Archiwa tagu: featured

And again…

-To co? Dziś kolejna przeprowadzka?
Pyta mnie mój kolega z redakcji.
-Która to już? Szósta? – dopytuje.

Liczba, którą mu podałam sprawiła,
że zaniemówił.

-Jak to: DWUDZIESTA TRZECIA???

Tak. Dwadzieścia trzy.
Dokładnie tyle razy przeprowadzałam się
w swoim krótkim, bo zaledwie 33-letnim życiu.

Dużo? Tak, ja też myślę, że dużo.
A najzabawniejsze jest to, że jedną z
moich głównych wartości jest stabilność.

Uważam się za domatora. Lubię wrastać
korzeniami w miejsce, do którego czuję silne
przywiązanie.

A jednak – Wszechświat daje
coś zgoła odmiennego.

Brak stabilności, wieczne zmiany,
ruch i chaos, niepewność.

Może wie lepiej, czego mi potrzeba?
Może przy osadniczym trybie życia
zapomniałabym po co jestem i jaki jest mój sens?

Może bym zgnuśniała w dobrobycie
powielając styl życia milionów ludzi na świecie:

kupowałabym rzeczy, których nie potrzebuję i na
które mnie nie stać, by wywrzeć wrażenie, na tych
za którymi nie przepadam…? Kto wie…

20180929_113341

Cuda zdarzają się wtedy, gdy odpuszczam.
Gdy mówię na głos: UFAM CI.

UFAM CI
Wszechświecie.
Kosmosie.
Energio.
Losie.
Czymkolwiek jesteś.

Przyjmę co mi dasz,
pogodzę się z tym, co odbierzesz.

I choć to pięknie brzmi, a słowa
rodzą się bezwysiłkowo, to
praktyka przychodzi z trudem.

Ale jednak – zdarza się.
Są momenty, gdy naprawdę ufam i
poddaję sie strumieniowi życia,
akceptując wszystko, bo nie mam już sił
walczyć ani się sprzeciwiać.

Tak jak dwa tygodnie temu,
gdy mokłam w deszczu czekając na
pociąg, wiedząc że muszę natychmiast
się wyprowadzić choć nie mam dokąd.

Mieszkanie, które miałam kupić
okazało się bublem, a tymczasowy pobyt u koleżanki
zmienił się w trudną lekcję przetrwania.

I właśnie wtedy zadzwonił telefon –
jakiś nieznany numer.

-Halo?
-Kamila? Cześć! Tu Malwina. Chcesz u mnie mieszkać?
-Ale jak to? Skąd…?
-Jakoś mi się obiło o uszy, że szukasz…
-Malwinka, ja mam dużego psa…
-Wspaniale, bardzo lubię psy 🙂 To, co?
-Od kiedy?
-Od końca września? Pasuje?
-Noooo…!
-Świetnie. Dostaniecie wielki pokój
z balkonem i z oknami wychodzącymi na wschód.
jesteśmy umówione! To pa!

20180929_073913

Nie mogłam w to uwierzyć.
Bo Malwina to koleżanka, którą
zawsze chciałam lepiej poznać.

Inspirowało mnie to, że jeździ do Indii i do Katmandu
i przywozi stamtąd masę historii, których można słuchać
godzinami przy kubku herbaty. Ale zawsze brakowało
nam czasu, okazji, przestrzeni…

Często powtarzałam w duchu: jak fajnie byłoby ją
bliżej poznać. No i proszę. Jest potrzeba,
Wszechświat działa i daje prezenty w czasie,
który jest właściwy. I jak nie ufać? Jak wciąż wątpić?

Prawda jest taka, że lubimy walczyć
i szamotać się z życiem, bo tak nas nauczono.
Zewsząd zalewają nas slogany pseudocoachów i
„PożalSięBożeAutorytetów”, że życie polega
na ciągłej walce.

Walcz, zdobywaj, osiągaj.
Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!

A ja mam inną filozofię, której
kluczem jest prostota: pokochaj to, co masz
i zaakceptuj, to czego nie lubisz.

Przede wszystkim zadbaj o wnętrze.
Bo jeśli wnętrze będzie zdrowe, to
zewnętrzny świat zacznie rezonować z każdą
pojedynczą komórką w Twoim ciele oraz narratorem
w umyśle. Przede wszystkim kochaj i bądź wdzięczny.

Prawda jest taka, że mamy wiele.
Mamy życie, ciało, sprawny mózg,
dach nad głową, przejrzysty umysł,
świadomość, i słońce na niebie.

Tak naprawdę nie ma potrzeby
osiągania czegokolwiek. Bo mamy
wszystko, czego nam potrzeba.

Dokładnie teraz, dokładnie tutaj.
Dostosowane do nas samych ❤

 

Reklamy

Punkt „zero”

Punkt „zero” – tak nazwałam moment życia
w którym jestem. Czyli czas zawieszenia.

Etap w którym nie ma niczego, prócz zmian.
Przeszłość odeszła, a przyszłości jeszcze nie ma.

Uświadomiłam sobie, że nie mogę dłużej żyć tak,
jak żyłam – to nie działało.

Nie wiem jeszcze w jakim kierunku pójdę. Nie wiem,
co będzie. Ani kim jestem, ani czego chcę.

Punkt „zero” – ani po, ani przed. Czas pustki.
Ciszy. Zawieszenia. Przepaści. Niewiedzy.
Braku tożsamości.

Jeszcze niedawno panikowałam.
No bo jak to? Nie wiedzieć – nic?
Czy to zdrowe? Czy to bezpieczne?

Im dłużej zastanawiałam się kim jestem
i czego chcę od życia, tym czułam większe
pomieszanie. Bo zewsząd przychodziła
jedna odpowiedź: nie wiem.

Codziennie muszę podejmować
mnóstwo decyzji, a na tyle
głowy mam decyzję o kupnie
mieszkania. Ale jak podejmować
decyzje, kiedy nie wie się nic o sobie?

Nie. Wstrzymam się. Pozwolę sobie
nie wiedzieć. Po prostu być.

Ale samo bycie jest trudne. Czasami
zapełniałam pustkę tym, co miałam
pod ręką. Ale im więcej rzeczy, ludzi
i zjawisk tym dziura była większa.

Bo to nie byłam ja.

W końcu jeden przyjaciel powiedział:
Kama, daj spokój. Nie szukaj.
Pobądź w tym trochę. Niech pustka
stanie się prawdziwą pustką, a jeśli
dojdziesz do przepaści, skocz.

I tyle. To była odpowiedź, którą w głębi duszy
przeczuwałam, ale której nie chciałam znać.

20180830_204932

Bo to oznacza ZAAKCEPTOWAĆ niewiedzę o sobie.
Może wiem, kim byłam, ale nie wiem kim jestem.
Bo tamta Kamila odeszła, a nowa jest… no właśnie…
Jaka?

Dziś patrząc w lustro widzę dziewczynę,
która nie wie nic, ale czuje bardzo.

Zamiast pustki staram się widzieć potencjał.
Jestem niezapisana kartką papieru. Czy
powinnam ją zapisać na już?
Nie. Nic nie muszę.

Niech to się wydarzy samo.

Będę doświadczać, co ma być doświadczone.
Będę czuć emocje, które w sobie mam.
Naturalnie, bez zapełniania duszy
mentalnymi fast foodami.

Dziś po raz pierwszy od roku byłam na jodze,
żeby sprawdzić, jaką mam z nią relację.
Medytuję codziennie – testuję jak się
czuję na poduszce. Nawet one są w mojej
„szarej strefie”, bo nie wiem czy je lubię.

Bałam się punktu „zero” jak cholera.
Bałam się tej ciszy, niewiedzy i braku
tożsamości. Teraz widzę w nim potencjał.
To krótka chwila przed narodzeniem.

Jest ciemno, cicho, delikatnie, ale skurcze
wypychają ku światłu. Każdy poród boli,
a życie bywa niebezpieczne. Nie zatrzymam
już tego, bo pustka nie trwa wiecznie. Otrzymam
nowe imię i nowe życie. W swoim czasie.

A teraz… po prostu trwam 🙂

 

Szukając sensu w życiu pełnym zmian

Oto luksusowy problem współczesnego człowieka,
który żyje w świecie pokoju i pełnej lodówki – gdzie
i za ile kupić mieszkanie?

Czy wybrać klitkę w centrum miasta,
czy większe ale dalej?

Pytanie ważne, bo przecież w perspektywie jest
30-letnie spłacanie kredytu i powracanie wciąż
w to samo miejsce.

Niekiedy po trudnym dniu, będę chciała
schować się przed ulicznym zgiełkiem,
a niekiedy głośno roześmiać z głębokiej
wdzięczności do mądrości życia.

I Lunie musi też przypasować .
Bo przecież nie kupuję mieszkania
tylko dla siebie, ale dla nas.

Więc najlepiej żeby nieopodal był las i wiewiórki.
I żeby dom miał balkon lub taras.

Choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystko można mieć.
Koniec końców wygra to, co da więcej plusów.
A najważniejsza i tak jest
przestrzeń i energia miejsca.

Bo przecież każde lokum ma własną duszę.
Ktoś w nim zostawił emocje,
ktoś przeżył historię, a ta wpisała się w ściany,
wypełniła drewnianą podłogę i puste szafy.

Póki co żyjemy z Luną na uchodźstwie.
Życie się pokomplikowało, prawdopodobnie
po to, by ostatecznie mogło się uprościć.

20180831_101302

Musiałyśmy opuścić mieszkanie,
w którym spędziłyśmy prawie dwa lata.

Dla Luny to był jedyny dom po schronisku
jaki poznała. Więc teraz – gdy żyjemy w cudzym
domu, przygarnięte przez łaskawą koleżankę, Luna
się martwi. Bo przecież jest obco, nieswojo, inaczej.

I pewnie jej niepokój wynika też z mojego niepokoju.
Czuje, że „pańcia” jest poddenerwowana bardziej niż zawsze.

I „pani” czasem wychodzi nie wiadomo dokąd, zostawiając na
parę godzin w tej dziwnej obczyźnie, po której chodzą
nieznane człowieki.

Ale jednocześnie też widzę, że dajemy sobie siłę
i odważnie wkraczamy w tę życiową zmianę.

Dla niej jestem silniejsza – bo teraz tylko ja
za nią odpowiadam. Ona oddaje mi całe serce,
bo instynktownie czuje, że jest jedyną istotą z
którą teraz żyję, a więc i jedynym towarzyszem.

20180902_143649

Dziś zabrałam ją na oglądanie mieszkania,
żeby poznać jej zdanie. Śmiało przekroczyła
próg domu i zaczęła się rozglądać.

A potem idąc za moim przykładem – wyjrzała przez okno,
sprawdzając nasłonecznienie (a pomogła sobie
stając na dwóch łapkach, ku uciesze
pośredniczki nieruchomości).

Spojrzałam na jej mordkę. Widzę, że się
uśmiecha -Ładne? – pytam, a ona merda
ogonkiem. -Czy okna od wschodu ci
odpowiadają? – i nie widzę sprzeciwu.

I nic w tym dziwnego, bo przecież psy
nie lubią południowego skwaru.
Dobrze. A więc postanowione? Czekamy
jeszcze na podpowiedź Wszechświata.

Wystawiłyśmy swe intuicyjne anteny
i teraz czekamy na znaki. Co ma być,
to będzie. Uczymy się ufać i brać, co
życie daje i uelastyczniać umysły.

Jednego jestem pewna. Cokolwiek
się wydarzy będzie dla nas dobre.
Bo Wszechświat zawsze sprzyja wierzącym 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

+

Niewygodna prawda jest zawsze bezcenna

Czy wiesz, co to znaczy żyć w prawdzie?
Ja myślałam, że wiem. Przynajmniej
tak mi się wydawało.

Ciało jednak twierdziło inaczej.
Bo gdy odcinasz się od uczuć, i
nie przyznajesz się do prawdy,
to wiedz, że ciało z pewnością ci ją pokaże.

Jak?

Na różne sposoby: chorobą.
Wiecznym zmęczeniem.
Bólem.
Odrętwieniem.

I będzie robić to dopóki, dopóty nie spojrzysz w lustro
i nie przyznasz. Ok, myliłam się.
Rozminęłam się z prawdą.

Bardzo łatwo jest nam być trzema małpkami,
które nie chcą widzieć, nie chcą słyszeć, a na
pewno już o tym nie dyskutują.

Bo przecież prawda jest niewygodna. Bywa odkryciem
smutnej rzeczywistości o nas. Jest totalną nagością.

Jeśli decydujesz się żyć w prawdzie, na nic
ci filtry w Instagramie i na nic tylko ładne
zdjęcia na Facebooku. Że niby zawsze
promieniejesz i jesteś pełny wigoru.

Uśmiech nie schodzi z twarzy,
sukces goni sukces, a już na pewno
nie przeklinasz. Jest dobrze. Hej! Jest OK!

Myślę, że większość ludzkich kryzysów
bierze się z życia w kłamstwie.

Udajemy przed partnerami i uśmiechamy do szefa,
twierdząc, że nic nas nie uwiera.

Aż w którymś momencie tama puszcza
i rzeka zatapia całe krainy, które tak
skrzętnie budowałeś przez lata. I wiesz co?

To dobrze! Tak ma być! To pierwszy
krok do uzdrowienia.

Zdrowie zawsze
zaczyna się od prawdy.

Od przyznania: czuję wewnętrzną
martwotę. Zgorzknienie. Jestem wypalona.
Boję się. Każdego dnia coraz bardziej.
Nikogo nie lubię. Wszyscy mnie wkurwiają.
Jestem samotna i od roku cierpię na bezsenność.

Tak. To wtedy pęka tama i zalewa
świat łzami. Bo między słowami
powiedziałeś o wiele więcej.

Że nie lubisz siebie.

Że nigdy tak naprawdę z sobą nie byłeś.
Że zawsze uciekałeś, gdy było trudno.
Że nie chce ci się zawalczyć o siebie.
Że nie żyłeś własnymi priorytetami.

Że siebie porzuciłeś. Gdzieś dawno
temu, na jednej z wielu dróg.

Więc teraz trzeba na chwilę przystać.
Poodychać. I wrócić. Do siebie i
jednocześnie z sobą u boku.

Pogadać. Zaprzyjaźnić się. Zadbać o siebie.
A przede wszystkim być całkowicie szczerym
i autentycznym.

Jakiś czas temu zaczęłam tę drogę.
A życie wybrało ją za mnie.

Tak długo kłamałam i udawałam, aż ciało się wycofało
odrętwiałe do strefy letargu.

A z odrętwiałym i zimnym jak sopel
człowiekiem nie sposób dłużej żyć.

Ileż to razy obwiniałam się za to, że
próbowałam być szczera. Że przyznałam
się do niepewności lub niewiedzy.

Ileż to razy wahałam się, czy mogę odsłonić
własną skórę, mówiąc: jestem zależna,
bywam słaba, wrażliwa…

Ale nagle dostałam od losu fantastyczną
szansę na spotkanie siebie. I na uzdrowienie.

Zaczęłam żyć w prawdzie. Nie uśmiecham się,
gdy mi nie do śmiechu. Nie jem, czego nie lubię,
nie mówię tego, czego w duszy nie myślę.

Bywam okrutna. Bo klnę jak szewc i mówię
wprost co widzę. Czasem odmawiam, bo mi
się nie chce. Ale czasem się zmuszam, bo
intuicyjnie widzę w tym rozwój.

Kiedy ktoś mnie pyta o zdanie, potrafię powiedzieć:
nie czuję tego, nie widzę w tym potencjału.

Czy mogę kogoś zranić? Jasne. Ale przecież
nie przedstawiam faktów, tylko to, co czuję.
A swoich uczuć nie wyprę. Robiłam to zawsze.

Więc teraz się uczę spoczywać w prawdzie.
W niewygodnej, czasem niemiłej, brzydkiej
i odpychającej.

Bo jeśli jesteś w stanie wytrzymać:
samotność, lęk, gniew i własne pomieszanie,
to w końcu odejdą. Ale mniej groźne, bo
przerobione na zrozumienie.

Za każdym gniewem kryje się coś większego.
Za każdą ucieczką stoi twój wielki jak góra lęk.
Lub pamięć o lęku. Lub niezrealizowana potrzeba,
wycofana do strefy cienia. W końcu i nasi partnerzy
stają się lustrem tak jaskrawym, że uciekamy.

Tak. Dobrze myślisz. Dziś twierdzę, że
niemal każda choroba i niepokój
bierze się z życia w kłamstwie.

Kłamstwo natomiast dzieli cię na pół.
A wtedy własna integracja jest niemożliwa.
Uciekasz od siebie i przestajesz mieć ze
sobą kontakt. Bo przecież kłamca zawsze
ucieka a śledczy kluczy i szuka po omacku.

Wróć do siebie. Pokochaj się. Nawiąż więź.
Brzmi sztampowo? No pewnie. Miłość własna
to największa życiowa sztampa. Ale jeśli jej
nie doświadczyłeś, minąłeś się z życiem.

Gdy odpuszczasz, dzieją się cuda

Pisałam już, że kocham piec i gotować, prawda?
Tak. Na pewno pisałam. Z tysiąc razy, więc
pewnie pisanie o tym po raz enty wydaje się nudne.

Dziś więc podejdę do czynności kulinarnych z lupą,
jak naukowiec, który bada nieznane rośliny.

Otóż odkryłam, że pieczenie może być nie tylko
fantastyczną terapią ale również miernikiem
emocji.

Czy zwróciliście kiedyś uwagę na to, że
w zależności od tego, jakie emocje
towarzyszą podczas pracy w kuchni,
to one zawsze przekładają się na efekt końcowy?

Zaskakująco często ciasto „które zawsze wychodzi”
okazuje się zakalcem.

A potrawa, którą kochają wszyscy
nagle się zważyła/nie wyrosła
/jest za słona/ za sucha/za mokra.

Przypadek? Nie sądzę. Już kilka lat temu
przeprowadzono badania na grupie chętnych,
którzy mieli komunikować się z roślinami.

W jednej grupie osoby, które podlewały kwiaty
wodą miały je głaskać i mówić komplementy.

Druga grupa miała natomiast
krzyczeć, przeklinać i „obrażać” rośliny,
podlewając wodą w tej samej ilości.

Co się okazało? Że kwiaty, na które
krzyczano, zwiędły, lub nie wyrosły.

Te natomiast, które były traktowane
z szacunkiem i miłością, rozwijały się szybciej
i były odporne na ataki szkodników.

20180728_104119 (1)

Tak samo jest z ludźmi. I tak samo
jest wypiekami. I z każdą inną czynnością,
której poświęcamy uwagę.

Jeśli robimy to z miłością, jest wielce prawdopodobne, że
przyniesie owocne rezultaty. Jeśli coś robimy
pod górę, z przymusem i niechęcią… Cóż…

Sami skazujemy się na rolę mitycznego
Syzyfa, który mizernie toczy głaz na szczyt.
Bez celu przecież, bo i tak się stoczy.

Piszę o tym nie tylko w kontekście
wypieków. Ale akurat teraz jest to dla mnie
zauważalne. Po prostu wszystko mi wychodzi!

I ciasto jest pyszne jak nigdy (a niczego nie zmieniałam).
I bezmleczny jogurt chia smakował tak, że
pół dnia samą siebie chwaliłam. A lody wegańskie!
Najlepsze jakie kiedykolwiek jedliśmy!

Ach! A muffiny orzechowe? Cała blaszka
poszła na raz, bo były tak pulchne, słodkie
i miękkie! Zaczęłam więc myśleć: taki mam
talent, czy po prostu dobry czas?

A może… A może to jednak emocje?
Eureka! Faktycznie.

To co się zmieniło – to kontrola.
Odpuściłam.

Przestałam na chwilę szukać mieszkania.
Czułam się bezsilna z myślą, że jestem za
biedna na duże przestrzenie, a wszystko
w okolicach centrum przekracza moje
skromne możliwości.

Za dużo było siłowania,
kombinowania, analizowania.

Skąd wziąć pieniądze? Jak dorobić?
Czy kupić 23 metry, w których się nie
pomieszczę, czy może 27 metrów, ale
koniecznych do remontu?

I że przecież muszę już, natychmiast, bo we wrześniu
nie mamy z Luną gdzie mieszkać!

Brak kontroli wywoływał panikę,
a panika siała zbyt destrukcyjne emocje.
Przede wszystkim lęk. Próbowałam na siłę
wycisnąć z przestrzeni coś,  czego ona sama
dać nie chciała, lub nie mogła.

Odpuściłam. Pieprzę to. Coś się
znajdzie. Ktoś nas przygarnie. Lub
ktoś coś odstąpi.

Albo mieszkanie samo nas znajdzie.
A raczej nie mieszkanie, tylko DOM.

Miejsce, gdzie włożymy serce, bo będzie oazą,
w której schronimy się przed
zgiełkiem miasta i pędem głośnych ulic.

20180721_150351

Może będzie blisko lasu. Może będzie miało taras lub balkon.
Może będzie duża kuchnia. A może  będzie mała, ale
sympatyczna i pełna słońca? Odpuszczam.

Niech będzie najlepiej – tak jak ma być.
Niech będzie taki dom, żeby nam
sprzyjał. Żeby nas kochał.

Żeby zachęcał gości do wpadania,
i żeby mnie motywował do medytacji.

Żeby dawał ukojenie, dobry sen
i energię do radosnego działania i przekuwania talentów
w energię, która nakarmi serce.
Nie tylko moje, ale też innych.

Odpuszczam. DOM się znajdzie. Sam. Tak.
Naprawdę w to wierzę.

DOM pojawi się w odpowiedzi na emocje i myśli.
Tak jak czasem pojawia się drugi człowiek. Tak jak przypływają
pieniądze. Tak jak przychodzą odpowiedzi na ważne pytania.

Emocje się uspokoiły. Kontrola odeszła.
Pojawiły się wypieki. Pulchne, wysokie,
miękkie i smaczne. Lepsze niż w najdroższej
restauracji.

A wraz z wypiekami pojawiły się
Kobiety. Dzwonią, piszą, pukają do drzwi.

I co ciekawe, w ogóle nie prosiłam, by
wpadły. Odłożyłam na bok telefon.
Po prostu piekłam, śpiewając pod nosem.

Jest potrzeba, są więc odpowiedzi.
Są wypieki, ktoś musi je chcieć zjeść 🙂
Tak samo będzie z DOMEM. Pojawi się,
gdy będziemy gotowe. Gdy emocje i myśli
będą puchate, dobre i lekkostrawne.

Każdy pies wie, co czujesz

Zawsze zastanawia mnie jak to możliwe,
że psy wyczuwają emocje i nastroje.

To chyba najbardziej empatyczne i
wrażliwe istoty pod słońcem, choć
same tego nie wiedzą.

Luna wyczuwa w domu stres
i lęk. I sama zaczyna się bać.

Popiskuje, jest niespokojna,
leży w jednym miejscu, a za chwilę
idzie w kolejne. Leży parę minut i
znów idzie w kolejne. Jest niewygodnie.
Niestabilnie, nerwowo.

20180707_201407

Ma podkulony ogon i cały czas
wkłada pyszczek pod dłoń,
żeby dostać parę głasków.

I to jest niesamowite.

Bo na poziomie werbalnym
nie wie co się dzieje, ale na
poziomie emocjonalnym doskonale
wyczuwa, że w powietrzu wisi zmiana.

A zmiany nigdy nie należały do przyjemnych.

Była oddawana z jednej rodziny do
drugiej, aż w końcu ktoś ją wyrzucił
na ulicę i błąkała się dopóki ktoś nie
podrzucił jej do gdańskiego schroniska.

I dlatego się boi. Bo zmiana
kojarzy się z brakiem stabilności, utratą tego, co
dobre, ciepłe i przyjemne. Utratą człowieka.

Teraz też będzie zmiana. Zmiana
mieszkania, zmiana otoczenia, zmiana
w konfiguracji domowej. I Luna czuje, że
pani się boi. I że pan się boi. I że całe
mieszkanie przesiąknęło wonią strachu.

Psi nos jest niesamowity. On zawsze wie lepiej.
Przytulam ją, głaszczę, całuję po
główce i mówię, że wszystko będzie dobrze.

Ale przecież psiak czuje zapach mojego lęku.
O ile człowieka potrafię oszukać uśmiechem,
o tyle pies, nie da się zwieść.

Tak samo było na kursie medytacyjnym,
na którym spędziłam kilka ostatnich dni.

I choć wydawać by się mogło, że taki kurs
będzie sprzyjał wyciszeniu, to jednak wśród
4- tys. tłumu człowiek mierzy się z najtrudniejszymi
emocjami. A samotność najbardziej boli w tłumie.

20180709_081521

I kiedy tak przechadzałam się przez pole
biwakowe szukając jakiejkolwiek
życzliwej duszy, która będzie chciała wspólnie
pomilczeć, lub pochodzić, nie znajdywałam
nikogo, kto miałby na to ochotę.

Chodziłam więc bez celu z chęcią, by
wsiąść w najbliższy autobus do Gdańska
i uciec. Aż spotkałam dwa buddyjskie psiaki –
włochatych mieszkańców dworku, w którym
odbywają się kursy.

I choć podczas kursu mieszkają w zagrodzie,
to życzliwe dzieciaki wyprowadzają je na spacer.

Gdy zobaczyłam, jak siedzą w czwórkę na trawie:
dwa psy i dwójka dwunastolatków, przysiadłam się
do nich.

– Czy można parę terapeutycznych głasków? – zapytałam.
-No pewnie – uśmiechnęły się dzieci. -Można głaskać
do woli.

Przez te parę minut tarmoszenia ciepłej, miękkiej
sierści i patrzenia w oczy dwóm usmiechniętym
mordkom, wróciłam do życia.

Podniosła mi się energia,
emocje się uspokoiły, neurozy osłabły. I te dwa obce
psiaki musiały wiedzieć, że potrzebuję właśnie tego,
bo same pchały się pod moją dłoń i ocierały o brzuch.

Psy wiedzą. Zawsze. Ale inaczej niż ludzie.
Nie racjonalnie czy logicznie. Psy czują, bo
mają kontakt z własnymi instynktami, ufają
swojemu ciału i jego sygnałom, a dzięki temu,
że nie analizują wychwytują informacje z przestrzeni.

Tak samo Luna. Choć każdego wieczora kładzie się pod łóżko,
gdy ja układam się do snu, to teraz wskakuje obok mnie
i kładzie pyszczekna moją szyję.

Tak jakby zapewniała – będzie
dobrze. Poradzimy sobie.
Ja będę przy tobie.

20180716_170410

Nowe początki

Ile razy możemy zaczynać od nowa?
Tyle razy, ile chcemy.

To cytat z filmu „Drugi Hotel Marigold”.
wypowiedziany przez jedną z głównych
bohaterek, osiemdziesięcioletnią Evelyn Greenslade.

I choć to tylko ckliwa komedia, to jednak
słowa zapadły mi głęboko w pamięć.
Powtarzam je sobie – przed snem i o poranku,
jako odpowiedź na tysiąc pytań.

Bo czy to dobrze, że znów
zaczynam od nowa?

Że wracam do tego, co już było, że wracam na
„start” i znów wyruszam w drogę, ale teraz
w przeciwnym kierunku?

Czy to dobrze, że wysiadam z pociągu, którym
jechałam przez ostatnie lata, i decyduję się
iść pieszo i zakurzyć buty? A przy tym i zmoknąć
i zapłakać i zmierzyć się z samotnością? Wierzę, że
to rozwój. Że każdy nowy początek jest szansą nauki.

Okazją do lepszego poznania siebie. Mocnych
i słabych stron. Do poznania, co w duszy gra.

To kolejna okazja (może ostatnia),
by w końcu żyć własnym życiem:
legendą, która świadczy o tym kim
jesteś i w co wierzysz. To czas, by
pozwolić własnym wartościom przemówić.

Nie jest łatwo. Bo nowe początki są
przecież końcem czegoś. Pojawia się
strach. Niepewność. Obawy. Czy sobie
poradzę. Czy udźwignę. Czy polubię.

To, co słabe nagle wypływa na wierzch.

Wszystkie demony, które niegdyś
chowałam głęboko w sercu, nagle
wkładają trampki i rozbiegają się
na cztery strony mojego umysłu.

Najwyraźniej tak ma być.

Czeka mnie przeprowadzka.
Choć mieszkania na razie brak.
I pieniędzy na nowe mieszkanie brak,
bo w naszej pięknej Polsce wynajem
kosztuje więcej niż wynosi wypłata.

Najwyraźniej tak ma być.
Może mam zaufać. A może
mam zawalczyć?

Może to czas, by wydobyć amazonkę, którą
spychałam do szafy, by siedziała
cicho. Nie chciała. Wyszła, zawalczyła
i teraz masz babo placek. Radź se.

Kombinuj. Walcz. Poprzez akceptację.
Zacznij żyć. I kochać. Przede wszystkim
siebie. A dopiero potem innych ludzi.
A przede wszystkim naucz się samotności,
zamiast wciąż od niej uciekać. W książki,
filmy, spotkania które niczego nie wnoszą.

Oddychaj. Jon Kabat Zinn mówi, że
póki oddychasz, póty jest dobrze.
Bo przecież żyjesz.

Jeden, dwa, trzy, cztery oddechy.

A wraz z oddechem przychodzi akceptacja.
O dziwo, jest spokojnie. Bez paniki,
bez dramatów i spazmów. Jest jak jest.
I to jak jest, jest właściwe i dobre.

Pięć, sześć, siedem, osiem.

Po prostu siadam i oddycham.
Liczenie oddechów zamienia się
w medytację, a medytacja staje się
przestrzenią w której zaczynam się
otwierać i zaprzyjaźniać, z tą od
której zawsze uciekałam w popłochu.

Nagle widzę, że to idealny czas, by znów pisać.
Otworzyć stary, zaplamiony kawą zeszyt i
włożyć do niego wymyślone historie.

A między pracą, spacerami z psem i medytacją,
zacząć piec ciasta i gotować nowe dania.
Bo to zawsze uspokaja. Stoję przy kuchennym
blacie i rozrabiam ciasto.

Bez słów, bez myśli, po prostu jestem:
i ciastem, i dłońmi, które
je robią, jestem zapachem drożdży i
ciepłem piekarnika, i pomysłem na ciasto.

A potem stoi te dwanaście muffinek, ciasto
z owocami, grochówka w garnku i nie ma
kto tego zjeść. Masz babo placek. Dosłownie.

Chyba zaproszę znajomych.
Zrobię zdjęcie zastawionego stołu i wyślę
do wszystkich. Kto chce, niech wpada. Nie
będę mówić, będę milczeć i słuchać cudzych
historii. Na swoją jeszcze nie jestem gotowa.

Dopiero się piecze i nabiera rumieńców.
Sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie.