek
się wydarzy będzie dla nas dobre.
Bo Wszechświat zawsze sprzyja wierzącym 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

+

Niewygodna prawda jest zawsze bezcenna

Czy wiesz, co to znaczy żyć w prawdzie?
Ja myślałam, że wiem. Przynajmniej
tak mi się wydawało.

Ciało jednak twierdziło inaczej.
Bo gdy odcinasz się od uczuć, i
nie przyznajesz się do prawdy,
to wiedz, że ciało z pewnością ci ją pokaże.

Jak?

Na różne sposoby: chorobą.
Wiecznym zmęczeniem.
Bólem.
Odrętwieniem.

I będzie robić to dopóki, dopóty nie spojrzysz w lustro
i nie przyznasz. Ok, myliłam się.
Rozminęłam się z prawdą.

Bardzo łatwo jest nam być trzema małpkami,
które nie chcą widzieć, nie chcą słyszeć, a na
pewno już o tym nie dyskutują.

Bo przecież prawda jest niewygodna. Bywa odkryciem
smutnej rzeczywistości o nas. Jest totalną nagością.

Jeśli decydujesz się żyć w prawdzie, na nic
ci filtry w Instagramie i na nic tylko ładne
zdjęcia na Facebooku. Że niby zawsze
promieniejesz i jesteś pełny wigoru.

Uśmiech nie schodzi z twarzy,
sukces goni sukces, a już na pewno
nie przeklinasz. Jest dobrze. Hej! Jest OK!

Myślę, że większość ludzkich kryzysów
bierze się z życia w kłamstwie.

Udajemy przed partnerami i uśmiechamy do szefa,
twierdząc, że nic nas nie uwiera.

Aż w którymś momencie tama puszcza
i rzeka zatapia całe krainy, które tak
skrzętnie budowałeś przez lata. I wiesz co?

To dobrze! Tak ma być! To pierwszy
krok do uzdrowienia.

Zdrowie zawsze
zaczyna się od prawdy.

Od przyznania: czuję wewnętrzną
martwotę. Zgorzknienie. Jestem wypalona.
Boję się. Każdego dnia coraz bardziej.
Nikogo nie lubię. Wszyscy mnie wkurwiają.
Jestem samotna i od roku cierpię na bezsenność.

Tak. To wtedy pęka tama i zalewa
świat łzami. Bo między słowami
powiedziałeś o wiele więcej.

Że nie lubisz siebie.

Że nigdy tak naprawdę z sobą nie byłeś.
Że zawsze uciekałeś, gdy było trudno.
Że nie chce ci się zawalczyć o siebie.
Że nie żyłeś własnymi priorytetami.

Że siebie porzuciłeś. Gdzieś dawno
temu, na jednej z wielu dróg.

Więc teraz trzeba na chwilę przystać.
Poodychać. I wrócić. Do siebie i
jednocześnie z sobą u boku.

Pogadać. Zaprzyjaźnić się. Zadbać o siebie.
A przede wszystkim być całkowicie szczerym
i autentycznym.

Jakiś czas temu zaczęłam tę drogę.
A życie wybrało ją za mnie.

Tak długo kłamałam i udawałam, aż ciało się wycofało
odrętwiałe do strefy letargu.

A z odrętwiałym i zimnym jak sopel
człowiekiem nie sposób dłużej żyć.

Ileż to razy obwiniałam się za to, że
próbowałam być szczera. Że przyznałam
się do niepewności lub niewiedzy.

Ileż to razy wahałam się, czy mogę odsłonić
własną skórę, mówiąc: jestem zależna,
bywam słaba, wrażliwa…

Ale nagle dostałam od losu fantastyczną
szansę na spotkanie siebie. I na uzdrowienie.

Zaczęłam żyć w prawdzie. Nie uśmiecham się,
gdy mi nie do śmiechu. Nie jem, czego nie lubię,
nie mówię tego, czego w duszy nie myślę.

Bywam okrutna. Bo klnę jak szewc i mówię
wprost co widzę. Czasem odmawiam, bo mi
się nie chce. Ale czasem się zmuszam, bo
intuicyjnie widzę w tym rozwój.

Kiedy ktoś mnie pyta o zdanie, potrafię powiedzieć:
nie czuję tego, nie widzę w tym potencjału.

Czy mogę kogoś zranić? Jasne. Ale przecież
nie przedstawiam faktów, tylko to, co czuję.
A swoich uczuć nie wyprę. Robiłam to zawsze.

Więc teraz się uczę spoczywać w prawdzie.
W niewygodnej, czasem niemiłej, brzydkiej
i odpychającej.

Bo jeśli jesteś w stanie wytrzymać:
samotność, lęk, gniew i własne pomieszanie,
to w końcu odejdą. Ale mniej groźne, bo
przerobione na zrozumienie.

Za każdym gniewem kryje się coś większego.
Za każdą ucieczką stoi twój wielki jak góra lęk.
Lub pamięć o lęku. Lub niezrealizowana potrzeba,
wycofana do strefy cienia. W końcu i nasi partnerzy
stają się lustrem tak jaskrawym, że uciekamy.

Tak. Dobrze myślisz. Dziś twierdzę, że
niemal każda choroba i niepokój
bierze się z życia w kłamstwie.

Kłamstwo natomiast dzieli cię na pół.
A wtedy własna integracja jest niemożliwa.
Uciekasz od siebie i przestajesz mieć ze
sobą kontakt. Bo przecież kłamca zawsze
ucieka a śledczy kluczy i szuka po omacku.

Wróć do siebie. Pokochaj się. Nawiąż więź.
Brzmi sztampowo? No pewnie. Miłość własna
to największa życiowa sztampa. Ale jeśli jej
nie doświadczyłeś, minąłeś się z życiem.