Ciszej…

intro

Wielokrotnie słyszałam od przyjaciół i znajomych, że lepiej jest się nie oceniać i nie etykietować. Że ciągłe określanie siebie jednym dominującym przymiotnikiem spowoduje, że wyląduję w ciasnej szufladzie bez dostępu do światła.


Może mieli rację, choć czasem wydaje mi się, że nie ma innego, lepszego sposobu na wyjaśnienie swoich zachowań jak właśnie doklejenie sobie karteczki z nazwą. Przynajmniej wtedy nikt więcej o nic nie pyta, bo wszystko jest jasne i klarowne. Poza tym, aby zamknąć się w szufladzie najpierw trzeba chcieć do niej wejść i zasunąć ją od wewnątrz, a to nie jest takie proste, bo można przyciąć sobie palce.

Ale o czym mówię? O podziale na introwertyków i ekstrawertyków. O podziale znienawidzonym przez jednych i zapomnianych przez innych. Znienawidzonych przez tych, którzy nie lubią upraszczać, zapomnianych przez pędzących za życiem, którzy mniej lub bardziej umiejętnie dostosowują się do reguł panujących w świecie. Że trzeba biec, trzeba być przebojowym, otwartym i posiadać wiedzę o asertywnej komunikacji z otoczeniem w biznesie i miejscu pracy. Jak tego nie masz, wypadasz z gry,niczym pionek z kolorowej planszówki.

introwertyk 01

 

 

Susan Cain kilka lat temu wydała piękną książkę na temat introwertyków (Ciszej, proszę…), podając w niej przykłady i ćwiczenia na ujarzmienie swojej samotnicznej natury, tak by nie czuć się odizolowanym od świata. Podobno wszystko jest do zrobienia, więc dla chcących istnieją  metody, by przejąć kilka ważnych cech od ekstrawertyków, chociażby takich, jak opanowanie stresu w grupie osób większej niż trzy. Może niektórych z was to będzie bawić, ale grupka 4-5-osobowa jest już sporym tłumem dla osób lubiących ciszę i spokój.  Imprezy, spotkania towarzyskie, wspólne wypady do kawiarni są już bardzo dalekie od strefy komfortu.

Jej książka nie brzmi: jak z introwertyka stać się ekstrawertykiem, bo nie o to chodzi, wszak kluczem do sukcesu i pierwszym krokiem do zmiany zawsze jest akceptacja tego kim jesteśmy. Określanie jednego typu osobowościowego jako gorszego od innego, jest jak twierdzenie, że osoby lubiące komedie są lepszymi towarzyszami niż fani romansów. Jest to nadmierne uproszczenie dalekie od prawdy. Susan Cain wzięła sobie za cel przekonanie czytelników, że nie ma niczego złego w tym, co w nas tkwi. Że ludzi nieśmiałych, spokojnych jest miliony; że da się z tym żyć, a co najważniejsze, można to również przekształcić- z ograniczającego na wyzwalające. Wszak przekraczanie granic własnego komfortu jest trudną zabawą, która w ostatecznym rozrachunku wydobywa na światło głęboko ukryte zalety, których nie mielibyśmy możliwości dojrzeć, gdyby nie znalezienie się w niewygodnej sytuacji. I oczywiście nic na siłę. Zmiana, jak każda z resztą powinna być wieloetapowa, stosowana na zasadzie małych kroków, bo nie sztuką jest dobiec pierwszym do mety, a po biegu paść trupem.

 

 

Jej książka zatem powinna nosić nazwę: jak być introwertykiem w wielkim świecie i nie zwariować. Nie chodzi więc o podział, nie chodzi o to, by się określać- nawiązując do początku mojego wpisu. Chodzi tylko o to, by być szczęśliwym i czuć się dobrze w swoim własnym towarzystwie. Jeżeli przejęcie kilku śmiałych cech od grupy zwanej ekstrawertykami nam to ułatwi, to czemu nie?! Książka podaje na to kilka przykładów, podobnie jak S. Cain podaje kilka ciekawych rad w wywiadach i na warsztatach.

Książka: Susan Cain, Ciszej, proszę…

susan

Zdjęcia:
1). ich4pory.pl
2). ich4pory.pl
3). amazon.com

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s