Opowieści z moich bioder

„Wsłuchaj się w swoją Beyonce.
I w serce.” – Usłyszałam na koniec
sobotnich zajęć jogi.

Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że
nauczycielka wcale nie powiedziała „BEYONCE”,
a „BIJĄCE” – bijące serce.

Kiedy to sobie uświadomiłam,
uśmiechnęłam się pod nosem, by
po chwili przyznać, że jednak chodziło
o Beyonce.

Może nie tyle prowadzącej zajęcia,
ale mi – a szczególnie moim biodrom,
które od tygodnia domagały się uwagi.

Biodra wołały – wsłuchaj się w swoją
Beyonce, znajdź swoją Beyonce.

A więc zaakceptują kobiecość,
nie walcz z krągłościami,
nie neguj posiadania bioder.

Zadbaj o nie, bo są kruche i
mieszka w nich cały świat.

Psychologowie, którzy pracują w nurtach
takich jak POP czy Gestalt nie negują ciała.

Wręcz  przeciwnie, wiążą je z resztą człowieka
twierdząc, że wszystkie emocje mieszkają w brzuchu
i to z niego biorą początek.

Moje doświadczenie podpowiada mi,
że emocje mogą mieszkać wszędzie, bo
przecież lubią podróżować w zależności
od tego, gdzie akurat podąża świadomość.
Lub gdzie powinna powędrować.

Moja upatrzyła sobie biodra.
Miejsce, którego się wstydziłam,
przez lata.

Zwykle wyglądało to tak:

Jako nastolatka pakowałam się
w bojówki – bezkształtne, workowate spodnie,
żeby tylko zakryć te miejsca, które odróżniały
mnie od prostych jak brzoza chłopców.

Potem, gdy miałam już 20-kilka lat
i pierwsze miłosne uniesienia za sobą,
wciąż się chowałam – zwykle pod
tunikami i swetrami, które kończyły
się poniżej linii bioder.

Nawet teraz, z podziwem patrzę na młode
dziewczyny i starsze kobiety, które beztrosko
odsłaniają właśnie ten element kobiecego ciała.

Zakładają spodnie z wysokim stanem,
które uwypuklają boczki. Ubierają
rozkloszowane spódnice, które biodra
optycznie powiększają.

Nie wiem, czy robią to w sposób
analityczny i przemyślny, czy
raczej intuicyjny, ale myślę, że
cechuje je jakaś wewnętrzna zgoda
na własną kobiecość i odrębność.

Podoba mi się to. Podziwiam.
I trochę zazdroszczę.

Bo moje biodra zwykle służyły do
przemieszczania mnie z jednego
miejsca w drugie. No i często zawadzały.

Dopiero na jodze zaczęłam baczniej
je obserwować i czuć, mimo że wcale
tego nie chciałam. Zmusiły mnie bólem.

Warto wtrącić, że biodra nie powinny boleć.
Jeśli bolą, to coś jest zdecydowanie nie tak.

Oczywiście, nie chodzi o to, by walczyć
z bólem. Skoro jest ból, to jest i bólu
przyczyna. Teraz należy sprawdzić,
o co dokładnie chodzi.

20181221_084005

U mnie przyczyną byłą przesada.
Znów to sobie robiłam.

Byłam swoim kierownikiem,
policjantem i sędzią. Narzucałam sobie
ostry reżim, by stać się doskonała w tym co
robię.

Bo przecież brak doskonałości będzie
oznaczać mizerność, słabość i kruchość.
Czytaj: Bycie przegranym,  gorszym.

Każdego dnia więc robiłam długie i wyczerpujące
pozycje Virabhadrasany  i Parvsakonasany,
(tej pierwszej, o ironio, polską nazwą jest
„Wojownik”), które jeśli nie są wykonywane
z szacunkiem dla własnych granic mogą
przyprawić o kontuzję. Lub ból.

Czyli znów – przemoc zamiast miłości.
Przesada zamiast umiaru.
Perfekcjonizm zamiast radości.

Ciało jest mądre. Jest o wiele bardziej
mądrzejsze i bliższe prawdy niż nasz umysł
i myśli o naszym ciele. Ciało bardzo często mówi STOP.
My natomiast odpowiadamy: ja ci jeszcze pokażę!

Gdzie tu miłość? Gdzie szacunek?
Gdzie życzliwość i współczucie?
Zatrzymałam się. Fizycznie i mentalnie.

Biodra powiedziały STOP, a jednocześnie
skierowały nań moją uwagę. Oto, po
raz pierwszy w życiu zaczęłam gadać
ze swoimi biodrami. Zadaję im pytania
i uważnie nasłuchuję, czego im potrzeba.

Masuję je, głaskam
i czule otulam kocem.

Po raz pierwszy wklepuję w nie balsam
życzliwie, a nie po macoszemu, bo przecież trzeba.

20181221_083943

Dziś je narysowałam.

Kupiłam pastele i papier o dużej gęstości.
Zaparzyłam imbryk truskawkowej herbaty
i zaczęłam słuchać.

Nie uchem, ale sercem.

Powędrowałam do bioder
i przeskanowałam je wyobraźnią „od stóp do głów”.

Po czym wzięłam kredki i zaczęłam rysować,
Bez analiz, bez „wypada” i „muszę”.
W ruch poszedł fiolet, błękit i róż.
Pojawiły się owale i kanciastość.

Bo to nie była jedna opowieść bioder, a wiele.

Dziś obrazek stoi
w centralnym miejscu
w moim małym pokoju.

Spoglądam na niego co chwilę
i jestem pełna podziwu. Nie dla
własnego talentu, bo jeśli chodzi
o rysowanie, to bogowie zapomnieli
o tym darze.

Jestem pełna podziwu dla bioder.
Że przez całe życie ze mną, miały w sobie
tyle opowieści, kwiatów, zwierząt, słońc
gwiazd i korzeni.

A ja nigdy wcześniej
nie chciałam ich usłyszeć.
Nigdy tak naprawdę nie poświęciłam
im choćby minuty miłości.

Do niedawna.

Wiecie co się stało?
Biodra przestały boleć.

Teraz ból przesunął się w kierunku pachwin.
Tak jakby wysłuchana część ciała odpuściła,
a teraz przyszedł czas na kolejną.

I będzie to trwało dopóty, dopóki
nie zrozumiem, że jestem całością.
Że mieszkam i w biodrach
i w brzuchu i w karku i małym palcu stopy.

I że jednocześnie mieszka w nich
Wszechświat.

Moje biodra są pełne Beyonce.
Pachwiny są muzyką Beyonce.
I kark.
I barki
I dłonie
mają opowieści na niejedną
wielowątkową bajkę.

 

Reklamy

2 myśli w temacie “Opowieści z moich bioder”

    1. Zgadzam się z Tobą. A przecież wystarczy akceptacja tego, jaki jestem, jaka jestem. Nawet jeśli mamy pełno (faktycznych czy urojonych) wad, warto pokochać ten „współczujący bałagan” 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s