Tradycja vs. wolność

Rodzina i małżeństwo straciły na wartości. Dziś niewielu ludzi bierze ślub, jeszcze mniej stara się o dzieci. Skąd wzięła się tak powszechna niechęć do życia w zgodzie z tradycyjnym modelem rodziny?

CS39365111


 

Będąc pół roku temu na wykładzie Wojciecha Eichelbergera usłyszałam rzecz smutną, choć prawdziwą. Związki partnerskie zaczynają przypominać spółki z.o.o (z ograniczoną odpowiedzialnością). Niby kochamy, ale wciąż nie rozpakowujemy walizki. Niby jesteśmy zaangażowani, a wciąż sprawdzamy czy drzwi są szeroko otwarte. Czy to kwestia dewaluacji tradycyjnych wartości czy może zwykły egoizm, który każe uciekać, gdy pojawia się ślad odpowiedzialności?

Są we mnie dwie skrajne postawy. Jedna pragnie iść z duchem tradycji i skosztować wszystkich etapów bycia kobietą; druga natomiast jest dzika i wojownicza i kocha słowo wolność. Myślę, że mam w sobie dwa przeciwstawne bieguny które ścierają się w dzisiejszym społeczeństwie. Bo część młodych ludzi deklaruje chęć życia według tradycyjnego modelu, zwłaszcza kobiety, którym potrzebna jest inicjacja, symboliczny moment przeistoczenia się z dziewczyny w kobietę. Ta chęć przeżycia inicjacji jest w nas podskórnie zaszczepiona, może wyssana z mlekiem matki. Pamiętam jak dziś andrzejkowe wróżby w gronie koleżanek, kiedy zgadywałyśmy, która pierwsza przestanie być panną. Tak jakby tylko kobieta z pierścionkiem i obrączką naprawdę liczyła się w kulturze.  Natomiast druga, bardziej rozluźniona część społeczeństwa wykorzystuje wspaniałe czasy, w których przyszło nam żyć i ślubują miłość wyłącznie samym sobie. Kiedy spotka się dwójka zakochanych w sobie osób z dwóch biegunów, to jest łagodnie rzecz ujmując… niezły klops.

Reklamy i wielkie firmy, rozbudzają w nas coraz wieksze potrzeby. Ich skuteczność jest na tyle duża, że ludzkie życie faktycznie staje się jedną, nieustającą potrzebą, konieczną do zaspokajania: kupować, nabywać, jeść, pić, podróżować. A końca nie widać. Nie ma tu miejsca na stabilizację i nudę. Jeden partner na życie? Przecież to nuda; rozwody są drogie, majątek zbyt ważny a szukanie prawników zabiera zabawę. Samotność w XXI wieku nie boli jak kiedyś. Rozrywka jest dostępna na wyciągnięcie ręki, seks powszechny a etykiety nie krzywdzą. Dziś nikt nas nie osądzi na podstawi braku partnera. Przynajmniej nie w dużym mieście.

Żeby było jasne, nikogo nie oskarżam i w nikogo nie rzucam kamieniem. Także mnóstwo kobiet nie chce powielać patriarchalnego stereotypu przykładnej matki i żony. Dla nas, kobiet na zachodzie są to czasy wyjątkowo piękne. Możemy mieć wielu partnerów, stawiać tarota i nikt nas nie spali na stosie. I coraz częściej świadomie decydujemy o nierodzeniu dzieci. Bo przecież to z naszej strony są wszelkie poświęcenia: ciąża, poród, karmienie piersią, urlop wychowawczy, nieprzespane noce. A w razie odejścia mężczyzny, zostajemy same.

Zastanawia mnie jednak na ile są to decyzje wynikające z braku chęci posiadania potomstwa, braku instynktu macierzyńskiego czy po prostu innego powołania, a ile z uczucia strachu. Bo skoro, mężczyźni tak bardzo kochają wolność, to przecież w którymś momencie mogą zostawić nas z bagażem macierzyństwa. Nic dziwnego że się boimy. Ale czy my kobiety, możemy ufać samym sobie? Konsumpcjonizm stworzył w nas wielką, czarną dziurę; mimo przesytu kolejnymi nowinkami, nadal mamy wilczy apetyt. Jest w nas za mało wdzięczności, za dużo oczekiwań i zbyt wiele rozbuchanych pragnień. Nie cieszymy się zwykłymi doświadczeniami; dbamy o wizerunek topiąc w niego kolejne ciężko zarobione pieniądze, a potem kształcimy się, by móc zarabiać jeszcze więcej, bo miłość i spokój to za mało.

A jeżeli niechęć  do składania deklaracji wynika z dojrzałej świadomości przemijania? W jednym z wywiadów Natalia Przybysz zapytana o związek ze swoim partnerem życiowym i ojcem jej dzieci, powiedziała: ja nie potrzebuję ślubu, bo relacja to energia. I owszem, krzywa miłosnej wibracji czasem skacze w górę, czasem niebezpiecznie obniża się do poziomu a papierek nie ma mocy sprawczej by jakkolwiek  na nią wpłynąć. Z resztą sama to przeżyłam wielokrotnie. Relacje pojawiają się znikąd, trwają jakąś chwilę a potem bezpowrotnie rozpływają się jak we mgle. Jednego dnia kochasz, a drugiego spotykasz obcą osobę. Czasem nawet terapia, i wspólna praca niewiele mogą pomóc. Relacje jak życiowe etapy czasami się po prostu kończą.

Wybaczcie mi, jeżeli tytuł Was zwiódł i szukaliście odpowiedzi. Ja dziś jedynie pytam. Czy jest możliwe być z jednym partnerem przez całe życie? Czy jest sens brać ślub i przyrzekać miłość przed urzędnikiem? I czy kiedykolwiek w Polsce związki partnerskie będą miały jakiekolwiek prawa?

Tęsknię za pokoleniem naszych nieżyjących dziadków. Słownych dżentelmenów, w szafach których wisiały dwie marynarki: codzienna i na niedzielę. Tęsknię, bo chciałabym żyć w świecie większego czy może lepiej dostępnego wyboru między tym co nowoczesne i wolne a tym, co tradycyjne i uważane powszechnie za przestarzałe. Bo podaż pierwszego jest olbrzymia, podczas gdy popyt na drugie wciąż trwa.


Zdjęcie: dailyrecord.co.uk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s