Archiwa kategorii: featured

Życie na opak. Czyli co ma wspólnego ciasto z ochotą na życie

W moim domu ciasto jest codziennie.
Bo to, że pieczenie mnie odpręża, to jedno.
Ja kocham jeść ciasta! Murzynek, szarlotkę, kruche ze
śliwkami, muffiny bananowe, babkę.

Wszystko, co ma słodki smak i zapach
jest w mojej kuchni mile widziane.

I pomyśleć, że kiedyś wszystkiego
sobie odmawiałam.

Narzucałam sobie diety, których wcale
nie chciałam mieć. Pościłam. Unikałam i…
ciągle cierpiałam.

Tak naprawdę przez większość czasu żyłam w
mentalnym więzieniu: nie piłam alkoholu, nie jadłam cukru,
unikałam nabiału czy jedzenia na mieście.

W końcu i samych ludzi zaczęłam unikać, bo a nuż
zaburzą mój dyscyplinarny harmonogram dnia!

Byłam swoim największym wrogiem, bo pozbawiłam
się każdej zmysłowej radości… „Przyjemność”?
To brzmiało jak żart!

Na szczęście organizm się zbuntował,
ciało zaprotestowało a psychika przeszła
na tryb „zimowy”.

Pojawiła się senność. Taka życiowa „stand by”. Niby
byłam włączona ale w trybie oszczędzania energii.
Żyłam na pół gwizdka, z jedną stopą w przedsionku
a drugą w pięknym salonie.

Aż nadszedł moment pobudki.

Zobaczyłam, że coś nie gra. Że zamiast rozszerzać swój
horyzont ja zawężam pole widzenia do
czterech smutnych ścian. Zamiast świata
możliwości miałam szare pudełko od zapałek.

Unikanie cukru nagle stało się metaforą
unikania słodyczy życia. Wszystko co
przyjemne, zmysłowe, radosne było mi wrogiem.

Zamiast barw wybierałam szarość, zamiast ryzyka
porządek i logiczną ostrożność.

I myślcie, że teraz wychwalam hedonizm.
Daleka jestem od tego. Uważam, że
nie każdy powinien popuszczać pasa.

Nadmierne folgowanie może zabić.
Ale mi jednak, pomogło żyć.

Bo w zależności od tego, co dominuje
nam w umyśle, powinniśmy robić rzeczy
całkiem odwrotne. Na opak.

W ten sposób zapraszamy do
życia zdrową równowagę. Jesteś samotny?
Kochaj innych! Boisz się tłumów? Idź na targ!

Całe życie byłam poukładana, cicha,
wytrwała i mocno zdyscyplinowana. Wręcz do
ascetycznej przesady. Wszystko musiało być
doskonałe, a jeśli było inne, oznaczało, że jest „złe”.

Teraz chcę sprawdzić co jest po drugiej
stronie. Bo jest kolorowe, głośne a
przede wszystkim ŻYWE.

Pierwszy raz chcę tańczyć na bosaka.
Zjeść trzy gałki lodów przed obiadem.
Położyć się do łóżka po północy. Nie założyć
czapki, gdy wieje silny wiatr. Obejrzeć głupi
film, który nie niesie mądrego przesłania.

Zaryzykować. Doświadczyć.
Pobawić się. Zacząć żyć. Tak po prostu.

Brzmi nieźle, prawda? Ale uwierz mi,
to wcale nie jest proste.

Nie dla takich poukładanych i kontrolujących
typów jak ja. Prawdopodobnie będę uczyć
się tego przez wiele lat.

Bo to co mnóstwo ludzi ma we krwi:
ułatwiać sobie, luzować, odpoczywać, bawić się,
ja mam w umyśle schowane głęboko i pod ciężkim kluczem.

Zatem zaczynam od kuchni, bo to łatwe no i kocham piec.

Być może pewnego dnia zdejmę buty i zatańczę
na trawie w deszczu. I nie dlatego, że robią to wszyscy.
Po prostu będę miała ochotę! Poczuć, poszaleć,
posmakować, doświadczyć 🙂

Reklamy

Rozmowy o etyce i wegańskie muffiny, które zawsze wychodzą

Od dwóch dni spędzamy z Luną majówkę na wsi.
Kraina Dolnej Wisły to uroczy zakątek nieopodal
Kwidzyna, gdzie żaby rechoczą godowe serenady,
a po niebie krążą myszołowy.

Tu jest mój rodzinny dom. Tu są moje korzenie.

Na wsi, z samotnika przeistaczam się w człowieka,
któremu wiecznie otwarte drzwi są niestraszne.

wiosna

-Czemu nie jesz mięsa?- zapytał mój
dziewięcioletni kuzyn Wiktor, który wtargnął
w porze kolacji, mówiąc, że chciał mnie zobaczyć
po tak długim okresie nieobecności.

-Bo jestem wegetarianką.
-Ale dlaczego?

-Bo kocham zwierzęta. Nie zabijam ich.
I nie zjadam przyjaciół- odpowiedziałam,
trochę bez namysłu.

Po prostu zawsze to powtarzam, gdy ktoś
pyta o kwestię diety. Nie przyszło mi do głowy, że
dziewięciolatkowi wypadałoby to wyłożyć w inny,
może mniej drastyczny sposób. A ja tu o zabijaniu…

-Ale przecież jesz kotleta! – mówi, gdy wkładam
sobie do ust, coś co faktycznie przypomina wielkiego
mielonego.

-To kotlet z kaszy gryczanej i warzyw.
-To można zrobić kotleta z warzyw?! – pyta zafascynowany
-No pewnie! Ze wszystkiego można. Jesteś głodny?

Podchodzę do kuchenki, gdzie na dwóch patelniach
smaży się kolacja. Moje wegekotlety nie różnią się
wyglądem od mielonych dla rodziców.

-Jestem. Ale chcę to co ty. Bez mięsa!
-Na pewno? Nie musisz.
-Bez mięsa!- upierał się.

Nałożyłam mu więc dwa wegekotlety,
które wciągnął z zaskakującą szybkością.
A potem spojrzał na bananowe, wegańskie muffiny,
które upiekłam przed przyjazdem na wieś.

-Chcesz? Też wegetariańskie.
-Jedną!

Ugryzł, przeżuł, ale muffina zajęła mu więcej
czasu niż kotlet.

-I co? Smakuje ci?
-Średnio. Jakaś dziwna! 🙂

wiktor

Od razu śpieszę wyjaśnić, że moje wegańskie
muffiny są dobre. Naprawdę dobre. No ale, że
są wegańskie, z małą ilością cukru i z dodatkiem
gryczanej mąki, mogą się wydawać… cóż, co tu dużo
mówić- dziwne, zwłaszcza dla osób, które przez lata
jadły tylko przetworzone słodycze.

Dzieci wychowane na klasycznej zachodniej
diecie nie zachwycą się tym specyficznym,
acz bardzo bananowym smakiem.

Niemniej jednak, zamieszczam przepis.
I obiecuję: ZAWSZE WYRASTAJĄ!

MUFFINY BANANOWE:

1,5 szklanki mąki orkiszowej (lub pszennej)
4 łyżki mąki gryczanej
1 łyżka mąki kokosowej
7-8 łyżek oleju rzepakowego
1/3 szklanki sproszkowanego lub
drobnego cukru trzcinowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
opcjonalnie: 3 łyżeczki kakao/ pokruszone orzechy
4 bardzo dojrzałe duże banany
lub 5 mniejszych

WYKONANIE:

Banany zblenduj na gładką masę.
Dodaj olej. Wymieszaj.

W drugiej misce dokładnie wymieszaj suche składniki.
Dodawaj je powoli do masy z bananów i mieszaj.
Masa powinna mieć gęstą konsystencję. Wypełnij
nią blaszkę na muffinki. Ja nie wkładam papilotek,
bo uważam, że bez nich lepiej się podpiekają. Masa
starcza na 12 muffinek.

Rozgrzej piekarnik (200 stopni). Gdy
włożysz blaszkę, zmniejsz temp. do 180.
Po 20 minutach wyłącz, ale nie otwieraj.
Po 15 minutach otwórz. Muffiny gotowe! 🙂
Om nom nom nom nom!

Kosmita wśród bogów. Jeśli tak się czujesz, to witaj w klubie!

Żyję w świecie idealnym.
Przynajmniej tak mi się wydaje, gdy
mijam tych zawsze doskonałych ludzi.

Pięknych, zadbanych,
elokwentnych, radosnych.
Dobrze odżywionych i dobrze ubranych.

Mijam ich na ulicy i w drodze do pracy.
Siadam obok nich w autobusie.
Pracuję z nimi. Koleguję się. Piszę o nich.

I nie mogę się nadziwić.
Skąd się wzięli? Jak to robią, że
zawsze mają idealnie ułożone włosy?
Albo, że spodnie nigdy im się nie gniotą?

Zawsze wyspani, wypoczęci, z idealnym
makijażem, ciuchami, w które ja nie
wiedziałabym jak się ubrać. Jak, co
z czym zestawić, żeby nie było głupio.

Jak próbuję kombinować, to zawsze
wychodzi głupio. Zawsze!

W przeciwieństwie do nich jestem
przybyszem z kosmosu.

Włosy, każdy w inną stronę, w nocy nie spałam,
no bo wiadomo. Za dużo myśli. A wczoraj na kolację
zamiast pożywnego białka zjadłam bajaderkę
i rozbolał mnie brzuch. A oni tacy idealni!

Albo nasi polscy aktorzy, aktorzyny przez małe „a”,
tudzież córki i synowie znanych ojców i matek
aktorów przez duże „A”.

Prowadzą profile na instagramach.
A tam są tacy piękni. Gładcy. Kolorowi.
Szczęśliwi i wiecznie w podróży.
Boliwia, Peru, Japonia, USA, co chcesz.

I żeby nie było, oni nie tylko podróżą żyją.
Bo iksiążki piszą. Jak schudnąć 40 kg.
Jak zdrowo się odżywiać. Jak być fit.

Jak być szczęśliwym. Jak pokonałam depresję
i nauczyłam się być dobrą matką. Jak sobie
wybaczyć. Jak się kochać, jak kupować, jak żyć.

A każdy z nich ma własną filozofię życia.

I ci aktorzy, aktorzyny na instagramach
i ci ludzie z pracy i ci w sklepach, i w tramwajach.
Każdy tak pięknie wyeksponowany.
Ciekawy, bo inny.
Ciekawy, bo taki jak wszyscy.

A ja nie potrafię. Nie sypiam w nocy, a potem
w pracy zawalam. Bo za wolno, bo zbyt nudne
pomysły. I w relacjach zawalam, bo na kawie
z koleżanką nie mam o czym gadać.

Cóż, nie jestem typem gawędziarza, mimo że
gawędziarstwo studiowałam przez rok.

Najwyraźniej nie da rady się tego nauczyć.
Albo można, tylko w innej szkole. Uniwersytet
Dla Opornych. Wracam więc przy poniedziałku
do domu w głębokiej depresji. Bo wszystko co
robię jest złe. Bo spodnie nie pasują. Bo włosy stoją.

Bo zamiast odpowiedzieć w windzie na „dzień dobry”,
burknęłam tylko „brrry”.

Nie potrafię dobrze pracować, źle się ubieram,
czekolada wylądowała na bluzce, a z zakurzonych
trampek (trampków?) wystają niedopasowane
skarpety. Obiad nie był fit, nie chce mi się gadać,
za to chce mi się spać.

A muffiny, które upiekłam
nie wyrosły.

Jakby tego było mało, na Instagramie mam
więcej ludzi, obserwowanych niż
obserwujących. Nic już mnie nie uratuje
i zginę marnie. Jak żyć zatem?

Jak żyć w tym świecie, w którym wszyscy
wiedzą na czym polega życie i zdaje Ci się,
że ty jeden nie wiesz? Czy jest nas więcej,
czy jestem niby ten Ostatni Mohikanin?

Ile zostało nam wolności (?)

Zaskakuje mnie czasem to,
o czym ludzie chcą czytać.

A chcą czytać o tym co łatwe
i o tym co oczywiste.

O tym, że aktorce znanej z jakiegoś
pożal się boże serialu,

powinęła się noga
na parkiecie Tańca z Gwiazdami.

Albo, że jakaś nastoletnia gwiazdka
Disneya, która już od dziesięciu lat nie
jest nastolatką znalazła sobie nowego chłopaka.

Tudzież, że Doda schudła.
Albo, przytyła.

Że Hanna i Tomasz
po wielu plotkach faktycznie się rozstali,

a Kaczyńska będzie mieć trzeci dziecko a prasa
podaje w wątpliwość czy ojcem na pewno
jest ten, który za ojca się podaje.

Natomiast ludzie nie chcą czytać
o rzeczach, o których wiedzieć powinni,

bo przecież zapraszają do myślenia
i wygłaszania własnych opinii.

Z resztą po co wygłaszać,
wystarczy je mieć.

Opinie kształtują życie i dzięki
nim podejmujemy wybory.

A im więcej wiemy, i z im większej
liczby źródeł, tym wybory bywają pewniejsze.

Zaprzęgamy wtedy tę część mózgu,
która kocha porównywać i analizować
i decydujemy.

Lub odkładamy do „szarej strefy”,
gdzie opinie i pomysły czekają na nowe fakty.

I już nawet nie chodzi o czytanie, ale o
uczestnictwo w kulturze i życiu społecznym w ogóle.

Wystarczy spojrzeć na box office
filmów, które zarobiły najwięcej w 2017 roku.

Na co chodzimy do kina? Na opowieści
o superbohaterach, którzy tyle mają żywej
tkanki, co stuletni stół przerobiony z pięknego
drzewa na mebel użytkowy. Trochę to smutne.

cinema-dark-display-8158.jpg

Nie chcemy o czytać o aferze Cambridge Analytica,
ani o Trumpie. Bo to amerykańskie, takie nie nasze.

Po cóż o tym czytać, podczas gdy
w Polsce, rolnik szuka żony a prezydent Duda
mówi veto dla ustawy degeneracyjnej.

To są dopiero prawdziwe historie!

Wciąż wierzę, że jest dużo osób
myślących samodzielnie, niezależnych,
wolnych, odpowiedzialnych i odważnych,
którzy będą głosić swoją prawdę.

(Bo obiektywna prawda chyba
w gruncie rzeczy nie istnieje).

Będą poruszać niewygodne tematy,
pisać o tym, co się „nie klika”,
mówić o tym co niemiłe
i niepoprawne politycznie.

Że kobieta ma prawo do aborcji,
że islam zabija nie tylko miliony
istnień, ale również kulturę i wolność,

że dzisiejsze pożywienie hoduje w nas raka,
że całe mnóstwo lekarzy daje recepty idealnie
skrojone pod umowy z firmami farmakologicznymi

że tak strasznie rozleniwiliśmy się w mobilnym
świecie informacji, że chętniej wybieramy, to co
łatwe i szybkie, że konsumujemy bez namysłu.

I że tym na samej górze,
w gruncie rzeczy to na rękę.

Bo manipulować można tylko
tymi, którzy sami chcą być manipulowani.
Czyli całą rzeszą osób, które godzą się na:

tanią i bezmyślną rozrywkę
na kinowe blockbustery
na dobrze skrojoną
poprawność polityczną
na informacje, które nie są
informacją, bo już w chwili
podania do wiadomości były
gotowymi opiniami z komentarzem

Wciąż zadziwia mnie ten świat.
Czasem pozytywnie.

Np. zachwyca i napełnia wzruszeniem,
gdy widzę pierwszego w tym roku motyla.

Ale czasem mnie przeraża i zniesmacza.
Zwłaszcza, gdy widzę, że ludzie z własnej
woli godzą się płynąć z nurtem rzeki zwanej
popkulturą i mass mediami.

Let’s do this!

„Nie masz kontaktu z czytelnikami od 9 grudnia” –
niedawno przypomniał mi Facebook.
Rany! To już trzy miesiące! – pomyślałam – co
robiłam przez ten czas, że zapomniałam o blogu?

Nie martwcie się. Nie popadłam w zimowy letarg.
Wręcz przeciwnie! Nareszcie porzuciłam letarg!

Wróciłam do medytacji, ograniczyłam ilość
czytanych książek i zaczęłam wychodzić z domu.

Nawiązałam relacje z ludźmi, których mi brakowało.
Zaktywizowałam się do działań w obrębie
własnej społeczności, ba! zmieniłam stanowisko w firmie
(nauka nowego, nowi ludzie, inne miejsce, więcej
obowiązków, większa samodzielność).

Ot, małe-wielkie rzeczy, które sprawiają, że chce się żyć.

Jak doszło do tego, że cicha introwertyczka wyszła
z bezpiecznej jaskini?

Cóż. Aktywne życie z dala od miękkiej kanapy
wymaga jako takiej elastyczności umysłu, więc
przede wszystkim zmieniłam poglądy.

Czyli wyrzuciłam na śmietnik, te które mi nie służyły
i zaczęłam sprawdzać inne, nowe, niebezpieczne.

Ale skąd wiedziałam, które były złe?

To proste. Jeśli jesteś nieszczęśliwy, to
najwyraźniej kilka z twoich zasad nie działa.

20180318_115539

Podeptanie własnych pomysłów, którym
poświęcało się lata nie jest łatwe.
Wymaga rozebrania się do naga.
Zdjęcia solidnego pancerza i wystawienia tyłka
na świat, jak tarcza gotowa przyjąć strzały.

Pierwszy pogląd, jaki obaliłam – ludzie są źli,
bo chcą mnie skrzywdzić.

Mój nowy pogląd- ludzie są tacy, jak ich odbierasz.

Wszystko to kwestia nastawienia w umyśle.
Dziś nie twierdzę, że ludzie mi
zagrażają. Jedni są wspaniałymi aniołami,
inni nauczycielami mojej cierpliwości.

W jednym i drugim wypadku, wygrywam.

Pod wpływem nawiązania relacji,
zwiększyła się moja energia i apetyt na życie.
Przekonałam się, że bycie częścią większej,
społecznej całości bardzo uszczęśliwia.

Pogląd numer 2.
Czas jest względny.

Przestawiłam sobie zegarek – z czasu
zimowego na TERAZ.

Bo przecież w życiu ważne są tylko chwile.
Bo życie tak naprawdę, składa się wyłącznie z
chwil.

Moją największą bolączką był brak akceptacji,
tego, co niezaplanowane. Nie zapraszałam gości,
a nuż się zagadają i zaburzą mój harmonogram dnia.

Nie jadałam na mieście, bo przecież kucharze to
potencjalni truciciele- mordercy, dostatecznie
sprytni, by wciąż zbiegać organom ścigania. A to
podadzą za zimne, a to dodadzą mięso,
a to spóźnią się z podaniem posiłku.

Zatem pogląd związany z czasem, opiera się na zasadzie,
że życie to przechodzenie z jednej chwili do drugiej.
I w zależności od zdarzeń może być plastyczny. Nie trzeba
odhaczać check listy pełnej must-do.

Pogląd numer 3. Przestrzeń.
Odkryjmy cały kosmos.

Od ponad roku poruszałam się wyłącznie
bo bezpieczniej makiecie własnej codzienności.

Bezpiecznej, spokojnej ponad miarę, a przez to
jakże nudnej i frustrującej. Dom, ta sama praca,
książki, spacery, zakupy, sen, dom, praca…
Znane tereny, utarte szlaki, rutyna goni schemat.
I tak w kółko.

Aż w pewnym momencie coś pękło.
Nie wytrzymałam. Jakaś mała, krnąbrna
dziewczyna zaczęła uderzać pięściami o
ściany ograniczeń, krzycząc –wypuść mnie stąd!

To moje szalone alter ego dogorywało w obliczu
bezsensownego życia. Ta część mnie, która
zawsze chciała podróżować, tańczyć sambę,
słuchać cudzych historii, poznawać nieznajomych
i doświadczać przygód.

Chyba każdy z nas ma taką ciemną stronę,
inne JA, obcego z przeciwległego bieguna.

JA, które przez cały czas marginalizujemy,
a niekiedy zabijamy, tocząc z nim wojnę.

Bo jest szpetne, lub grzeszne. Bo jest dziwne
lub niepoprawne politycznie. A przecież
rzeczywistość wymaga od nas tolerancji
i ugładzonego języka, zamiast przekleństw, czyż nie?

Parę miesięcy temu wypuściłam tę zbuntowaną,
krzykliwą dziewczynę na wolność, żeby zobaczyć,
co się wydarzy. A scenariuszy było kilka.

Mogła narozrabiać. Wytłuc porcelanę,
nakrzyczeć na sąsiadów, pokazać policji
środkowy palec i upić się do nieprzytomności.

Ale również, mogła ubrać kieckę i wyjść na
parkiet pełen możliwości. I tak zrobiła, przy
moim cichym wsparciu. Zawarłyśmy pakt.

-Szalej, ale z umiarem- to był mój warunek.
-Niech będzie- odparła- ale nie wtrącaj się
w moje sprawy. Przede wszystkim,
nie kontroluj. Jestem mądra, sama wiem,
kiedy jest czas, by pójść do łóżka.

Podałyśmy sobie dłonie i mocno je
uścisnęłyśmy. Jak matka, wypuszczająca
swe ledwie pełnoletnie dziecko, bałam się,
ale pozwoliłam, by doświadczało świata i uczuć.

By jasne spotkało się z ciemnym i by spokój
poznał chaos. Nadal obserwuję, co się dzieje.

Czasami przychodzi strach, a czasami radość.
Myślę, że chęć kontrolowania rzeczywistości
wynika właśnie z obaw. Niestety większość z nich
jest kompletnie bezpodstawna.

Tam, gdzie nie ma kontroli, dzieją się różne rzeczy.
Tam, gdzie nie ma kontroli, bywa anarchia. Ale również,
to przestrzeń, gdzie mieszkają cuda.

Cytując bohaterkę filmu „Czwarta Władza”
(zagrała ją Meryl Streep; reż.Steven Spielberg),
powiem: „LET’S… LET’S DO THIS”.
Zaryzykujmy. Cóż mamy do stracenia?

Rzecz o imbryku

Wisława Szymborska powiedziała kiedyś,
że z domu w którym nie ma atlasu należy się
natychmiast wyprowadzić.

Cóż. Ja atlasu nie posiadam,
bo nie jest mi do niczego potrzebny.

Jeśli podróżuję to głównie przez
karty kolejnych powieści, tudzież
do ulubionej biblioteki.

Przekształciłam więc zdanie sławnej
poetki na własny użytek.

Dziś twierdzę, że dom w którym
nie ma porządnego imbryka na herbatę
należy czym prędzej opuścić.

No chyba, że lubi się dom.

Wtedy należy natychmiast zakupić imbryk
i kilka dobrych paczek smacznej herbaty.

Bo imbryk kojarzy mi się z ciepłem.
Z atmosferą domowych pieleszy,
i wygodnego barłożenia z książką
na miękkiej kanapie.

20171209_103726

Porządny imbryk symbolizuje spokój i
bezpieczeństwo. Miejsce, w którym nic
nie trzeba, a jedynie można.

Nie znoszę miejsc, w którym nie ma
imbryków.

Omijam kawiarnie, w których gorące
napoje serwuje się w małych filiżankach.

I omijam tych ludzi, którzy w kuchni mają
wyszczerbione, bezosobowe szklanki
a jedyna herbata w ich szafce, to czarna.

Wszyscy najbliżsi mi ludzie rozumieli te moje
dziwne fanaberie, bo sami mieli podobne.

Michał przed podaniem herbaty w wielkim
dzbanku i ręcznie malowanych kubkach
najpierw kazał mi wąchać zawartość
barwnych puszek.

Z truskawkami, z pigwą,
z pomarańczą, i tą jego ulubioną, obłędnie
słodką i pachnącą, kaktusową.

Ta, która przemówiła do mojego nosa
lądowała na spodzie 1,5 litrowego dzbanka.
A my siadaliśmy naprzeciw siebie z kubasami,
w dłoniach z których unosiły się ciepłe obłoki pary.

Ola na powitanie po roku rozłąki zawsze
wciska mi w dłonie indyjską Yogi Tea z lukrecją
a z Martą, moją licealną przyjaciółką, wszystkie
rozmowy prowadziłyśmy w kuchni, nieopodal czajnika,
w wiecznej gotowości, by dolać, by raz jeszcze dać się
rozgrzać smacznej herbacie.

Dwa tygodnie temu zbiłam ukochany imbryk.

Ręcznie malowany, wypalany w piecu,
żółty z pszczołami, zakupiony na
Jarmarku Dominikańskim.

Kolega grafik uczył mnie wtedy
kadrowania aparatem wbudowanym w telefon.

20171111_092839

Tak kadrowałam, że trąciłam łokciem imbryk,
który w zetknięciu z panelami rozszczepił się
na tysiąc żółto niebieskich kawałków.

Żałoba jednak nie trwała długo.
Po opłakaniu przystąpiłam do szukania kolejnego.

Miał być jedyny w swoim rodzaju, inny niż
wszystkie chińskie wyroby dostępne w sklepach.

Wyjątkowy, sympatyczny, duży, inny.
Z podgrzewaczem na małą świeczkę,
aby herbata zawsze była gorąca.

Po wielu dniach spędzonych w sklepach
internetowych i osobliwych herbaciarniach,
znalazłam mój imbryk.

Trochę w stylu zen. Z kamionki i gliny.
Z rysunkiem owieczek. Z wiklinowym
uchwytem i porządną podstawką na świeczkę.

Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia.

A dotyk jego matowej, chłodnej faktury, która po
zetknięciu z wrzątkiem poparzyła mi palce, tylko
wzmocnił tę miłość.

20171209_100738

Czajniczek doszedł po trzech dniach,
a po drodze się zgubił.

Bo przecież każdy przedmiot z duszą ma własne
historie. Ten najwyraźniej potrzebował pozwiedzać
świat, by zapamiętać to i owo, być może po to, by potem
snuć ciepłe historie, gdy zagubię się kiedyś w domowej ciszy.

A może chciał pozwiedzać dla siebie?

Może wiedział, że w najbliższym czasie czeka
go ciężka praca umilania życia pewnej
dziewczynie, co herbatę pije litrami a książki
pochłania tonami. I że będzie pracował nieustannie
zwłaszcza w okresie zimy, gdy wieczory są ciemne,
chłodne i wietrzne…

Z domu w którym nie ma porządnego imbryka
na herbatę, należy natychmiast się wyprowadzić
i znaleźć dom który uosabia filozofię herbaciarzy.

Ma być ciepło, ma być dobrze, ma być spokojnie.

Babka orkiszowa

Pamiętam niemal każdą niedzielę
spędzoną u babci za Grudziądzem.

Pamiętam je ze względu na to, że
zjeżdżała się wówczas cała rodzina
a to sprawiało, że czułam się częścią
czegoś większego.

Byłam przynależna.
Stanowiłam element większej układanki.
Wielopokoleniowej rodziny.

Babcia czekała na nas z obiadem
i kompotem z gruszek, które
rosły w ogródku. A po obiedzie było ciasto.

Jeśli ktoś miał urodziny, były to
wykwintne wielokolorowe torty,
przekładane kremem cytrynowym
lub śmietankowym.

Babcia robiła je sama.
Nie uznawała kupnej łatwizny.
Potrafiła wstawać o 4 rano i piec, by
wszystko było gotowe w samo południe.

Pamiętam babciny sernik z budyniem,
i pamiętam babkę która była zawsze,
niezależnie od dnia tygodnia.

Pewnie dlatego najbardziej zapadła mi w pamięć.
Dziś, gdy chcę sobie dogodzić, gdy mam
potrzebę zatańczenia ze wspomnieniami,
piekę ją sama.

Dwukolorowa babka u babci była czymś tak pysznym
a jednocześnie oczywistym, jak to, że po niedzieli
następuje poniedziałek.

Piekę ją na oleju, jak w babcinym oryginale,
z tą różnicą, że zamiast białego cukru daję ksylitol
a zwykłą mąkę zastępuję ukochanym orkiszem.
Przepis jest prosty i nie może się nie udać 🙂

20171202_100157

BABKA ORKISZOWA:

Składniki:
-1 szklanka pełnoziarnistej mąki orkiszowej
-0,5 szklanki mąki orkiszowej typu 600 lub 700
-0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
-1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
-3/4 i ciut szklanki ksylitolu (niepełna szklanka)
-3/4 szklanki oleju rzepakowego
-2-3 łyżeczki kakao
-4 jaja

Wykonanie:
Potrzebujemy dwóch misek. 
Do jednej wsypujemy 3 rodzaje mąk
i proszek do pieczenia i przesiewamy,
żeby się dobrze wymieszały

Do drugiej wbijamy 4 jajka, roztrzepujemy je
i dodajemy ksylitol. Ubijamy do lekkiej pianki.
Powoli dodajemy olej i mieszamy łyżką, żeby
masa pochłonęła go całkowicie. Teraz
stopniowo dosypujemy wymieszaną mąkę z
proszkiem i energicznie mieszamy.

Gdy masa jest już jednolita, dzielimy ją
na dwie równe części. Odlewamy 1/2 masy
do drugiej miski i dodajemy 2 lub 3
czubate łyżeczki 
kakao. Mieszamy.

Do keksowej (podłużnej) formy wyłożonej
papierem wylewam na spód masę kakaową.
Po minucie dodaję jasnego ciasta. Wylewam
je do formy pomagając sobie łyżką, tak żeby
w zupełności pokryła kakaową masę.

Wstawiamy do zimnego piekarnika
a temperaturę ustawiamy na 160 stopni.
Nagrzewamy sam dół (wtedy ciasto ładnie
wyrośnie). Po 30-35 minutach dodaję 
nagrzewanie z góry.

Ciasto jest gotowe po 60 minutach od
momentu wstawienia. Jeżeli widać na
jego wierzchu pęknięcia, to dobry znak.
Po 15 minutach od wyłączenia, można
otworzyć drzwiczki. Smacznego! 🙂