Archiwa tagu: featured

Zapach lata, truskawki i pełnia szczęścia

Mimo, że jest dopiero początek czerwca
wszystko pachnie mi latem.

Mieszkanie w którym żyję,
drewniana podłoga i moje ciuchy.
Nawet Luna zaczęła ze spaceru
przynosić zapach skoszonych traw,
suchej ziemi i ciepłej kory drzew.

Wszystko przesiąkło wonią lata.
Płodności i szczęścia. Dobrobytu,
wędrówki i dziecięcej przygody.

Słońce zamieszkało we włosach i
wynajęło skórę barwiąc ją na brąz. A na
ramionach pojawiły się piegi. Jedyna pamiątka
po piegach na nosie, gdy byłam chudym podrostkiem.

Pewnie dlatego  naszła mnie ochota na truskawki.
Najlepiej na ciepło. Tak, żeby zapach lata
uzupełnić o aromat, bez którego lato jest niepełne.
I wcale nie chodzi o zwykłe owoce. Ale o TE owoce.

TE, które są babcią. Jej kompotem, jej
biszkoptem z truskawkami, chłodną owocową
galaretką i konfiturami do herbaty. Wakacjami u babci.

20180602_114224

Wstałam więc skoro świt. Otworzyłam drzwi
na taras, by wpuścić poranek do do mieszkania, i wciąż
będąc w piżamie zaczęłam robić ciasto.

Bez miksera, bez żadnych brzęczących wynalazków, by
nie przeszkadzać tej słodkiej ciszy.

Wyjęłam z lodówki jogurt, jajka, masło. Oskubałam
truskawki ciesząc się tym, że pobrudziłam dłonie.

I kiedy tak stałam przy kuchennym stole
poczułam się pełna od nadmiaru.

Słońce. Sobota. Luna na kanapie.
Cisza. Ptak za oknem. Chłodny wietrzyk,
który oplata bose stopy.

W tej jednej chwili, gdy mieszałam
ciasto starą drewnianą łyżką poczułam,
się … szczęśliwa, spokojna, spełniona.

Tak zwyczajnie. Bez fajerwerków. Bez hurra optymizmu
i tańca. Poczułam falę wdzięczności. I zgodę.
Całkowitą akceptację. Za to gdzie jestem, co robię,
co mam, a czego nie mam.

I zdałam sobie sprawę, jest to stan, którego
ostatnio często doświadczam. Przyszło zdziwienie.
Bo takie uczucia są mi obce.

Czy to zasługa słońca? A może przyszło
z całkowicie innej strony? Z wnętrza…?

20180529_082612

Odkąd zrezygnowałam ze słowa „muszę”,
odkąd zaczęłam sobie wybaczać ( a jest co!),
odkąd zaczęłam sobie pozwalać, przeżywać,
doświadczać, szukać ale też smakować, to
co jest – radość zaczęła pojawiać się spontanicznie.

Czasem przychodzi, czasem odejdzie.
Podobnie jak smutek, gniew i pożądanie.

A jednak bywa częstym gościem, bo
przestałam ją hamować i przestałam prosić.
Już nie wpływam na to czy jest. I nawet nie chcę.
Nie gonię za szczęściem. Wysiadłam z pociągu
o nazwie „sto przystanków do szczęścia”.

Idę na piechotę.

Po prostu pozwalam rzeczom i zjawiskom
się wydarzać. Podobnie jak emocjom,
którym bliżej do wiatru niż do gliny,
którą można dowolnie ukształtować.

Siedzę przy drewnianym stole,
spoglądam za okno, wdycham zapach
lata i zajadam ciasto truskawkowe czując,
że jest dokładnie tak jak ma być. Spokój.

Czyż może być lepiej?

 

 

Reklamy

„Sucho-mokre”.Ciasto jogurtowe z borówkami

-Tylko pamiętaj o cieście!- krzyknęłam
wychodząc do pracy. -Punktualnie o 13.00.
I nie wyjmuj! Niech dojdzie w cieple!

-Tak jest pani kierowniczko- zasalutował
Michał, czym zawsze doprowadza mnie
do szału. Bo żadna ze mnie kierowniczka.

Po prostu mam małego bzika na punkcie
własnych wypieków. Zwłaszcza nowych,
które są moim kulinarnym debiutem.

Lubię raz na jakiś czas zrobić w kuchni
coś innego. Coś czego nie znam,
czego będę musiała się nauczyć, lub
dodać szczyptę własnej inicjatywy.

A że w tym roku kocham borówki
(co roku mój organizm składa zapotrzebowanie
na zupełnie inne owoce), to postanowiłam
znaleźć taki przepis, by móc je wykorzystać.

Szukając w internecie inspiracji natknęłam się,
na „ciasto jogurtowe”. Eureka! Banalnie proste,
i można je modyfikować według własnego uznania.

Bo przecież wystarczy tylko trzymać się
podstawowych składników, a „górę”
dopracować samemu. Ja położyłam na
wierzch borówki i posypałam kruszonką,
wyjętą z zamrażalnika. Ciasto wyszło idealne.

Co nie oznacza, że proste przepisy zawsze
wychodzą. Tyleż razy mnie zaskakiwały
zakalcem, co i pysznym smakiem, gdy
jednak wyrosły.

-No i co? Wyszło?- esemesuję do Michała.
-Wyszło – krótko odpisał.
-A coś więcej???
-Pyszne jest.
-Ale jaka konsystencja?
-Tzn.?
-Mokre czy suche?
-Hmm. Suchomokre raczej.
-Pokaż zdjęcie!
-Jak kierownik rozkaże!

Michał przysłał zdjęcie pulchnego
placka z borówkami. Lecz dopiero, gdy
wróciłam do domu i nałożyłam sobie
na talerz musiałam przyznać mu rację.

To ciasto faktycznie jest „suchomokre”.
Zdecydowanie mniej suche niż tradycyjna
babka, i jednocześnie mniej mokre niż sernik.
Takie trochę pomiędzy. Chyba zatrudnię Michała
do wymyślania nazw na moje potrawy. A będę
mu płacić… ciastem oczywiście! Poniżej przepis.

20180524_113451

Ciasto jogurtowe z borówkami:

Składniki:
1 kubek 200 ml jogurtu naturalnego
3 kubki mąki
1 kubek cukru trzcinowego/ksylitolu
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 kubek oleju roślinnego
3 jajka
250 gram umytych i osuszonych borówek

Uwaga! Tu zamiast szklanki używamy
umytego i suchego kubeczka po 200 ml jogurcie.

Składniki na kruszonkę:
50 gram masła, 1/3 szklanki cukru
1/3 szklanki mąki

Przygotowanie:

Najpierw zajmij się kruszonką. Twarde masło,
cukier puder i mąkę połącz rękoma i tak długo
ucieraj żeby powstała konsystencja „mokrego
piasku”. Jeżeli uważasz, że jest zbyt mokre, dodaj
mąki. Przesyp do woreczka i włóż do zamrażalki
na 20-25 minut. W tym czasie zajmij się resztą.

Ciasto: Wszystkie składniki powinny być w temp.
pokojowej

Będą potrzebne dwie miski. Do pierwszej
przełóż jogurt, dodaj jajka i olej,
dobrze wymieszaj aż konsystencja będzie jednolita.
Nie używaj miksera. Polecam mieszać drewnianą łyżką.

Do drugiej miski przesiej mąkę z proszkiem i
cukrem zmiksowanym na puder. Następnie suche
składniki podziel na 3 części i dodawaj każdą część
osobno do masy jogurtowej mieszając tak, by nie było
grudek. Ciasto powinno być gęste. Na wierzch ciasta
wyłóż borówki, gęsto- jedna przy drugiej. A teraz posyp
całość zmrożoną kruszonką. Wstaw do
piekarnika na 40 minut. Piekarnik ustaw
na 180 stopni. Po wyłączeniu nie otwieraj.
Pozostaw w cieple przez 5-10 minut.

20180525_112957

Życie na opak. Czyli co ma wspólnego ciasto z ochotą na życie

W moim domu ciasto jest codziennie.
Bo to, że pieczenie mnie odpręża, to jedno.
Ja kocham jeść ciasta! Murzynek, szarlotkę, kruche ze
śliwkami, muffiny bananowe, babkę.

Wszystko, co ma słodki smak i zapach
jest w mojej kuchni mile widziane.

I pomyśleć, że kiedyś wszystkiego
sobie odmawiałam.

Narzucałam sobie diety, których wcale
nie chciałam mieć. Pościłam. Unikałam i…
ciągle cierpiałam.

Tak naprawdę przez większość czasu żyłam w
mentalnym więzieniu: nie piłam alkoholu, nie jadłam cukru,
unikałam nabiału czy jedzenia na mieście.

W końcu i samych ludzi zaczęłam unikać, bo a nuż
zaburzą mój dyscyplinarny harmonogram dnia!

Byłam swoim największym wrogiem, bo pozbawiłam
się każdej zmysłowej radości… „Przyjemność”?
To brzmiało jak żart!

Na szczęście organizm się zbuntował,
ciało zaprotestowało a psychika przeszła
na tryb „zimowy”.

Pojawiła się senność. Taka życiowa „stand by”. Niby
byłam włączona ale w trybie oszczędzania energii.
Żyłam na pół gwizdka, z jedną stopą w przedsionku
a drugą w pięknym salonie.

Aż nadszedł moment pobudki.

Zobaczyłam, że coś nie gra. Że zamiast rozszerzać swój
horyzont ja zawężam pole widzenia do
czterech smutnych ścian. Zamiast świata
możliwości miałam szare pudełko od zapałek.

Unikanie cukru nagle stało się metaforą
unikania słodyczy życia. Wszystko co
przyjemne, zmysłowe, radosne było mi wrogiem.

Zamiast barw wybierałam szarość, zamiast ryzyka
porządek i logiczną ostrożność.

I myślcie, że teraz wychwalam hedonizm.
Daleka jestem od tego. Uważam, że
nie każdy powinien popuszczać pasa.

Nadmierne folgowanie może zabić.
Ale mi jednak, pomogło żyć.

Bo w zależności od tego, co dominuje
nam w umyśle, powinniśmy robić rzeczy
całkiem odwrotne. Na opak.

W ten sposób zapraszamy do
życia zdrową równowagę. Jesteś samotny?
Kochaj innych! Boisz się tłumów? Idź na targ!

Całe życie byłam poukładana, cicha,
wytrwała i mocno zdyscyplinowana. Wręcz do
ascetycznej przesady. Wszystko musiało być
doskonałe, a jeśli było inne, oznaczało, że jest „złe”.

Teraz chcę sprawdzić co jest po drugiej
stronie. Bo jest kolorowe, głośne a
przede wszystkim ŻYWE.

Pierwszy raz chcę tańczyć na bosaka.
Zjeść trzy gałki lodów przed obiadem.
Położyć się do łóżka po północy. Nie założyć
czapki, gdy wieje silny wiatr. Obejrzeć głupi
film, który nie niesie mądrego przesłania.

Zaryzykować. Doświadczyć.
Pobawić się. Zacząć żyć. Tak po prostu.

Brzmi nieźle, prawda? Ale uwierz mi,
to wcale nie jest proste.

Nie dla takich poukładanych i kontrolujących
typów jak ja. Prawdopodobnie będę uczyć
się tego przez wiele lat.

Bo to co mnóstwo ludzi ma we krwi:
ułatwiać sobie, luzować, odpoczywać, bawić się,
ja mam w umyśle schowane głęboko i pod ciężkim kluczem.

Zatem zaczynam od kuchni, bo to łatwe no i kocham piec.

Być może pewnego dnia zdejmę buty i zatańczę
na trawie w deszczu. I nie dlatego, że robią to wszyscy.
Po prostu będę miała ochotę! Poczuć, poszaleć,
posmakować, doświadczyć 🙂

O potrzebie odprawiania rytuałów

Są dni, kiedy zupełnie o tym zapominam.
Bo mam mało czasu. Bo jestem zabiegana,
Bo mam na głowie tysiąc różnych rzeczy.

A tymczasem rytuały i małe, domowe
ceremonie mają moc zatrzymania
nas w teraźniejszości.

Zwracają uwagę na to, w którym miejscu
jesteśmy. Każą zadać sobie pytanie:
czy nadal wiem dokąd zmierzam?
czy nie biegnę bez sensu?

Przede wszystkim jednak
rozwijają wdzięczność.

Poprzez rytuał rozumiem czynność,
która sprawia, że wracam do siebie.
Nie egocentrycznie, ale duchowo.

Skupiam się na tym co robię, weryfikując
stan wnętrza. Nie myślę o przeszłości,
nie wybiegam w przyszłość. Jestem Tu.
I uczę się kochać, To co jest.

Rytuały uczą mnie pokory. A przede wszystkim
wdzięczności. Za to gdzie jestem, z kim jestem,
kim ja jestem i za to, co  mam.

Przede wszystkim jednak za to,
że JESTEM w ogóle, bo to wcale
nie jest oczywiste!

Kocham celebrować śniadania.
Przy cichej obecności Luny pod
kuchennym stołem, jadam z ulubionego
żółtego talerza kolorowe kanapki
popijając kawę z cynamonem.

Zawsze staram się, by przy tym wazon w kuchni
był wypełniony świeżymi kwiatami.

By jeszcze bardziej nacieszyć oko i nos, by przez tę
chwilę pożyć i doświadczyć zmysłami.

Gdy medytuję, palę świeczki. A Michał
odpala kadzidła, które jeszcze długo po
wypaleniu napełniają mieszkanie
sandałowym zapachem.

Sandałowy dym zamieszkuje
szafy, chowa się w kurtkach i zaskakuje
gości, których zawsze zdumiewa ten intensywny,
mocno drzewny aromat.

Ceremonie pomagają wyrażać dobre życzenia.
Nie dla siebie. Dla innych.

Bez rytuałów i ceremonii zapomniałabym
o potrzebie skierowania uwagi do wewnątrz,
oraz przesunięcia jej z ego do punktu „inni”.

A nawet gdybym pamiętała, to byłaby ona techniczną
metodą na uspokojenie umysłu. Ceremonie zmiękczają.
Łagodzą. Kołyszą. Wydobywają z nas to, co duchowe.
Kobiece. Wewnętrzne. Troskliwe. Bo pomyśl.

Dlaczego na Wschodzie od tysięcy lat zwraca się
uwagę na ceremonie? Czy dlatego, że to kraje zacofane?
A może ludzie naprawdę wierzą, że rytuały są jak czary,
które mają moc odsuwania tego, co negatywne?

Ja myślę, że mieszkańcy krajów „trzeciego świata”
wiedzą, że wdzięczność napełnia bogactwem. Nie tym
fałszywym, który chwilowo ułatwi życie. Ale
trwałym, który oznacza „być połączonym ze wszystkim”.

Potrzeba ich wykonywania
ma moc psychologicznej sztuczki. Bo im częściej
robimy coś z intencją dla innych, wyrażając dobre
życzenia, tym lepszymi ludźmi się stajemy.

Uspokajamy się. Bo czujemy się częścią
większej całości.

Szkoda, że świat Zachodu o tym zapomniał.
Kiedyś Słowianie palili ogniska i tańczyli wokół ognia,
który symbolizował  życie i potencjał twórczy.

Karmiliśmy „demony”, by nie psociły. Szukaliśmy
kwiatów paproci i okadzaliśmy mieszkania
suszem z szałwi.

A dziś? Pozamykaliśmy się
w betonach odseparowani od siebie i swoich
korzeni. I wciąż skupiamy się na sobie. Nie, na
duchu. Na ego. „ja, moje, mój, moja”.

Rytuał to podarunek od nas dla siebie samych.
Tak konieczny w tych szalonych czasach stresu,
pędu i bycia anonimowym człowiekiem bez historii.

Rozmowy o etyce i wegańskie muffiny, które zawsze wychodzą

Od dwóch dni spędzamy z Luną majówkę na wsi.
Kraina Dolnej Wisły to uroczy zakątek nieopodal
Kwidzyna, gdzie żaby rechoczą godowe serenady,
a po niebie krążą myszołowy.

Tu jest mój rodzinny dom. Tu są moje korzenie.

Na wsi, z samotnika przeistaczam się w człowieka,
któremu wiecznie otwarte drzwi są niestraszne.

wiosna

-Czemu nie jesz mięsa?- zapytał mój
dziewięcioletni kuzyn Wiktor, który wtargnął
w porze kolacji, mówiąc, że chciał mnie zobaczyć
po tak długim okresie nieobecności.

-Bo jestem wegetarianką.
-Ale dlaczego?

-Bo kocham zwierzęta. Nie zabijam ich.
I nie zjadam przyjaciół- odpowiedziałam,
trochę bez namysłu.

Po prostu zawsze to powtarzam, gdy ktoś
pyta o kwestię diety. Nie przyszło mi do głowy, że
dziewięciolatkowi wypadałoby to wyłożyć w inny,
może mniej drastyczny sposób. A ja tu o zabijaniu…

-Ale przecież jesz kotleta! – mówi, gdy wkładam
sobie do ust, coś co faktycznie przypomina wielkiego
mielonego.

-To kotlet z kaszy gryczanej i warzyw.
-To można zrobić kotleta z warzyw?! – pyta zafascynowany
-No pewnie! Ze wszystkiego można. Jesteś głodny?

Podchodzę do kuchenki, gdzie na dwóch patelniach
smaży się kolacja. Moje wegekotlety nie różnią się
wyglądem od mielonych dla rodziców.

-Jestem. Ale chcę to co ty. Bez mięsa!
-Na pewno? Nie musisz.
-Bez mięsa!- upierał się.

Nałożyłam mu więc dwa wegekotlety,
które wciągnął z zaskakującą szybkością.
A potem spojrzał na bananowe, wegańskie muffiny,
które upiekłam przed przyjazdem na wieś.

-Chcesz? Też wegetariańskie.
-Jedną!

Ugryzł, przeżuł, ale muffina zajęła mu więcej
czasu niż kotlet.

-I co? Smakuje ci?
-Średnio. Jakaś dziwna! 🙂

wiktor

Od razu śpieszę wyjaśnić, że moje wegańskie
muffiny są dobre. Naprawdę dobre. No ale, że
są wegańskie, z małą ilością cukru i z dodatkiem
gryczanej mąki, mogą się wydawać… cóż, co tu dużo
mówić- dziwne, zwłaszcza dla osób, które przez lata
jadły tylko przetworzone słodycze.

Dzieci wychowane na klasycznej zachodniej
diecie nie zachwycą się tym specyficznym,
acz bardzo bananowym smakiem.

Niemniej jednak, zamieszczam przepis.
I obiecuję: ZAWSZE WYRASTAJĄ!

MUFFINY BANANOWE:

1,5 szklanki mąki orkiszowej (lub pszennej)
4 łyżki mąki gryczanej
1 łyżka mąki kokosowej
7-8 łyżek oleju rzepakowego
1/3 szklanki sproszkowanego lub
drobnego cukru trzcinowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
opcjonalnie: 3 łyżeczki kakao/ pokruszone orzechy
4 bardzo dojrzałe duże banany
lub 5 mniejszych

WYKONANIE:

Banany zblenduj na gładką masę.
Dodaj olej. Wymieszaj.

W drugiej misce dokładnie wymieszaj suche składniki.
Dodawaj je powoli do masy z bananów i mieszaj.
Masa powinna mieć gęstą konsystencję. Wypełnij
nią blaszkę na muffinki. Ja nie wkładam papilotek,
bo uważam, że bez nich lepiej się podpiekają. Masa
starcza na 12 muffinek.

Rozgrzej piekarnik (200 stopni). Gdy
włożysz blaszkę, zmniejsz temp. do 180.
Po 20 minutach wyłącz, ale nie otwieraj.
Po 15 minutach otwórz. Muffiny gotowe! 🙂
Om nom nom nom nom!

Kosmita wśród bogów. Jeśli tak się czujesz, to witaj w klubie!

Żyję w świecie idealnym.
Przynajmniej tak mi się wydaje, gdy
mijam tych zawsze doskonałych ludzi.

Pięknych, zadbanych,
elokwentnych, radosnych.
Dobrze odżywionych i dobrze ubranych.

Mijam ich na ulicy i w drodze do pracy.
Siadam obok nich w autobusie.
Pracuję z nimi. Koleguję się. Piszę o nich.

I nie mogę się nadziwić.
Skąd się wzięli? Jak to robią, że
zawsze mają idealnie ułożone włosy?
Albo, że spodnie nigdy im się nie gniotą?

Zawsze wyspani, wypoczęci, z idealnym
makijażem, ciuchami, w które ja nie
wiedziałabym jak się ubrać. Jak, co
z czym zestawić, żeby nie było głupio.

Jak próbuję kombinować, to zawsze
wychodzi głupio. Zawsze!

W przeciwieństwie do nich jestem
przybyszem z kosmosu.

Włosy, każdy w inną stronę, w nocy nie spałam,
no bo wiadomo. Za dużo myśli. A wczoraj na kolację
zamiast pożywnego białka zjadłam bajaderkę
i rozbolał mnie brzuch. A oni tacy idealni!

Albo nasi polscy aktorzy, aktorzyny przez małe „a”,
tudzież córki i synowie znanych ojców i matek
aktorów przez duże „A”.

Prowadzą profile na instagramach.
A tam są tacy piękni. Gładcy. Kolorowi.
Szczęśliwi i wiecznie w podróży.
Boliwia, Peru, Japonia, USA, co chcesz.

I żeby nie było, oni nie tylko podróżą żyją.
Bo iksiążki piszą. Jak schudnąć 40 kg.
Jak zdrowo się odżywiać. Jak być fit.

Jak być szczęśliwym. Jak pokonałam depresję
i nauczyłam się być dobrą matką. Jak sobie
wybaczyć. Jak się kochać, jak kupować, jak żyć.

A każdy z nich ma własną filozofię życia.

I ci aktorzy, aktorzyny na instagramach
i ci ludzie z pracy i ci w sklepach, i w tramwajach.
Każdy tak pięknie wyeksponowany.
Ciekawy, bo inny.
Ciekawy, bo taki jak wszyscy.

A ja nie potrafię. Nie sypiam w nocy, a potem
w pracy zawalam. Bo za wolno, bo zbyt nudne
pomysły. I w relacjach zawalam, bo na kawie
z koleżanką nie mam o czym gadać.

Cóż, nie jestem typem gawędziarza, mimo że
gawędziarstwo studiowałam przez rok.

Najwyraźniej nie da rady się tego nauczyć.
Albo można, tylko w innej szkole. Uniwersytet
Dla Opornych. Wracam więc przy poniedziałku
do domu w głębokiej depresji. Bo wszystko co
robię jest złe. Bo spodnie nie pasują. Bo włosy stoją.

Bo zamiast odpowiedzieć w windzie na „dzień dobry”,
burknęłam tylko „brrry”.

Nie potrafię dobrze pracować, źle się ubieram,
czekolada wylądowała na bluzce, a z zakurzonych
trampek (trampków?) wystają niedopasowane
skarpety. Obiad nie był fit, nie chce mi się gadać,
za to chce mi się spać.

A muffiny, które upiekłam
nie wyrosły.

Jakby tego było mało, na Instagramie mam
więcej ludzi, obserwowanych niż
obserwujących. Nic już mnie nie uratuje
i zginę marnie. Jak żyć zatem?

Jak żyć w tym świecie, w którym wszyscy
wiedzą na czym polega życie i zdaje Ci się,
że ty jeden nie wiesz? Czy jest nas więcej,
czy jestem niby ten Ostatni Mohikanin?

Ile zostało nam wolności (?)

Zaskakuje mnie czasem to,
o czym ludzie chcą czytać.

A chcą czytać o tym co łatwe
i o tym co oczywiste.

O tym, że aktorce znanej z jakiegoś
pożal się boże serialu,

powinęła się noga
na parkiecie Tańca z Gwiazdami.

Albo, że jakaś nastoletnia gwiazdka
Disneya, która już od dziesięciu lat nie
jest nastolatką znalazła sobie nowego chłopaka.

Tudzież, że Doda schudła.
Albo, przytyła.

Że Hanna i Tomasz
po wielu plotkach faktycznie się rozstali,

a Kaczyńska będzie mieć trzeci dziecko a prasa
podaje w wątpliwość czy ojcem na pewno
jest ten, który za ojca się podaje.

Natomiast ludzie nie chcą czytać
o rzeczach, o których wiedzieć powinni,

bo przecież zapraszają do myślenia
i wygłaszania własnych opinii.

Z resztą po co wygłaszać,
wystarczy je mieć.

Opinie kształtują życie i dzięki
nim podejmujemy wybory.

A im więcej wiemy, i z im większej
liczby źródeł, tym wybory bywają pewniejsze.

Zaprzęgamy wtedy tę część mózgu,
która kocha porównywać i analizować
i decydujemy.

Lub odkładamy do „szarej strefy”,
gdzie opinie i pomysły czekają na nowe fakty.

I już nawet nie chodzi o czytanie, ale o
uczestnictwo w kulturze i życiu społecznym w ogóle.

Wystarczy spojrzeć na box office
filmów, które zarobiły najwięcej w 2017 roku.

Na co chodzimy do kina? Na opowieści
o superbohaterach, którzy tyle mają żywej
tkanki, co stuletni stół przerobiony z pięknego
drzewa na mebel użytkowy. Trochę to smutne.

cinema-dark-display-8158.jpg

Nie chcemy o czytać o aferze Cambridge Analytica,
ani o Trumpie. Bo to amerykańskie, takie nie nasze.

Po cóż o tym czytać, podczas gdy
w Polsce, rolnik szuka żony a prezydent Duda
mówi veto dla ustawy degeneracyjnej.

To są dopiero prawdziwe historie!

Wciąż wierzę, że jest dużo osób
myślących samodzielnie, niezależnych,
wolnych, odpowiedzialnych i odważnych,
którzy będą głosić swoją prawdę.

(Bo obiektywna prawda chyba
w gruncie rzeczy nie istnieje).

Będą poruszać niewygodne tematy,
pisać o tym, co się „nie klika”,
mówić o tym co niemiłe
i niepoprawne politycznie.

Że kobieta ma prawo do aborcji,
że islam zabija nie tylko miliony
istnień, ale również kulturę i wolność,

że dzisiejsze pożywienie hoduje w nas raka,
że całe mnóstwo lekarzy daje recepty idealnie
skrojone pod umowy z firmami farmakologicznymi

że tak strasznie rozleniwiliśmy się w mobilnym
świecie informacji, że chętniej wybieramy, to co
łatwe i szybkie, że konsumujemy bez namysłu.

I że tym na samej górze,
w gruncie rzeczy to na rękę.

Bo manipulować można tylko
tymi, którzy sami chcą być manipulowani.
Czyli całą rzeszą osób, które godzą się na:

tanią i bezmyślną rozrywkę
na kinowe blockbustery
na dobrze skrojoną
poprawność polityczną
na informacje, które nie są
informacją, bo już w chwili
podania do wiadomości były
gotowymi opiniami z komentarzem

Wciąż zadziwia mnie ten świat.
Czasem pozytywnie.

Np. zachwyca i napełnia wzruszeniem,
gdy widzę pierwszego w tym roku motyla.

Ale czasem mnie przeraża i zniesmacza.
Zwłaszcza, gdy widzę, że ludzie z własnej
woli godzą się płynąć z nurtem rzeki zwanej
popkulturą i mass mediami.