Czekając na nowego członka rodziny

MARLEY & ME


I.

Już od dziecka byłam psiarą, która bardziej od towarzystwa
rozkrzyczanych rówieśników wolała zwierzęta.
Nawet wtedy, będąc kilkuletnim brzdącem intuicyjnie czułam,
że szczęśliwa będę tylko, jeśli w moim życiu będzie pies.

I życie tak szczęśliwie się układało, że ten zawsze był.

Zwierzęta towarzyszyły mi w już w okresie przedszkolnym.
Potem, w liceum i na studiach moim wiernym towarzyszem był Czester,
który odszedł dwa lata temu w wieku czternastu lat.

Nic dziwnego, że dwuletni okres bez psich spacerów
i ogonka stukającego o drewnianą podłogę był jałowym okresem czekania.

Od śmierci Czestera czegoś mi brakowało.
Niewypowiedziana pustka wypełniła moje serce.

Chodząc samotnie po lesie cmokałam do wszystkich
napotykanych po drodze czworonogach skrycie marząc, że
do mnie też wkrótce dołączy jakiś futrzany przyjaciel.

Na tablicy marzeń umieściłam zdjęcie radosnego psa
w centralnym punkcie, licząc, że może kiedyś zejdą się odpowiednie warunki.

A te najwyraźniej się zeszły.

II.

Miesiąc temu, gdy szukaliśmy nowego mieszkania na wynajem,
za podstawowe kryterium uznaliśmy „lokum przyjazne czworonogom”.
Znając Michała, mogłam przypuszczać, że w grę wchodzi tylko kot,
z resztą sam wielokrotnie o tym mówił.

Zmienił zdanie w dniu, w którym oglądaliśmy
jedno mieszkanie na obrzeżach Gdańska.

Właściciel oprowadzał Michała po bogato urządzonych
48 metrach kwadratowych, szkicując zarys
podstawowych opłat a ja tymczasem rozmawiałam ze złotym spanielem,
psem lokatorów, który przylgnął do mojej nogi.

Nie interesowała mnie ani wielkość balkonu, ani oświetlenie kuchni,
czy wielkie sypialniane łóżko. Interesowała mnie tylko ta złotowłosa roześmiana istota
i jej ciepło pod moją dłonią.

„Zobacz jaka piękna sypialnia”
„Kama, popatrz jakie ogromne lustro w łazience”. Ogłuchłam.
Ja i pies merdający ogonem siedzieliśmy na kafelkach w przedpokoju
tuląc się jak para starych kumpli.

Myślę, że dokładnie w tym momencie,
Michał zrozumiał co czyni mnie najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.

No dobrze, przygarnijmy jakiegoś psa”, powiedział chwilę później,
gdy opuściliśmy sympatyczne mieszkanie.

III.

Dwa tygodnie później, gdy już znaleźliśmy idealne lokum, tuż przy lesie i
wielkim parku z wybiegiem dla psów, z właścicielami przyjaźnie nastawionymi
do najemców ze zwierzakami, pojechaliśmy do Gdańskiego schroniska
obejrzeć psiaki.

Bo czy nie lepszym rozwiązaniem jest
przygarnąć bezdomnego czworonoga i uratować mu tym samym życie,
niż brać szczeniaka z hodowli, których właściciele utrzymują się z tego, że
psia suka przez cały żywot służy za inkubator zwierząt zamawianych niczym przedmiot na allegro?

„Słucham was, czym mogę służyć?
Jakiego psa wam potrzeba?”- zapytał sympatyczny kierownik Promyka

Michał spojrzał na mnie, dając mi całkowitą wolność wyboru i
przestrzeń do wypowiedzenia potrzebnych słów.

„Żeby lubił biegać. Żeby lubił las, i inne psy. Żeby był trochę większy, co by 
go nie męczyły wielogodzinne leśne wędrówki. Aha, no i oby dwoje pracujemy i mieszkamy w bloku”.

Kierownik powiedział tylko jedno słowo.
„Leon.”

Leon okazał się być energicznym, niewyobrażalnie chudym wyżłem o czarnej maści.
Dotychczas jego panem był samotny mężczyzna ze skłonnością do alkoholu.
Oddał go, by sam udać się na leczenie do zamkniętego oddziału.
A że nie miał żadnej rodziny schronisko było jedynym miejscem, które mogło przyjąć czworonoga.

Na chwilę, przed poznaniem Leona, chodziliśmy po schronisku
rozmawiając ze szczekającymi psami i wkładając między kraty dłonie,
by te chociaż przez chwilę mogły poczuć ludzkie ciepło.

W boksie z enigmatyczną tabliczką KWARANTANNA,
spotkaliśmy łagodnego pieska,
podobnego do owczarka niemieckiego.

Podszedł do siatki i przylgnął całym ciałkiem prosząc o głaski.
Miał piękne, brązowe oczy, którymi opowiadał własną historię.
Podrapałam go za uszkiem, a gdy przestałam,
zamachał łapką w górze, mówiąc „jeszcze!

Nie mogłam i nie chciałam się oderwać, ale Leon czekał na to, by nas poznać.
Wolontariuszka ubrała Leonowi grubą smycz i oddała w moje ręce.

Psiak wystrzelił jak z procy, ciągnąc mnie za sobą niczym listek na wietrze.
Skąd tak chudy pies ma tyle energii?
Na nic zdawały się komendy „Noga! Stój! Leon!”.
Wyżeł i jego nos żyły własnym życiem, mając za nic szarpnięcia smyczy i ludzką rękę
niemal wyrwaną z barkowego stawu.

Kiedy doszliśmy na wybieg dla psów , Leon się uspokoił, choć
sprawiał wrażenie bardziej zainteresowanego dzikim życiem niż obecnością człowieka.
Ten pies, to naprawdę bliski potomek wilka, pomyślałam wtedy.

Michał trącił mnie łokciem w żebra.
„Fajny! To, co bierzemy go?”.
Nie. W głowie i sercu brzmiało głośne NIE.
Nie jestem na tyle silną osobą.

Pies z tak potężną energią potrzebuje kogoś stanowczego i pewnego siebie.
Z mocnym głosem i silną ręką do smyczy. Potrzebuje samca alfa.
Ja nim nie byłam, i Michał też nie.
Leon całkowicie by nas zdominował wchodząc nam na głowę.

Ale dlaczego, przecież jest piękny!– nalegał Michał.
-Znam się na psach. Nie udźwigniemy tej energii. 

Wróciliśmy raz jeszcze pod kojec KWARANTANNY.
Szarozłoty owczarek nas poznał, zamerdał ogonem i znów przylgnął
całym ciałem do siatki, tak jakby mówił:„Jak dobrze, że wróciliście”.

marl

IV.

Ach, ta suczka jest przemiła!- odpowiedział kierownik Promyka, gdy zapytaliśmy
o owczarka na kwarantannie.

-Niestety musi spędzić w zamkniętym boksie dwa tygodnie, bo trafiła tu z interwencji zaledwie trzy dni temu. Para dziewczyn, po rozstaniu chciała ją oddać do schroniska
ale się nie zgodziliśmy. Zaproponowano im, by same znalazły jej nowego właściciela.

-No i co z tym właścicielem? –zapytałam.
-A no nic, żadnego nie znalazły, więc wyrzuciły suczkę na ulicę.
Znaleźliśmy ją błąkającą się na ulicy Leszczyńskich.
Biedactwo nie wie co się dzieje i bardzo tęskni.

Jak tak można?
Jak można wyrzucić psa na ulicę,
po tym jak rok chodziło się z nim na spacery, karmiło i biegało?
Jak można wyrzucić jakąkolwiek istotę na ulicę?

Kierownik schroniska zapisał mój numer telefonu.
Sunia po kwarantannie będzie mieć szczepienia
i zabieg sterylizacji a dwa dni po zabiegu, będziemy mogli ją zabrać do domu.

Wracając z Promyka zajechaliśmy do Zookrainy.
Kupiliśmy miseczki, karmę Bosha, szampon na pchły i piłeczkę.
Brązowooka sunia za tydzień dołączy do naszego życia.
Ktoś kto potrzebuje domu i ciepła
a do zaoferowania ma wielkie serce i bezwarunkową miłość.

Może nie mamy domu z ogrodem, ani wielkiego mieszkania.
Ale wychodzę z założenia, że psiak do pełni szczęścia potrzebuje
jedynie uwagi, serca na dłoni, biegania i czułości.

Z tą miłością którą mamy w sercu i z laskiem pięć minut od domu
będzie mieć jak u Pana Boga za piecem.
A ten zawsze będzie nagrzany od serdeczności.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s