Archiwa kategorii: featured

Niewygodna prawda jest zawsze bezcenna

Czy wiesz, co to znaczy żyć w prawdzie?
Ja myślałam, że wiem. Przynajmniej
tak mi się wydawało.

Ciało jednak twierdziło inaczej.
Bo gdy odcinasz się od uczuć, i
nie przyznajesz się do prawdy,
to wiedz, że ciało z pewnością ci ją pokaże.

Jak?

Na różne sposoby: chorobą.
Wiecznym zmęczeniem.
Bólem.
Odrętwieniem.

I będzie robić to dopóki, dopóty nie spojrzysz w lustro
i nie przyznasz. Ok, myliłam się.
Rozminęłam się z prawdą.

Bardzo łatwo jest nam być trzema małpkami,
które nie chcą widzieć, nie chcą słyszeć, a na
pewno już o tym nie dyskutują.

Bo przecież prawda jest niewygodna. Bywa odkryciem
smutnej rzeczywistości o nas. Jest totalną nagością.

Jeśli decydujesz się żyć w prawdzie, na nic
ci filtry w Instagramie i na nic tylko ładne
zdjęcia na Facebooku. Że niby zawsze
promieniejesz i jesteś pełny wigoru.

Uśmiech nie schodzi z twarzy,
sukces goni sukces, a już na pewno
nie przeklinasz. Jest dobrze. Hej! Jest OK!

Myślę, że większość ludzkich kryzysów
bierze się z życia w kłamstwie.

Udajemy przed partnerami i uśmiechamy do szefa,
twierdząc, że nic nas nie uwiera.

Aż w którymś momencie tama puszcza
i rzeka zatapia całe krainy, które tak
skrzętnie budowałeś przez lata. I wiesz co?

To dobrze! Tak ma być! To pierwszy
krok do uzdrowienia.

Zdrowie zawsze
zaczyna się od prawdy.

Od przyznania: czuję wewnętrzną
martwotę. Zgorzknienie. Jestem wypalona.
Boję się. Każdego dnia coraz bardziej.
Nikogo nie lubię. Wszyscy mnie wkurwiają.
Jestem samotna i od roku cierpię na bezsenność.

Tak. To wtedy pęka tama i zalewa
świat łzami. Bo między słowami
powiedziałeś o wiele więcej.

Że nie lubisz siebie.

Że nigdy tak naprawdę z sobą nie byłeś.
Że zawsze uciekałeś, gdy było trudno.
Że nie chce ci się zawalczyć o siebie.
Że nie żyłeś własnymi priorytetami.

Że siebie porzuciłeś. Gdzieś dawno
temu, na jednej z wielu dróg.

Więc teraz trzeba na chwilę przystać.
Poodychać. I wrócić. Do siebie i
jednocześnie z sobą u boku.

Pogadać. Zaprzyjaźnić się. Zadbać o siebie.
A przede wszystkim być całkowicie szczerym
i autentycznym.

Jakiś czas temu zaczęłam tę drogę.
A życie wybrało ją za mnie.

Tak długo kłamałam i udawałam, aż ciało się wycofało
odrętwiałe do strefy letargu.

A z odrętwiałym i zimnym jak sopel
człowiekiem nie sposób dłużej żyć.

Ileż to razy obwiniałam się za to, że
próbowałam być szczera. Że przyznałam
się do niepewności lub niewiedzy.

Ileż to razy wahałam się, czy mogę odsłonić
własną skórę, mówiąc: jestem zależna,
bywam słaba, wrażliwa…

Ale nagle dostałam od losu fantastyczną
szansę na spotkanie siebie. I na uzdrowienie.

Zaczęłam żyć w prawdzie. Nie uśmiecham się,
gdy mi nie do śmiechu. Nie jem, czego nie lubię,
nie mówię tego, czego w duszy nie myślę.

Bywam okrutna. Bo klnę jak szewc i mówię
wprost co widzę. Czasem odmawiam, bo mi
się nie chce. Ale czasem się zmuszam, bo
intuicyjnie widzę w tym rozwój.

Kiedy ktoś mnie pyta o zdanie, potrafię powiedzieć:
nie czuję tego, nie widzę w tym potencjału.

Czy mogę kogoś zranić? Jasne. Ale przecież
nie przedstawiam faktów, tylko to, co czuję.
A swoich uczuć nie wyprę. Robiłam to zawsze.

Więc teraz się uczę spoczywać w prawdzie.
W niewygodnej, czasem niemiłej, brzydkiej
i odpychającej.

Bo jeśli jesteś w stanie wytrzymać:
samotność, lęk, gniew i własne pomieszanie,
to w końcu odejdą. Ale mniej groźne, bo
przerobione na zrozumienie.

Za każdym gniewem kryje się coś większego.
Za każdą ucieczką stoi twój wielki jak góra lęk.
Lub pamięć o lęku. Lub niezrealizowana potrzeba,
wycofana do strefy cienia. W końcu i nasi partnerzy
stają się lustrem tak jaskrawym, że uciekamy.

Tak. Dobrze myślisz. Dziś twierdzę, że
niemal każda choroba i niepokój
bierze się z życia w kłamstwie.

Kłamstwo natomiast dzieli cię na pół.
A wtedy własna integracja jest niemożliwa.
Uciekasz od siebie i przestajesz mieć ze
sobą kontakt. Bo przecież kłamca zawsze
ucieka a śledczy kluczy i szuka po omacku.

Wróć do siebie. Pokochaj się. Nawiąż więź.
Brzmi sztampowo? No pewnie. Miłość własna
to największa życiowa sztampa. Ale jeśli jej
nie doświadczyłeś, minąłeś się z życiem.

Reklamy

Gdy odpuszczasz, dzieją się cuda

Pisałam już, że kocham piec i gotować, prawda?
Tak. Na pewno pisałam. Z tysiąc razy, więc
pewnie pisanie o tym po raz enty wydaje się nudne.

Dziś więc podejdę do czynności kulinarnych z lupą,
jak naukowiec, który bada nieznane rośliny.

Otóż odkryłam, że pieczenie może być nie tylko
fantastyczną terapią ale również miernikiem
emocji.

Czy zwróciliście kiedyś uwagę na to, że
w zależności od tego, jakie emocje
towarzyszą podczas pracy w kuchni,
to one zawsze przekładają się na efekt końcowy?

Zaskakująco często ciasto „które zawsze wychodzi”
okazuje się zakalcem.

A potrawa, którą kochają wszyscy
nagle się zważyła/nie wyrosła
/jest za słona/ za sucha/za mokra.

Przypadek? Nie sądzę. Już kilka lat temu
przeprowadzono badania na grupie chętnych,
którzy mieli komunikować się z roślinami.

W jednej grupie osoby, które podlewały kwiaty
wodą miały je głaskać i mówić komplementy.

Druga grupa miała natomiast
krzyczeć, przeklinać i „obrażać” rośliny,
podlewając wodą w tej samej ilości.

Co się okazało? Że kwiaty, na które
krzyczano, zwiędły, lub nie wyrosły.

Te natomiast, które były traktowane
z szacunkiem i miłością, rozwijały się szybciej
i były odporne na ataki szkodników.

20180728_104119 (1)

Tak samo jest z ludźmi. I tak samo
jest wypiekami. I z każdą inną czynnością,
której poświęcamy uwagę.

Jeśli robimy to z miłością, jest wielce prawdopodobne, że
przyniesie owocne rezultaty. Jeśli coś robimy
pod górę, z przymusem i niechęcią… Cóż…

Sami skazujemy się na rolę mitycznego
Syzyfa, który mizernie toczy głaz na szczyt.
Bez celu przecież, bo i tak się stoczy.

Piszę o tym nie tylko w kontekście
wypieków. Ale akurat teraz jest to dla mnie
zauważalne. Po prostu wszystko mi wychodzi!

I ciasto jest pyszne jak nigdy (a niczego nie zmieniałam).
I bezmleczny jogurt chia smakował tak, że
pół dnia samą siebie chwaliłam. A lody wegańskie!
Najlepsze jakie kiedykolwiek jedliśmy!

Ach! A muffiny orzechowe? Cała blaszka
poszła na raz, bo były tak pulchne, słodkie
i miękkie! Zaczęłam więc myśleć: taki mam
talent, czy po prostu dobry czas?

A może… A może to jednak emocje?
Eureka! Faktycznie.

To co się zmieniło – to kontrola.
Odpuściłam.

Przestałam na chwilę szukać mieszkania.
Czułam się bezsilna z myślą, że jestem za
biedna na duże przestrzenie, a wszystko
w okolicach centrum przekracza moje
skromne możliwości.

Za dużo było siłowania,
kombinowania, analizowania.

Skąd wziąć pieniądze? Jak dorobić?
Czy kupić 23 metry, w których się nie
pomieszczę, czy może 27 metrów, ale
koniecznych do remontu?

I że przecież muszę już, natychmiast, bo we wrześniu
nie mamy z Luną gdzie mieszkać!

Brak kontroli wywoływał panikę,
a panika siała zbyt destrukcyjne emocje.
Przede wszystkim lęk. Próbowałam na siłę
wycisnąć z przestrzeni coś,  czego ona sama
dać nie chciała, lub nie mogła.

Odpuściłam. Pieprzę to. Coś się
znajdzie. Ktoś nas przygarnie. Lub
ktoś coś odstąpi.

Albo mieszkanie samo nas znajdzie.
A raczej nie mieszkanie, tylko DOM.

Miejsce, gdzie włożymy serce, bo będzie oazą,
w której schronimy się przed
zgiełkiem miasta i pędem głośnych ulic.

20180721_150351

Może będzie blisko lasu. Może będzie miało taras lub balkon.
Może będzie duża kuchnia. A może  będzie mała, ale
sympatyczna i pełna słońca? Odpuszczam.

Niech będzie najlepiej – tak jak ma być.
Niech będzie taki dom, żeby nam
sprzyjał. Żeby nas kochał.

Żeby zachęcał gości do wpadania,
i żeby mnie motywował do medytacji.

Żeby dawał ukojenie, dobry sen
i energię do radosnego działania i przekuwania talentów
w energię, która nakarmi serce.
Nie tylko moje, ale też innych.

Odpuszczam. DOM się znajdzie. Sam. Tak.
Naprawdę w to wierzę.

DOM pojawi się w odpowiedzi na emocje i myśli.
Tak jak czasem pojawia się drugi człowiek. Tak jak przypływają
pieniądze. Tak jak przychodzą odpowiedzi na ważne pytania.

Emocje się uspokoiły. Kontrola odeszła.
Pojawiły się wypieki. Pulchne, wysokie,
miękkie i smaczne. Lepsze niż w najdroższej
restauracji.

A wraz z wypiekami pojawiły się
Kobiety. Dzwonią, piszą, pukają do drzwi.

I co ciekawe, w ogóle nie prosiłam, by
wpadły. Odłożyłam na bok telefon.
Po prostu piekłam, śpiewając pod nosem.

Jest potrzeba, są więc odpowiedzi.
Są wypieki, ktoś musi je chcieć zjeść 🙂
Tak samo będzie z DOMEM. Pojawi się,
gdy będziemy gotowe. Gdy emocje i myśli
będą puchate, dobre i lekkostrawne.

Każdy pies wie, co czujesz

Zawsze zastanawia mnie jak to możliwe,
że psy wyczuwają emocje i nastroje.

To chyba najbardziej empatyczne i
wrażliwe istoty pod słońcem, choć
same tego nie wiedzą.

Luna wyczuwa w domu stres
i lęk. I sama zaczyna się bać.

Popiskuje, jest niespokojna,
leży w jednym miejscu, a za chwilę
idzie w kolejne. Leży parę minut i
znów idzie w kolejne. Jest niewygodnie.
Niestabilnie, nerwowo.

20180707_201407

Ma podkulony ogon i cały czas
wkłada pyszczek pod dłoń,
żeby dostać parę głasków.

I to jest niesamowite.

Bo na poziomie werbalnym
nie wie co się dzieje, ale na
poziomie emocjonalnym doskonale
wyczuwa, że w powietrzu wisi zmiana.

A zmiany nigdy nie należały do przyjemnych.

Była oddawana z jednej rodziny do
drugiej, aż w końcu ktoś ją wyrzucił
na ulicę i błąkała się dopóki ktoś nie
podrzucił jej do gdańskiego schroniska.

I dlatego się boi. Bo zmiana
kojarzy się z brakiem stabilności, utratą tego, co
dobre, ciepłe i przyjemne. Utratą człowieka.

Teraz też będzie zmiana. Zmiana
mieszkania, zmiana otoczenia, zmiana
w konfiguracji domowej. I Luna czuje, że
pani się boi. I że pan się boi. I że całe
mieszkanie przesiąknęło wonią strachu.

Psi nos jest niesamowity. On zawsze wie lepiej.
Przytulam ją, głaszczę, całuję po
główce i mówię, że wszystko będzie dobrze.

Ale przecież psiak czuje zapach mojego lęku.
O ile człowieka potrafię oszukać uśmiechem,
o tyle pies, nie da się zwieść.

Tak samo było na kursie medytacyjnym,
na którym spędziłam kilka ostatnich dni.

I choć wydawać by się mogło, że taki kurs
będzie sprzyjał wyciszeniu, to jednak wśród
4- tys. tłumu człowiek mierzy się z najtrudniejszymi
emocjami. A samotność najbardziej boli w tłumie.

20180709_081521

I kiedy tak przechadzałam się przez pole
biwakowe szukając jakiejkolwiek
życzliwej duszy, która będzie chciała wspólnie
pomilczeć, lub pochodzić, nie znajdywałam
nikogo, kto miałby na to ochotę.

Chodziłam więc bez celu z chęcią, by
wsiąść w najbliższy autobus do Gdańska
i uciec. Aż spotkałam dwa buddyjskie psiaki –
włochatych mieszkańców dworku, w którym
odbywają się kursy.

I choć podczas kursu mieszkają w zagrodzie,
to życzliwe dzieciaki wyprowadzają je na spacer.

Gdy zobaczyłam, jak siedzą w czwórkę na trawie:
dwa psy i dwójka dwunastolatków, przysiadłam się
do nich.

– Czy można parę terapeutycznych głasków? – zapytałam.
-No pewnie – uśmiechnęły się dzieci. -Można głaskać
do woli.

Przez te parę minut tarmoszenia ciepłej, miękkiej
sierści i patrzenia w oczy dwóm usmiechniętym
mordkom, wróciłam do życia.

Podniosła mi się energia,
emocje się uspokoiły, neurozy osłabły. I te dwa obce
psiaki musiały wiedzieć, że potrzebuję właśnie tego,
bo same pchały się pod moją dłoń i ocierały o brzuch.

Psy wiedzą. Zawsze. Ale inaczej niż ludzie.
Nie racjonalnie czy logicznie. Psy czują, bo
mają kontakt z własnymi instynktami, ufają
swojemu ciału i jego sygnałom, a dzięki temu,
że nie analizują wychwytują informacje z przestrzeni.

Tak samo Luna. Choć każdego wieczora kładzie się pod łóżko,
gdy ja układam się do snu, to teraz wskakuje obok mnie
i kładzie pyszczekna moją szyję.

Tak jakby zapewniała – będzie
dobrze. Poradzimy sobie.
Ja będę przy tobie.

20180716_170410

Wiejsko, sielsko, uczuciowo…

Więc znów tu jestem. Jak co roku
podczas każdego dłuższego urlopu
pomieszkuję u rodziców na wsi,
w Krainie Dolnej Wisły i tysiąca małych rozlewisk.

Luna jest zachwycona, bo biega bez
szelek i smyczy  – po łąkach, polnych
drogach i wale. Kopie dziury, wchodzi
do jeziora, tarza się w trawie.

Tysiąc zapachów miesza się ze sobą dając
w rezultacie aromat niespotykany w mieście,
i ona sama też przenika tym zapachem.

Gdy wtulam nos w jej gęstą sierść czuję błoto,
mokrą ziemię, deszcz, butwiejące liście,
jezioro, rybę i kłosy pszenicy.

Teraz leży na chłodnej podłodze i odsypia te
wiejskie hulanki.

Wygląda na spełnioną, szczęśliwą.
i zdrowo zmęczoną – czyli tak, jak powinien
wyglądać każdy szanujący się pies o wilczych
zapędach.

20180707_201407.jpg

I ja też korzystam. I z zapachów,
i z ciszy, i ze śpiewu ptaków.

Z tego, że tak łatwo się wtopić
w tło natury. Budzę się po 5.00,
idę do kuchni wypić kawę w piżamie.

Siedzę i patrzę w okno na wschód słońća,
który zalewa większość starego domu.

Luna leży na moich stopach pod stołem
i oczekuje na magiczne hasło: PÓJDZIEMY.

Są emocje. Jest dużo emocji.
Przede wszystkim niepokój
wynikający z życiowej zmiany.

Czuję się tak, jakbym siedziała
w oku cyklonu. Aby nie dać się
porwać muszę tak samo gwałtownie
i intensywnie się poruszać, by
nadążyć. To dla mnie nowość.

Mimo to nie walczę,
czuję że tak ma być.

Między jednym a drugim spacerem,
między jednym a drugim uśmiechem
czytam po raz trzeci „Biegnącą z wilkami”, która
towarzyszy mi zawsze, gdy wchodzę w
nowy etap życia.

I medytuję, choć patrzenie w umysł
bywa nieznośne. -Damy radę, prawda?
-pytam Luny, a ta merda ogonem.

-Pewnie że damy. Jak nie my,
to kto?

Na emocjonalne burze najlepsza
jest kuchnia. A raczej przejęcie kuchni
na własność. Gotowanie, pieczenie,
wyrabianie ciasta, mieszanie, mielenie,
blendowanie, rozrabianie.

Czasem mam wrażenie, że zabawa mąką jest jak
psychoterapia, albo jakaś nowatorska
forma medytacji. Bo lepiąc ciasto
lepię też pomysły i emocje i zamysły.

20180708_075548.jpg

Lepię nową siebie. Silniejszą.
Akceptującą. Pełną sprzeczności.

A gdy emocje przerastają, to tylko gotowanie
daje ulgę. Ciasto marchewkowe i pomidorowe,
na obiad spgahetii z suszonymi pomidorami,
a na kolację fritatta ze szpinakiem.

Chciałam móc powiedzieć: zaszalałam.
Ale to tylko emocje. To one szaleją.

Rodzice są szczęśliwi, bo mają urlop od kuchni,
i jadają jak w egzotycznej restauracji. A ja się
uspokajam. Nie myślę, nie analizuję, po prostu
robię, to co ma być zrobione, nawet jeśli jest
w nadmiarze.

Nowe początki

Ile razy możemy zaczynać od nowa?
Tyle razy, ile chcemy.

To cytat z filmu „Drugi Hotel Marigold”.
wypowiedziany przez jedną z głównych
bohaterek, osiemdziesięcioletnią Evelyn Greenslade.

I choć to tylko ckliwa komedia, to jednak
słowa zapadły mi głęboko w pamięć.
Powtarzam je sobie – przed snem i o poranku,
jako odpowiedź na tysiąc pytań.

Bo czy to dobrze, że znów
zaczynam od nowa?

Że wracam do tego, co już było, że wracam na
„start” i znów wyruszam w drogę, ale teraz
w przeciwnym kierunku?

Czy to dobrze, że wysiadam z pociągu, którym
jechałam przez ostatnie lata, i decyduję się
iść pieszo i zakurzyć buty? A przy tym i zmoknąć
i zapłakać i zmierzyć się z samotnością? Wierzę, że
to rozwój. Że każdy nowy początek jest szansą nauki.

Okazją do lepszego poznania siebie. Mocnych
i słabych stron. Do poznania, co w duszy gra.

To kolejna okazja (może ostatnia),
by w końcu żyć własnym życiem:
legendą, która świadczy o tym kim
jesteś i w co wierzysz. To czas, by
pozwolić własnym wartościom przemówić.

Nie jest łatwo. Bo nowe początki są
przecież końcem czegoś. Pojawia się
strach. Niepewność. Obawy. Czy sobie
poradzę. Czy udźwignę. Czy polubię.

To, co słabe nagle wypływa na wierzch.

Wszystkie demony, które niegdyś
chowałam głęboko w sercu, nagle
wkładają trampki i rozbiegają się
na cztery strony mojego umysłu.

Najwyraźniej tak ma być.

Czeka mnie przeprowadzka.
Choć mieszkania na razie brak.
I pieniędzy na nowe mieszkanie brak,
bo w naszej pięknej Polsce wynajem
kosztuje więcej niż wynosi wypłata.

Najwyraźniej tak ma być.
Może mam zaufać. A może
mam zawalczyć?

Może to czas, by wydobyć amazonkę, którą
spychałam do szafy, by siedziała
cicho. Nie chciała. Wyszła, zawalczyła
i teraz masz babo placek. Radź se.

Kombinuj. Walcz. Poprzez akceptację.
Zacznij żyć. I kochać. Przede wszystkim
siebie. A dopiero potem innych ludzi.
A przede wszystkim naucz się samotności,
zamiast wciąż od niej uciekać. W książki,
filmy, spotkania które niczego nie wnoszą.

Oddychaj. Jon Kabat Zinn mówi, że
póki oddychasz, póty jest dobrze.
Bo przecież żyjesz.

Jeden, dwa, trzy, cztery oddechy.

A wraz z oddechem przychodzi akceptacja.
O dziwo, jest spokojnie. Bez paniki,
bez dramatów i spazmów. Jest jak jest.
I to jak jest, jest właściwe i dobre.

Pięć, sześć, siedem, osiem.

Po prostu siadam i oddycham.
Liczenie oddechów zamienia się
w medytację, a medytacja staje się
przestrzenią w której zaczynam się
otwierać i zaprzyjaźniać, z tą od
której zawsze uciekałam w popłochu.

Nagle widzę, że to idealny czas, by znów pisać.
Otworzyć stary, zaplamiony kawą zeszyt i
włożyć do niego wymyślone historie.

A między pracą, spacerami z psem i medytacją,
zacząć piec ciasta i gotować nowe dania.
Bo to zawsze uspokaja. Stoję przy kuchennym
blacie i rozrabiam ciasto.

Bez słów, bez myśli, po prostu jestem:
i ciastem, i dłońmi, które
je robią, jestem zapachem drożdży i
ciepłem piekarnika, i pomysłem na ciasto.

A potem stoi te dwanaście muffinek, ciasto
z owocami, grochówka w garnku i nie ma
kto tego zjeść. Masz babo placek. Dosłownie.

Chyba zaproszę znajomych.
Zrobię zdjęcie zastawionego stołu i wyślę
do wszystkich. Kto chce, niech wpada. Nie
będę mówić, będę milczeć i słuchać cudzych
historii. Na swoją jeszcze nie jestem gotowa.

Dopiero się piecze i nabiera rumieńców.
Sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie.

Szafran i lawenda. Czyli jak poznałam Martę Dymek

To było kilka tygodni temu.
Gorąca ale wietrzna sobota,
która rozebrała Gdańszczan z
kilku warstw ciuchów, a na
nosach wysypała piegiem.

Denerwowałam się od samego rana.
Ból żołądka to pikuś, w porównaniu
z falami myśli, które dokuczały od
momentu, gdy wyłączyłam budzik.

Czy dam sobie radę? Czy nie zadam
głupich pytań? A jeśli mnie nie polubi?
A jeśli pomyśli, że jestem:

1.brzydka
2.głupia
3.jąkająca się
4.zacinająca
5.widocznie przestraszona

przez co ułoży sobie wniosek
ostateczny, że jestem AMATORKĄ?

Te myśli pokazują raczej niskie poczucie
mojej wartości, niż realne zagrożenie, że
Marta Dymek może być osobą z uprzedzeniami
lub nieustannie oceniającą.

Tak naprawdę oceniająca byłam ja.
A do tego mocno krytyczna wobec samej siebie.

Ale jak tu się nie denerwować,
gdy idę przeprowadzić profesjonalny
(w zamyśle oczywiście) wywiad z idolką?

Jej życiorys śledzę od wielu lat,
podobnie jak bloga, „Jadłonomię”,
który nie raz uratował moje garnki
przed katastrofą braku smaku.

Dzięki Marcie Dymek nauczyłam się
robić czekoladowy mus z awokado,
oraz morelowy biszkopt na occie.

To ona, jako pierwsza w Polsce
odczarowała pejoratywne pojęcie
„weganizmu”. I dzięki niej uwierzyłam,
że rzeczy niemożliwe nie istnieją. I że
chcieć, to inaczej móc to zrobić.

Na wywiad umówiłyśmy się w Sztuce Wyboru.
Miłej kawiarni w artystycznej dzielnicy Gdańska.
Sztuka Wyboru jest domem wszystkich hipsterów,
poetów, malarzy i zakochanych w sztuce intelektualistów.

Na parterze serwują wegański sernik z orzechów
nerkowca, a na piętrze robią wystawy obrazów.

Tym razem w galerii były krzesła. Setka
krzeseł, bo organizatorzy spotkania autorskiego
spodziewali się sporej liczby gości. I faktycznie.

Gdy po wywiadzie poszłam na górę, okazało się,
że wszytko jest zajęte. Marta Dymek opowiadała
o asafetydzie. Hinduskiej przyprawie, która od roku
gości na mojej kuchennej półce.

Jeśli śledzisz „Jadłonomię” to wiesz jak smakuje.
Podobnie jak szafran, liście curry czy kozieradka.

W kawiarni byłam przed czasem. Usiadłam na
białej kanapie, która pierwszą biel ma już
dawno za sobą, włączyłam laptopa i raz
jeszcze po kolei przypominałam sobie wszystkie
fakty z jej życia. Ile miała lat, gdy zostawiła
agencję reklamową, na ile wycenia się jej bloga
ile książek sprzedała, ile, ile, ile….

I nagle zdałam sobie sprawę, że na tym
polega nasz błąd- ludzi zachodu. Za bardzo
skupiamy się na aspektach materialnych człowieka
zamiast na tym, jakim człowiekiem jest w istocie.
To jakieś szaleństwo! Nie, ta rozmowa nie może
ta wyglądać. I nagle wchodzi. Zwykła, naturalna,
uśmiechnięta.

-Pani Kamila?- pyta, podchodząc do kanapy.
W tłumie bym jej nie poznała. Ciemna koszula
w białe kropki i wygodne bawełniane spodnie,
zero makijażu. A jeśli jest, to niewidoczny. Na głowie
blond kok, jak zawsze- jej znak rozpoznawczy.

-Kamila- odpowiadam. – Czy możemy mówić sobie na „ty”
-Och, tak! Co za ulga. Będzie o wiele milej – uśmiecha się.

Oczywiście, żadna z moich obaw się nie spełniła.
Marta okazała się uroczą, skromną i całkowicie
naturalną osobą. Żadną tam gwiazdą, czy celebrytką.

Z resztą jeszcze zanim się spotkałyśmy, w mailach
wyraźnie zaznaczyła, że nie chce byśmy rozmawiały
o niej, lecz o misji, którą realizuje. O weganizmie,
o zwierzętach, o roślinach, o edukowaniu innych.

Polubiłam ją od pierwszej chwili, bo nie sprawiała wrażenia
osoby, która broni się przed dziennikarzem murem.
Zastanawia mnie, skąd to zaufanie? Może jeszcze
się nie sparzyła? A może po prostu tak już ma,
że wszystkim od początku udziela kredytu zaufania?

Dziś, zajadając wegańskie ciasto z lawendą, oraz
gotując żydowski kapuśniak, wg jej przepisu
myślę o niej ciepło. Biorę w ręce „Nową Jadłonomię”
i nabożnie przekładam kartkę za kartką.

To niesamowite, że za każdym przedmiotem
stoi jego historia. Historia człowieka, który
miał marzenia, wiarę w to co robi oraz odwagę,
by wydać je na świat. A wszystko zaczyna się od
jednej myśli. „A może by tak…”.

 

Zapach lata, truskawki i pełnia szczęścia

Mimo, że jest dopiero początek czerwca
wszystko pachnie mi latem.

Mieszkanie w którym żyję,
drewniana podłoga i moje ciuchy.
Nawet Luna zaczęła ze spaceru
przynosić zapach skoszonych traw,
suchej ziemi i ciepłej kory drzew.

Wszystko przesiąkło wonią lata.
Płodności i szczęścia. Dobrobytu,
wędrówki i dziecięcej przygody.

Słońce zamieszkało we włosach i
wynajęło skórę barwiąc ją na brąz. A na
ramionach pojawiły się piegi. Jedyna pamiątka
po piegach na nosie, gdy byłam chudym podrostkiem.

Pewnie dlatego  naszła mnie ochota na truskawki.
Najlepiej na ciepło. Tak, żeby zapach lata
uzupełnić o aromat, bez którego lato jest niepełne.
I wcale nie chodzi o zwykłe owoce. Ale o TE owoce.

TE, które są babcią. Jej kompotem, jej
biszkoptem z truskawkami, chłodną owocową
galaretką i konfiturami do herbaty. Wakacjami u babci.

20180602_114224

Wstałam więc skoro świt. Otworzyłam drzwi
na taras, by wpuścić poranek do do mieszkania, i wciąż
będąc w piżamie zaczęłam robić ciasto.

Bez miksera, bez żadnych brzęczących wynalazków, by
nie przeszkadzać tej słodkiej ciszy.

Wyjęłam z lodówki jogurt, jajka, masło. Oskubałam
truskawki ciesząc się tym, że pobrudziłam dłonie.

I kiedy tak stałam przy kuchennym stole
poczułam się pełna od nadmiaru.

Słońce. Sobota. Luna na kanapie.
Cisza. Ptak za oknem. Chłodny wietrzyk,
który oplata bose stopy.

W tej jednej chwili, gdy mieszałam
ciasto starą drewnianą łyżką poczułam,
się … szczęśliwa, spokojna, spełniona.

Tak zwyczajnie. Bez fajerwerków. Bez hurra optymizmu
i tańca. Poczułam falę wdzięczności. I zgodę.
Całkowitą akceptację. Za to gdzie jestem, co robię,
co mam, a czego nie mam.

I zdałam sobie sprawę, jest to stan, którego
ostatnio często doświadczam. Przyszło zdziwienie.
Bo takie uczucia są mi obce.

Czy to zasługa słońca? A może przyszło
z całkowicie innej strony? Z wnętrza…?

20180529_082612

Odkąd zrezygnowałam ze słowa „muszę”,
odkąd zaczęłam sobie wybaczać ( a jest co!),
odkąd zaczęłam sobie pozwalać, przeżywać,
doświadczać, szukać ale też smakować, to
co jest – radość zaczęła pojawiać się spontanicznie.

Czasem przychodzi, czasem odejdzie.
Podobnie jak smutek, gniew i pożądanie.

A jednak bywa częstym gościem, bo
przestałam ją hamować i przestałam prosić.
Już nie wpływam na to czy jest. I nawet nie chcę.
Nie gonię za szczęściem. Wysiadłam z pociągu
o nazwie „sto przystanków do szczęścia”.

Idę na piechotę.

Po prostu pozwalam rzeczom i zjawiskom
się wydarzać. Podobnie jak emocjom,
którym bliżej do wiatru niż do gliny,
którą można dowolnie ukształtować.

Siedzę przy drewnianym stole,
spoglądam za okno, wdycham zapach
lata i zajadam ciasto truskawkowe czując,
że jest dokładnie tak jak ma być. Spokój.

Czyż może być lepiej?