Archiwa kategorii: ŻYCIE INTROWERTYKA

Nowe początki

Ile razy możemy zaczynać od nowa?
Tyle razy, ile chcemy.

To cytat z filmu „Drugi Hotel Marigold”.
wypowiedziany przez jedną z głównych
bohaterek, osiemdziesięcioletnią Evelyn Greenslade.

I choć to tylko ckliwa komedia, to jednak
słowa zapadły mi głęboko w pamięć.
Powtarzam je sobie – przed snem i o poranku,
jako odpowiedź na tysiąc pytań.

Bo czy to dobrze, że znów
zaczynam od nowa?

Że wracam do tego, co już było, że wracam na
„start” i znów wyruszam w drogę, ale teraz
w przeciwnym kierunku?

Czy to dobrze, że wysiadam z pociągu, którym
jechałam przez ostatnie lata, i decyduję się
iść pieszo i zakurzyć buty? A przy tym i zmoknąć
i zapłakać i zmierzyć się z samotnością? Wierzę, że
to rozwój. Że każdy nowy początek jest szansą nauki.

Okazją do lepszego poznania siebie. Mocnych
i słabych stron. Do poznania, co w duszy gra.

To kolejna okazja (może ostatnia),
by w końcu żyć własnym życiem:
legendą, która świadczy o tym kim
jesteś i w co wierzysz. To czas, by
pozwolić własnym wartościom przemówić.

Nie jest łatwo. Bo nowe początki są
przecież końcem czegoś. Pojawia się
strach. Niepewność. Obawy. Czy sobie
poradzę. Czy udźwignę. Czy polubię.

To, co słabe nagle wypływa na wierzch.

Wszystkie demony, które niegdyś
chowałam głęboko w sercu, nagle
wkładają trampki i rozbiegają się
na cztery strony mojego umysłu.

Najwyraźniej tak ma być.

Czeka mnie przeprowadzka.
Choć mieszkania na razie brak.
I pieniędzy na nowe mieszkanie brak,
bo w naszej pięknej Polsce wynajem
kosztuje więcej niż wynosi wypłata.

Najwyraźniej tak ma być.
Może mam zaufać. A może
mam zawalczyć?

Może to czas, by wydobyć amazonkę, którą
spychałam do szafy, by siedziała
cicho. Nie chciała. Wyszła, zawalczyła
i teraz masz babo placek. Radź se.

Kombinuj. Walcz. Poprzez akceptację.
Zacznij żyć. I kochać. Przede wszystkim
siebie. A dopiero potem innych ludzi.
A przede wszystkim naucz się samotności,
zamiast wciąż od niej uciekać. W książki,
filmy, spotkania które niczego nie wnoszą.

Oddychaj. Jon Kabat Zinn mówi, że
póki oddychasz, póty jest dobrze.
Bo przecież żyjesz.

Jeden, dwa, trzy, cztery oddechy.

A wraz z oddechem przychodzi akceptacja.
O dziwo, jest spokojnie. Bez paniki,
bez dramatów i spazmów. Jest jak jest.
I to jak jest, jest właściwe i dobre.

Pięć, sześć, siedem, osiem.

Po prostu siadam i oddycham.
Liczenie oddechów zamienia się
w medytację, a medytacja staje się
przestrzenią w której zaczynam się
otwierać i zaprzyjaźniać, z tą od
której zawsze uciekałam w popłochu.

Nagle widzę, że to idealny czas, by znów pisać.
Otworzyć stary, zaplamiony kawą zeszyt i
włożyć do niego wymyślone historie.

A między pracą, spacerami z psem i medytacją,
zacząć piec ciasta i gotować nowe dania.
Bo to zawsze uspokaja. Stoję przy kuchennym
blacie i rozrabiam ciasto.

Bez słów, bez myśli, po prostu jestem:
i ciastem, i dłońmi, które
je robią, jestem zapachem drożdży i
ciepłem piekarnika, i pomysłem na ciasto.

A potem stoi te dwanaście muffinek, ciasto
z owocami, grochówka w garnku i nie ma
kto tego zjeść. Masz babo placek. Dosłownie.

Chyba zaproszę znajomych.
Zrobię zdjęcie zastawionego stołu i wyślę
do wszystkich. Kto chce, niech wpada. Nie
będę mówić, będę milczeć i słuchać cudzych
historii. Na swoją jeszcze nie jestem gotowa.

Dopiero się piecze i nabiera rumieńców.
Sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie.

Reklamy

Życie na opak. Czyli co ma wspólnego ciasto z ochotą na życie

W moim domu ciasto jest codziennie.
Bo to, że pieczenie mnie odpręża, to jedno.
Ja kocham jeść ciasta! Murzynek, szarlotkę, kruche ze
śliwkami, muffiny bananowe, babkę.

Wszystko, co ma słodki smak i zapach
jest w mojej kuchni mile widziane.

I pomyśleć, że kiedyś wszystkiego
sobie odmawiałam.

Narzucałam sobie diety, których wcale
nie chciałam mieć. Pościłam. Unikałam i…
ciągle cierpiałam.

Tak naprawdę przez większość czasu żyłam w
mentalnym więzieniu: nie piłam alkoholu, nie jadłam cukru,
unikałam nabiału czy jedzenia na mieście.

W końcu i samych ludzi zaczęłam unikać, bo a nuż
zaburzą mój dyscyplinarny harmonogram dnia!

Byłam swoim największym wrogiem, bo pozbawiłam
się każdej zmysłowej radości… „Przyjemność”?
To brzmiało jak żart!

Na szczęście organizm się zbuntował,
ciało zaprotestowało a psychika przeszła
na tryb „zimowy”.

Pojawiła się senność. Taka życiowa „stand by”. Niby
byłam włączona ale w trybie oszczędzania energii.
Żyłam na pół gwizdka, z jedną stopą w przedsionku
a drugą w pięknym salonie.

Aż nadszedł moment pobudki.

Zobaczyłam, że coś nie gra. Że zamiast rozszerzać swój
horyzont ja zawężam pole widzenia do
czterech smutnych ścian. Zamiast świata
możliwości miałam szare pudełko od zapałek.

Unikanie cukru nagle stało się metaforą
unikania słodyczy życia. Wszystko co
przyjemne, zmysłowe, radosne było mi wrogiem.

Zamiast barw wybierałam szarość, zamiast ryzyka
porządek i logiczną ostrożność.

I myślcie, że teraz wychwalam hedonizm.
Daleka jestem od tego. Uważam, że
nie każdy powinien popuszczać pasa.

Nadmierne folgowanie może zabić.
Ale mi jednak, pomogło żyć.

Bo w zależności od tego, co dominuje
nam w umyśle, powinniśmy robić rzeczy
całkiem odwrotne. Na opak.

W ten sposób zapraszamy do
życia zdrową równowagę. Jesteś samotny?
Kochaj innych! Boisz się tłumów? Idź na targ!

Całe życie byłam poukładana, cicha,
wytrwała i mocno zdyscyplinowana. Wręcz do
ascetycznej przesady. Wszystko musiało być
doskonałe, a jeśli było inne, oznaczało, że jest „złe”.

Teraz chcę sprawdzić co jest po drugiej
stronie. Bo jest kolorowe, głośne a
przede wszystkim ŻYWE.

Pierwszy raz chcę tańczyć na bosaka.
Zjeść trzy gałki lodów przed obiadem.
Położyć się do łóżka po północy. Nie założyć
czapki, gdy wieje silny wiatr. Obejrzeć głupi
film, który nie niesie mądrego przesłania.

Zaryzykować. Doświadczyć.
Pobawić się. Zacząć żyć. Tak po prostu.

Brzmi nieźle, prawda? Ale uwierz mi,
to wcale nie jest proste.

Nie dla takich poukładanych i kontrolujących
typów jak ja. Prawdopodobnie będę uczyć
się tego przez wiele lat.

Bo to co mnóstwo ludzi ma we krwi:
ułatwiać sobie, luzować, odpoczywać, bawić się,
ja mam w umyśle schowane głęboko i pod ciężkim kluczem.

Zatem zaczynam od kuchni, bo to łatwe no i kocham piec.

Być może pewnego dnia zdejmę buty i zatańczę
na trawie w deszczu. I nie dlatego, że robią to wszyscy.
Po prostu będę miała ochotę! Poczuć, poszaleć,
posmakować, doświadczyć 🙂

Rzecz o imbryku

Wisława Szymborska powiedziała kiedyś,
że z domu w którym nie ma atlasu należy się
natychmiast wyprowadzić.

Cóż. Ja atlasu nie posiadam,
bo nie jest mi do niczego potrzebny.

Jeśli podróżuję to głównie przez
karty kolejnych powieści, tudzież
do ulubionej biblioteki.

Przekształciłam więc zdanie sławnej
poetki na własny użytek.

Dziś twierdzę, że dom w którym
nie ma porządnego imbryka na herbatę
należy czym prędzej opuścić.

No chyba, że lubi się dom.

Wtedy należy natychmiast zakupić imbryk
i kilka dobrych paczek smacznej herbaty.

Bo imbryk kojarzy mi się z ciepłem.
Z atmosferą domowych pieleszy,
i wygodnego barłożenia z książką
na miękkiej kanapie.

20171209_103726

Porządny imbryk symbolizuje spokój i
bezpieczeństwo. Miejsce, w którym nic
nie trzeba, a jedynie można.

Nie znoszę miejsc, w którym nie ma
imbryków.

Omijam kawiarnie, w których gorące
napoje serwuje się w małych filiżankach.

I omijam tych ludzi, którzy w kuchni mają
wyszczerbione, bezosobowe szklanki
a jedyna herbata w ich szafce, to czarna.

Wszyscy najbliżsi mi ludzie rozumieli te moje
dziwne fanaberie, bo sami mieli podobne.

Michał przed podaniem herbaty w wielkim
dzbanku i ręcznie malowanych kubkach
najpierw kazał mi wąchać zawartość
barwnych puszek.

Z truskawkami, z pigwą,
z pomarańczą, i tą jego ulubioną, obłędnie
słodką i pachnącą, kaktusową.

Ta, która przemówiła do mojego nosa
lądowała na spodzie 1,5 litrowego dzbanka.
A my siadaliśmy naprzeciw siebie z kubasami,
w dłoniach z których unosiły się ciepłe obłoki pary.

Ola na powitanie po roku rozłąki zawsze
wciska mi w dłonie indyjską Yogi Tea z lukrecją
a z Martą, moją licealną przyjaciółką, wszystkie
rozmowy prowadziłyśmy w kuchni, nieopodal czajnika,
w wiecznej gotowości, by dolać, by raz jeszcze dać się
rozgrzać smacznej herbacie.

Dwa tygodnie temu zbiłam ukochany imbryk.

Ręcznie malowany, wypalany w piecu,
żółty z pszczołami, zakupiony na
Jarmarku Dominikańskim.

Kolega grafik uczył mnie wtedy
kadrowania aparatem wbudowanym w telefon.

20171111_092839

Tak kadrowałam, że trąciłam łokciem imbryk,
który w zetknięciu z panelami rozszczepił się
na tysiąc żółto niebieskich kawałków.

Żałoba jednak nie trwała długo.
Po opłakaniu przystąpiłam do szukania kolejnego.

Miał być jedyny w swoim rodzaju, inny niż
wszystkie chińskie wyroby dostępne w sklepach.

Wyjątkowy, sympatyczny, duży, inny.
Z podgrzewaczem na małą świeczkę,
aby herbata zawsze była gorąca.

Po wielu dniach spędzonych w sklepach
internetowych i osobliwych herbaciarniach,
znalazłam mój imbryk.

Trochę w stylu zen. Z kamionki i gliny.
Z rysunkiem owieczek. Z wiklinowym
uchwytem i porządną podstawką na świeczkę.

Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia.

A dotyk jego matowej, chłodnej faktury, która po
zetknięciu z wrzątkiem poparzyła mi palce, tylko
wzmocnił tę miłość.

20171209_100738

Czajniczek doszedł po trzech dniach,
a po drodze się zgubił.

Bo przecież każdy przedmiot z duszą ma własne
historie. Ten najwyraźniej potrzebował pozwiedzać
świat, by zapamiętać to i owo, być może po to, by potem
snuć ciepłe historie, gdy zagubię się kiedyś w domowej ciszy.

A może chciał pozwiedzać dla siebie?

Może wiedział, że w najbliższym czasie czeka
go ciężka praca umilania życia pewnej
dziewczynie, co herbatę pije litrami a książki
pochłania tonami. I że będzie pracował nieustannie
zwłaszcza w okresie zimy, gdy wieczory są ciemne,
chłodne i wietrzne…

Z domu w którym nie ma porządnego imbryka
na herbatę, należy natychmiast się wyprowadzić
i znaleźć dom który uosabia filozofię herbaciarzy.

Ma być ciepło, ma być dobrze, ma być spokojnie.

Czasem trzeba powiedzieć STOP

Planer wypełniony po brzegi:
praca, joga, terapia, upiec nowe rewelacyjne ciasto,
zrobić zakupy, oddać buty do szewca, posprzątać,
przeznaczyć więcej czasu rodzinie, powiesić
pranie, zdjąć pranie, zakupy (a przepraszam, już było),
aha i czasem zdrzemnąć się w nocy.

Czy to o czym mówię, jest Ci znane?

W weekend dobieram sobie jeszcze warsztaty z nauki
oddychania, i rozmyślam o propozycji terapeutki, która
zaprosiła mnie na grupowe ćwiczenia z Komunikacji Bez Przemocy.

Zaczynają się o 10.00, kończą o 16.00.
Jedynie mały kwadrans przerwy w środku.
.
Jak pięknie. Jestem zorganizowana
i nie tracę czasu na pierdoły.
Siłaczka. Heroska. Kobieta ogarnięta.
Rozwijająca się. Pracująca.

Niestety, nawet rozwój może szkodzić,
a bynajmniej jego nadmiar.

Nadszedł dzień, w którym ciało krzyknęło STOP!
Zapaliło czerwoną lampkę w okolicach pęcherza
i na ten sam kolor pokolorowało gardło.
Odebrało mowę. Unieruchomiło. Rozbroiło.

Ale jak to? Dlaczego? Myślę sobie. Przecież zdrowo
się odżywiam. Ciepło się ubieram. Mam solidne buty
i kurtkę na słotę.

Ciało jednak swoje wie.

A kto codziennie wstaje o 5.00 rano? A kto
wypija kawę za kawą, żeby udźwignąć grafik?
Kiedy ostatnio przespałaś dziewięć godzin?
Kiedy się zregenerowałaś i wyleniłaś za wsze czasy?
Kiedy pozwoliłaś sobie na zwykłe przyjemności?

Ciało jest mądre. Ciało jest szczere. Ciało nie kłamie,
bo nie potrafi. Odda ci wszystko z nawiązką. Każde
niedospanie, zbyt duży reżim, zbyt duży ruch w środku
przyniosą określone skutki. Podobnie jak przeciążony
silnik, zakaszlnie trzy razy i więcej nie pojedzie.

20170909_103518 (2)

I jeśli ja o nie nie zadbam, to ono zdecyduje się zadbać
o siebie samo. Zatrzyma w domu pod kocem,
zabroni aktywności i zmusi do snu i barłożenia.

Poddałam się więc. Niech i tak będzie.
Odwołałam warsztaty z oddychania i jogę
a dogłębnemu sprzątaniu i nauce
pieczenia skomplikowanego ciasta
o trzech kolorach powiedziałam NIE.

Zwalniam. Pozwalam sobie na bycie słabą
i niedoskonałą. Nie będę robić nic. Leżę.
Czytam. Oglądam Sherlocka Holmesa. Piszę,
gdy mi się chce. A jak mi się nie chcę, to nie piszę.

Wyłączyłam budzik. Zaparzyłam imbryk dobrej
herbaty z miodem i cytryną. Ukroiłam do herbaty babkę.
Włożyłam nowe kapcie, które czekały na wielki dzień
odarcia z metek. Otworzyłam biografię Tolkiena,
którą po trudach zdobyłam w Sopockim Antykwariacie.
O boże, jak cudownie! A więc tego było mi trzeba!

Dużo pisałam o hygge,
choć mało go miałam. Tak trudno przecież jest wyłączyć
wzorzec, że ruch oznacza życie, że trzeba, że muszę.

Układ nerwowy nie zna spoczynku. Faluje wysokimi krzywiznami
niczym dzieło Picassa na elektroencefalogramie.

STOP. Dbam o siebie. Nie o Ducha, nie o rozwój,
nie o dietę, i nie o pranie. O siebie.

Tak jak rodzic dba o dziecko.
Dopieszczam się, dogrzewam,
dosypiam, dojadam. Jestem dla siebie czuła i kochająca.
Jestem taka, jaka jestem dla innych, choć dla
siebie bywałam surowa i wymagająca.

Dogrzać się, dopieścić, dotulić, dokochać.
Jakie to ładne, miękkie słowa. Mięciutkie, puchate,
ciepłe. A więc po to jest jesień i po to
jest przeziębienie. By zwolnić. By ukochać się
mocniej. By odnaleźć wewnętrzną ciszę i zastój.

Każde życie chce być przecież w równowadze.
Skoro jest Yin to gdzieś musi być Yang.
Ruch wymaga spoczynku a hałas równoważy
się ciszą. I owszem, aktywność jest rozwojem.

Lecz rozwój, jak wszystko inne ma swoje miejsce
i określony czas przeznaczenia.
Karmi się ruchem, lecz wymaga też cienia
i bezwietrznej pogody. Bez tego żaden owoc nie
wyrośnie, lecz uschnie nierozważnym nadmiarem.

Wszystko to kwestia podejścia

Stare norweskie porzekadło brzmi, że
nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ciuchy.
Kocham te mądre zdanie i przeinaczam je
na własny użytek.

Twierdzę, że nie ma złej pogody,
lecz niewłaściwe podejście.

W takie deszczowe dni jak dziś, myślę
o Norwegii właśnie.

O czasie, gdy pięć lat temu przerażona
i nieświadoma tego, co los mi niesie
wysiadłam z samolotu w mokrym Bergen
tocząc 30-kilogramową walizkę na małych
kauczukowych kółkach.

Pamiętam ten deszcz, który lał nieubłaganie.
W dniu mojego przylotu a także
każdego kolejnego dnia i każdej nocy.

Bywało, że zalewał piwnice
podwórza i ulice zatrzymując wszelkie pojazdy a wiatr targał
lekkimi jak piórko norweskimi domkami.Przed
wyjazdem uprzedzano mnie, że często pada.
Nie sądziłam, że ZAWSZE.

1452587_570264376377134_1761265027_n

To, co  fascynowało mnie w Bergen,
to fakt, że deszcz ludziom nigdy nie przeszkadzał.

W ręcz przeciwnie. Jako stały element ich
norweskiego świata był obecny w tym jak się ubierali, co kupowali,
co jedli, jak wypoczywali oraz jak dorastali.

Z zaciekawieniem obserwowałam bergeńskie przedszkola,
których naczelna zasada głosi, że dziecko 2/3 dnia powinno
spędzać na dworze, niezależnie od deszczu,
śniegu czy mrozu.

Najwyraźniej ta metoda świetnie się sprawdza,
bo Skandynawowie są silni, rośli i na ogół odporni .

Ale wróćmy, do Polski, bo przecież to jest nasze miejsce.

Jeszcze przez kilka ostatnich dni sierpnia
słońce próbowało przebić się przez chłodny
niż nadchodzącego miesiąca. Dopiekło nam w
środę i nagrzało ziemię w czwartek, tchnąc
nadzieję na ostatnie gorące dni lata.

Gdańszczanie w przypływie witalnej radości
pozbyli się kurtek, krytych butów i długich rękawów.

Wystawili muskularne ciało na ciepłe promienie,
które jakby oczekując własnego końca grzały
nieproporcjonalnie mocno do daty w kalendarzu.

Aż tu nagle nadszedł wrzesień i zaskoczył
tym, że wrześniem jest w całej swej istocie.

Mokrym, chłodnym, wietrznym i szarym.

Wyjęłam z szafy kurtkę, którą kupiłam
w sklepie żeglarskim na krótko przed wyjazdem
do Bergen. Jeden z najdroższych zakupów
w moim życiu, a jakże opłacalny. Kurtka
nigdy nie przemokła, i po wielu praniach
nawet się nie starła.

W takie dni jak dziś ludzie lubią ponarzekać,
tak po polsku, że pogoda jest brzydka,
że niskie ciśnienie lub niekorzystny biomet
i że w ogóle bezsensu, a w Hiszpanii mają fajnie.

A dla mnie pogoda jest piękna. Zakładam moją
żeglarską kurtkę w kolorze błękitu, wciągam
gumaki po kolana i wychodzę z Luną na świat.

Kocham jesień, za to że
jesteśmy do siebie podobne. Bo jesień to kobieta.
Czasem kapryśna, mocno refleksyjna i melancholijna.

Bywa że śmieje się ostrym wiatrem,
przyozdabia liśćmi niczym niezła ekscentryczka.
Czasem milczy, czasem płacze, zapada w stany nagłej
zmiany humoru więc nie sposób przewidzieć na co trafisz.

Lubię ją za to, że zamyka ludzi w domach
a na dwór wyciąga jedynie prawdziwych
wędrowców. Ciepło ubranych, w wygodnych butach
niekiedy z plecakiem i termosem w kieszeni u boku.

Takich, dla których świat piękny jest w każdej postaci.
Nawet piękniejszy, gdy piękna trzeba szukać.

I lubię ją za to, że ucisza na chwilę świat.

Wyłącza zgiełk cywilizacji, przycisza rozmowy,
zaprasza do introspekcji. Bo chyba temu ma służyć,
po czasie letnich szaleństw i głośnego hałasu. Zachęca
do odpoczynku i regeneracji i sprzyja nam,
introwertykom. To nareszcie nasz czas!

Moja jesień pachnie piernikiem i waniliowymi
świeczkami. Smakuje gorącym rooibosem
i zupą z czerwonej soczewicy. Jest ukochaną
przeze mnie muzyką deszczu stukającego o szyby,
ciastkiem przy lekturze Tolkiena i miękkim kocem.

Nareszcie mogę się odprężyć, bo nie czuję
dysonansu, który towarzyszy mi latem.
Na zewnątrz jest tak, jaka jestem w środku.

Zróbmy sobie Hygge

 

Parę dni temu czyszcząc komputer z nadmiaru
niepotrzebnych plików, odnalazłam stary folder
Pinterest, do którego wkładałam
ulubione zdjęcia i grafiki.

Te, które mnie fascynowały, inspirowały do czegoś,
lub przypominały o czymś ważnym.

To tam odnalazłam infografikę o hygge,
czyli duńskiej filozofii ciepła i dobrobytu.

Pamiętam, że rok temu ta skandynawska idea pochłonęła
mnie całkowicie. Na gwiazdkowe święta zażyczyłam
sobie książki o hygge w prezencie. A przypomnę, że
wówczas w Polsce na przełomie 2016/2017 roku
wychodziło ich siedem pozycji.

A potem o tym zapomniałam. Bynajmniej o książkach,
i o tej wszędobylskiej wówczas w mediach idei „robienia
sobie dobrze”. Jak dla mnie było o tym za głośno i za dużo
a sama filozofia została spłaszczona i skomercjalizowana
na potrzeby rynku meblowego i wyposażenia domu.

Kiedy jednak spojrzałam na tę wspaniałą infografikę odnalezioną
w folderowych szpargałach (przedstawiam poniżej)
zdałam sobie sprawę, że w gruncie rzeczy cała nauka duńskiej filozofii
życia nigdy nie była mi potrzebna. Bo ja żyję hygge od dawna.

hygge1

Kocham bibeloty, które docieplają wnętrze.
Sama robię ozdoby do domu, korzystając z miękkich faktur.

W deszczową pogodę w domu palą się waniliowe świeczki,
w szafie mieszkają jeansy i dzianinowe swetry a
wełniane skarpetki leżą wszędzie, a nuż się przydadzą,
gdy temperatura spadnie o dwa stopnie.

Kocham piec ciasta i kocham je jeść. A najbardziej lubię się nimi
dzielić. A to zaniosę sąsiadce kawałek cynamonowego piernika,
a to w gości zabiorę parę kawałków.

Codzienne śniadanie, to prawdziwy rytuał.
Pachnąca kawa w ulubionym kubku, a do niej
chrupiące grzanki grubo posmarowane masłem orzechowym
oraz półgodzinne skrobanie w pięknie oprawionym pamiętniku.

Moje ulubione sporty, to takie, które nie męczą w nadmiarze
a przynoszą dużo spokoju i radości. Na pierwszym miejscu
jest spacer z psiakiem po mokrym lesie, a na drugim łagodne
rozciąganie na ekologicznej macie.

Och, i książki! Mam ich pełno. Leżą na szafce nocnej
i na komodzie. Leżą ułożone w pionowe stosy na  meblach
w salonie i stoją poziomo na półce w przedpokoju.
To bajki i mitologie, powieści fantastyczne, książki
o lesie i drzewach, Terry Pratchet, Jonathan Carrol i Adam Wajrak.

Na oknie wisi biały łapacz snów z fikuśnymi piórkami, a
co dwa metry jakaś niepozorna, przygarnięta z lasu
szyszka oswaja się z domowym wnętrzem. Herbatę pijam
w żółtym kubku z zielonymi smokami podawaną w imbryku ręcznie
malowanym przez artystyczną znajomą.

A więc jestem hygge, choć nigdy tego nie nazywałam. Jestem taka, bo
tak zostałam wychowana. Moi rodzice w najwyższym stopniu
wprowadzają tę filozofię we własną codzienność. A więc nie jest
to wyłącznie skandynawski zamysł.

20170820_112711 (1)

Duży dom na wsi moich rodziców zawsze pełen jest ludzi, a ci się do nich
garną. Mama w zanadrzu dla gości zawsze trzyma coś słodkiego
w kuchni a i w samotności słodyczy sobie nie odmawia. Słodyczy
życia, oczywiście a nie tylko tych zmysłowych.

Od dziecka z resztą oby dwoje z tatą
wpajali mi, że życie należy sobie umilać. Dobrym filmem,
ciekawą książką, kolorową sukienką, wspólną randką
w miłej kawiarni, smacznym ciastkiem i miłymi ludźmi.

Dopiero dziś uczę się doceniać tę myśl.  Dopiero po trzydziestce,
gdy swoje przeżyłam oraz przeturlałam się z jednej
skrajnej filozofii w drugą, z drugiej w trzecią
i tak dalej aż do utraty sił.

Bo hygge ni mniej ni więcej oznacza:
bądź dla siebie dobry. Ukochaj się,
zadbaj, rozpieść i przytul. Jeśli nie Ty sobie,
to któż inny mógłby Ci to dać z taką miłością?

Gmeranie w Duszy

Bywają w życiu czasem takie dni, że
resztę życia chciałabym spędzić  pod kocem
w wygodnej, miękkiej piżamie,
trzymając w rękach wielki kubek lodów
czekoladowych marki Grycan.

Chyba każdy tak ma raz na jakiś czas.

I nie dlatego, że życie jest paskudne,
wręcz przeciwnie, życie jest tak obficie
miłe, komfortowe i wygodne, że tracimy
imperatyw do działania i zachwytu.

W dobrobycie łatwo zgubić sens życia.
W dobrobycie nietrudno się znudzić.

Nuda jednak dla każdego jest czymś innym.
Dla jednych jest brakiem pobudzających bodźców,
dla innych kłopotliwym zastojem lub
nieumiejętnością wzbudzenia w sobie chęci,
by zrobić, podjąć, wyruszyć, zdobyć czy zobaczyć.

U mnie nuda pojawia się wtedy, gdy nie jestem
w stanie jakkolwiek wzbudzić w sobie inspiracji.

Pisanie wydaje się wówczas zbyt błahe, książki
mało zajmujące a każdy film, rozmowa czy potrawa
rozpoznane na wylot i zapamiętane w każdym szczególe.
Po cóż więc to kontynuować i powielać po stokroć?

Najgorsze jest jednak to, że sami nie dajemy sobie
przyzwolenia na nudę, a szkoda.

Bo z nudy mogą stworzyć się rzeczy całkiem
nowe i piękne.

Nuda powoduje, że dajemy umysłowi
i zmysłom odpocząć. Lub wręcz przeciwnie,
wyrywamy się z objęć nieznośnego letargu
i wyruszamy na spotkanie przygody lub…
własnego balkonu.

Nic mnie nie wydobywa z nudy tak bardzo
jak praca z kwiatami, sprzątanie balkonu
i gmeranie palcami w pachnącej ziemi.

Ziemia to życie. Gleba z której wyrasta
wszystko co piękne i pełne znaczenia.
Praca w ziemi, to praca z korzeniami.
Dosłownie i w przenośni.

Bo oto nagle przekładając brunatne okruchy
w dłoniach dotykamy własnej przeszłości.
zapisanej w tym żyznym DNA. Z Ziemi
powstałeś i do Ziemi wrócisz.

 

Kiedyś obcowanie z ziemią, oraz nasze z nią relacje
decydowały o naszym być lub nie być, jeść
lub głodować. A dziś pomaga się odnowić,
oczyścić i powrócić do samego siebie.

Moja sąsiadka, starsza, tęga pani w wieku 80 lat
spędza całe dnie na balkonie. Przesadza kwiaty,
wyrywa chwasty, podlewa zioła i śpiewa im piosenki.

Ubrana jest zawsze w kwieciste suknie,
niekiedy, w cienkiej chuście opala się między donicami,
wystawiając dojrzałe ciało na to, co przyniesie Wiatr.

Zachwyca mnie jej ciemnobrązowa skóra.
Widać, że Słońce ją kocha.

I choć postura i wiek zabrały jej sprawność, to
między kwiatami jakby ożywa , nabiera nowego blasku,
młodnieje i kwitnie razem ze swoimi kwiatami.

I dziś, gdy zabieram się do porządków na balkonie,
starsza sąsiadka towarzyszy mi parę metrów dalej,
zerkając co chwila na moje poczynania. Czy powinno się
usuwać zeschnięte liście? Czy to dobrze że dosypuję świeżej ziemi?
Czy nie leję za dużo wody? Czy te kwiaty wolą wschód czy południe?

Spoglądam na nią, jakby szukając odpowiedzi a może aprobaty,
Widzę że się uśmiecha i potakuje twierdząco głową.
Zdałam zielarski test, na który nauczyć się nie można,
za to można go poczuć, doświadczyć trochę zgadnąć.

20170813_184226

Gmeram więc dalej. Przesypuję ziemię, przesiewając
własne pomysły w głowie. Czasem jest to praca z pustką.
Przesiewam, przewalam, zmieniam, dosypuję a na dnie
i tak  nic nie ma, jałowa gleba zatkała twórczą inwencję.

Ale bez paniki. I tak przecież czasem być musi.
Czyszczę więc wielkie donice
i z umysłu usuwam wszystkie natrętne myśli.

Szoruję kafelki, oczyszczam się z nieżyczliwości
a woda obficie lejąca się z konewki powoduje że rosnę.

Kiełkuję ku lepszemu, kiełkuję ku słońcu,
ciesząc się już teraz z każdego niespodziewanego deszczu.
Burzy, wichury jak i małej mżawki,
która nawadnia glebę każdej wyjałowionej Duszy.