Do lasu po szczęście

img_20170225_133031692


Kiedyś las mnie przerażał.
Jako dziecko wychowane na rozlewiskach
wolałam otwartą przestrzeń zielonych łąk.

Jednak, gdy wyprowadziłam się do Gdańska,
i poznałam Izę oraz jej mały, drewniany dom
schowany na granicy Kaszub tuż przy lesie,
zaczęłam go rozumieć i czuć.

Jeździłam do niej często. A że Iza jest artystką,
i maluje całe dnie na szkle, to podczas wizyt
dawała mi dużo przestrzeni na wielogodzinne wędrówki.

Zabierałam wówczas jej psa przybłędę,
który był mi kompanem i strażnikiem
i wychodziliśmy wspólnie do gęstego lasu.

Kiedy wchodziłam w jego gęstwinę,
nieustannie towarzyszyło mi uczucie czyjejś obecności.

I chyba to mnie tak przerażało. Stwierdziłam jednak,
że z lasem jest jak z nieufnym człowiekiem.
Najpierw cię obserwuje, sprawdza motywację i charakter
a na końcu otwiera szerokie ramiona.

Zaczęłam więc go przekonywać.
Tuliłam się do drzew. Najpierw do chudziutkich brzóz,
potem tęższych i wyniosłych buków. Przykładałam
wówczas policzek do chropowatej kory powtarzając
„zaopiekuj się mną” i czułam się tak jakby drzewo
obejmowało mnie zieloną energią.

Od tamtej pory, gdy wchodzę do lasu
zawsze powtarzam „Dzień dobry”. Wybieram stare
drzewa by czerpać z ich mądrości.

Spoglądam na chore i słabe drzwka, na których ktoś
namalował czerwoną kropkę skazując je na wycinkę
i wówczas dodaję im otuchy, bo przecież
nic nigdy się nie kończy.

Już się go nie boję. Tęsknię nawet.
Gdy wychodzimy z Luną na spacer,
zawsze kierujemy ku niemu swe kroki.

Luna lubi go za milion zapachów i miękkie podłoże,
a ja za dzięcioły wystukujące pieśń życia, za pliszki wdzięcznie
przefruwające między gałęziami, za zapach mokrej ściółki
i ochronę między drzewami.

Dziś w lesie czuję się bezpiecznie.
Czuję się jakbym powracała do rodzinnego domu.
Zawsze gdy wychodzimy w trójkę na spacer, Michała
ciągnie nad morze, a mnie do lasu. I choć zapach morza,
miękka plaża i niebieski horyzont są piękne, nie są moim żywiołem.

Już nie raz las wyleczył mnie z kataru świerkowymi
olejkami. Już nie raz schował mnie
przed ulewą z urwanej chmury. Wyleczył ze smutku,
ukoił zszargane nerwy i napełnił miłością, gdy byłam samotna.

Za każdym razem, gdy wracamy z półtora godzinnej wędrówki
po lesie, kładziemy się z Luną na kanapę by
błogość wypełniła ciało. Zamykamy wówczas
na chwilę oczy, oddychamy powietrzem przyniesionym
w płucach z lasu, myśli odpływają a ciało regeneruje dobra energia.

Kiedyś las mnie przerażał, kiedyś się go bałam.
Dziś wiem, że wyczuwalna obecność między drzewami
była energią życia swobodnie krążącą między jednym a drugim liściem.
I za to dziś go kocham. Za pełne miłości życie.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s