Archiwa kategorii: featured

Fundamentalna niejednoznaczność bycia człowiekiem

Przyłapuję się ostatnio na tym, że wydaję więcej
pieniędzy. Tak jakbym chciała w jakiś sposób się
udoskonalić, coś dodać, poprawić, uszlachetnić.

Nowy plakat do mieszkania znanego projektanta,
nowe krzesło, narzuta, efekciarskie donice balkonowe,
które dobrze prezentują się z zewnątrz.

Nowe buty. I kolejne, bo przecena.
Książka o samorozwoju. Nowy kwiat.
Nowe dżinsy znanej marki, które w mig
zaplamiłam sokiem z buraków.

I z każdym „nowym” towarzyszy mi wciąż
te same uczucie – to na nic.

Nie dodasz sobie piękna,
nie odejmiesz tego, czego nie lubisz.

Z każdym „nowym” czuję się wciąż tak samo
– niedoskonała. Tak cholernie niedoskonała.
Jakby niedoskonałość wrosła między palce
niczym błona lub dodatkowy, zgrubiały naskórek.

Patrzę na mijanych ludzi, którzy wciąż to robią.
Lubią? Muszą? A może niepotrzebnie oceniam?

Otaczają się ładnymi przedmiotami,
na nogach Vansy, na klatce Adidas,
na głowie Big Star, w kieszeni Apple.

A ja od zawsze – w rzeczach drugiej kategorii,
z odzysku,second handów, odkupione meble
z rysami, garnek bez ucha i wyszczerbiony kubek.

Nagle dostałam okazję trochę zaszaleć,
bo mogłam, pierwszy raz od lat.

O dziwo, pustka wciąż pozostała pustką,
na drugie imię wciąż mam Smutek.
Radość z zakupów? Ani przez chwilę.
Wręcz przeciwnie, kontrast stał się silniejszy.
Nikomu to przecież nie pomogło, nikogo nie wsparło.

Nie jestem ani piękniejsza,
bo całe piękno mam w zielonych oczach;

Nie stałam się fajniejsza, bo fajna jestem z
powodu zabawnego rozproszenia – ot taka
mentalność ludzi o charakterze Wiatru.

Samotność.
Smutek.
Niedoskonałość.

Jeśli w tym momencie zastanawiasz się,
czy wszystko jest ze mną ok, to odpowiadam:
Oczywiście, że tak. Powyższe uczucia towarzyszą mi
od dzieciństwa. To chyba cecha wrażliwców
i tych którzy wciąż szukają odpowiedzi „po co”.

Po co jestem?
Po co żyjemy?
Po co świat?
Po co mi to?

Intensywnie doświadczam porażek,
odrzuceń, samotności i smutku.

Ale tak samo intensywnie kocham,
skaczę z radości i śmieję się wniebogłosy.
Właśnie tuż obok tych drugich emocji.
Ot wieczna przeplatanka.

Czasem jeszcze zdarza mi się dzwonić
do mojego byłego chłopaka, który zna te
przeplatane stany kobiety-wiatr jak nikt.

„Czy czujesz się jeszcze czasem najgorszym
człowiekiem na świecie?” -pytam przez telefon.

W odpowiedzi słyszę: „Czy zrobiłaś dziś dla kogoś
coś dobrego? Pomogłaś komuś? Byłaś pożyteczna?”.

I to jest to.
„Dziękuję”, odpowiadam
bo otrzymałam wszystko.

To chyba nasza odwieczna cecha
– wysoko wrażliwych, analitycznych typów.
Wątpimy w siebie, bo czujemy się inni.

Czasem patrzę w lustro
i zastanawiam się, czy aby przypadkiem nie jestem zła.
Trochę jak zbrodniarz, który po latach
wciąż czuje krew na dłoniach, której zmyć się nie da.

Czy to tylko moje?
Czy może jest to wpisane w naszą ludzką naturę?
Czy ta szklanka zawsze będzie pusta?

Spotkałam ostatnio fascynującą, młodą kobietę,
Nie ma jeszcze 20 lat, a całe jej ciało pokrywają
setki tatuaży. Wygląda pięknie, ale fascynacja
pokrywania skóry tatuażem, który zostanie do
końca życia, jest co najmniej zastanawiający.

„Niedługo robię kolejny”, powiedziała.
„Cieszysz się? Zdarza ci się jeszcze po takiej
ilości czuć fascynację? – zapytałam.

Jej odpowiedź mnie zdumiała
i momentalnie zmieniła perspektywę.

„Robię, bo muszę”.

Nie dodała nic więcej,
ale zrozumiałam.
Poczułam.

W tej jednej chwili mogłam
tylko spojrzeć na nią z bezgraniczną czułością
i objąć ją całym sercem i życzliwym współczuciem.

Wszyscy to znamy.
I wszyscy od niego uciekamy,
podczas gdy nie ma dokąd uciec.

Ból.

Świadomość niejednoznaczności
bycia człowiekiem. Świadomość
przemijalności. Bezzasadności.

Samotności danej nam z faktu urodzenia
się jako istota ludzka.

I piękno.

Może są od siebie nieoddzielne?
Jak tatuaż. Każda imponujących rozmiarów
sztuka na skórze wymaga poświęcenia
i wytrzymania bólu.

A im bardziej się rozluźniasz,
tym ból staje się zwykłym
doświadczeniem. Po prostu jest.

„Wszystko, co mam i z czego korzystam
Jest jak ulotna wizja ze snu.
Znika w krainie pamięci,
A znikając, nigdy więcej nie będzie widziana”.

Szantideva



Słowa kłamią. Kim jesteś bez nich?

Tolkien powiedział kiedyś, że „ten
kto nie zrozumie twojego milczenia,
nie zrozumie też twoich słów”.

Bardzo mi to bliskie.

Milczenie, czy słowa?
Co wybierasz na co dzień?
Co dla ciebie jest bardziej
naturalne i oczywiste?

Na przykład, gdy wchodzisz z kimś w konflikt.
Jaka jest twoja naturalna reakcja? Milczysz?
A może dążysz do słownej konfrontacji,
najlepiej już, natychmiast, od razu?

Dla mnie to temat żywy.
Szczególnie ostatnio, gdy większość
czasu spędzam w domu i nikt
nie oczekuje ode mnie żadnych słów.

Na kwarantannie i podczas
pracy zdalnej żyję głównie w ciszy.

Bardzo to lubię.
Lubię  ciszę.
Lubię milczeć.
Lubię nie silić się
na nazywanie zjawisk słowami.

Bo słowa są pochodną myśli.
A myśli są domeną umysłu.

Umysł natomiast pragnie wszystko
określić, nazwać, zaszufladkować i
rozwiązać, przykleić łatkę i zawłaszczyć.

Umysł permanentnie KŁAMIE.

A więc słowa także kłamią.
Bo umysł wykorzystuje je dla własnych celów.

Rzeczy nienazwane i relacje nie złapane w siatkę słów
są żywsze – bo wymykają się wszelkim strukturom.
Są wolne i nieograniczone. Po prostu są.

Zdarza się, że bliscy ludzie zarzucają mi, że
nie nazywam każdej emocji, że nie dążę do
wyjaśnień i konfrontacji. Że nie przegaduję trudności.

W pierwszym odruchu czuję wtedy złość.
Że nie rozumieją. Że nie potrafią wejść w moje buty
i spróbować poczuć, że mam inaczej.

Bo w sytuacji konfliktu
wycofuję się, by pobyć z tym w ciszy.

By zostać z tym, co zraniło. Wybaczyć.
Wyrażać w sercu najlepsze życzenia.
Ponownie odnaleźć w sobie sympatię,
na której osiadł kurz urazy.

Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że
oczekuję od ludzi żeby zrozumieli moją
perspektywę i odmienny sposób funkcjonowania
podczas, gdy ja sama tego nie robię.

Bo nie rozumiem,
że tak bardzo można
ufać potędze słów.

I gdybym to wypowiedziała, cała
zabawa zaczęłaby się od nowa.

Dwie ściany. Dwie granice.
„Ja uważam/ W moim świecie,
„Ja sądzę/ Twoja opinia”.

Znów, tysiąc słów, które wcale
nie dają zgody, lecz dzielą.

Słowa to wielka potęga.

Tak wielka, że mogą zranić.
Zniszczyć. Spalić na popiół.
Manipulujemy wyłącznie poprzez słowa.
A przy tym zmyślamy i gramy.

Oczywiście słowa mają też drugą stronę.

Właściwie wykorzystane mogą
przynieść pokój i ulgę. Mogą być
źródłem miłości i współdzielenia.

Granica między nimi jest bardzo cienka,
a wszystko rozchodzi się o intencję i
nabycie zdrowych umiejętności.

Umiejętności zatrzymania się.
Refleksji. Kontemplacji nad sobą,
a potem nad słowem, które chce opuścić gardło.

Refleksja nad słowem spowalnia
cały proces komunikacji.

To dobrze. Czuję, że  tego właśnie
potrzebujemy. Zwolnić, pracować mniej,
spacerować uważniej, ale przede
wszystkim słyszeć więcej.

Ale jak słyszeć więcej, gdy wciąż w tobie tyle słów?

Gdy w głowie masz słowa, gdy w ustach pieni się
od zdań i opinii nie masz przestrzeni na to, co
chce przyjść. Nie widzisz naprawdę. Nie słyszysz.

Nie doświadczasz drugiego człowieka.
Doświadczasz opinii w soczewkach intelektu.

Spotykam się często z opiniami, że
gdyby nie mowa, niczym nie różnilibyśmy
się od prostych zwierząt.

No tak. Jesteśmy Homo Sapiens.

Wybitne jednostki. Chodzimy na terapię,
przegadujemy problemy, sprzedajemy się
na rekrutacjach, walczymy słowami.

Ale jak na wielce wybitny gatunek,
nieźle namieszaliśmy.

Wywołaliśmy wojny. Zabijaliśmy się nawzajem.
Wytępiliśmy z Ziemi wiele zwierząt i roślin.
Brawo. Bądźmy dumni!

Słowa mnie męczą.
Cenię relacje, które nie potrzebują
zbyt wielu słów. Są proste. I ciche.

Relacje ze zwierzętami.
Relacje z drzewami.

I z tymi, którzy wolą po prostu
być, niż mówić. A gdy mówią, to
z potrzeby serca, nie umysłu.

Czy cisza cię krępuje?
Przyjrzyj się temu. I zobacz co
to mówi o tobie.

Co chcesz zagadać?
Co chcesz ukryć?
Czego się boisz?

Nie twierdzę, że nie używam słów.
Używam całe mnóstwo, choćby pisząc.

Czasem też rozmawiam z ludźmi.
Snuję opowieści. Marudzę. Skarżę się.
Chwalę. Dzielę się doświadczeniem.

A potem przyglądam się z zaciekawieniem,
jakie są skutki. Wiecie co? Bywają różne.

Latem miałam jechać na swoją
pierwszą Vipassanę, ale rzeczy się
pozmieniały. Kursy są odwołane.

Zamiast 10-dniowego „szlachetnego
milczenia” w ośrodku teraz mogę
praktykować w domu.

10 dni to dużo. A może by tak podjąć
jednodniowe wyzwanie? Dałbyś radę?

To jak wyprawa do siebie, do nigdy
nie odwiedzanej jaskini. Co tam jest?
Kim jesteś bez słów?

„Kto nie zrozumie twojego
milczenia, nie zrozumie też twoich słów”,
pisał autor „Władcy Pierścieni”.

Poszłabym o krok dalej i powiedziała:
jeśli ty sam nie zrozumiesz siebie w ciszy,
żadne nie słowa nie wyrażą tego, kim jesteś.

Oddzielenie. Mała iluzja „izolacji”

Droga Kobieto, drogi Mężczyzno.
Jak się masz? Jak się czujesz w okresie
przedłużającej się kwarantanny? Gdzie jesteś?
Co robisz? Jak Twoje samopoczucie?

Tęsknię za Tobą.

Tak. Czasem łapię się na uczuciu tęsknoty
i pomyśle, że jestem oddzielona od Ciebie i reszty świata.

A potem siadam do medytacji, albo wychodzę
z psem do Lasu, dotykam Drzewa i wiem, że
to nieprawda. Że tylko przez chwilę uwierzyłam w
iluzję oddzielenia.

Oddzielenie nie istnieje.

Wcale nie muszę być w stałym i fizycznym
kontakcie z drugim człowiekiem, żeby poczuć
się z nim związana, bliska jej czy jemu.

Ale lęk robi swoje.

Szepcze do ucha opowieści:
nie dzwonią, nie piszą, nie komentują, nie reagują
na posty, a więc cię nie widzą, nie słyszą, nie lubią…

Nie istniejesz!

Przyzwyczaiłam się do tej myśli, bo nie jest nowa.
Nawiedzała mnie już we wczesnym dzieciństwie.

To ona popychała mnie do chodzenia tam,
gdzie nie chcę.

Do prowadzenia mało znaczących rozmów.
Do szukania miłości. To kiwania głową w geście TAK,
gdy całe serce mówiło NIE.

Aprobata.
Przyjęcie.
Akceptacja.
Przynależność.

Oto moje potrzeby, za spełnienie których
zawsze dałabym się pokroić.

Facebook i inne social-przygody

W dobie pandemii koronawirusa nasze relacje
przestały być prywatne, zaczęły być
oddzielone przez technologiczne medium.

Kontaktujemy się ze sobą via Skype,
telefon, czy Messenger.

On-line stały się nie tylko nasze przyjaźnie,
ale również wspólnoty, warsztaty, czy zajęcia jogi.

To daje jakąś kruchą namiastkę normalności.
Ale wiesz co? Wewnętrznie czuję zgrzyt.

Wcale nie mam ochoty być on-line.

Mam problem z zasiadaniem w wirtualnych
kręgach kobiet. Robię wszystko, by nie musieć
dzwonić – słyszeć bez widzenia. Kamerka
to też nie to. Widzę, słyszę, ale nie czuję.

Często łapię się na tym,
że jest mi dobrze. Tak cholernie
dobrze, błogo i bezpiecznie.

Że wcale nie muszę, nie potrzebuję być w kontakcie.
Bo jestem, niezależnie od tego czy zadzwonię, czy nie.

A potem z ciekawości odwiedzam Facebooka,
bo wypada wiedzieć.

Scrolluję.

Oto co widzę: depresje, samobójstwa, panika,
lęk, tęsknoty, pytanie, „kiedy to się kończy?”.

To jest ten moment.
Zaczyna się…

Izolacja = samotność?

Ten krótki ułamek sekundy,
w której coś rodzi się w brzuchu.

Mały motyl, a może ćma, która leci do
gorącej lampy, nie wiedząc jeszcze,
że za chwilę ulegnie poparzeniu.

Niepokój.

Mały robaczek pełzający w stronę głowy
i cudze wykrzykniki:
lęk, panika, depresja, samobójstwa
„kiedy to się skończy?”.

Bach! Oto i jest – oddzielenie.

Biorę telefon i dzwonię do Ani.
Wysyłam SMSa do Magdy.
Wrzucam zdjęcie na Instagram, żeby
przekonać wszystkich – jestem!

„Zamieść na tablicy jakiś cytat Kama”.
Ciekawe co u Jagody. „Jagoda? Pogadamy na skype?”.

Oddzielenie.
Pojedynczość.
Samotność.
Izolacja.

Nie dzwonią, nie piszą, nie komentują.
Zapomnieli. Nie lubią cię. 
Nic nie znaczysz. 

To nie moje.
A jednak ulegam.

Bo to przecież nienormalne, że
mi dobrze samej. Prawda?

Ludzie chcą normalności. Sklepów, kin,
koncertów, powrotu do korporacji, small-talków.
Przecież i ja powinnam chcieć.

„Mam dość home-office” – słyszę od znajomych.
„Źle mi w tej samotności”.
„Mam dość, że nie mam gdzie pójść”.

Nie rozumiem. Ja nie mam dość.
Chcę. Chcę jeszcze.  Chcę dłużej.

Rzekłabym nawet – chcę już zawsze.

IMG_20200412_154001

Tymczasowość, w której przyszło mi żyć,
jest piękna. Jest czymś, co myślałam że
zdarza się jedyne w filmach science fiction.

Marzyłam o tym od dawna i po cichu.

Podoba mi się.
Jest mi w tym rozkosznie.
Jak w bajce.

Bywa, że mam poczucie winy
lub daję się przekonać lękowi, że
skoro mnie nikt nie widzi i nie słyszy,
to mnie nie ma.

Nie zadzwonisz, nie napiszesz, nie 
zobaczysz na kamerce, zapomną o tobie.
Odrzucą cię. Będziesz nikim!

Nie istnieję.

To przerażająca myśl.
Ego chce istnieć i coś znaczyć.
Mieć cele, potrzeby, pragnienia.

A potem wychodzę do Lasu.
Zdejmuję buty. Staję boso na trawie.
Biorę ziemię w garść, żeby poczuć jej zapach.
Oddzielenie znika.

Jestem drzewem.
I skowronkiem.
Tęczą, wiatrem i przestrzenią.

Jestem.
I nie ma mnie.
Jednocześnie.

Ok. Zgadzam się.
Możecie o mnie zapomnieć
i nie nazywać po imieniu.

Po raz pierwszy od wielu lat czuję, że
wszystko jest w normie. Że mi dobrze.
Jestem szczęśliwa. Nic nie muszę.

Jestem.
I nie ma mnie.
Jednocześnie.

 

 

 

 

„RAZEM” – Oto czas ogólnoludzkiej transformacji. Moje spojrzenie na koronawirusa

Nie pisałam od miesiąca.
To dla mnie nietypowe, bo
przecież piszę od zawsze, a wibracja
poruszająca placami jest częścią większego ruchu,
który wypełnia umysł i ciało.

Jedna z moich kręgowych sióstr
zapytała w końcu: „kiedy pojawi się wpis?
Brakuje mi ich”.

A ja chciałam z tym pobyć.
Z tym, co właśnie wydarza się na świecie.

Poobserwować to. Pobyć z tym. Poczuć.
Odsiać cudzy lęk, od własnego, by móc
w końcu zabrać głos. Mój głos.

„Koronawirus” – to obecnie najczęściej
używane słowo w mediach i w rozmowach.
Wszyscy w jakimś stopniu się boimy…

Przez pierwsze tygodnie byłam zła na prasę
i media internetowe, że posługują się narracją
szerzenia lęku, który zaczynał przeradzać się w panikę.

Z drugiej strony byłam też w kontakcie
z osobami, które żyją w sposób głęboko
duchowy i widzą szerszą perspektywę zjawiska.

Czułam wtedy, że ludzki lęk bierze się z braku
pogodzenia się ze śmiertelnością, z tym, że wszyscy jesteśmy
bardzo krusi, delikatni i śmiertelni. Że umieranie
następuje w każdej chwili, sekunda po sekundzie
na całym globie.

Policz do siedmiu.
1…
2…
3…
4…
5…
6…
7…

Właśnie ktoś gdzieś umarł. Zostawił
rodzinę, dom, dzieci, pieniądze i nadzieje.

Jednocześnie mi samej trudno było poddać się
lękowi, bo świadomość śmiertelności jest dla
mnie jak cień i chodzimy sobie za ramię
odkąd byłam dzieckiem.

Poza tym to, co mi osobiście dała obecna sytuacja
to możliwość pracy zdalnej, a przez to większą ilość
czasu dla siebie – bo nie muszę nigdzie dojeżdżać.

O dziwo – odjęła z mojego życia stres – z tego samego
powodu. Nie muszę  przebywać w firmie pełnej ludzi,
gdzie odczuwam przymus udawania – bycia kimś na siłę,
kimś kto zawsze potrafi, wszystko może i jest praktyczny.

Teraz nie muszę udawać, ani się napinać.
Jestem sobą. Robię to, co mam do zrobienia
bez przywdziewania społecznych masek.

Zaczęłam (tym razem naprawdę)
żyć według filozofii „zero waste”,
żeby niepotrzebnie nie robić zakupów.

Mam więcej czasu na medytację i jogę.
Mam więcej czasu na takie zwykłe bycie.

To, co dla mnie zawsze było ważne i całkowicie
naturalne, stało się naturalne dla wszystkich.
Obserwuję to z ciekawością i z jakąś formą fascynacji.

Ale…

 

couple-in-quarantine-3952198

 

Odczuwam  też głęboki smutek.
Ale też powiązanie ze wszystkimi ludźmi i z
Matką Ziemią. Gdy chodzę na spacery, to
z jeszcze większą tkliwością dotykam kory drzew.

I z jeszcze większą wdzięcznością spoglądam
na rzekę, która wciąż płynie własnym nurtem.

Wsłuchuję się w śpiew wiosennych ptaków,
które zdają się mówić: życie wciąż trwa.
Dotykam dłonią chłodnej ziemi, która tętni
potężnym żywiołem.

Napełnia mnie wtedy uczucie głębokiego spokoju
i świadomość, że jest dokładnie tak jak być powinno.
I że jest to „po coś” i z jakiejś konkretnej przyczyny.

Wyeksploatowaliśmy Ziemię do granic możliwości.

Przez ostatnie lata żyliśmy w iluzji oddzielenia od natury
i od siebie nawzajem. Uwierzyliśmy w mit odrębności
i indywidualizmu. „JA” i moje potrzeby. „JA” chcę. „JA” pragnę.

Wszyscy słyszeliśmy o tym, że początek epidemii
wziął swój początek w chińskiej prowincji Wuhan.

Nie wszyscy jednak wiedzą, że był tam wielki targ
dzikich zwierząt. Setek zwierząt zagrożonych
wyginięciem przeznaczonych na sprzedaż i na śmierć.

Przypadek?
Daje do myślenia…

Oto nadszedł czas na MY.
Nie mamy wyboru.

Teraz egoizm musi być zastąpiony kolektywizmem.
Co „MY” możemy zrobić dla siebie nawzajem?
Co „MY” możemy zrobić dla Matki Ziemi?
Jak może”MY” wykorzystać sytuację, dla dobra wszystkich?

Czuję, że właśnie w tym momencie
Ziemia woła o uwagę. Tak. Robiła to od zawsze.
Ale niewielu słuchało. Teraz pytam sama siebie –
a czy ja słuchałam? Czy zawsze byłam fair?

„Bądź ze sobą uczciwa, Kama”.

Ok, jestem wegetarianką od 13 lat.
Weganką od 5 (z roczną przerwą),
ubieram się głównie w lumpeksach.

Kupuję ekologiczne, wegańskie kosmetyki,
nie mam samochodu i wszędzie dojeżdżam
SKM lub rowerem z odzysku.

Ale czy to wystarczy?

Segregacja śmieci – kuleje.
Filozofia „zero waste” – idzie raz lepiej, raz gorzej.
Nie chodzę na manify ani na „zielone kręgi”, bo nuda.

Kupowałam to, czego nie potrzebowałam.
Wyrzucałam rzeczy nadające się do
powtórnego wykorzystania.
Nie wsłuchiwałam się w Naturę.
Widziałam to, co chciałam widzieć.

„Poradzisz sobie” – myślałam i wszelkie apele
prośby o podpisanie petycji i potrzebę strajków
zbywałam machaniem dłoni. „Jestem weganką.
Wystarczy już tego zaangażowania na jedną osobę”.

Nie. Nie wystarczy.

Nie mogę i nie chcę już negować tego, co się dzieje.
Nie chcę nie widzieć i nie słyszeć. Chcę wiedzieć.
Uczestniczyć w tym. Pozwolić własnej wrażliwości
i naturalnemu współczuciu działać w sposób praktyczny.

Teraz wracam do książek, które
kupowałam przez lata, ale zostawiałam je na potem.
„Szóste wymieranie. Historia nienaturalna”,
„Zjadanie zwierząt”, „Manifest zwierząt”.

Oglądam filmy, które pomijałam mówiąc,
że obejrzę kiedy indziej:

„Tomorrow”, „Human”, „Racing Extinction”.

Rodzina pyta: po co to robisz? Tylko się zasmucasz!
A ja czuję, że jeśli prawda jest smutna, to niech tak
będzie. Koniec z iluzjami, fałszem i udawaniem.

 

cowspiracy_cow

To jest czas dla idealistów.
Dla tych wszystkich zaangażowanych
w społeczności, w ekologię, w duchowość,
plemienność i uważne współczucie.

To też chwila, która pokazuje siłę naszej miłości.
Czy kochamy bardziej niż się boimy. Czy potrafimy
tak po ludzku być dla siebie dobrymi sąsiadami,
partnerami, członkami rodziny i wspólnoty.

Jak wiele jeszcze „JA”? Jak wiele myślenia
o sobie? Ile jeszcze „CHCĘ/POTRZEBUJĘ?”.

Bliska mi osoba pracuje w sklepie
i wciąż jest w stałym kontakcie z ludźmi.
Opowiadała mi sytuacjach, że klienci
krzyczeli na siebie nawzajem przy kasach
lub mówili:

„ja wiem gdzie można kupić lateksowe
rękawiczki, ale nie powiem!”

Zabawne? A może głęboko zasmucające?

Czuję, że to dopiero początek.
Czuję, że to nie skończy się za tygodnie.

Mam tylko nadzieję,
że da do myślenia wszystkim.
Że stanie się początkiem wielkiej
globalnej transformacji.

Jeszcze jakiś czas temu buntowałyśmy się
wraz z koleżanką przeciw tej całej idei kwarantannie.
Teraz zmieniłam zdanie. Czuję, że dla „MY” nie chcę
się wyłamywać. Teraz jest czas związków. Czas „MY”.

Owszem, mnóstwo tu fejk newsów, mnóstwo pomieszania
i sprzecznych informacji.

Mówi się, że teraz to koronawirus zabija ludzi,
podczas gdy dane statystyczne pokazują, że wciąż
każdego dnia tysiące ludzi umiera na choroby krążenia
i nowotwory.

Zakażeni wirusem, którzy przegrali walkę,
to ledwie ułamek procenta w stosunku do tych
wszystkich umierających na raka.

Mimo to nie wyłamuję się.

Nie w sposób w jaki na początek chciałam.
Owszem, opuszczam kwarantannę, gdy to niezbędne.
Na ogół jednak jej pilnuję. Bo chcę
w tym być – w kolektywnej odpowiedzialności.

Za siebie.
Za ludzi.
Za świat.
Za Matkę Ziemię.

Oby ta wyjątkowa lekcja
nie poszła nigdy na marne.
Być może to nasza ostatnia szansa.

Może być jednak, że nie ma już żadnej szansy.
Tak mówią twarde dane naukowe.

Mimo to, a może właśnie dlatego…

pozwólmy miłości i współczuciu wzrastać.
Choć przez tę krótką chwilę.

 

 

Wszyscy jesteśmy uzależnieni. Pytanie nie „od czego”, ale „po co”?

Całe życie otaczali mnie ludzie uzależnieni.
Na swojej drodze spotykałam narkomanów,
alkoholików, ludzi uzależnionych od seksu,
adrenaliny, marihuany czy telewizji. I zawsze
zastanawiało mnie – dlaczego?

Dlaczego przychodzą do mnie ludzie
uzależnieni od czynności lub substancji,
od których ja uzależniona nigdy nie byłam?

Każdy mój związek, to związek
z osobą uzależnioną. Każde moje zakochanie,
było fascynacją osobą w jakimś sensie uzależnioną.

Jednocześnie też zaskakująco dobrze
rozumiałam uzależnienia przyjaciół i potrzebę
dostarczania sobie czegoś, co ukoi ból,
stępi doznanie, albo po prostu da przyjemność.

W końcu sama robiłam to wiele sposobów.
Poprzez cukier, który sprawiał, że dopamina
skakała do niebotycznie wysokiego poziomu.

Ćwiczyłam fitness do utraty tchu, medytowałam,
oglądałam serial za serialem, czy po prostu
wpadałam w fascynację pięknymi ludźmi.

Tak naprawdę połowę życia spędziłam w
poczuciu „zakochania”, na wiecznym upojeniu
dopaminowym, który był energetyczną benzyną,
w silnikach szarej codzienności.

„Kończyłam” z jednym uzależnieniem,
by zapoznać się z kolejnym.

Wyrzucałam z szafki wszystkie słodycze,
ale zaczynałam ćwiczyć jogę kilka godzin każdego dnia.

Ból mięśni sprawiał, że kończyłam z jogą
i zaczynałam piec. Piekłam tyle, że nie miał
kto tego przejeść, więc zjadałam sama.

Czuję, że zaczęło mnie puszczać dopiero
jakiś czas temu, gdy nauczyłam się
przyzwalać na wszystkie trudne emocje.

Złość przestała złościć.
Smutek przestał być depresyjny,
lęk niepokojący, a ból osobisty.

Była po prostu złość.
Był po prostu smutek.
I lęk. I ból. Nie „mój” ból, lecz ból.

Dobrze było być wolnym.
Ale skłonności nie znikają tak łatwo.

Osoba uzależniona pozostanie nią już
na zawsze. Nawet jeśli będzie „czysta”.

Uzależnieni muszą być w stałym
kontakcie ze sobą. W innym wypadku grozi im
niebezpieczny nawrót i ciąg:

alkoholowy, cukrowy, narkotykowy,
imprezowy, serialowy… Bo przecież tak
łatwo przekroczyć tą cienką granicę przesady.

Niedawno pojawiła się we mnie fascynacja drugim
człowiekiem. Tak potężna, że odebrała
całą uważność. Wpadłam, bo po latach życia
w emocjonalnej trzeźwości zapomniałam już
jak przyjemne mogą być motyle w brzuchu.

Oto nagle, z całym impetem powróciłam do tego,
co tak dobrze kultywowałam przez całe życie.

Amok.

Wyjazd do pracy bez komputera.
Zapomnienie o przekręceniu zamka w drzwiach,
przejście na czerwonym świetle… I haj.
Muzyka w głowie, fantazje i wieczny haj.

Skowronki, motyle, wiosna, koktajl hormonów.
Ludzie naprawdę tak żyją? Wszystkie piosenki,
filmy i książki są właśnie o tym. O życiu na haju.

A takie życie bardzo daleko jest od rzeczywistości.
To jak zabawa w Alicję w Krainie Czarów, która
trafia do króliczej nory, i biegnie przed siebie,
nie wiedząc dokąd. Po prostu goni króliczka.

Tydzień na dopamince dał mi się nieźle
w znaki. Nie spałam, nie jadłam, a energii
miałam za trzy. Aż nadszedł dzień, kiedy
paliwo się skończyło, a ja upadłam z wysokiego konia.

Kojarzy mi się z to uczuciem, gdy narkotyk
przestaje działać, a człowiek uzależniony
zalicza ten charakterystyczny dół: kaca czy detoks.

Powrót do rzeczywistości może boleć.

Kiedyś wykładowca na podyplomówce zapytał
o książkę, która najlepiej nas określa. Bez wahania
podałam tytuł „Najgorszy człowiek na świecie” Małgosi Halber.

Wiesz o czym to książka?
O uzależnieniu.

Od alkoholu.
Od marihuany.
Od muffinek.
Od imprez.
Od jedzenia.
Od odchudzania.
Od cudzej oceny.
Od miłości.
Od aprobaty.
Od katastroficznych myśli.

Z resztą nieważne „od czego”.

Bo nigdy nie chodzi o czynność lub substancję.
Chodzi o to, dlaczego i po co. Jaki ból to ma ukoić?
Jakie pytania zadusić w zarodku? Przed czym pragniesz uciec?
A przede wszystkim- czego nie chcesz czuć?

Dobrze było zaliczyć ten dół pełen smutku,
oczyszczających łez, odrzucenia i opamiętania.
Bo znów poczułam się blisko zarówno siebie
jak i całego świata. Pełna tkliwości dla swojego serca,
pełna czułości dla wszystkich cierpiących ludzi.

Ostatnie tygodnie spędziłam na jakimś
autopilocie, w stanach psychotycznych –
przemieszczałam się z punktu A do punktu B
nawet nie wiedząc jak. Ludzie naprawdę tak żyją?

Czasem z ciekawości biorę w rękę
talię kart – żeby usłyszeć, co podświadomość
ma mi do powiedzenia, a czego jeszcze nie zobaczyłam.

Dziewiątka.
Pustelnik.
Eremita.
Mnich.

Przyjęłam wiadomość.

Najzwyklejsze, szare stany
bez porywów serc też potrafią być piękne,
bo prawdziwe. Myślę, że to w nich mieszka
najwięcej życia. Wystarczy tylko
uważnie się przypatrzeć.

Usłyszeć.
Zobaczyć.
Odkryć.
Nie uciekać.
Zostać.
Wytrzymać.

Przestań siebie oceniać. Oto droga prawdziwego bohatera

Życie to ciągła zmiana.
Kurczenie się i rozszerzanie.
Wdech i wydech.
Umieranie i rozkwit.

Kiedy wybieram się do
kina na jakiś film, zawsze
jestem zaskoczona, że w tak
różny sposób można pojmować życie.

DROGA BOHATERA

Zarówno w filmach, serialach,
jak i książkach, życie bohatera to krzywa
z licznymi zakrętami, która ostatecznie prowadzi
do jakiegoś finałowego końca.

A tymczasem mam głębokie przekonanie,
że życie to okrąg. Albo inaczej – spirala,
która zatacza kilkukrotnie te same koła.

Mam poczucie, że w prawdziwym życiu
nie ma happy endów, bo przecież istnieje
tylko jeden koniec, który czeka wszystkich.

Cała reszta, jakkolwiek „happy” czy „unhappy”
z pewnością końcem nie jestem. Ciąg dalszy nastąpi.

A mimo to uwielbiamy karmić się historiami,
jak z motywu „Drogi Bohatera” Josepha Campbella.

Bohater jest nieszczęśliwy.
Bohater podejmuje wyzwanie.
Bohater wyrusza w długą drogę do siebie.

W końcu po długiej tułaczce spotyka mentora.
Uczy się i przechodzi swoistą transformację.

A potem odbywa się życiowy sprawdzian,
który bohater zawala. Oto sromotna porażka.
Upadek, klęska, przegrana. Ale jednak życie trwa dalej.

Po kilku oddechach bohater wraca na dobrą drogę,
ale już bez mentora. Teraz sam sobie jest mistrzem.

Silniejszy i pełen nadziei wygrywa
cokolwiek to jest (walka z potworem,
odnalezienie skarbu, rozkochanie kobiety,
pokonanie wroga…). W końcu bohater
powraca w rodzinne strony w glorii chwały.

Od tej pory żył długo i szczęśliwie,
a jego dni wypełnione były
słodkim miodem  i  miłością.

Zauważ, że 90% wszystkich filmów
i 99%  animacji dla dzieci
posiada właśnie taką konstrukcję

PW
Kadr z filmu „Peaceful Warrior”

Lubimy myśleć o życiu w podobny
sposób. Stwarzamy sobie w głowie
epickie opowieści na swój własny temat:

„I wtedy zaszła we mnie przemiana”.

„Moje życie uległo zmianie w
tamtym kluczowym momencie”

„Po kryzysie stałem się innym człowiekiem”.

A tu niespodzianka.
Życie takie nie jest.

Jest zdecydowanie mniej epickie
i bardziej przypomina film „Dzień Świra”
niż „Władcę Pierścieni”.

Owszem zmiany zachodzą.

Ale są mniej dramatyczne, nie tak teatralne,
głośne, kolorowe czy oczywiste.

Największe zmiany zadziewają się w ciszy.
A nam osobiście bardzo  trudno je dostrzec.

To, co z pewnością szkodzi, to
nieustanne poddawanie
naszego rozwoju ocenie.

Zamiast pozwolić rzeczom się wydarzać,
oceniamy, albo co gorsza
porównujemy się z innymi.

„Za wolno”.
„Nie tak miało być”.
„Oni już tam, a ja
wciąż tu stoję”.

ZMIANY A STATUS QUO

Zmiany zadziewają się w ciszy.
Nie są ani huczne, ani epickie
ani pełne fajerwerków.

Są ledwie zauważalną reakcją
na pewne sytuacje.

Coś, co kiedyś wyprowadzało nas z równowagi,
teraz jest zwykłą sytuacją, której
przyglądamy się z boku – ze spokojem.

Zmiana i rozwój są wytworzeniem w sobie
nowego nawyku – sposobu funkcjonowania,
który wspomaga a nie niszczy.

Transformacja jest inną reakcją, albo jej brakiem.
Jest pełną odpowiedzialnością.
Akceptacją i głębokim zrozumieniem.

I choć wszyscy pragniemy wielkich,
przełomowych zmian, to z drugiej strony,
boimy się. Lubimy przecież tkwić w
bezpiecznym status quo.

Więc to, że zmiany wydarzają się
bardzo powoli i niezauważalnie
jest czymś dobrym. Budującym. Bezpiecznym.

Zamiast rzucić nas o ścianę,
Wszechświat podchodzi do nas z miłością.

Dostajesz na raz tyle, ile udźwigniesz, ale
żeby się nie przewrócić.

Nie mniej. Nie więcej.

Zdarza mi się często podchodzić
do swojego rozwoju w sposób
subiektywny, surowy i krytyczny.

Na drodze spotykam osoby,
które opowiadają o swoich procesach.
W ich opowieściach słyszę „wielkie zmiany”.

Myślę wtedy: dlaczego u mnie nic
się nie zadziewa? Czemu wciąż tkwię w miejscu?

Potem jednak przychodzi refleksja.

„Sprawdź gdzie byłaś pięć lat temu.
Pamiętasz? I co, czy faktycznie
nic się nie zmieniło?”.

Wiesz co mi w tym pomaga?
Moje dzienniki. Prowadzę je od siedmiu lat.
Kiedy nachodzi mnie wątpliwość, wystarczy, że
wezmę z półki ten pierwszy – 2013 rok.

28 maja 2013, Gdańsk, godz. 7.45 – Życie mnie boli. Czemu nie
mam przyjaciół? Tak bardzo potrzebuję się komuś
wygadać (…), Mam dość roboty w call center (…)
Właścicielka mieszkania znów podwyższyła czynsz,
jestem załamana. To już drugi raz w tym roku…”

Serio? Nic się nie wydarzyło?
No skoro nie, to może zechcesz wrócić do 2013?
Nie chcesz? Ok, czyli przyznajesz, że
W TWOIM ŻYCIU ZASZŁY SPORE ZMIANY…?

PW1
Kadr z filmu „Peaceful Warrior”

Teraz robię jeszcze jedną dodatkową rzecz.
Oprócz dzienników prowadzę kalendarz.

Mam taki różowy, duży terminarz z dużą
ilością pustych stron na osobiste notatki.

Przy każdym dniu zapisuję jak się czuję,
co było problemem, a co było odkryciem.
W jednym zdaniu opisuję również co w
danym dniu robiłam. Po kilku miesiącach
wytwarza się pewien oczywisty algorytm.

Tam, gdzie pojawia się gniew/rozpacz/zniechęcenia
są też pewne konkretne mechanizmy działania
i nawyki, które do tych uczuć doprowadziły.

I na odwrót.

Tam gdzie jest spokój/zadowolenie/współczucie
są również pewne działania, które przyniosły
szybkie, emocjonalne sprzężenie zwrotne.

To niesamowite.

Dzięki takiemu kalendarzowi
uczuć, można bardzo szybko wyłapać, co szkodzi
nam i innym, a co nas buduje i czyni z nas kochających.

Wtedy wystarczy po prostu kontynuować te działania,
które przynoszą jak największy pożytek w jak najdłuższej
perspektywie czasu i obejmują jak największą liczbę istot.

PODSUMOWANIE

Prawie każda większa zmiana zadziewa
się spiralnie. Idziemy po spirali, zataczając
koła, i niekiedy dziwimy się, że po raz kolejny
widzimy te same drzewa i strumyki.

Bardzo łatwo wtedy wpaść w pułapkę
myślenia: Już tu byłem. A więc błądzę bez celu. 

A tymczasem jesteś wyżej. Patrzysz na las
z innej perspektywy. Rok temu widziałeś pnie,
dziś widzisz korony drzew, a za kilka lat
zobaczysz wierzchołki – taka perspektywa
z lotu ptaka.

Cokolwiek więc masz więc do zrobienia,
zrób to. Nie kombinuj, nie porównuj,
nie oceniaj.

Prawdziwa zamiana
zadziewa się w ciszy.

„Bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie”
Mahatma Gandhi

 

 

Nie podoba Ci się to, gdzie jesteś? Sprawdź, gdzie kierujesz uwagę

Pewnego dnia uczeń poprosił nauczyciela zen,
żeby napisał dla niego kaligraficznym pędzlem
„coś o wielkiej mądrości”.

Mistrz bez wahania sięgnął po pędzel i napisał:

UWAGA.

„To wszystko?” – zapytał zbity z tropu uczeń.

Mistrz bez słowa podniósł raz jeszcze pędzel
i napisał: UWAGA, UWAGA.

Student uznał, że nie jest to zbyt głębokie.
Zirytował się trochę i poskarżył mistrzowi,
że nie ma w tym zbytniej mądrości.

Mistrz raz jeszcze odpowiedział milczeniem
i napisał: UWAGA, UWAGA, UWAGA.

Sfrustrowany uczeń zażądał wyjaśnienia,
„Co ma znaczyć to słowo UWAGA?

Na co mistrz odpowiedział:
„UWAGA znaczy UWAGA”.


GDZIE TERAZ JESTEŚ?

Czy zdajesz sobie sprawę z tego, gdzie
podąża Twoja uwaga? Gdzie jesteś, idąc
na spacer? Czy aby na pewno na spacerze?

Co robisz, gdy koleżanka zwierza ci się
z emocjonalnym rozterek? Wiem, że
siedzisz naprzeciw i wiem, że na nią patrzysz.
Ale tak naprawdę, gdzie jesteś? Co robisz?

Zaczęłam zadawać sobie te pytania,
gdy spacerowałam po lesie, bo przez kilka
dni pod rząd minęłam swoje ulubione drzewo,
bez zatrzymania się i zwrócenia na niego uwagi.

Dopiero kilka metrów dalej zdałam sobie
sprawę że nie przywitałam się z moją brzózką.
Byłam tak zaaferowana wewnętrzną narracją,
że cały spacer odbywał się na autopilocie.

Kilka dni później jeszcze boleśniej uświadomiłam
sobie, że jestem nieuważna. Na gołe nogi
wylałam kubek wrzątku, nie wspominając
o innych drobnych rzeczach, które po sobie nastąpiły:

zgubione klucze,
kolejny stłuczony talerz,
przegapiona wizyta u okulisty.

„Gdzie jest twoja uwaga Kama?!”

ŻYCIE Z CHÓREM GRECKIM

Nie sądzisz, że to niezwykłe?
Dostaliśmy na chwilę życie. A wraz z nim
ciało, oddech i pięć sprawnych zmysłów.

A mimo to korzystamy z nich tak, jakby
były nam dane na zawsze. Przeżywamy dni i noce
nie żyjąc naprawdę, lecz wciąż wspominając
przeszłość lub tworząc plany na przyszłość.

Czy możesz przyznać uczciwie,
że jesteś świadomy?

„Jasne!” – odpowiesz.

„Jem świadomie,
dbam świadomie o ciało, jestem świadomy
własnych uczuć i emocji, dbam o świadome relacje..”

Wobec tego, wsłuchaj się.

Usiądź na chwilę w całkowitej ciszy i skupieniu.
I słuchaj. Co słyszysz?

Narratora?
Chór grecki?
Komentarze?
Analizy?
Pomysły?

„Gdybym tylko mógł/mogła.
Jutro zjem na obiad brokuły. Muszę zrobić
badania. Coś mnie kłuje w boku. Ciekawe, czy
mnie lubi. Ależ ona podle się zachowała.
Jestem zmęczona. Boję się.

To nie ma końca.

Więc, zapytam raz jeszcze.
Gdzie jesteś? Czy robisz faktycznie to,
co jest do zrobienia? Gdzie jest Twój oddech?
Gdzie są Twoje myśli. Gdzie jest Twoja UWAGA?

Richard Davidson i Matthieu Ricard, photo: samharris.org
Richard Davidson i Matthieu Ricard, photo: samharris.org

MAŁPI UMYSŁ

Neurobiolodzy nazywają tego zapracowanego
narratora „małpim umysłem”.

A więc umysłem niewyćwiczonym, niepotrafiącym
skupiać uwagi na jednej czynności tu i teraz.

Niewyćwiczony robi z nami co chce. A wszystko
ma początek już we wczesnym dzieciństwie.

Uczymy się matematyki i obsługi komputera
ale nikt nie mówi o prawdziwej uważności
opartej na współczuciu w stosunku
do siebie i do innych.

Zamiast tego karmi się nas złudzeniami i ucieczką
od rzeczywistości.

W animacje,
gry wideo
książki
czy filmy.

Dwóch badaczy: neurobiolog Richard Davidson,
oraz psycholog David Goleman udowodnili,
że dopóki nie zmienimy nawyków u podstaw,
dopóty żaden prawdziwy rozwój nie będzie możliwy.

Ich naukowe dzieło „Trwała przemiana”
książka poparta wynikami badań prowadzonymi
od połowy lat 70. przekonuje, że poprzez medytację
możemy zmieniać nasz mózg.

Wszystko dzięki jego neuroplastyczności.

NAUKOWE FAKTY

(Neuroplastyczność to zmiany zachodzące w
strukturze mózgu. Powstają na skutek
regularnych, codziennie powtarzanych ćwiczeń).

„Spędzamy długie godziny wchłaniając treści z ekranów
naszych cyfrowych urządzeń , albo wykonując wiele innych 
stosunkowo bezmyślnych czynności…. „

„Przez cały ten czas nasze neurony w odpowiednich
obszarach mózgu karnie się wzmacniają lub osłabiają.
Taka przypadkowa dieta umysłowa najprawdopodobniej
prowadzi do przypadkowych muskułów w umyśle”.

Zastosowana metafora nie jest tu przypadkowa.
XXI wiek to era kultu pięknych i zdrowych ciał.

W ciągu całego życia poświęcamy lata inwestując
czas i pieniądze w siłownię, jogging czy inne formy
aktywności, zapominając o tym, że nasz umysł
również potrzebuje zdrowej „diety” w postaci
ciszy, medytacji i uważnej przytomności.

Richard Davidson i Daniel Goleman
Richard Davidson i Daniel Goleman. Photo: Youtube

BADANIE W DOMOWYCH PIELESZACH

Medytacja nie jest mi obca.
Pierwsze kroki na ścieżce medytacji
stawałam już kilkanaście lat temu.

Ale dopiero po lekturze
„Trwałej przemiany” postanowiłam podejść
do niej w naukowy sposób – skupić się na MBSR
przez pełen miesiąc, że by zobaczyć (czy będą) efekty.

(MBSR – Mindfulness Based Stress Reduction –
praktyka uważności stworzona przez Jona Kabat-Zinna
i jednocześnie najbardziej przebadana metoda rozwijania
przytomności umysłu z dowodami naukowymi
popierającymi jej skuteczność).

Chciałam sprawdzić co się zmieni.

Pamiętam  jakie były moje
zachowania przed miesiącem
nieprzerwanej praktyki uważności
(2x dziennie po 30 minut).

Zobaczę więc, jak będę
reagować po miesiącu.

Goleman i Jenkins twierdzą, że choć trwała przemiana
zachodzi po tysiącach godzin spędzonych na medytacji,
to już 30 godzin zauważalnie zmienia mózg.

Dowód?

Badacze przeskanowali mózgi
osób niewyćwiczonych w praktyce – przed kursem
który obejmował 30 godzin praktyki  – i po niej.

To, co zauważyli dzięki fMRI było niezwykłe.

Ciało migdałowate, które zapala się zwykle na czerwono
w sytuacji zagrożeń, po praktyce było mniej podatne na stres
(mniej czerwieni w badanym obszarze mózgu).

Innymi słowy – brak dramatów w obliczu sytuacji,
które na co dzień wyzwalają w nas lęk.

Richard Davidson, Daniel Goleman i Jon Kabat-Zinn. Photo:tricycle.org
Richard Davidson, Daniel Goleman i Jon Kabat-Zinn. Photo: tricycle.org

SUBIEKTYWNE WNIOSKI

Niedługo minie miesiąc od czasu mojego postanowienia.
I wiecie co zauważyłam? Że tracę zainteresowanie
tym, co uważa się za ważne i niezbędne w XXI wieku.

Przestałam wchodzić na Facebooka.
Bo rozpraszał.
Bo za dużo,
za kolorowo,
zbyt wiele informacji.

Przestałam uprawiać tzw. „multitasking”.
Powiem nawet więcej-  żaden multitasking nie istnieje.
Nie jest możliwe uprawianie kilku czynności naraz
bez utraty prawdziwej uważności na wykonywanym zadaniu.

Rzadziej oglądam filmy, bo szkoda
mi czasu na cudze historie.

Stałam się też gorszym blogerem i
mniej  przebojowym pracownikiem.

Bo nie mam ochoty tak bardzo
pompować swojego ego.
Bo odpadły ze mnie ambicje.

Nie wrzucam już codziennie postów na tablicę,
przestałam publikować emocjonalne treści,
które i tak zdezaktualizują się pojutrze.

A mimo to (a może właśnie dlatego?)
czuję się znacznie lepiej. Opuściłam
rollercoaster i zeszłam na ziemię.

Jest mi spokojniej. Mam mniej planów.

Nie skupiam się tak bardzo na tym, co było.
A gdy przychodzi smutek czy lęk to prostu mówię:
Hej, jak się dziś masz?

Być może te wszystkie rzeczy, o których
piszę to efekt placebo albo zwykłe, subiektywne
odczucia nie mające nic wspólnego z rzeczywistością.

I tak zamierzam robić to dalej.

Pewnie stracę w ten sposób jakiś wypracowany
przez siebie status blogera/dziennikarza.

Nie będę tak często widoczna w sieci
i narażę się na zapomnienie.

W zasadzie to już zaczęło się dziać.

Przez ostatnie tygodnie mój fanpage
„odlubiło” kilkadziesiąt osób – bo na blogu była cisza.
Jestem gotowa ponieść tego konsekwencje.

Być może to jest właśnie ten moment, by zadać sobie
pytanie: co jest naprawdę w życiu ważne?

Gdzie chcesz, aby podążyła Twoja uwaga?

 

 

 

2019? To był rok Siostrzeństwa!

Nie jestem typem osoby, która hucznie
żegna stary rok. Wręcz przeciwnie.

Zostaję w domu w piżamie i
bez makijażu, w zupełnej ciszy.

Kontempluję nad tym, co odeszło i kim
się stałam. Jestem bliżej śmierci
i o rok bogatsza w doświadczenia.

Rok 2019 był bardzo mocnym czasem.
Tak jakby nagle zintensyfikowały się
wszystkie doświadczenia, którym
od lat mówiłam: „nie, dziękuję”.

To był rok:
siostrzeństwa
otwierania się
wychodzenia do ludzi
zdecydowanego rezygnowania
odważnego wchodzenia w nowe
mówienia NIE temu, co nie służy
mówienia TAK, gdy coś było ciekawe.

Niesamowite jest to, że wszystko przyśpieszyło,
a intencje wysłane w Kosmos nareszcie
przyniosły owocne rezultaty.

ROK OPUSZCZANIA SKORUPY

Zaczęło się już 31 grudnia 2018 r.
Mieszkałyśmy z Luną u koleżanki,
spakowane w siedem małych kartonów.

W ciągu ostatniego półrocza
przeprowadziłyśmy się już trzeci raz.
Byłam zmęczona i tęskniłam za miejscem,
w którym nareszcie mogłabym zapuścić korzenie.

23 przeprowadzki w ciągu 33 lat?
Ok. Póki co mi wystarczy.

Tak się szczęśliwie złożyło, że w ostatni
dzień 2018 roku pojechałam
obejrzeć kawalerkę pod lasem w Sopocie.

Mieszkanie miało wszystko, czego chciałam:
drewnianą podłogę, okna wychodzące na
południe, mały balkonik, osobną kuchnię i…
wielki las za oknem. A na parapecie stał Budda.

Dzień później, 1 stycznia 2019 roku
z duszą na ramieniu jechałam pociągiem z kwotą
5 tysięcy złotych w kieszeni na podpisanie
umowy przedwstępnej.  A potem wszystko nabrało tempa.

Tak jakby przeprowadzka do Sopotu nagle
otworzyła mi setkę nowych drzwi. Przez każde
z nich do mojego życia zaczęły wchodzić Kobiety.

Trzydziestoletnie, czterdziestoletnie,
młode podlotki, Staruchy i Wiedźmy.
Wszystkie po to, by czegoś mnie nauczyć.

Intencja wysłana pół roku wcześniej, że
nie wejdę w żaden związek póki nie dopuszczę
do siebie kobiecości, nareszcie zaowocowała.

received_891147744592991

KOBIETY

W marcu pojawiłam się na pierwszym
Kręgu Kobiet, gdzie poznałam trzynaście absolutnie
inspirujących dziewczyn w różnym wieku.

Z niektórymi, po dziewięciu miesiącach
częstego kontaktu jestem bardzo blisko zżyta.

Potem pojawiły się kolejne Kręgi, a wraz z nimi
warsztaty rękodzieła, koncerty, tańce, kino,
śpiewanie i granie na instrumentach.

Pojawił się mężczyzna, na chwilę.

Bo chciałam sprawdzić, czy jestem w stanie
coś poczuć. Ostatecznie zobaczyłam w tym
cenną lekcję zaufania do siebie.

Zamiast pójść za tym, co analizowała głowa,
(Co ci szkodzi? Fajnie będzie!)
poszłam za tym, co mówiło serce.
(Nie ten czas, nie ten człowiek).

Latem wybrałam się w Tarnowskie Góry,
do miejsca, w których spędziłam pięć dni
w towarzystwie sześćdziesięciu Kobiet.

To tam poznałam Jagodę.

Jagoda, lat 52, wyzwolona matka dorosłych synów,
nauczycielka seksu tantrycznego, terapeutka
i studentka seksuologii.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, pomyślałam:
„Taka chcę być za 20 lat”. I choć mieszkamy w zupełnie
różnych rejonach Polski, to kontakt mamy do dziś.

Myślę, że pojawiła się, by pokazać mi
blokady na poziomie seksu. To jedyna
kobieta, z którą mogę godzinami rozmawiać
o seksie bez wstydu. Jagoda pokazuje mi
rzeczy z innej, bo dojrzałej perspektywy.

Mówi: Boisz się? Dobrze, ale rób,
eksperymentuj, sprawdzaj! Zobacz
kim jesteś!

PRZEMIJANIE

Nieco wcześniej zmarła moja babcia,
mama mojej mamy.

Noszę po niej drugie imię, choroby,
tendencję do zajadania smutków,
zazdrość i dziwny, nieco stłumiony
stosunek do kobiecości i seksu.

Kiedy dowiedziałam się o jej śmierci,
zrobiłam jej rytuał pożegnania, i choć
nie jestem katoliczką pojechałam na pogrzeb,
bo czułam, że to ważny czas.

Weszłam do kaplicy z otwartą trumną i śpiewałam z wiejską
wspólnotą żałobne pieśni. Wcześniej nigdy tego nie robiłam.
Bałam się widoku śmierci. Pewnie dlatego, że i samego życia
się bałam. A przecież śmierć to transformacja i nauka pokory.

Czuję, że podczas ostatnich miesięcy wiele
uzdrowiłam z tego, co babcia miała poblokowane.

Tak jak jej mama. I mama jej mamy. I pewnie jeszcze
kilka żeńskich pokoleń wstecz.

Czy uda mi się uzdrowić wszystko
w trakcie jednego życia? Nie wiem.

Pojawienie się Jagody było znakiem, że czas rozkruszyć
przestarzałe schematy i żyć w zgodzie z sercem.

czapielsk

NATURALNY PRZEPŁYW

Moje ciało coraz bardziej otwierało się na uczucia.
Przestałam hamować ich naturalny przepływ.

I choć przeszłość wciąż łapała mnie za chabety,
to życie, które chciało się przejawić taranowało
wszystkie trudne blokady.

W tym czasie odeszło sporo ludzi.

Bo „jestem dziwna”, „bo pomieszana”,
„bo nie wiem o co mi w życiu chodzi”,
„bo wciąż szukam, a ile można szukać”?

Szukać można całe życie.
A jeśli twierdzisz, że znalazłeś
to … cóż. Co dalej?

Przyszło uzdrowienie na poziomie ciała,
powrócił apetyt. Nie tylko na jedzenie, ale
na relacje i doświadczanie. To był rok odwagi.

Zobaczyłam, że potrafię o siebie zadbać.
Zarobić, ogarnąć, załatwić, poprosić o
pomoc i samej pomóc innej osobie.

Mam też jedną nową zasadę, która brzmi:
„Nie mam czasu, dla ludzi, którzy nie mają czasu”.

Znasz to?

Piszesz to wieloletniej znajomej,
i pytasz o spotkanie, a ona mimo
zapewnień jak ważna jesteś wciąż
odpowiada: „Innym razem. Nie mam czasu”.

Nie pytam trzeci raz.
Może Ty nie masz na to czasu,
ale ja nie mam przestrzeni
na wieczne odmowy. I dobrze mi z tym.

AAALAAA

TYSIĄC UCZUĆ WE MNIE I … ZGODA

Czuję się żywa jak nigdy.
Jestem zaskoczona ile mam gniewu,
i pozwalam mu zarobić trochę pieniędzy.
Tulę smutek a niepokój ogarniam uważnością.

Jest też we mnie zazdrość,
moja wielka nauczycielka, która
mówi o niespełnionych potrzebach.

Jest i radość, która zabiera mnie
na tańce. Jest ciekawość z którą odkrywam
nowe lądy. Są chęci i marzenia, rozbite talerze
i wycie w bólu do księżyca i utraty tchu.

Właśnie tak wyobrażałam sobie
prawdziwe życie. Bez hamowania. Bez stawiania
niepotrzebnych blokad. Z całkowitą akceptacją.

Obejmuję więc dziś swoją życzliwą uwagą
wszystko, co jest we mnie. I te niechciane części
i te kochane scalam w jedno, bym mogła
być tym, kim  w istocie byłam od zawsze.

Nie muszę się nikim stawać.
Jestem kompletna. Ktoś twierdzi
inaczej? To nie mój problem.

Życzę Wam kochani ODWAGI do bycia
sobą. Przygarnijcie to, co
brzydkie i lepkie.

Wyrażam wdzięczność:
dla Matki Ziemi, że mnie niosła,
dla wszystkich Kobiet z mojego rodu,
które były i wciąż są wielkimi nauczycielkami.

Dziękuję tym, które odeszły
i tym, które przyszły:

Magdzie, za bezinteresowną miłość.
Monie, za inspirację.
Ani za wrażliwość.
Adzie za dzikość.
Jagodzie za bezwstydność.
Oli za widzenie.
Marzenie za chichranie się w lesie.
Uli za łagodność.
Monice za pamięć.
Asi za ciepło i serdeczność.
Agacie za Zamknięty Krąg.

I oczywiście mojej najdroższej psiej
przyjaciółce, Lunie, która pozwala mi
spełniać moje matczyne zapędy
i przyjmuje miłość bezwarunkowo.

KOCHAJCIE, WSPIERAJCIE SIĘ,
BĄDŹCIE POŻYTECZNI. NIECH
WSZECHŚWIAT WAS ROZPIESZCZA
W KAŻDYM DNIU 2020 ROKU.

Wojowniczki są zmęczone

Zdałam sobie ostatnio sprawę z tego, że
moją najsilniejszą emocją z którą borykam
się obecnie wcale nie jest Smutek. Ani Lęk.
Choć przecież w życiu towarzyszyły mi stale.

Teraz przede wszystkim
odczuwam Gniew.

Od roku jestem z nim w jakiejś
dziwnej, bardzo toksycznej relacji.

Próbuję go zrozumieć, dać mu czas i miejsce
na komunikację, wyciszyć go, uspokoić, ukołysać.

I faktycznie, bywa że Gniew cichnie.

Na dwadzieścia minut medytacji.
Podczas głębokiego snu, czy na urlopie.
A potem wraca i zagarnia całą przestrzeń.

Zauważyłam, że zakumplował się
z niebezpieczną dziewczyną, która
po kryjomu pali szlugi i
bije wszystkich po mordzie.

Na imię jej Zazdrość.

Obserwuję ich często z niepokojem,
trochę jak matka zbuntowanych nastolatków,
którzy lada chwila trafią do poprawczaka.

Bo robią totalną demolkę.

Krzyczą na ludzi. Rozbijają talerze.
Dowalają znajomym, a każda ich
odpowiedź przepełniona jest gorzkim
i bolesnym sarkazmem.

Razem są tak pełni energii,
że przestrzeń wokół nich
niebezpiecznie wibruje.

Tak wygląda mój wewnętrzny świat. 

Jakaż była wielka ulga, gdy
podzieliłam się z przyjacielem refleksją,
że moje życie to…

(jeśli nie masz ukończonych 18 lat
przerwij czytanie w tym momencie!)

…”Jazda na wiecznym wkurwie”.

Poczułam ulgę i zrozumienie, bo odparł,
że ma tak samo.

Że pracuje po 12 godzin na dobę.
Jest cały tydzień w rozjazdach,
a gdy wchodzi do domu to nie ma
nawet przestrzeni, by napalić w kominku.

Bo musi pracować. A gdy nie musi,
to przecież trzeba myśleć o pracy.

A więc nie jestem jedyna.

Przehandlowałam czas za worek pieniędzy.
Oddałam czas, by mieć na rachunki, na chleb
ratę kredytu hipotecznego
i bilet komunikacji miejskiej.

Przede wszystkim jednak
oddałam spokój umysłu.

Charakter pracy wymaga ode mnie
bycia „na czasie”, wiecznie on-line.

Moje życie to opowieść o „przebodźcowaniu”.

O godzinie 20. padam na twarz, a ze zmęczenia
chce mi się płakać. Najtrudniejsze
jest to, że przebodźcowanie wpływa na hormony
i zaburza wydzielanie melatoniny.

U osób wysoko  wrażliwych
bywa zabójcą radości i głębokiej fazy snu,
która jest ostatnim ratunkiem dla zmęczonych zmysłów.

Do tego dochodzą codzienne
obowiązki oraz poczucie, że przecież
trzeba zdrowo żyć bo zabije nas rak.

Trzeba samemu gotować,
ćwiczyć, mieć płaski brzuch, pójść do
fryzjera bo „zadbaj w końcu o siebie dziewczyno”.

No i relacje. Same się o siebie nie zatroszczą.
A to przecież trzeba do kogoś zadzwonić,
wysłuchać, poradzić, tam odwiedzić, kogoś zaprosić.
Przecież wszyscy tak robią i jakoś żyją, prawda?

Ale ja to nie wszyscy. I czuję Gniew. 

Z jednej strony Gniew pomaga mi wszystko
udźwignąć – to potężna energia,
która przenosi góry.

Gniew to energia Wojny.

Biegnę przed  siebie, wyciągam miecz z pochwy
i napieram na przeciwników, zanim mnie zabiją.
Bo przecież albo zabijasz, albo giniesz.

Ale, gdy wojna się kończy,
gdy nadchodzi weekend, urlop,
święta, czy chwila spokoju to pojawia
się wyrwa, niczym wielka dziura po eksplozji.

Jedyne, co mogę wtedy robić
to leżeć w całkowitej ciszy.
Właśnie tak, bardzo często
spędzam weekendy.

Off-line. Koc. Książka.
I leśne spacery z psem.

Ale w poniedziałek znów się zaczyna.

Nie daj boże w tym okresie natknę
na szczęśliwego i spełnionego człowieka,
„który podąża własną drogą”.

Wtedy bardzo blisko mi do Zazdrości.
Gdy widzę koleżanki, które mogą pozwolić sobie
na bycie matkami, żonami, artystkami – żyjąc w wolny
i swobodny sposób, to po prostu wybucham.

Bo utrzymuje je mąż.
Bo dostały spadek.
Bo dostały po babci mieszkanie.
Bo pracują z domu.
Bo żyją z masaży.
Bo malują obrazy
Bo dostały podwyżkę.
Bo szef je ceni.

A we mnie wtedy wzbiera na burzę.

To chwila, żeby się wycofać, bo  potrafię
być niemiła i przesiąknięta jadem do szpiku kości.

Wyśmiewam, że są zależne, za mało odważne,
za mało dzielne, że konformistki, że wszystkie
waleczne kobiety przewracają się w grobie…
bo trzeba więcej, szybciej, mocniej…

a w głowie myśl: dlaczego do chuja
ja tak nie mam?

Owszem, bywam dumna, że jestem Wojowniczką.

Patrzę w lustro i mówię:
niezła z Ciebie Amazonka!

wojjow

Ale Artemida jest zmęczona.

Moja Amazonka chciałaby wyskoczyć z tego ciężkiego
rynsztunku i w końcu poczuć się lekko i bezpiecznie.

Nie musieć walczyć.

Być może kobiety, które poświęciły życie
na walkę o równouprawnienie teraz mnie
przeklną…

… ale patrzę z zazdrością na kobiety,
które mieszkają z rodziną na wsi i tworzą biżuterię.
Albo wychowują dzieci, gotują posiłki a w wolnych
chwilach piszą wysublimowaną poezję lub dzienniki.

Że mogą chodzić z psami po lesie, a
potem wracać do pracowni i malować na szkle.

I żeby nie było, że wspieram patriarchat.
Ani mi to w głowie!

Cofam się w pamięci raczej o kilka lat wstecz
i widzę kobiety-matrony.

Niezwykłe kobiety, które po prostu mogły
być kochankami, boginiami, matkami,
babciami, córkami, siostrami i własnie za to były cenione.

Bo miały w sobie pradawną mądrość.
Intuicję i wiedzę pochodzącą
z żywego doświadczenia. Były jak
królowe, nie mniej ważne od króla.

Mogły zajmować się rodziną,
hodowaniem ziół, tkaniem albo pilnowaniem
domowego ogniska. I nikt nie umniejszał ich roli.

Tak. Fantastyczne jest to, że mamy
szereg możliwości.

Że możemy przebierać w ofertach pracy
i chodzić z jednej rekrutacji na drugą.

Że same kupujemy sobie mieszkania,
robimy prawo jazdy, podróżujemy i troszczymy
się o rzeczy, które kiedyś były dzielone na całą wspólnotę.

Że same sobie jesteśmy żoną i mężem
ojcem, bratem, matką i siostrą i zamiast
jednej roli mamy ich setki jeśli nie tysiące.

Teraz wszystko robimy same.
I najgorsze jest to, że dajemy radę.

Z podziwem i szacunkiem spoglądam na
kobiety, które są zarówno matkami jak i
osobami na etacie. Co tam moje narzekania,
spójrzcie na nie – jak dają radę. Dają, bo muszą.

Ale prawda jest taka, że Wojowniczki są zmęczone.

Ja jestem zmęczona. Nawet nie tyle, że
zmęczona co wyczerpana, a będzie gorzej.
Po przecież nie młodnieję, a robię starsza.

Czy jest możliwe opuścić ten ciemny
labirynt w którym utknęliśmy?

Chciałabym wierzyć w happy-end i zakończenia rodem
z bajki. Ale życie takie jest. Pytanie brzmi- jak
ukochać to, w czym przyszło mi żyć, jeśli na
zmianę już za późno? Moja odpowiedź na dziś…

Nie wiem.

(Bezbronne) boginie w każdej kobiecie

Kiedy po raz pierwszy otwierałam książkę
Jean Shinody Bolen „Boginie w każdej kobiecie”
nie sądziłam, że rozdziały o bezbronnych boginiach
jakkolwiek mnie poruszą.

W końcu nie jestem zależna od kogokolwiek.

A jednak. Podróż z jedną z nich
zrobiła na mnie ogromne wrażenie
i sprawiła, że odnalazłam w sobie jakości,
których wcześniej dość skutecznie się wypierałam.

Dziś przedstawię Wam moją perspektywę
na boginie zależne/bezbronne. A więc
takie, których osią przewodnią życia
jest relacja z drugim człowiekiem.

Są to: Hera, Demeter i Persefona.

Nie sądźcie jednak, że określenie
„bezbronne” sprawia, że to typ słabych kobietek.

Owszem, są bezbronne, ale wobec
własnych emocji, które bywają silniejsze
niż zdrowy rozsądek i trzeźwe myślenie.

Zazdrość i przywiązanie
mają władzę nad Herą.

Bezwarunkowa miłość, potrzeba troski
i tęsknota to domena Demeter.

A lęk, niepewność, introwertyzm i skrytość
to cechy jej córki, Persefony.

BOGINI HERA

20191205_102956

Często na spacerach z Luną spotykamy
znajomych, którzy mają sympatyczną suczkę.
Zaskoczyło mnie, że dali jej na imię Hera.
Coś mi nie pasowało. Bo ten miły border-collie
jest uosobieniem ciepła i łagodności.

Zupełnie inaczej niż Hera.

Z tą boginią zawsze miałam negatywne
skojarzenia. Bo to zazdrośnica. Kobieta
niebezpieczna i mściwa.

Ona nigdy nie przebiera w środkach, jeśli jej związkowi
zagraża inna kobieta. Gotowa jest posunąć
się do wszystkiego, żeby pozbyć się rywalki.

Hera to archetyp żony. To kobieta, dla
której sensem życia jest pełnienie roli
oddanej i zjawiskowej u boku również
reprezentatywnego partnera.

Może mieć dzieci, ale nie musi.

Macierzyństwo bowiem nie jest
dla niej tak istotne jak instytucja małżeństwa,
która sama w sobie jest największą nagrodą.

To przecież jej tożsamość.

To kobieta, która gdy mówi „ja”, zawsze
myśli „my”. Ja i mój mąż. Podejmę decyzję,
gdy poznam opinię męża.

Na swojej drodze spotkałam kilka Her.
Przerażały mnie. Przerażało mnie ich zaślepienie
i absolutna koncentracja na mężczyźnie. Tak jakby
bez mężczyzny u boku nagle miały stać się przezroczyste.

Miałam na studiach kilka koleżanek
o tym archetypie. Ich największym marzeniem
było „dobrze wyjść za mąż” aby zostać ozdobą jakiegoś
zaradnego, przystojnego mężczyzny.

Kochały bajki i filmy romantyczne
z happy-endem. A gdy chłopak im się
oświadczył, przedstawiały ten fakt,
jakby właśnie weszły na Mount Everest.

Młode Hery zawsze były dobrymi
koleżankami pod warunkiem, że obok
nich nie siedział partner.

A jeśli siedział, to nagle z przyjaciółek wchodziły
w rolę rywalek. Przylepiały się do partnera niczym
bluszcz, jednocześnie nie spuszczając
oka z potencjalnych zagrożeń.

Kiedy myślę o Herze współcześnie,
to widzę przede wszystkim Nancy Reagan,
żonę dawnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Czy wiecie, że rozpoczynała karierę jako
utalentowana aktorka, ale rzuciła to,
by pełnić funkcję małżonki
znanego człowieka?

Kiedy o tym myślę, to pojawia się
we mnie jakiś smutek – wrażenie
niezrealizowanego ludzkiego potencjału.

Bo przecież, gdy uzależniamy swoją wartość
od drugiej osoby, to tak jakbyśmy budowały zamek
na mokrym piasku. Wystarczy jedna większa fala,
by zmyła budowaną przez lata tożsamość.

BOGINI DEMETER

20191122_102824

Już na samą myśl o niej robi
mi się miło, miękko i łagodnie.

To Kobieta Matka, która kocha dzieci
i ma potrzebę opiekowania się innymi.

Nie tylko o swoimi dziećmi, ale również cudzymi
– wszystkimi istotami, które potrzebują
otwartego serca, życzliwości i miłości.

Gdy ją sobie wyobrażam to widzę Matkę Ziemię.

Gaję. Bogini Płodności. Naturę. Żyzną glebę.
Kobietę o pełnych kształtach, grubych włosach
w długiej, kwiecistej sukience.

Demeter to kobieta świadoma
cykliczności, zwierząt, roślin, ludzi i ziemi.

Jest boginią, która wie, że zarówno
narodziny i śmierć, jak i wzrost oraz stagnacja
to zawsze dwie strony jednej monety.

To kobieta-bodhisattwa, a więc
ta, która przede wszystkim dba
o cudze potrzeby.

Kocha bezbronne istoty, bo dawanie jest
jej naturalnym przymiotem.
Kobieta-schronienie i kobieta-dom.

Sprawdza się w zawodach opiekunki,
przedszkolanki, nauczycielki,
pielęgniarki czy zastępczej matki adopcyjnej.

Bo Demeter bez innych usycha.
To żywicielka i piastunka.

Nasza kultura przedstawia ją jako Matkę-Polkę,
której wszyscy wchodzą na głowę. Ale czy na pewno?

Moim zdaniem polski model Demeter, który
wyrósł na patriarchalnym gruncie
jest skrajnym i przejaskrawionym mitem.
Przede wszystkim jest daleki od prawdy.

Dla mnie Demeter jest silną kobietą.

Widzę w niej wszystkie żywioły, ale
przede wszystkim stabilność, mądrość i moc ziemi.

Demeter to kobieta przemiany, której nic
co ludzkie nie jest  obce. Wie, że to co
przyszło musi także odejść, dlatego akceptuje
młodość jak i starość.

Mitologia przedstawia ją  jako matkę,
która traci zmysły z tęsknoty za porwaną córką.

A że jest kapłanką przyrody to
i ona wpada w rozpacz.

Pola przestają dawać plony, ziemia wysycha,
drzewa obumierają i nie rodzą owoców.

Mnie jednak bardziej zaciekawiło to,
co wydarzyło się później
– po okresie matczynej żałoby.

Bo przecież przyszedł moment przełomowy.

Demeter po uznaniu, że wylała z  siebie wszystkie
łzy postanowiła  wrócić do życia.

A że życie dla niej to troska o innych,
zatrudniła się w pałacu  Keleosa i
Metanejry, do opieki nad ich dzieckiem.

W ten sposób umożliwiła swoim
naturalnym właściwościom znów się
przejawić, a matczynej energii płynąć swobodnie.

Bardzo mi do niej blisko.

Kiedy rozglądam się po moich
koleżankach, to widzę jak wiele jest
ich w moim życiu – kobiet Demeter.

Ciepłych, serdecznych, empatycznych,
wrażliwych i otaczających uwagą.

Takich, które nie odwrócą wzroku, gdy zobaczą
chorobę i brzydotę. To kobiety o mocnych nogach.
Dobrze ukorzenione i twardo stąpające po ziemi.

Gdy myślę o współczesnych kobietach Demeter,
to widzę:

Annę Dymną,
Emily Watson
Edytę Pazurę,
czy Danutę Wałęsę.

Nie ma ich zbyt wiele w show-biznesie,
bo to przecież nie ich bajka.

Mimo to robią rzeczy głośne i wielkie. Tworzą
fundacje, zbierają pieniądze na schroniska,
organizują akcje pomocowe i gale charytatywne.

Te kobiety są jak cicha przestrzeń.

Niejednokrotnie robią więcej niż
inni, ale świat o nich zapomina – bo
nie dopominają się o nagrody czy oklaski.

Wystarczy im czyjś życzliwy uśmiech
i poczucie, że są pożyteczne.

BOGINI PERSEFONA

20191207_160709

Archetyp córki, zależnej dziewczyny,
córeczka mamusi. Grzeczna, podporządkowana,
która godzi się na wszystko, co akurat przychodzi.

Bardzo często prosto spod bezpiecznych skrzydeł
matki wpada pod skrzydła męża, który pragnie
mieć ugodową i posłuszną małżonkę.

Żaden z mitycznych archetypów
nie wzbudził we mnie tylu sprzecznych
uczuć i … obrzydzenia, co ten.

Jednocześnie też zdałam sobie sprawę, że
skoro tak silnie reaguję na jakąś postać, to
nie mam innego wyjścia, jak tylko bliżej się jej
przyjrzeć.

Bo skoro „coś” budzi odrazę, to znaczy, że
zostało zepchnięte do cienia, wyparte.

Persefona nie jest czarno-białym
archetypem. Spójrzmy na mit.

Niewinna dziewczyna
zostaje uprowadzona do Hadesu, a
więc świata śmierci, mroku i podziemi.

Kojarzy mi się to z naturalnym cyklem
kobiety, która przynajmniej kilka razy w życiu
udaje się na psychiczne, ale bardzo żyzne dno.

Hades to chwilowe wycofanie się z
życia i relacji.

To schowanie się w półmroku,
aby przetrawić coś ważnego i
doświadczyć duchowej transcendencji.

To medytacja. Introspekcja.
Potrzeba izolacji i samotność.

Hades to również świat wrażliwców,
i tych, którzy pełnią rolę medium – pośrednika
między życiem a śmiercią, między ciemnością
a światłem, między duchem a materią.

Znam te stany jak nikt.

Bo będąc jedynakiem, wielkim wrażliwcem
i introwertykiem w wybitnie ekstrawertycznej
rodzinie ucieczki do Hadesu były moim jedynym
sposobem na przetrwanie.

Niczym Alicja uciekałam w mityczny świat
Krainy Czarów, by znaleźć przyjaciół.

Jak Piotruś Pan wymyślałam sobie
dobre wróżki, skrzaty i duszki, by mieć
w kimś oparcie. By uciec od szarej rzeczywistości.

Więc dziś widzę Persefonę trochę inaczej
niż przedstawia ją mitologia. To bogini
introspekcji i intuicyjnej mądrości.

To kobieta, która ma dostęp do stanów,
które dla ludzi dostępne są tylko
po psychodelikach albo hipnozie.

Ale żeby nie było tak kolorowo.

Bo skoro Persefona nie potrafi o siebie zadbać
w zewnętrznym świecie, to znaczy, że bywa
wykorzystywana przez manipulatorów.

Łatwo ją oszukać, bo sama chętnie
zakrywa oczy zasłoną iluzji.

I dlatego bywa wykorzystywana. Wybiera
niewłaściwego partnera, niewłaściwą pracę
i nie dostrzega fałszu, który dla innych jest
widoczny na pierwszy rzut oka.

Persefona kocha fantazję.

A gdy wejdzie w nią za bardzo, może już
nie wrócić do rzeczywistości.

Dlatego mawia się, że to typ kobiet, które
doświadczają psychoz, neuroz
i głębokich stanów depresji.

Bo Hades to również smutek, lęk,
brzydota i spowolnienie. A więc
wszystko to, od czego normalny
człowiek odwraca oczy.

Gdy myślę o słynnych Persefonach
to widzę artystki:

Sylvię Plath,
Virginię Woolf
czy Marilyn Monroe (która, choć medialnie
przedstawiana jako Afrodyta, była dla mnie
istnym ucieleśnieniem mitu o Persefonie).

Jak Ty to widzisz Kobieto?
Czy utożsamiasz się z którąś z bogiń?
Czy odnajdujesz cechy wspólne?

Często, jeśli nie wiemy którą boginią jesteśmy,
wystarczy spojrzeć na otoczenie. Czego jest
dużo? Jakimi ludźmi się otaczasz?
Co przychodzi ci łatwo? Jak spędzasz czas?
Co Cię niepokoi, a co daje siłę?

W kolejnym poście opiszę ostatnie boginie.
Będą to boginie alchemiczne: Afrodyta i Hekate.