Archiwa tagu: introwertyk

Urok małego. Ciasne ale własne

Całe życie marzyłam o domu z ogrodem.

Wiecie, takim jak w książkach
z gatunku”sielski obyczaj”.

Drewniany, ze spiczastym dachem.
Miał mieć kilka przestronnych pokoi,
piętro, dużą kuchnię i ceglany kominek.

Przy domu miał być ogród z warzywniakiem oraz
zagroda pełna przygarniętych zwierzaków.

siedlisko

Życie jednak potoczyło się
trochę inaczej.

I nie tylko życie, ale i myśli,
i poglądy i marzenia.

Wszystko ewoluowało i zmieniło się
o sto osiemdziesiąt stopni.

Dokonałam innych wyborów,
a niektórych zaniechałam.

Więc zamiast wielkiego domu na wsi,
mam  30-metrową kawalerkę w Sopocie.
Pachnącą lasem, gdy tylko otworzy się okno.

20190310_122843

Jak to się stało?

Zaczęło się od rozstania
i przymusu wyprowadzki.

Po raz dwudziesty trzeci
zmieniałam miejsce zamieszkania.

Byłam zmęczona.

Potrzebowałam wrosnąć gdzieś
korzeniami i poczuć się bezpiecznie.

Na początku miałam
wielkie oczekiwania.

Szkoda, że nie przewidziałam, że
to wszystko kosztuje 🙂

Bo owszem, były mieszkania,
które spełniały wymogi, ale:

za wielkie pieniądze, których nie miałam
albo w najgorszych dzielnicach Trójmiasta.

Najgorszych – bo daleko od centrum.

Ale zaraz zaraz…
Przecież chciałam z dala od miasta…
Czyż nie?

Jestem kobietą bez samochodu,
a pracę mam w mieście.

Dojazd autobusami w korkach
zajmuje godziny.

Poza tym, nie oszukujmy się.

Dzielnice na obrzeżach Gdańska
wciąż wyglądają jak plac budowy.

Zamiast lasu za oknem jest
wykarczowane pole, a na polu

wiercenie, stukanie i buldożery.

A w perspektywie
dziesięciu lat, nowi,
betonowi sąsiedzi.

Tak więc szukałam dalej.

I przebierałam w ofertach.
Och przebierałam okrutnie
i powiem wprost:

byłam zmorą dla pośredników
od nieruchomości.

Mieszkania blisko pracy, morza i
ukochanego parku były jak klitki bez światła.

Wchodziłam tam, patrzyłam na
mizerne okienko i wychodziłam.

„Podziękuję!” – mówiłam pośrednikom,
przerywając ich litanię zalet małego lokum.

Bo przecież pies musi widzieć świat.

Co to za życie, zostawać na kilka godzin
samemu w domu i nie móc widzieć świata?

20190330_101034

Bywały też mieszkania jak marzenie.
Duże i przestronne.

Ale zanim tam dojechałam z dwoma
przesiadkami to już wiedziałam,
że nie dam rady.

Bywały też mieszkania do generalnego
remontu. I ładnie urządzone kawalerki,
ale połączone z aneksem.

Bywały mieszkania przy samej ulicy.

Z dala od morza,
z dala od parków
z dala od lasów.

Miałam też chwile, w których myślałam, że
wrócę na wieś.

Widziałam tanie i duże
mieszkania w małych
kaszubskich mieścinach.

Mieszkania w starych bliźniakach,
z własnym zielonym zagonkiem.
Stare kamienice z wysokim sufitem
i z drewnianym tarasami.

I choć serce się wyrywało to
intuicyjnie czułam, że musiałabym
przeorganizować całe życie.

Dosłownie „całe”.

I ludzie tak robią,
ale u mnie…

Chyba jeszcze nie czas.

Aż nagle spędzając święta u rodziny
Włączyłam komputer.

Ogłupiona wiejskim powietrzem
i dobrym jedzeniem
zapomniałam przefiltrować ogłoszenia.

Więc zamiast „tylko Gdańsk”
wyszukałam mieszkania w kategorii
„całe Trójmiasto”.

I tak wyskoczyło mi okno:
„Zamieszkaj w Sopocie”.

Kliknęłam, bo nie szło nie kliknąć, gdy
zobaczyłam zdjęcie urokliwego miejsca
z widokiem na zielone drzewa.

Na jednym z parapetów zobaczyłam
posążek Buddy zdobiący parapet.

„To jakiś znak?”

Kolejne jeszcze bardziej utwierdzały
mnie w przekonaniu, że oto nagle
znalazłam nasz dom.

Nasz DOMEK.

Mały, bo 30 -metrowy. Ale miał
wszystko co chciałam.

Osobą kuchnię.
Francuski balkonik.
Okna wychodzące na południe-zachód.

Widok na las. Kwadrans pieszo do morza.
Drewniany parkiet. Cichą dzielnicę.
W końcu, bliskość to centrum i pracy.

20190402_083019

Zadzwoniłam.

Zapytałam, czy wciąż
aktualne.

I pełna determinacji
powiedziałam:

„Czy mogłabym zobaczyć je jako
pierwsza?”

Po prostu wiedziałam że do
jest nasz DOM.

A potem wszystko potoczyło się
bardzo szybko.

Nie zdążyłam się obejrzeć, a już po raz kolejny
pakowałam kartony i walizki.

Tym razem jednak z całkowitym
spokojem, radością i wyczekiwaniem.

Mieszkanie nie wymagało wielu pracy.

Póki co, tylko odmalowałam
i urządziłam po swojemu.

Wypełniłam własną energią.

Zazieleniło się w nim. Doszły rośliny.
Kiełki. Bazie. Zielone zasłony. Obrazy.
I mnóstwo książek.

Choć jest małe, to jest
w nim miejsce na wszystko.

I na zabawę z Luną.
I na jogę.
I na gości.

A do lasu mamy trzy minuty.
Na trasie spotykamy ptaki, dziki,
wiewiórki i borsuki.

Kiedy ktoś mnie pyta, jak się tu mieszka
odpowiadam, że…

jak w mini-leśniczówce.

Tak, owszem wyobraźnia
mi dopisuje. Ale jak to mawiała
Ania z Zielonego Wzgórza:

„Kiedy nie możesz mieć tego 
o czym bardzo marzysz, zawsze 
możesz nadrobić własną fantazją”.

Więc tak – mieszkam w swojej
małej betonowej leśniczówce.

20190331_163121

Pełno w niej ptaków
i kwiatów, i drzew.

Rano otwieram szeroko balkon.

Zamiast hałasu mam śpiew ptaków,
i zapach sosny, a słońce spędza
tu całe południa.

Nie mam wielkiego domu z ogrodem.
Ale mam swoje małe 30 metrów.

Taką skromną, ale urokliwą namiastkę
marzeń z dzieciństwa.

Bo przecież na tym polega szczęście.

Aby widzieć pozytywy i cieszyć się,
z tego co życie daje.

Przede wszystkim zaś być wdzięcznym,
a nie tylko żądać bez umiaru.

Wierzę, że spotkało nas to,
co mogło być najlepsze
na ten moment, na ten czas.

Leśniczówkę, drewniany domek
wieś i ogród wciąż mam w sercu.

Maluję je, piszę o nich,
i układam piosenki, zasilając
przestrzeń zieloną, liściastą energią.

Czy to nie jest ważniejsze niż
zewnętrzna manifestacja?

PS. Zdjęcie wiejskiej chaty pochodzi
ze strony:  http://www.siedliskosobibor.pl

 

Reklamy

Pół roku bycia singlem. Co się zmieniło?

I oto nareszcie jesteśmy na swoim.

Po 24 życiowych przeprowadzkach.
Po mieszkaniu kątem u znajomych.
Po licznych wynajmach, kaucjach,
zwrotach i noszeniu kartonów w górę i w dół.

W tych wszystkich miejscach
zostawiłam po cząstce siebie.
Ale i urosłam o nowe zmiany.

W niektórych mieszkaniach
trochę zmądrzałam, a w innych
totalnie zgłupiałam.

Kochałam, związywałam się,
zrywałam i byłam porzucana.

Płakałam z bezsilności.
I skakałam z poczucia szczęścia.

Ale własne mieszkanie,
to nie tylko miejsce.
To również metafora nowego życia.

Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.
Brzmi banalnie, prawda? Niczym
wyświechtany tytuł noworocznego
artykułu w taniej gazetce.

Mimo to, użyję go raz jeszcze.
Dlaczego? Bo koniec z „nie wypada”.

A wiec. Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.

Kamila, która nigdy nie pozwalała
sobie na bycie w pełni sobą.

Bo nie wypada mieć 33 lat i skakać jak dziecko.
Nie wypada mieć za sobą kilku związków,
które niemal zawsze kończyły się tak samo.

Nie wypada mieć różowych kapci z Myszką Mickey
albo nie być pewnym co dalej.

Nie wypada…

Porzuciłam wypada i nie wypada/ trzeba i nie wolno.
I porzuciłam bycie w związku z drugim
człowiekiem. Nie dlatego, że bycie z kimś
jest złe lub męczy.

Porzuciłam potrzebę bycia z kimś na siłę,
co czyniłam często, bo
nie mogłam wytrzymać z samą sobą.

Nie szukam już potwierdzenia własnej wartości w cudzych oczach.
Nie utożsamiam własnego samopoczucia
od czyjegoś stanu emocjonalnego lub humoru.

Chcę być sobą. Taką, jestem.

Iść w kierunku, który dyktuje serce.
I nie musieć uznawać  kompromisów.

Egoistyczne? Wydaje mi się, że większym
egoizmem jest bycie z kimś, bo tak jest łatwiej.

Natomiast bycie singlem konfrontuje
z największymi lękami i
społecznym odrzuceniem.

Bo przecież można komuś
wybaczyć bycie samemu,
jeśli życie tak się ułożyło.

Ale samotność z własnego wyboru?,
To przecież trudno zrozumieć.

20190302_083349

Ileż to już razy usłyszałam:
„Nie martw się. Na pewno kogoś znajdziesz”.
A ja w ogóle się nie martwię. I co więcej,
nie potrzebuję nikogo znaleźć.

W marcu mija siódmy miesiąc odkąd jestem singlem
A przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy.

Przede wszystkim przestałam udawać.

Jestem tym, kim akurat się czuję.
Milczę, gdy nie chcę gadać.
Mówię NIE, gdy tak podpowiada serce.
Z szafy wyrzuciłam to, czego nigdy nie lubiłam nosić.

Dziś królują dżinsy, dżinsy, jeszcze więcej dżinsów
i zabawne t-shirty.

Bo nic nie muszę.

Z rozbawieniem natomiast obserwuję
tańce godowe koleżanek, które widząc
WOLNEGO chłopaka zaczynają
swoje małe erotyczne gierki.

Z dnia na dzień pogłębia się makijaż,
szpilki zastępują trampki, a krótka
sukienka jest obowiązkowym dress codem
niezależnie od pogody.

Patrzę z rozbawieniem i współczuciem.
Bo sama tak robiłam.

Zauważy mnie – och a więc jestem coś warta.
Nie uśmiechnie się, wpadam w depresję, bo
najwyraźniej jestem NIKIM.

Jak dobrze, że mam to za sobą.
Dziś nikogo nie szukam. Opuściłam
to Wesołe Miasteczko, w którym
rollercoaster króluje ponad innymi.

A skoro nie szukam, to nie muszę:

wychodzić z siebie, udawać, przymilać się,
potakiwać, przebierać się, wytrzymywać,
starać się, analizować i zamartwiać
wyimaginowanymi problemami.

Ufff.

Natomiast mogę wszystko inne.
Sama lub z kimś.

Teraz, w sobotę rano wstajemy skoro
świt i wychodzimy z Luną na
kilkugodzinny spacer po plaży.

Nie mam na sobie
grama podkładu ale piękną różową czapkę,
w której wyglądam jak dziki skrzat.

20190302_083401

Czy nie czuję się nie do pary?
Czy nie brak mi relacji?

Przecież mam ich mnóstwo.

Rodzice, pies, przyjaciele, znajomi, nowi sąsiedzi.
I nawet obcy psiarze, których mijamy na plaży.

Jestem tego częścią. Pojedynczą nitką
w pajęczej sieci innych pojedynczych nitek.
Lub inaczej – idealnie pasującym puzzlem
układanki zwanej ŻYCIEM.

Rozglądam się po moim małym
30-metrowym mieszkaniu.
Jeszcze nie wszystko gotowe.

Nie mam karnisza, akwarelowe obrazy
stoją na ziemi, a parę rzeczy
wciąż trzymam w kartonach.

To, co jednak wyróżnia
mieszkanie na tle pozostałych, to
przestrzeń.

Zero gratów, śmieci
i niepotrzebnych bibelotów.

I tak samo zaczyna być w duszy. 

Opuściłam „świat związków” by
znaleźć przestrzeń. Własne kolory,
tożsamość, uczucia i przedmioty.

By to kim jestem nie było pożyczone
lub przejęte, ale własne.
Przeżyte. Zrodzone ze mnie. Moje.

 

 

Wszystko z Tobą w porządku!

 

Tydzień temu jadąc „ukochaną” komunikacją miejską i przeżywając istne katusze w pudełku pełnym ludzkich sardynek, gdzie dostępne były tylko miejsca stojące, moją uwagę przykuł długowłosy chłopak w czarnej bluzie z kapturem.

Podeszłam do niego i ustałam tuż obok siedzenia, które zajmował.
Siedział nieruchomo, wzrok miał wbity w książkę i wydawał się być pogrążony
w swoim własnym świecie.”Lubię go”, pomyślałam, próbując dojrzeć, co czyta.

Chwilę później stało się jasne dlaczego go polubiłam.
Swój zawsze pozna swego.
Chłopak czytał „Siłę introwersji” Arnie Kozak. 

CAM00837

Podziękowałam mu w duchu za to, że była nas dwójka- cichych samotników- w tramwaju pełnym rozwydrzonych ludzi a także za książkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Do tej pory  o tej tematyce znana mi była tylko „Ciszej, proszę” Susan Cain.

W domu otworzyłam komputer i wpisałam tytuł w Google.
No tak. Nic dziwnego, że o niej nie słyszałam.
„Siła introwersji” została wydana dopiero kilka miesięcy temu.

Zalogowałam się na konto wojewódzkiej biblioteki publicznej, by sprawdzić dostępność tytułu. Szybkość z jaką publiczna biblioteka zamawia nowości wydawnicze zawsze mnie zachwyca!

Na drugi dzień miałam ją u siebie na biurku.
Towarzyszyła mi przy śniadaniu i przy obiedzie.
W tramwaju, w parku i w plecaku na rowerze.

Nie czytałam jej kompulsywnie, jak to zwykle mam w zwyczaju,
lecz delektując się każdym pojedynczym słowem.

Bo oto autor i psycholog, Arnie Kozak udowadnia, że introwertycy są światu tak samo potrzebni jak ekstrawertycy i że trudności jakie spotykają nas w życiu są skutkiem kultury stworzonej przez ekstrawertyczne i głośne społeczeństwo, których motywacją jest otrzymywanie nagród.

Ile razy czułeś, że „coś z Tobą jest nie tak”? Bo ja czułam tak przez całe życie.
W końcu przylgnęła do mnie etykietka czarnej owcy i nauczyłam się z nią żyć.
Ale jak cicha owieczka ma odnaleźć się w stadzie dzikich wilków?

Bo zobacz. Niemal wszystko co znasz jest stworzone przez ekstrawertyczne społeczeństwo (które ma nieco większą przewagę od introwertyków).

Żyjemy w w konsumpcyjnym świecie, pełnym centrów handlowych, głośnych i kolorowych reklam, reality show w którym wygrywają ludzie bardziej przebojowi i przebiegli a miejsca pracy zwane open space zabierają nam ostatnie resztki ciszy i przestrzeni.
Nic dziwnego, że czujemy się nie na miejscu! 

Arnie Kozak powtarza co drugi akapit: Wszystko z Tobą w porządku. Też jestem introwertykiem i wiem co czujesz. Co za ulga!

Ameryka i Europa są wybitnie ekstrawertyczne i nagradzają uwagą ludzi przebojowych, głośnych i zabawnych. Introwertycy zwykle giną w tłumie i często obrywa im się za bycie dziwakiem, który woli spędzić sobotni wieczór w domu z książką niż na towarzyskim spotkaniu w pubie.

Tymczasem wielu wizjonerów, naukowców i artystów było introwertykami.

Albert Einstein.
Clint Eastwood
Bill Gates
Fryderyk Chopin
Marcel Proust
Franz Kafka
Mahatma Gandhi
Karol Darwin
J.K. Rowling
Abraham Lincoln
Steven Spielberg
Julia Roberts
Maria Skłodowska-Curie

Żyjąc w ekstrawertycznym, pstrokatym świecie często dajemy sobie wmówić, że faktycznie coś z nami nie tak i że powinniśmy zmienić swój charakter. W ten sposób sami sobie nakładamy maski i uczymy się żyć w strefie pozbawionej komfortu. W strefie, która całkowicie nas wyczerpuje.

Nie wiem jak Ty, ale ja po godzinnej jeździe zatłoczonym tramwajem i dziesięciominutowym pobycie na zakupach w centrum handlowym muszę się zamknąć w pokoju i zdrzemnąć. Natychmiast!

Tymczasem zapominamy, że mamy coś, czego ekstrawertykom brakuje.
Możemy to wykorzystać w pracy, na rozmowach rekrutacyjnych a także w drodze do własnych celów. A są to:

determinacja
wytrwałość
zaangażowanie
cierpliwość
skupienie
wrażliwość
empatia
rozwaga
refleksja
uważność
umiejętne słuchanie

Gdybyśmy żyli w introwertycznym świecie, myślę że wszystko wyglądałoby inaczej.

Nie byłoby blokowisk.
Ludzie żyliby bez telewizji, w domkach jednorodzinnych, otoczonych naturą.
Zamiast wielkich korporacji, na rynku kwitłyby małe spółki lub jednoosobowe przedsiębiorstwa. Rynek lokalny by kwitł, podobnie jak szkoły medytacji, uważności, centra jogi i rozwijania samoświadomości.

System edukacji zachęcałby do rozwijania kreatywności i twórczego podejścia do życia; nie byłoby ocen, a handel rozwijałby się na zasadzie barteru.

Niestety te słowa to czysta utopia.
Pozostaje nam zatem pilnowanie własnej przestrzeni i rozwijanie asertywności.
Nie żyjemy w świecie sprzyjającym introwertykom, ale możemy decydować.

O tym z kim się trzymamy.
Jak spędzamy czas wolny.
Jak pracujemy.
Na co poświęcamy cenną energię (która z uwagi na to, że jesteśmy wrażliwi wyczerpuje się błyskawicznie).

Postanowiłam, że kupię książkę Arniego Kozaka i dam do przeczytania mojej rodzinie i znajomym.

Rodzicom, którzy wciąż się dziwią, że nie lubię spotkań rodzinnych i zakupów.
Znajomym, którzy wciąż pytają: „co tak milczysz?”.
I tym wszystkim, którzy mają pretensje że nigdy nie odbieram ich telefonów.
Oraz tym, którzy siedzą u mnie w mieszkaniu dłużej niż godzinę (po godzinie kontaktu jestem wyczerpana, a nie umiem ludzi wyrzucać).

Ale przede wszystkim kupię ja dla siebie.
Bo jak nikt inny, powinnam o siebie dbać w tym niełatwym dla mnie świecie.
I upewniać się, że mam wiele do zaoferowania, mimo że nie mam siły przebicia.
Chcę ją mieć, żeby zapamiętać: „ŻE WSZYSTKO Z NAMI W PORZĄDKU”.


Tytuł: Siła introwersji. Wykorzystaj swój potencjał.
Autor: Arnie Kozak
Wyd.: 
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Rok:
2016
Stron:
262

Romantyczny przyjaciel

06


Jaką rolę odgrywają w Twoim życiu książki?
Zaczęłam się nad tym zastanawiać, gdy pewnego wieczoru zaczęło boleć mnie ramię.
Dlaczego ramię? Bo gdziekolwiek wychodzę, w wielkiej torbie z łowickim haftem zawsze trzymam książkę. Lub dwie.

Nawet jeśli jest tam tysiąc ciężkich rzeczy. Nawet gdy boleśnie przez to tracę kobiecą oś ciała. Bo nigdy nie wiadomo kiedy będę potrzebować przyjaciela, który milcząco dotrzyma mi towarzystwa.

Ale zacznijmy od początku.

Kojarzycie obyczaj wyprawiania dziecku pierwszych urodzin?
Zjeżdża się wówczas cała rodzina.
Wszyscy wujkowie, ciocie, babcie, dziadkowie.
Stół zastawiony jest przedmiotami, których wybór przepowie przyszłość dziecka.

Wybranie pieniędzy symbolizuje bogactwo.
Książka, wykształcenie i mądrość.
Różaniec, religijne powołanie.
A alkohol… każdy wie.

Z całkowitym oddaniem i pewną ręką wybrałam książeczkę.

Natomiast dwa lata później, gdy byłam trzyletnim szkrabem, domagałam się, by zapisać mnie do biblioteki.

Tak też się stało.
Tata wziął mnie za rękę i zaprowadził do najpiękniejszego na świecie, przytulnego przytułku książek pachnących starością. Na miejscu bibliotekarka oznajmiła mi, że jestem najmłodszym zapisanym jak dotąd czytelnikiem. To był najpiękniejszy komplement!

Niedługo potem nauczyłam się czytać.
Gdy rodzice w sobotę zabierali mnie do miasta na lody,
ja marudzeniem, płaczem i szantażem wymuszałam zamiast lodów wizytę w małej księgarni.

To było jedyne mi znane miejsce sacrum.
Zachwycona oglądałam okładki, dotykałam palcem symetrycznych brzegów, wąchałam pojedynczo kartki aż zmuszona, by w końcu podjąć decyzję, z żalem rozstawałam się z tymi przyjaciółmi, których posiąść nie mogłam.

Mam 31 lat i niewiele się zmieniło.
Kocham książki i ich domy.
Kocham szelest kartek i ich zapach, lubię słowa i to jak dobierają się towarzysko, tworząc harmonijną i spójną logicznie treść.

Nie bywam już tak często w księgarniach bo odrzuca mnie krzykliwy marketing i reklama, ale odwiedzam antykwariaty.
Być może, specyficznie pachnące i zagracone
przypominają mi moją pierwszą wiejską biblioteką

A może po prostu bardziej do mnie pasują,
bo żadna z mieszkanek nie potrzebuje idealnie skrojonej szaty graficznej.
Ich wnętrze jest wszystkim co mają, a to wystarczy.

Mam niewielu znajomych i niewielu prawdziwych przyjaciół.
Czy dlatego, że zamiast wieczornego wyjścia zazwyczaj wolałam książkę?
A może dlatego, że książka w przeciwieństwie do człowieka nigdy nie jest w stanie rozczarować…

Oczywiście, wiem że papierowa relacja nigdy nie zastąpi tej fizycznej, skąd czerpiemy ciepło. Ale myślę, że gdyby nie książki, w życiu czegoś by mi brakowało i czułabym się uboga. Może to kwestia introwertyzmu. Tego, że bohaterowie nie żądają słów i akceptują głębokie emocje. Nie krępuje ich płacz, lubią wzruszać, kochają nakłaniać do przemyśleń.

Bo przecież lektury nie tylko towarzyszą; są czymś więcej.
Często to one kształtują nasz charakter i poglądy.
To one czynią nas dorosłymi, a czasami wręcz przeciwnie, wydobywają ze zbyt poważnych twarzy dziecięcą beztroskę.

Pamiętam, że moimi pierwszymi przyjaciółkami były „Ania z Zielonego Wzgórza” i
„Pollyanna”, pierwszym psem „Lessi, wróć” a gdy dorastałam zakochałam się w niespokojnych buntownikach :”Lordzie Jimie” , Konradzie z „Dziadów” a zupełnie niedawno krew znów uderzyła mi do głowy, gdy poznałam „Martina Edena”.

Miałam bardzo romantyczną naturę i tak mi zostało.
Może dlatego często słyszę, że bujam w obłokach.
Może nie o księciu co deklamuje wiersze,
ale o pracy wśród książek i słów.

Marzę o pracy w nabożnej ciszy, wśród zapachu papieru i dźwięku szeleszczących stron. Marzę o tytułach, które nawet mi się nie śniły i takich które przyprawiają o dreszcze: „Anna Karenina”, „Bracia Karamazow”, ” Ulisses”, „W poszukiwaniu straconego czasu”. Czyż można wyobrazić sobie lepszych przyjaciół?

I czy można wyobrazić sobie lepiej spędzoną godzinę niż z książką w ręku, która spowoduje, że nagle świat zawiruje a gwiazdy zmienią swe położenie?

 

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com

Wolne od codzienności

Dlaczego czasem warto wszystko zostawić? Bo wówczas nie będziemy mięli niczego do stracenia. Zrób sobie odosobnienie, wakacje, wolne od życia. Czasem warto spakować jedynie ręcznik, portfel i wyruszyć na spotkanie samego siebie.


470862_original

Od życia nie uciekniemy i nie o to chodzi by gdziekolwiek uciekać, ale by wyruszyć na spotkanie własnego umysłu. Niczym Santiago z Alchemika, czasem musimy wybrać się w podróż dookoła świata by znaleźć skarb, na którym dopiero spaliśmy. Niekiedy trzeba zostawić cały emocjonalny bagaż w domu i wyjść poza strefę komfortu- zobaczyć własne ograniczenia, zrozumieć błędy, poznać znaczenie  rzeczywistości. Znaczenie, które wydaje się być zbyt odległe i nieuchwytne kiedy jesteśmy pochłonięci rytmem dnia. Pobudka, śniadanie, praca, kolacja, seks, film, sen. I tu nasuwa się pytanie: po co właściwie żyjemy?

Nie wiem czy ktokolwiek zdołał już odpowiedzieć na to pytanie, co nie ulega wątpliwości- żyjemy. A skoro już dostaliśmy w prezencie ten cenny dar, lub może zasłużyliśmy sobie na niego, to najważniejszą kwestią będzie -nie zachowanie go jak najdłużej, ale uczynienie jak najpełniejszym. Mój mistrz mawia, że w życiu chodzi po prostu o to by być dobrym człowiekiem. Zgadzam się i staram wpleść motto w życie, lecz, gdy jesteśmy przytłoczeni zadaniami dnia i upływającym czasem, częściej odczuwamy gniew, awersję i niechęć do całego świata. Trudno wtedy być dobrym w jakimkolwiek sensie.W tych momentach wiem, że trzeba natychmiast wcisnąć pedał gazu i pomyśleć: Czas na wakacje!

Przyszło mi zrobić sobie wolne od życia w Sylwestra. Wyjechałam na kilka dni na wieś, pomedytować i by odciąć się od tego co znane i pewne, by przeciąć nawyki zaglądania na facebooka, kompulsywnego oglądania filmów, czy czytania byle czego. Po zatrzaśnięciu drzwi w dużym domu i wyłączeniu komórki, musiałam zmierzyć się ze sobą. A to chyba jedno z trudniejszych zadań do wykonania, bo możliwych jest kilka scenariuszy: 1. można oszaleć od natłoku myśli; 2.można dostać depresji od natłoku myśli; lub 3.ogarnąć się i zacząć robić coś konstruktywnego. Wybrałam opcję trzecią, choć nie ukrywam, że dwie poprzednie były blisko.

„Życie kurczy się i rozszerza
proporcjonalnie do naszej uwagi”
Anais Nin

Przez tych kilka dni, odcinając się od rozpraszaczy, wielkim odkryciem było dla mnie, jak bardzo lgniemy do etykiet. Wciąż doklejamy sobie nowe na i tak już dostatecznie ciężki od neuroz kark. Na odosobnieniu zmuszona byłam odkleić od siebie wszelkie nazwy- etykietę introwertyka czy spokojnej tradycjonalistki. Było jeszcze kilka pomniejszych, których musiałam się pozbyć , przez co  mogłam zobaczyć świat na nowo. Pozbycie się nazw boli, więc róbmy to powoli, pozbywajmy się tego jak starego plastra na ledwo zasklepionej ranie. Warto, bo wiedz, że określając siebie, zakładasz maskę z którą uczysz się żyć a nie na odwrót. Kiedy ją zdejmiesz, zobaczysz że możesz być wszystkim, nawet tym czego się po sobie nie spodziewałeś. Czasem wolimy tego nie widzieć, bo dostrzeżone błędy będą prowokowały do zmiany, naprawy i przemeblowania świata. A nam po prostu się nie chce…

Odosobnienia są trudne, bo nie przywykliśmy do nich. Jednak uważam, ze powinny stać się naszym dobrym nawykiem, stosowanym przynajmniej kilka razy do roku. Wyjedź poza swój mały świat, otwórz się na siebie i innych. Wyłącz telefon i messengera- spotkaj się z ludźmi naprawdę. I samym sobą- tym którego nie znasz i o którym nie wiesz jeszcze wielu rzeczy. Droga do samego siebie to najlepsza podróż w całym życiu. I jeszcze jedno- nie musisz jechać na długo, nie musisz wyjeżdżać daleko. Czasem wystarczy weekend poza miejscem, które znasz. Zabierz siebie na randkę, wypij z sobą słodkie wino i poznaj siebie na nowo.


Zdjęcie: shpilenok.wordpress.com

Terra incognita- kim jesteś?

Ludzie są tak skonstruowanymi istotami, że aby dobrze funkcjonować w świecie stwarzają sobie etykiety. Są dobrzy, źli, spokojni, szaleni. Nazywamy siebie artystami, intelektualistami, mędrcami, analitykami, introwertykami, ekstrawertykami, ekscentrykami, niekiedy socjopatami. Po co nam tyle etykiet?


Milky-Way-Artist-Date

Sens szufladek

Im bardziej siebie określamy, tym bardziej ,mamy poczucie że coś o sobie wiemy. Nie jesteśmy dla siebie nieznanym lądem. Czujemy się bezpiecznie z pakietem nazw określających naszą istotę. Wiemy czego się po sobie spodziewać, wiemy czego się spodziewać po ludziach nam podobnych, lub tych o cechach przeciwnych. Dzięki temu szybciej znajdujemy sobie odpowiednich przyjaciół i unikamy tych, z którymi nasze określone właściwości charakteru weszłyby w nieprzyjemne interakcje.

Im mocniejsza świadomość tego, że jesteśmy tym kim jesteśmy, tym mniej przestrzeni na możliwości stania się tym, co do tej pory było nieznanym. Określenia, etykiety, nazwy, przymiotniki są tym na czym ego rośnie w siłę. Jeżeli pozwolisz sobie być- tak po prostu, bez zbędnych szufladek, zauważysz, że możesz być wszystkim jednocześnie bez żadnych sprzeczności.

Niebezpieczeństwo tego, co nieznane

Brzmi pociągająco, lecz niebezpiecznie. Bo jeśli pozwolisz sobie na bycie wszystkim, to kim będziesz? Jak się nazwiesz? Co będziesz lubił? Co odkryjesz o sobie? Co jeśli okaże się, że lubisz rzeczy, które do tej pory wydawały Ci się mało interesujące? Co jeżeli zaczniesz robić rzeczy niebezpieczne? Skutkiem ubocznym będzie życie. Prawdziwe, oparte na głębokim i wielowymiarowym doświadczeniu- życie.

Czytałam niedawno książkę o wewnętrznych blokadach utrudniających bycie kreatywnym. Książka zawierała ćwiczenia, które były tak skonstruowane, by otworzyć czytelnika na chęci doświadczania i smakowania nowych rzeczy, skutkiem czego jest chwilowe zagubienie. Oto nagle wydostajesz się ze złotej klatki utkanej z przyzwyczajeń, nawyków i tendencji. Jak pisze jednak autorka, Julia Cameron: „Im bardziej masz poczucie, że nie wiesz kim jesteś, tym lepiej. To znak powrotu do zdrowia”.

Możliwości bycia otwartym

Parę miesięcy temu, gdy zetknęłam się z książką „Droga Artysty”, postanowiłam- ok, podejmę wyzwanie, otworzę się i będę obserwować. I tak tydzień po tygodniu na moim biurku oprócz długopisów, zaczęły pojawiać się nowe rzeczy- pastele, akwarele, blok rysunkowy, plastelina, zestaw pędzli. Czy umiem malować? Nie. Ale chciałam tego spróbować. Zetknąć się z intensywnym zapachem akwareli, zobaczyć różnicę między suchymi pastelami a olejnymi, docenić papier celulozowy, pobrudzić ręce i zrobić własnoręcznie pocztówki świąteczne dla rodziny. Nie będę drugim Picasso ale ten podobno nie był zbyt szczęśliwy. Moja pasja odkrywania natomiast zbliża mnie do siebie samej- tej autentycznej bez imion, nazw i etykiet. Jestem wszystkim bo wszystko jest możliwe. Ograniczenia i umiejętności mieszkają w umyśle a umysł potrafi wszystko.

Ćwiczenie na zachętę

Czerpiąc inspirację z lektury książki Julii Cameron, chcę zachęcić was do  wykonania inspirującego ćwiczenia. Weź długopis, kartkę i szybko bez zastanawiania wypisz pięć równoległych żywotów, które mógłbyś wieść, gdybyś nie był tym kim jesteś, lub za kogo się uważasz. Teraz wybierz jeden żywot, który wydaje ci się najbardziej pociągający i wykonaj przynajmniej jedną czynność w tym tygodniu, która z nim się wiąże. Np. Jeżeli napisałeś że chciałbyś być rycerzem, nie pozostaje ci nic innego jak dosiąść konia. Powodzenia! 🙂


Zdjęcie: www.tweetspeakpoetry.com