Ostatnio ciągle się „zakochuję”.
W 20-letnim chłopcu mijanym na ulicy.
I w brodatym mężczyźnie w kawiarni,
co w oczach ma całe bezchmurne niebo.
Zakochuję się w chłopaku znajomej.
Zakochuję się w Tomie Odellu,
którego piosenki towarzyszą mi w pracy.
Zakochuję się charyzmatycznej kasjerce w Piotrze i Pawle.
I w nowym koledze w pracy, który ma tatuaże i dzikie spojrzenie.
I nawet zakochuję się w najlepszej
koleżance. Jej głośnym śmiechu i energii, która
rozsadza te drobniutkie ciałko i niepozorną twarz.
A za tymi miłościami idą sny.
Czasem pełne znaczenia, czasem
kompletnie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Erotyczne, emocjonalne i koszmary jednocześnie.
A potem są uczucia. Najczęściej gniew.
Energetyczny i potężny jak fale podczas sztormu.
Na zewnątrz spokój, a w środku ktoś się wyrywa.
Do miłości, do życia, do popłynięcia z nurtem
rwącej rzeki.
Mimo to, wciąż trzymam stopę na hamulcu.
Nie pozwalałam sobie na żadną miłość,
na erotyzm, na dziecięcą beztroskę, na
szaleństwo i późne godziny snu.
Bo przecież gdybym pozwoliła, to musiałabym przyznać,
że moja tożsamość znów musi się rozpaść
po raz enty. Poza tym w lesie są wilki i demony;
mnóstwo znaków zapytania i nieobliczalność.
Nie wypada puścić hamulców
w świecie pełnym zakazów – gada mi w głowie
ta wiecznie uporządkowana i nieśmiała dziewczyna.
Bo kim będę, gdy
pozwolę sobie na to wszystko
w czym się zakochuję? Co jeśli stanę się
tymi wszystkimi wypartymi elementami siebie
w jednej chwili? Co jeśli eksploduję?
Prawda o miłości jest taka, że nie zakochujemy się
w drugiej osobie. Zakochujemy się w sobie. Ponownie.
A może po raz pierwszy od czasu,
gdy dorośliśmy i staliśmy się „poważnymi” ludźmi.
Zakochujemy się w czułości, której sami sobie
nigdy nie chcieliśmy dać.
W całkowitej akceptacji.
W łagodności.
W szaleństwie.
W tym jak ktoś
dotyka nasze ciało.
Zakochujemy się w czyimś
spojrzeniu. Pełnym radości i namiętności.
Oto w tej krótkiej chwili, widzimy
kim możemy być, jeśli dostrzeżemy
własny potencjał, który zawiera wszystko
i każdą część. Również tę zepchniętą na margines.
Czyż nie byłoby wspaniale zostać tym, kim się
czujemy w fazie zakochania? Zamiast tego
zalewają nas krępujące nawyki zachowań.
Zakazy. Nakazy. Oczekiwania. Głupie
plany i durne pomysły, których przecież
obiecywaliśmy nie mieć nigdy więcej.
A jednak.
Zakochuję się po raz setny w tym tygodniu.
Moje ciało nie chce się już powstrzymywać.
Chce tańczyć. Krzyczeć. Wzruszać się.
Smakować, doświadczać, pozwalać sobie.
Życie wzywa. A stopa wciąż hamuje.
Ach, co za tekst!
dziękuję! achów i ochów nigdy za wiele 🙂