Archiwa kategorii: featured

Żeńskie-Męskie. Ile w nas Kobiety, a ile Mężczyzny?

Jakiś czas temu przyszła do mnie taka myśl:
że jeśli podkręcimy światło,
tym bardziej pogłębimy cień.

Odkrywcze prawda?
Brawa dla tej pani! 🙂

Jednak jakże łatwo zapomnieć
o prawach fizyki, które mają również
zastosowanie w rozwoju wewnętrznym.

Bo zobacz. Im bardziej skupiamy się
na inwestowaniu energii w to co dobre, przejrzyste
i pełne miłości, tym coraz wyraźniej widzimy
swoją mroczną stronę. Braki, agresję, zazdrość.

Czyli więcej światła – to również więcej cienia.

Tak jakby zwiększona świadomość ukazywała
całe spektrum możliwości. Znacznie więcej
niż początkowo dostrzegaliśmy.

Ale to nie będzie post o naszych
dobrych i mrocznych stronach, choć
przytoczony przykład nie jest tu bez znaczenia.

Chodzi mi po prostu, że to
działa we wszystkim.

Skupianie się na jakimś aspekcie siebie
jednocześnie pogłębia przeciwstawny biegun.

Odczułam to bardzo wyraźnie latem,
gdy wracałam ze zgromadzenia wszystkich
Kręgów Kobiet w Polsce.

Przez pięć dni i pięć nocy
towarzyszyły mi same kobiety
a jeden warsztat przechodził w drugi.

Ja sama z resztą pojechałam tam
z intencją wzmocnienia swojej
kobiecości, od której odcięta
byłam przez lata.

Jednak po pięciu dniach w towarzystwie samych
kobiet, chodzenia w długich spódnicach oraz
działania na wolniejszych obrotach, w końcu…

…wybuchłam. 

Wzmocnienie Animy, spowodowało
szaleństwo Animusa.

Dla niewtajemniczonych dodam, że
według psychologii Carla Gustawa Junga,
Anima, jest żeńskim aspektem człowieka.

Mądrością, intuicją,
obejmowaniem wielu rzeczy na raz,
pokojem, łagodnością, biernością.

Anima w nas odpowiada za wspaniałe pomysły
i wzniosłe idee. Jednak jeśli mamy słabego
Animusa, to idee pozostaną tylko ziarnami
rzuconymi o cement – nie urosną.

Animus to działanie, walka, siła,
konkret i zdecydowanie. To potężna,
męska energia, która pomaga nam
przekuwać zamysł w to, co materialne.

Podczas gdy Anima ma pomysł,
to Animus odpowiada za efekt końcowy:

wydanie książki, zrealizowanie biznesplanu,
stworzenie wystawy fotograficznej, zdobycie pracy.

Kiedy mamy te dwie części zrównoważone,
wszystko gładko się układa. Jesteśmy
zintegrowaną całością. Ale jak to bywa
z równowagą – dla każdego jest inna.

Zazwyczaj przeważa u nas
jeden z aspektów.

Ktoś ma więcej pierwiastka żeńskiego, a ktoś inny
bardziej męskiego, niezależnie od płci.

Ja mam silnego i dość agresywnego Animusa,
który po kilku dniach lekceważenia go
lubi ścinać ludziom głowy.

Ale spokojnie. Tylko w wyobraźni. 

Tam na wyjeździe, wśród
kilkudziesięciu kobiet o tym zapomniałam.

Zepchnęłam wewnętrznego mężczyznę do
ciemnej komórki i  zamknęłam drzwi na klucz.

„Jesteś mi niepotrzebny. Teraz 
wzmacniam Animę”. 

A że mój wewnętrzny mężczyzna
nie należy do pokornych chuderlaków,
możecie sobie wyobrazić, co zastałam,
gdy ostatniego dnia poszłam mu otworzyć.

Wyważone drzwi, rozszarpane zasłonki
rozbite słoiki i dziurę w suficie.

Innymi słowy:

Ostatniego dnia na zgromadzeniu
nakrzyczałam na koleżankę,
zaczęłam trzaskać drzwiami, kląć
i wszystkich poganiać.

A wracając samochodem do
domu z czterema kobietami,
założyłam słuchawki z muzyką na uszy,
bo miałam wrażenie że jeśli jeszcze raz usłyszę:

„proces
emocje
uczucia
czuję
wybrzmieć”

to rzygnę.

Przez kilka kolejnych dni
nie odbierałam telefonów od kobiet.

Nie chodziłam ani w spódnicach
ani w sukienkach. Ubierałam się
jak na wojnę.

Spodnie bojówki. Kurtka moro.
Wygodne trapery. Aha i bardzo, bardzo
bardzo dużo klęłam.

A kiedy musiałam gdzieś dojechać
komunikacją miejską, siadałam
wyłącznie obok mężczyzn.

Mój Animus trochę się… zniekształcił
i przybrał nadaktywną, nieco nawet
przerysowaną formę wyrażania.

Bo wzmocnienie jednego elementu
w sobie, zapominając o przeciwwadze
zawsze powoduje potężny dysonans.

Często zdarza mi się o tym zapominać.

I potem, na drugi dzień muszę się
tłumaczyć z rozbitych szklanek
agresywnych zachowań i braku delikatności.

Chyba czas przestać walczyć.

Czas uznać, że mam w sobie potężnego mężczyznę,
któremu muszę dać przestrzeń i obowiązki.

Wzmacnianie i zgłębianie swojej
kobiecości przy uznaniu męskiej strony
przynosi piękne rezultaty.

Bo wzmacnia też to, co zwykle
przypisuje się Animusowi – potrzebę
działania, walkę o swoje, wyrażania siebie
w sposób treściwy ale skondensowany.

Wpuszczam do swojego życia kobiety.

Pozwalam się wyrażać mojej wersji żeńskości.
Jednocześnie też uznaję w sobie męską energię.

Nie wyrzucę jej. To niemożliwe. Daję jej działać. 

Dałam Animusowi obowiązki.

Twórczość przekułam w działanie,
zdobyłam drugą pracę (niech zarobi mi
trochę pieniędzy, a co!), w sposób
zdyscyplinowany planuję i robię
to, co ma być natychmiastowo zrobione.

Pojawia się nowa idea, nowy zamiar?

Ok, działam. Siadam na tyłku i robię to,
co ma być do zrobienia. W skupieniu,
w pełnym zdecydowaniu i wytrwałości.

Nie twierdzę już, że kobieta jest taka,
jak przedstawia ją sztuka, literatura,
patriarchalne społeczeństwo czy religie.

Prawdziwa kobieta jest taka,
jaką się czujesz. Jednego dnia biegnie
z szaleństwem w oczach do celu,

a drugiego dnia pokornieje
i tańczy w atłasowej sukience.

Bo tyle wersji kobiecości,
ile nas – kobiet na świecie.

Reklamy

Wiek średni: urodziny, a może ponowne narodziny?

12 października będę obchodziła
34. urodziny. Czy to już
podpada pod wiek średni?

Taki półmetek życia, przy sprzyjających
wiatrach. Choć nigdy niczego nie można
wykluczyć. Może to końcówka, a może
dopiero początek pięknej drogi?

Musicie wiedzieć, że nigdy
nie lubiłam swoich urodzin.

To w ten dzień zwykle następowało
apogeum smutku i poczucia samotności.

W ubiegłym roku na urodziny
dostałam dwa smsy z życzeniami.

Jeden od rodziców, a drugi od
byłego chłopaka. To było jak
uderzenie łopatą w głowę.

Bo ewidentnie świadczyło
o jednym:

nie zadbałam o relacje.

Dobrym pozwoliłam
odejść, złe odeszły same, a nowe
nie przyszły, bo niby jak? Skąd?

Pamiętam, że dokładnie rok
temu miałam uczucie, że wszystko
czemu poświęciłam swój czas…

…zawiodło.

Bo przecież szczęście i spełnienie można
zmierzyć tylko jednym: jakością relacji.

Ja nie miałam żadnych.

To wszystko, co miało wypełnić
wewnętrzną pustkę działało tylko
przez chwilę, a potem następował
weekend, urlop i…. konfrontacja z
wewnętrzną dziurą głęboką jak ocean.

Gdybym miała umrzeć w tamtej
chwili, nic co zdobyłam i zgromadziłam
nie miałoby żadnego znaczenia.

Bo nie było ludzi.
I doprowadziłam do tego sama.

Pamiętam, że kilka tygodni później
zapytałam rodziców, czemu tamtego
ważnego dla mnie dnia wysłali SMSa
zamiast po prostu zadzwonić.

Odpowiedzieli: wiedzieliśmy że
się bawisz lub spędzasz czas z
przyjaciółmi. Nie chcieliśmy przeszkadzać.

A ja byłam w otchłani rozpaczy.

Jak wiele zmieniło się od ostatniego roku.
Przewartościowałam swoje życie, raz jeszcze
ustaliłam priorytety, odpuściłam wszystkie
pożalsięboże ścieżki duchowe mające
prowadzić do oświecenia, ale
izolowały od społeczeństwa.

Ostatecznie one wszystkie konfrontowały
z pytaniem ile w tych ścieżkach jest życia?

Bo przecież tyle życia, ile bliskości
ze światem i drugim człowiekiem.

Na przełomie lutego/marca samotność
była już tak nieznośna, że stwierdziłam,
że nie dam rady.

Że albo coś zmienię, wyjdę z domu,
porzucę pozorny komfort i
wpuszczę trochę powietrza…

albo po prostu stanę się bardo starym
i zgnuśniałym człowiekiem.

Oświeconym ale cholernie
samotnym człowiekiem…

Zmieniło się. Dzięki mojej decyzji
i świadomie wypowiedzianej intencji
przestrzeń zaczęła wypełniać lukę.

Pojawiły się kobiety. I ta jedna, która
wytrwale o mnie walczyła, tak długo, aż
wzbudziła we mnie siostrzane uczucia.

Otworzyłam drzwi. 

Nie tylko własnego serca, ale
również te od domu.

Nareszcie pojawił się ktoś, kto chciał zjeść
zupę, wypić kawę według 5 przemian
i nacieszyć się wegańskim ciastem.

Po raz pierwszy od dawna
poczułam się spełniona.
Szczęśliwa.
Żywa.

Nie sądźcie jednak, że jestem
wesołym motylem, co lata teraz
metr nad ziemią. Bywają cudowne
chwile, ale są i spadki nastroju.

Bo przecież stare nawyki wciąż czasem
łapią za chabety i napełniają
gorzkim lękiem.

Stare demony wołają do powrotu.

Sprawiają, że znów
naciskam pedał hamulca.

Spotkanie? Nie mogę. Mam dużo pracy.
Tańce? Nie mogę. Jestem zmęczona.
Wspólny spacer po plaży? Nie mogę, medytuję,
piszę, sprzątam, pogoda nie ta, boli brzuch…

Otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Nie jako analiza, ale jako uczucie.

Odrętwienie ciała. Smutek. Zmęczenie.
Brak siły i energii. Oddzielenie od całości.

To jest dobry moment na zadanie sobie
kilku ważnych pytań:

„Dokąd idziesz?
Czy to dobra droga?
Co czujesz?
Z czego
rezygnujesz?
Czego się boisz?”.

Myślę, że to cholernie ważne
w dzisiejszym czasach:

być usłyszanym,
być zobaczonym,
przyjętym,
zaakceptowanym.

Mieć komu spojrzeć w oczy, mieć kogoś,
kogo można dotknąć.

I nie mówię o relacjach miłosnych.
Mówię o byciu w społeczności
– o prawdziwym spotkaniu z drugim człowiekiem.

Nie poprzez esemsy.
Nie przez Facebooka, czy Instagrama.
Nie poprzez bloga, czy firmowy komunikator.

Mówię o prawdziwym spotkaniu, które wymaga
dania czegoś od siebie.

Czasu, energii, akceptacji,
wysłuchania. Zobaczenia.
Wyjścia z klatki umysłu.

W moim życiu zawsze pojawiały się wilki.

Przychodziły do mnie w formie książek,
obrazów, wisiorków, programów i filmów,
w kartach mocy, w ludzkich wołaniach.
Niektórzy do dziś mówią do mnie „Wilczyco”.

Wilki są wielkimi indywidualistami.
Jednocześnie bez watahy popadają w
dziki obłęd lub po prostu umierają.

Jakże to piękna metafora na moje życie
i na to kim się czuję.

Wilk jako symbol łączenia potężnego
indywidualizmu z potrzebą przynależności.

Jest dla mnie wielkim
nauczycielem na ścieżce życia.

Im jestem starsza, tym coraz
wyraźniej widzę co jest ważne.

Pieniądze, prestiż, ambicje, tytuły,
stanowiska, kariera, osiągnięcia, komercyjny sukces,
idea oświecenia… Wszystko przestaje mieć
tak wielkie znaczenie.

Czuję, że pod koniec życia tylko to
będzie miało znaczenie jak blisko
ludzi będziemy.

Tyle w nas prawdy i tyle w nas życia,
ile miłości i otwartości na innych.

Uniwersalizacja społeczeństwa. Dobry powód, by w końcu się zbuntować

Choć do swojej kawalerki wprowadziłam się
pod koniec lutego, to wciąż jeszcze jest
trochę do zrobienia. Ale bez presji.

Bez pośpiechu. Powoli.
W miarę możliwości.

Dwadzieścia cztery przeprowadzki
w życiu nauczyły mnie jednego:

gromadź jak najmniej.

Pozbywaj się na bieżąco tego,
czego nie potrzebujesz.

Rozdawaj,
dziel się,
utylizuj.

Dbam o przestrzeń.
Bo lubię mieć miejsce.

Zarówno w mieszkaniu jak i
w sobie i w życiu w ogóle.

Na relacje, na kwiaty,
na sztukę, na pomysły
lub na to co nieprzewidziane.

Niech idee oraz emocje wiedzą, że
zawsze znajdzie się tu dla nich kąt.
Bez dopychania butem, bez uciskania
w już i tak pełnej szafie.

Jakiś czas temu napisałam,
że kocham minimalizm i powoli
wprowadzam go w życie.

Z niepokojem jednak obserwuję,
że bywa opacznie rozumiany.

Bo oto co się zadziewa, gdy wpisuję
w pasek Googla zwrot: kawalerka
w minimalistycznym stylu:

Szarość
biel,
brąz,
szarość

..nuda…

I jeszcze raz szarość. Na ten widok
wszystko się we mnie buntuje.

szare

Minimalizm to nie uniwersalizm.
Bo być indywidualistą w minimalizmie
wciąż jest możliwe.

Nurtuje mnie pytanie:
skąd w ludziach taka potrzeba…

Ujednolicania?

Chcielibyście każdego dnia wracać po
pracy do szarych ścian?

Wystarczyło bym przykryła
kanapę nową, „srebrną” narzutą.

Wytrzymałam godzinę. Po
tym czasie miałam dość
odwracania wzroku.

Bo oczy szukały koloru. Radości.
Życia pełną gębą.

Istnieje przeświadczenie, że skoro
masowa popkultura jest głośna i
jaskrawa,to potrzebujemy
jej przeciwieństwa.

Czy na pewno?

galeria4

Moim zdaniem to najszybsza
ścieżka do polaryzacji
i życia w wiecznym konflikcie.

To jak próba zmieszczenia w jednym pokoju
mnicha i hedonisty.
Nie może wyjść dobrze.

A chodzi o drogę środka.

Ani o „za dużo”
Ani o „za mało”.

Ostatecznie, jakby nad tym dłużej się
zastanowić, to masowa popkultura też
jest efektem ciągłego ujednolicania.

Mam wrażenie, że większość filmów
serwowanych w multipleksach niczym się
od siebie nie różni. Zmieniają się tylko tytuły.

Tak samo jest  z modą.

Na ulicy wszyscy wyglądają
dobrze, ale… tak samo.

W końcu też i projektanci wnętrz chcą nam
zrobić z mózgu szarą papkę i ładują szarość
wszędzie gdzie się da. Bo tak jest bezpiecznie.

Jakim wielkim prezentem i radością
jest więc odwiedzić kogoś, kto idzie pod prąd.

Kto wyprowadził się z głośnego miasta na wieś
i zbudował chatę z całym tym wiejskim
przynależnym jej folklorem.

galeria3

Mariusza znam od wielu lat.
Był przyjacielem mojego
ówczesnego partnera

Bardzo szybko wpadłam w ich świat
I zostałam nawet gdy z dawnym partnerem
niewiele mnie już łączyło.

Iza malowała na szkle, a Mariusz angażował
lokalnych artystów do wspólnych inicjatyw
artystycznych. Dziś,po wielu latach z podziwem
obserwuję, jak wszystko pięknie urosło.

Mariusz stał się nicią, która zszyła społeczność
w jedną piękną tkaninę, choć tak różnorodną,
połataną, pstrokatą.

Wiejska galeria, dla której znalazł
miejsce we własnym domu oddycha
estetyką lokalnych twórców.

Jest tu wszystko.

Witraże.
Obrazy.
Szmaciane laleczki.
Wiklinowe plecionki.
Wełniane skarpety.
Dziergane poduszki.
Kolekcja ziół z pobliskiej łąki.
Konfitury, powidła.
Książki z aniołami.
I piękne szklane wisiorki.

Bez ujednolicania.
Bez nudy i szarości.

Każdy przedmiot ma duszę
i własną historię. Podobnie jak ich
twórcy. Poznałam kilkoro na święcie
żegnania lata.

Gdy miałam okazję, patrzyłam im w oczy.
Słuchałam. Pobyłam w ich obecności.
Przytuliłam na pożegnanie.

Tym jest dla mnie
prawdziwa sztuka.

Autentyzmem.
Niebanalną prostotą.
Folklorem.
Historią.
Kolorem.
Rewolucją.

A przede wszystkim zapisem
ludzkich emocji.

galeri6

Ok, ale jak się ma sztuka ludowa
do minimalizmu? Już mówię.

Życie na wsi wymaga współpracy.
Nie tylko sąsiedzkiej, ale również z Naturą,
żywiołami, ogrodem, z tym co jest.

Tak jest w domu moich rodziców:
nic się nie marnuje. A jak zaczyna się
marnować, to należy to szybko przetworzyć.

I tak samo jest ze sztuką ludową,
korzysta ze wszystkich dostępności
zamiast z tego, co jest oczekiwane.

Jest przez to niepowtarzalnym tworem-
wykonanym w sposób unikatowy i
często niedoskonały, a przez to tak
wyjątkowy właśnie.

I to, co kocham najbardziej –
sztuka ludowa bardzo często
przetwarza stare.

Daje przedmiotom drugie życie- wszystko za sprawą
pomysłu, farb, szlifu i demontażu.

Czy to nie wspaniałe, że zamiast
dokładać, do i tak już świata
pełnego przedmiotów, można
odmłodzić dawne?

W ten sposób eksponuje się historię.
Oto opowieść o przodkach zamknięta
w intencyjnie wykonanym przedmiocie.

Dom Mariusza, powstał na kaszubskiej
ziemi przed paroma laty. Ale nie jest
nowym domem.

Pierwotnie stał w Beskidzie Niskim.

Tam go rozebrano, a potem przewieziono
do Czapielska. Mariusz zbudował
go raz jeszcze odtwarzając pierwowzór
w skali 1:1.

Historia została nienaruszona. W tych stuletnich
murach wciąż mieszkają opowieści.

czapielsk123

***

Na kolejne urodziny, ku zaskoczeniu
najbliższych zrobiłam sobie artystyczne
zamówienie: obraz z akwareli.

„Ale jak to? Przecież potrzebujesz
nocnej lampki? Ale biurko ci się sypie…
Ale kuchnię trzeba wyremontować.”

Ja jednak czekam na okazję.
Na to aż znajdę starą maszynę
do szycia i skompletuję stary blat.

A lampka? Hmm. Może
sama pojawi się pod moim domem.
Kuchnia? Ma się całkiem dobrze,
nic nie przecieka 🙂

Mogę sobie pozwolić zarówno
na oczekiwanie i powolność jak
i na przygarnięcie tego, co unikatowe.

Bo daje  mi znacznie więcej niż
powierzchowna estetyka, która
dopóty jest „ładna”, dopóki jest modna.

Najważniejsze, że mam miejsce.
Po to właśnie jest minimalizm.

Święto Mabon – równonoc jesienna jako okazja do praktyki wdzięczności

Pewna bardzo mądra kobieta
uświadomiła mi jakiś czas temu, że
łatwo nam przeoczyć własny rozwój.

Z powodu skromności? Ślepoty?
Być może. Ale częstszą przyczyną
jest jednak nasze wgrane „oprogramowanie”.

Bo czyż nie jest tak, że od dziecka zamiast
chwalić wciąż nas krytykowano?

Zamiast skupić się na tym, co dobre
na tym co wychodzi i idzie łatwo,
razem z rodzicami i nauczycielami
poświęcaliśmy uwagę temu, co nie wychodzi?

„Dlaczego dwójka, a nie piątka?”
„Jak to uwaga w dzienniczku?”
„Co to znaczy, że nie rozumiesz matematyki?”

PSYCHICZNE ZASOBY

A tym czasem, tuż obok wysiadywaliśmy
złote jajka pełne skarbów.

Estetyczny zmysł i rękę do pasteli.
Wypracowania, które szły jak po maśle.
Wiedzę o roślinach, która kleiła
się do nas sama i utrwalała na spacerach.

Nie wspominając o inteligencji emocjonalnej,
która była traktowana
co najmniej jak ezoteryczny żart.

Nasza wrażliwość.
Nasza empatia.
Umiejętność współpracy.
Słuchanie z uważnością.

Nikt nas nie chwalił,
nikt tego nie doceniał.

Więc i my mieliśmy to w głębokim poważaniu.
Bo skoro się udaje, skoro jest dla nas proste,
to musi być nieważne, nieznaczące, byle jakie.

I tak zostało nam do dzisiaj.

A przecież powinniśmy całować się
po rękach za wszystko czego dokonaliśmy.

Ten dzień – z 22 na 23 września jest
ku temu świetnym powodem. To święto Mabon.

Dzień równonocy przypada pomiędzy dniami
zimowego, a letniego przesilenia, czyli dni,
w których Słońce znajduje się w zenicie
dla poszczególnych półkul.

RÓWNONOC JESIENNA

Mabon – to pogańskie święto
drugich i ostatnich zbiorów,
który pokrywa się czasem
równonocy jesiennej.

Dziś niewiele osób obchodzi ten dzień.

Nawet na wsiach jest to rzadkie, choć
kiedyś było naturalnym rytuałem
żegnania lata i przygotowywania się
do chłodnych miesięcy, podczas których
wszystko zwalnia.

Miesięcy, które w zależności od
letniego urodzaju były pełne słodyczy,
lub chudych posiłków.

Wieki temu ludzie zbierali się
tego wieczora przy  ognisku i
dziękowali Matce Naturze za obfite plony.

Śpiewali. Tańczyli. Kochali się.

Na stole lądowało to, co
zebrano przez ostatni czas:

Owoce i warzywa korzenne.
Pojawiał się ciepły chleb ze świeżo
zmielonego ziarna, dopiero co zebrany
miód i usmażone powidła z węgierek.

Ludzie  świętowali, bo było co świętować.

Świętowali własną pracę oraz jej owoce.
Świętowali wdzięczność za żywioły,
które pozwalały urosnąć temu, co
wkrótce miało trafić do brzucha.

Świętowali samo życie.

A CO TY ŚWIĘTUJESZ?

Dziś, ludzie głównie żyją w miastach.
Gruszki i powidła cały rok dowożone
są do supermarketów. I o ile  wypłata
wpływa regularnie na konto, o tyle
nie musimy martwić się o puste brzuchy.

Nie tak jak kiedyś, gdy często rytmy
życia wyznaczała Przyroda.

Choć dziś jadę świętować Mabon
na kaszubską wieś, to przecież ja sama
mieszkam w mieście.

Pomyślałam więc, że to dobra okazja, by
skierować świętowanie odrobinkę do wewnątrz.

Czyli zobaczyć co wydarzyło się
przez ostatnie pół roku, co my sami
w sobie wypracowaliśmy, czego się
nauczyliśmy, co zaniechaliśmy.

I takich rzeczy z pewnością jest wiele.

Wystarczy wrócić pamięcią wstecz
o dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat.
Ile potrafiliśmy wtedy, a ile umiemy teraz?

Potrafię sznurować buty.
Zagotować wodę. Ba! Upiec ciasto,
zmielić ziarna na mąkę, pomalować
krzesła na biało, przybić gwoździa,
zrobić pranie, kupić mieszkanie i opłacić rachunki.

Czy to mało?

O czym marzyłeś skrycie, a co teraz stało się
Twoim udziałem?

W ciągu ostatniego półrocza
zmieniło się u mnie wiele i
sama jestem tego autorem:

Głęboki wydech zamiast wybuchu gniewu.
Wyjście na spotkanie w dużym gronie ludzi,
których do tej pory unikałam z lęku.

Daktyle zamiast czekolady.
Pisanie zamiast serialu.
Rozmowa z szefem prosto w oczy
zamiast chowanie się za mailami.

Przyznam się szczerze – bywam pesymistką.
Skupiam się na tym, co mi nie wychodzi, jak
mało jeszcze potrafię i jak często błądzę.

A tym czasem wydarzyło się tyle dobrego
o którym nie miałam pojęcia bo zapomniałam
sobie podziękować, pochwalić się, docenić.

Dziś widzę inaczej. Dziś widzę więcej.

Dostrzegam, że mam dobre życie.
Że ja się zmieniłam. Że dokonuję
zdrowszych wyborów, takie które
powoli zmieniają patologiczne nawyki.

Coraz częściej
jestem WDZIĘCZNA.

Za to, że mieszkam w pięknym miejscu,
w otoczeniu lasu.

Za ludzi, dla których jestem ważna,
i którzy dla mnie są istotną częścią życia.

Za wspólnotę, która mnie przyjęła.

Za Lunę, która kładzie mi główkę na
wychłodzonych kolanach po długim spacerze.
Za to, że jest tak cudownie pełna
bezwarunkowej MIŁOŚCI.

Dzięki niej nauczyłam się TROSKI
także w stosunku do siebie samej.

Mam sprawne ciało i sprawny głos.
Mam słońce na drewnianym parkiecie.
Ziemię pod stopami i czucie pod palcami.

Jestem WRAŻLIWA.

Potrafię płakać na pięknej piosence
i skakać jak dziecko w ciepłym deszczu
Przede wszystkim, czuć bardziej
drugiego człowieka.

Są Kręgi Kobiet, które przyszły
dzięki mojej INTUICJI.

Był też wspaniały letni wyjazd, który
odbył się z powodu mojej CIEKAWOŚCI.

Polepszyły się relacje z ludźmi naokoło,
dzięki OTWARTOŚCI, na to,
co przeraża najbardziej.

Pisanie i medytacja odbywają się
każdego dnia niezależnie od energii
ponieważ wykształciłam DYSCYPLINĘ.

Owszem. Jest wiele do zrobienia i tyle nauki.

Gdybyśmy jednak uznali, że wiemy już
wszystko i osiągnęliśmy każdy cel
skończyłoby się życie lub jego sens.

Bo chodzi nie o cele, ale o drogę.

O jakość drogi. O sposób chodzenia.
O otwartość na przeżywanie, i o
uważność na to, co niespodziewane.

A przede wszystkim o ŻYCZLIWOŚĆ.
Do siebie i swoich zasobów.

Do Wszechświata. Dla wszystkich błędów
które popełniamy i dla wszystkich, których
nie popełnimy nigdy bo po latach wzrosła w nas

…MĄDROŚĆ.

Siadam na miękkiej kanapie, i
otulam się kocem.

W ręku trzymam piękny ceramiczny
kubek z poziomkową herbatą.
Przy kolanach leży Lunka
z całym swym psim zapachem.

Za oknem pada deszcz, ale
mi jest ciepło i sucho.

Czy mogłoby być lepiej?
Jest wystarczająco dobrze.
Błogo. Bezpiecznie. Radośnie.
Nienachalnie dobrze.

Jest takie stare powiedzenie:

„Piękno mieszka w oku patrzącego”.

Poszłabym dalej i powiedziała:
Siła mieszka w oku przeżywającego.

Bo to, czy doświadczamy życia
jako porażki czy prezentu zależy
wyłącznie od punktu widzenia
i sposobu postrzegania świata.

Którą perspektywę dziś wybierzesz?

Niech święto równonocy jesiennej
będzie dla Ciebie okazją, by poczuć
obfitość siebie i świata. Bo wszyscy
mamy więcej, niż chcemy widzieć.

„Piękna” marynarka i ukryty Skarb

Był sobie kiedyś ubogi człowiek,
który całe życie chciał być dobrze ubrany.

Kiedy więc po latach wrzucania groszy
do skarbonki udał się do najtańszego krawca
w mieście, wysypał mu na ladę wszystkie
oszczędności.

-Proszę mi za to uszyć marynarkę.
-Cóż, to niewiele – rzekł krawiec,
który przeliczył pieniądze.

-Wydaje mi się, że starczy na taką,
której nikt nigdy nie kupił – powiedział,
nie chcąc tracić łatwego zarobku.

Krawiec wyszedł truchtem na zaplecze
i wziął starą, choć nigdy nie używaną
marynarkę uszytą przez mało
zdolnego ucznia.

-Proszę przymierzyć. Czuję, że będzie
pasowała jak ulał!

Ubogi człowiek założył marynarkę
i przejrzał się w wielkim lustrze.

I choć materiał był piękny, to
jednak coś tu nie grało. Gdy zapiął
guziki strój stracił symetrię.

-Ale lewy bok jest krótszy od lewego –
zauważył klient.

-A to nie szkodzi. Po prostu musi
pan chwycić lewy bok marynarki
i lekko ciągnąć w dół, w ten sposób
wydadzą się równe.

-Ale ciśnie mnie w talii -odparł biedak.

-A to też nie szkodzi. Musi pan tylko
nieco się nachylić do przodu, wtedy
będzie panu luźniej w pasie.

-No nie wiem. Prawy rękaw wydaje się być
za długi i nie widać mi dłoni.

-Ależ proszę pana! Niech pan wyciągnie
prawą rękę ku górze i lekko zegnie! O! Doskonale!
Niech pan zobaczy w lustrze jak wszystko
się wyrównało! – zatarł ręce sprzedawca.

Ubogi człowiek wiedział, że nie stać go
na lepszy zakup. Zapłacił i wyszedł od krawca
zachowując w pamięci wszelkie instrukcje
użytkowania.

I kiedy szedł Starym Miastem, w nowej marynarce-
lekko zgarbiony, lewą ręką pociągając lewą część
marynarki, a prawą rękę lekko zgiętą, by naciągnąć
zbyt długi rękaw, zauważyło go dwóch eleganckich panów.

-Zobacz tego kalekę! Ciekawe co mu się stało? –
-Kaleka, jak kaleka. Ale zobacz
jaką ma piękną marynarkę! Ciekawe
gdzie ją kupił?

*************************************************

To nie moja przypowieść.

Znalazłam ją kiedyś w jednej z wielu
„mądrych” książek o rozwoju osobistym,
które czytałam na potęgę, aby stać się
„lepszym” człowiekiem.

Nie pamiętam ani tytułu ani autora,
ale wydała mi się tak urocza i prawdziwa,
że postanowiłam ją Wam przytoczyć.

Bo to cudna metafora.

Od jakiegoś czasu też jestem kaleką
nieustannie przytrzymującą
sobie marynarkę.

Trzymam, bo jak puszczę,
to się rozleci.

Urwą się guziki, krój straci symetrię.
Nie daj boże coś się urwie,
lub napnie zbyt mocno.

Też tak macie?

Życie trzeba kontrolować,
bo inaczej wszystko rozleci się w pył.
Zawiedzie fizyka, grawitacja i umiejętności.

Zdałam sobie sprawę, że choć
tyle zmieniło się na lepsze, to pewne tematy
wciąż powracają do mnie jak bumerang.

I ma to sens. Bo każdy rozwój
wielokrotnie zatacza to samo koło.

Za pierwszym razem wszystko jest nowe
i trudne. Za drugim jakby łagodniejsze.

Za trzecim idzie się łatwej, choć wciąż
trafiamy na te same przeszkody i wracamy
do punktu wyjścia.

Czasem uda nam się przeskoczyć
wielkie kamienie. A czasem musimy wrócić
na „start” z opuszczoną głową. Idziemy wtedy raz jeszcze
znajdując po drodze alternatywne wyjście boczne.

Nowe nigdy nie pojawia się bez starego.
I często właśnie to co „nowe”, każe nam
mierzyć się z tym, co „stare”.

Co u Ciebie jest stare?
Co u Ciebie jest krzywe
i niesymetryczne?

Co naciągasz ku dołowi,
by wydało się właściwe?

W który bok się przechylasz,
aby pasowało idealnie?

U mnie powraca temat zaufania do Wszechświata.
A raczej jego braku, który generuje paniczną kontrolę.

Bo przecież, gdy puszczę,
to wszystko się rozleci.

Świat się rozleci.
Zwolnią mnie.
Skończą mi się
pieniądze.

Ludzie odejdą.
Zapomną o mnie.
Albo okazje
przelecą obok nosa.

Więc w razie czego –
jestem w ciągłej gotowości.

Ubrana w ciężką zbroję, z mieczem
wyjętym z pochwy, z twarzą pomalowaną
węglem i błotem. Czekam.

Czekam na walkę.

I choć na horyzoncie zbierają się
burzowe chmury, to pójdę właśnie tam,
do samego serca burzy, bo przecież
zawsze chciałam mieszkać na Północy.

A tymczasem wojna nie nadchodzi.
Wróg nie nadchodzi. Okazje nie nadchodzą.
A jak są, to jestem zbyt zajęta wewnętrzną
trwogą by ich nie przegapić.

Gdy z góry lecą kamienie, myślę sobie, że
świat mnie kocha. A gdy wpuszcza motyle,
to nagle staję się ślepcem. Nie widzę.
Nie doceniam. Mówię – przypadek.

A tymczasem, Wszechświat jest
z nami w wiecznym dialogu.

Kamienie lecące z góry nie
są oznaką nienawiści, ale ostrzeżeniem:

„To nie ten kierunek!”

Nieudana przyjaźń, zakończona
relacja, niefortunna rekrutacja
wszystko to jest po coś. Jak zakurzony
drogowskaz na rozwidleniu dróg.

Wszystko jest informacją.

Nie tędy. Nie ten czas. Nie ten człowiek.
Nic na siłę. Poczekaj. Odetchnij. Popracuj.

Od lat chodzę w niesymetrycznej marynarce.
Bo zgodziłam się na coś, co było bezpieczne,
jedyne dostępne, tuż obok.

Złapałam się tej marynarki tak
kurczowo, że pochłonęła całą moją
uwagę. Nie widziałam ludzi obok,
ani możliwości.

Skupiałam się, by trzymać
naciągać i poprawiać.

Bo przecież to jedyna marynarka
w moim życiu – nie mam już
niczego więcej i nie wiem skąd wziąć
na lepszą.

A tymczasem obok przechodzą ludzie.
Nadzy. Lub ubogo ubrani. W łachmanach,
a może zwykłym swetrze. Wyprostowani,
nieskrępowani, radośni w swych płynnych ruchach.

Marynarka nie ma znaczenia,
powiadają, lecz ja ich nie słucham.

Dobre marynarki leżą na poboczach,
wołają, lecz ja nie słyszę, bo trzeba
naciągnąć prawy bok.

Można chodzić nago, mówią odważniejsi,
lecz ja zatykam uszy.

Przecież całe życie o niej marzyłam.
Jakże mogłabym ją porzucić? Jakże
mogłabym podważyć jej wartość?

Tyle czasu, tyle energii, tyle pieniędzy,
tyle lat. I co? Teraz mam ją zdjąć?
Porzucić, przyznać, że jest niewygodna,
że nie lubię marynarek? Czy tak można?

Można.
A nawet trzeba.

Jeśli tego nie zrobię, wciąż
będę wracać do punktu „Start”.

I będzie to się powtarzać dopóty,
dopóki nie zdejmę marynarki i nie
zacznę iść jak dumny człowiek.

Wyprostowany, z godnością,
choć bezbronny i pełny wstydu
bo tak „biedny”, tak bardzo „ubogi”.

Często to właśnie w tym ubóstwie
dzieją się największe cuda, bo nareszcie
nie mamy nic do stracenia.

Bez marynarki widzisz kim jesteś.
Czujesz więcej i wiesz o sobie więcej
bo porzucasz wszelkie „duchowe” instrukcje.

Jestem, tym kim jestem,
choć wydaje się, że to za mało.

 

 

Opowieści z Sopockiego Wzgórza

Choć data w kalendarzu wskazuje,
że lato wciąż trwa, to mam wrażenie,
że tylko umownie.

Świat o szóstej rano jest bowiem
otulony rudobrązowym
płaszczem Pani Jesień.

Czułam to już pod koniec sierpnia.

W powietrzu, które było inne.
Chłodne, rześkie, pachnące mokrą
ziemią i suchymi liśćmi, które
opuściły korony drzew.

Z ust zaczęła wydobywać się para.
Energia świata zwolniła, uspokoiła się,
i nawet ptaki nieco uciszyły swoje trele.

Tak jakby planeta przygotowywała nas
do głębokiej introspekcji.

Wejścia w siebie, by usłyszeć to,
co niewyraźne, co intuicyjne
i pełne zdrowej refleksji.

Czas zebrać owoce, które nagromadziłyśmy
od marca. Co to będzie?

Mądrość?
Cierpliwość?
Otwartość?
Szczerość?

A może gorzka prawda, że znów
przegapiliśmy coś ważnego?

Że znów za szybko.
Zbyt beztrosko,
z dala od intuicji, kreatywności i
własnych marzeń?

Teraz zobaczysz to
wyraźnie – kim się stałeś.
Kim jesteś i po co.

Kocham Jesień.
Czuję, że jestem Jesienią
i byłam nią od zawsze.

Tak. Gdybym miała być jedną
porą roku, zdecydowanie
byłabym właśnie nią.

Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego
ludzie świętują nadejście Wiosny,
ale nigdy Jesieni.

Przecież to tak doskonały czas.
Tak piękny i potrzebny.

Czas jabłek.
Czas gruszek.
Czas śliwek.

Okres barw pełnych dawnego słońca.
Czas chłodu, który ożywia i kurczy.

Może dla mnie to oczywiste, że
witam Jesień z otwartymi ramionami, bo
refleksja, cisza i „powolność” są mi bliskie.

Są czymś, co znam od dziecka.

Melancholia jest piękną muzyką,
która łagodzi nerwy i emocje.
Jak kołyska z miękką kołderką,
która napełnia poczuciem bezpieczeństwa.

 

20190904_082416

Czasem słyszę ludzkie narzekania.

Że przyszła Jesień. Że jest mniej słońca,
pada deszcz, a im nic się nie chce i
najchętniej spędziliby miesiące pod kocem.

Cóż, może właśnie po to jest Jesień?

Żeby wrócić do siebie.
Do tego kim jesteśmy naprawdę i
jaka jest nasza prawdziwa natura.
Bo pęd nią nie jest na pewno.

Ja sama robię się melancholijna
i powolniejsza. I wspaniale mi z tym,
bo czuję, że nareszcie mogę przestać walczyć.

Nareszcie jestem sobą.

Refleksyjną. Nieco zamyśloną.
Niekiedy smutną, niekiedy rozmarzoną.

Roztańczoną w tej wspaniałej,
pachnącej deszczem błogości.

Świat cichnie. Pustoszeje.
Idzie do środka. Nareszcie
możemy się spotkać.

Wychodzimy z Luną
rano na spacer.

Jest mokro i spokojnie.
A pod naszymi stopami
Pani Jesień rozkłada złoty
kobierzec z liści topoli i brzóz.

Wciąż zdejmuję buty i wędruję
przez kwadrans na bosaka.

Ziemia jest chłodna, wilgotna
i ciepła jednocześnie.

Pełna życia, nasiąknięta wszystkimi
życzeniami, które ludzie posyłali
latem w jej stronę. Oto w końcu modlitwy
zostały wysłuchane i pełna jest wody.

Mogę tak chodzić godzinami.
Pasuję tu idealnie. A gdy wracam do domu,
Jesień wciąż mi towarzyszy.

W szyszkach które znoszę,
w żółtych liściach, które wkładam do
ulubionych książek.
W deszczu stukającym za oknem.

Otwieram okno, by poczuć ten mokry zapach,
zapalam świeczkę, zaparzam herbaty i otwieram
słoik śliwkowych powideł.

Piszę.
Śpiewam.
Otulam
się kocem.

I patrzę za okno, dając się ponieść tej
błogiej kontemplacji, że wszystko jest po coś.

Że smutek i radość, narodziny i śmierć
bycie i przemijanie, wzrost i marność są tym czym są.
Ot naturalny rytm życia w ruchomym kole egzystencji.

Cykliczność. Coś co bliskie jest
każdej kobiecie.

Przychodzimy na chwilę, by stać się najlepszą
wersją siebie- utkaną z marzeń, lęków i pragnień.
A potem odchodzimy ustępując miejsca kolejnym.

Ale przecież w Przyrodzie nic nigdy nie ginie.
Po Zimie nadchodzi Wiosna.
Po śmierci, odrodzenie.

20190908_124036.jpg

Indywidualizm vs. Wspólnota. Jak to pogodzić?

Zupełnie niedawno uczestniczyłam
w wyjątkowym wydarzeniu przygotowanym
dla jednej z naszych kręgowych kobiet.

Ola już za kilka tygodni po raz
pierwszy  zostanie mamą.

Żeby móc celebrować ten magiczny czas
spotkałyśmy się w przy ognisku – każda z
podarkiem i życzeniami na nową drogą życia.

Bo przecież dla kobiety to swoista brama.
Oto kończy pewien etap.

Jakaś część niej umiera i zaczyna się nowa.
Kolejny etap życia z którego nie ma powrotu.

Teraz zmieni się wszystko i będzie trzeba
uczyć się siebie i świata na nowo.

Macierzyństwo. Etap, w którym była większość
kobiet, a jednocześnie przestrzeń, w której trzeba
poruszać się po omacku, bo w tej nowej roli często
zostajemy zupełnie same.

SIŁA WSPÓLNOTY

Podczas tych kilku godzin spędzonych na łonie natury
przy ognisku, wśród kobiet z którymi spotykam się
od kilku miesięcy zobaczyłam Olę raz jeszcze.

Spokojną.
Szczęśliwą.
Wdzięczną.
Wzruszoną.
Bezpieczną.

Gdy na drugi dzień rozmawiałyśmy
przez telefon, powiedziała:

„Czułam się tak, jakbym
miała drugie wesele”.

To jest właśnie siła Siostrzeństwa.
Siła Wspólnoty.
Moc bycia częścią większej całości.

To dla mnie nowość, bo od
dziecka unikałam wszelkich grup.

W dorosłym życiu po raz pierwszy
odkryłam w sobie potrzebę przynależności,
dopiero gdy przekroczyłam próg 20 lat.

Wtedy po raz pierwszy zaczęłam doceniać to,
co daje wspólnota.

Nareszcie mogłam wziąć
na siebie jakąś rolę –

być potrzebna.
Ugotować.
Zaparzyć herbaty.
Stworzyć przestrzeń.
Lub po prostu być obecna.

Szybko jednak odchodziłam
bo zawsze coś mi nie pasowało,
czegoś brakowało, coś zgrzytało.

Dopiero niedawno
zrozumiałam co to jest.

Silny indywidualizm.

Olbrzymia chęć stanowienia odrębności.
Nie boję się tego napisać – również egoizm.

Pojawił się wewnętrzny konflikt.

Bo jak pogodzić potrzebę bycia sobą
i dawać sobie to, co JA potrzebuję, gdy
często stoi to w opozycji do NAS?

POTRZEBA SAMOTNOŚCI

Ten kłopotliwy konflikt wyraźnie zarysował się
w trakcie Zgromadzenia Wszystkich
Kręgów Kobiet na Śląsku.

Spędziłam tam pięć dni i pięć nocy.

W kilkuosobowym pokoju. Na wydarzeniu,
w którym brało udział 60 kobiet, na grupowych
warsztatach, jedząc posiłki we wspólnym towarzystwie.
Od wczesnego rana do późnej nocy – kobiety.

Nie było dokąd uciec, choć
chęć ucieczki pojawiała się kilka
razy na dobę.

Gdy było trudno,
po prostu oddychałam.

Wytrzymywałam.
A czasem nie.

I wtedy chodziłam przez godzinę sama
po wielkim lesie, żeby nabrać dystansu
i naładować nawykowe baterie,
które pragnęły samotności.

Po powrocie, o dziwo
nie mogłam się odnaleźć
w pustym mieszkaniu,
gdzie mieszkam tylko z psem.

Gotowałam, choć nie miałam
kogo karmić. W wielkim imbryku
stygły litry herbaty, a blaszkę jabłecznika
rozdałam sąsiadom.

KONFLIKT

Myślałam, że wrosłam w społeczność.
I że będzie już tak zawsze

Ale nie. Konflikt znów się pojawił
na przedporodowym kręgu Oli.

Mijała trzecia godzina wspólnego
wydarzenia. Zaczęłam się wiercić.

Że już czas na mnie.
Że jestem zmęczona
bo nie spałam cztery noce.

Że chętnie bym wstała i poszła,
no ale nie mam latarki,  a trzeba
przejść przejść przez ciemny las.

Poza tym dziewczyny mnie nie lubią.
Przecież widzę jak na mnie patrzą.
Z jakąś pogardą. Antypatią.

Zauważyła to jedna z Kobiet.

Akurat ta siostra widzi znacznie więcej niż
chciałoby się pokazać.

„Czuję w tobie jakiś zgrzyt – powiedziała –
To jakieś pęknięcie między twoją
indywidualnością, a potrzebą bycia w grupie”

Trafiła w samo sedno.
Wyprojektowałam uczucia
na inne kobiety, przypisując im:

nieakceptację
antypatię
gniew.

Zdanie sobie z tego sprawy
przerwało błędne koło.
Mogłam się rozluźnić.

Owszem, jest we mnie konflikt, który
być może nie da się rozwiązać nigdy.

Niech sobie więc będzie w tle, a ja nadal
będę robić swoje.

Będę chodziła na kręgowe spotkania kobiet.
Będę jedną z tych, w której inne będą mogły się
przejrzeć, by zobaczyć własne zgrzyty i konflikty.

I pewnie po to tam jestem.

Nic nie jest bardziej
rozwijające niż bycie we wspólnocie.

Tu nie ma miejsca na ego.
Tu liczy się dobro kolektywne.

Żeby coś pomogło NAM,
a nie tylko mi. Żeby coś karmiło NAS, a
nie wyłącznie moje potrzeby.

Owszem, będę zdarzały się chwile, że
przez to zjem mniej. Dostanę mniej.
Nie wyśpię się. Zabraknie mi.  Będzie mi
niewygodnie i nie po mojej myśli.

vin

PATCHWORK

Bo skoro grupa będzie miała więcej,
i lepiej, to i ja nie mogę przegrać.

Bo przecież jestem jej częścią – jedną z
miliona komórek w jednym, wspólnie
oddychającym organizmie.

Kojarzycie taki film z Winoną Ryder,
o tytule „Skrawki życia”?

Symbolicznym motywem
przewodnim i tłem opowieści był
patchwork robiony
przez kilka pokoleń kobiet.

Patchwork to wielka narzuta na łóżko uszyta
ze skrawków całkowicie różnych materiałów.

Jego tworzenie często pełni rolę
kobiecego rytuału.

Kobiety w różnym wieku i w różnych etapach życia
zasiadają w kręgu i każda dokłada własny skrawek –
doszywa go do pozostałych, tworząc mozaikę
faktur i kolorów.

To taki symbol jedności.

Każda z nas jest inna, każda ma własny,
niepowtarzalny charakter, wady i zalety.

Każda ma własne doświadczenia, obawy
i pragnienia. Mimo to, a może właśnie dlatego –
dokłada własny skrawek, tego kim jest.

Może nieco postrzępiony.
Może nadto wytarty, brzydszy
od pozostałych.

Ale jakie to ma znaczenie?

W końcowym rezultacie będzie tylko
kolorową łatką w wielkiej patchworkowej narzucie,
która spełni swoją rolę. I będzie pasować idealnie.

KOLEKTYWIZM VS. INDYWIDUALIZM

Kiedyś myślałam, że duchowość polega
na życiu w pojedynkę. Na odosabnianiu się,
by spełnić potrzeby głębokiej introspekcji.

Teraz myślę o tym zupełnie inaczej.

Dziś widzę samotność jako drogę ucieczki
i karmienia ego, tym co wygodne
a przede wszystkim bezpieczne.

Nie mówię, że samotność
nie jest potrzebna. Bo jest.

Czasem dobrze jest odejść,
by nabrać dystansu i pogadać ze sobą.

Ale dziś myślę, że prawdziwy rozwój
wydarza się we Wspólnocie.

W tym, że w drugiej kobiecie widzę,
co u mnie zgrzyta, lub wymaga przepracowania.

W nauce pojednania i wybaczania mimo
totalnej odmienności czy różnych zdań.

W grupie znajduję w sobie te cechy,
które miałam głęboko wyparte w
nieświadomości, a które
zachwycają/denerwują
mnie w innych osobach.

Poza tym niesamowite jest to,
jak bycie częścią jednej z grup
wpływa na bycie częścią wszystkich
pozostałych wspólnot.

Rodzinnej.
Zawodowej.
Duchowej.

I jak kontakt i praca z kobietami
w obrębie tej jednej wspólnoty uzdrawia
kobiecość i relacje z innymi kobietami.

Babcią, która krzyczała.
Mamą, która nie akceptowała.
Siostrą, która unikała.
Terapeutką, która wkurzała.
Koleżanką, która o mnie zapomniała.

To taki efekt domina.
Naprawa relacji z jedną osobą
która pełniła rolę archetypu
przewraca kolejne cegiełki.

I wtedy zadziewa się zmiana.