Archiwa tagu: featured

Eros. Porozmawiajmy o przyjemności

Dziś będzie temat, który od dawna
odkładałam na półkę.

I choć kilka razy przeszło mi przez myśl,
żeby poruszyć ten wątek, ostatecznie
zawsze rezygnowałam.

Bo:

nie wypada
nie dotyczy mnie
nie jestem zainteresowana
to głupie/śmieszne/nie na miejscu.

Seks.

Jakiś czas temu zostałam zaproszona
do grupy na Facebooku, którym tematem
przewodnim jest „seks bez wstydu”.

Ale nie sądźcie, że to grupa zwykłych
dziewczyn, które dzielą się sztuczkami
w stylu kolorowych poradników.

Nic z tych rzeczy.

EROS I INNE PRZYGODY MIŁOSNE

Grupa „Sex and Love” została założona
przez dojrzałe, świadome siebie
Kobiety Mocy, które wiedzą, jak wiele
mitów i wstydliwych historii zawiera
życie każdej z nas.

Bo uwierzyłyśmy w to, co wpajano
nam od dziecka. Albo nas karano –
za śmiałość. Lub zawstydzano – za nagość.

Ileż to razy nasłuchałyśmy się, że
mamy robić, to czego chcą mężczyźni,
bo inaczej odejdą?

Ileż to razy przekraczałyśmy własne
granice smaku i zadowolenia,
żeby tylko zadowolić cudze potrzeby?

A ile razy rezygnowałyśmy z czegoś,
bo nie wypada/ bo co o mnie pomyśli?
Bo dziwka. Bo mama potępi.

A ile razy chciałyśmy o czymś
porozmawiać w kobiecym gronie,
ale się wstydziłyśmy, bo to tabu?

Jest nas MNÓSTWO.

A świadczy o tym grupa, do której
przyjęłam zaproszenie.

I choć nigdy sama nie podzieliłam się na
facebookowym forum osobistą historią,
to przecież mogłabym się  podpisać, pod wieloma
opowieściami kobiet, które piszą tam codziennie.

Za brzydka, za gruba, za chuda.
Za spokojna, za mało wyuzdana,
zbyt szalona, odważna, nieśmiała…
Za mały biust, za duże biodra, za dużo,
za mało, za wolno, za szybko.

A w tym całym pudełku nazw i określeń,
MY – człowiek, czująca istota, pragnąca
bliskości, odrobiny ciepła, przyjemności,
niekiedy zapomnienia, ekstazy a czasem radości.

WSTYD

Seks nie istniał w moim życiu
od kilku lat. Dlatego moją pierwszą
myślą na zaproszenie grupy było:

To mnie nie dotyczy.

A jednak dołączyłam. I każdego
dnia czytałam kolejne wzruszające
historie kobiet, które pragną spełnić
swoje fantazje i kochać się bez wstydu.

Wstyd.

Znasz go? Ja idę z nim za rękę przez
całe życie. Wciąż zawstydzam się
własną kobiecością.

Jako młoda dziewczyna wstydziłam się, że
ktoś na mnie spojrzał w ten charakterystyczny
sposób. Wstydziłam się, że ktoś chciał mnie dotknąć,
pocałować, zatańczyć.

LOLITKA

Dopiero na studiach odkryłam, że uroda plus seksapil
mogą być fantastycznym środkiem do:

a) manipulowania
b) otrzymywania „miłości”
c) bycia na topie
d) posiadania władzy

Był okres, kiedy wykorzystywałam
urodę Lolitki, by przez chwilę poczuć
się adorowana.

I to nie tak, że doprowadzałam rzeczy
do końca. Co to, to nie. Wystarczyło mi, że
mężczyzna oszalał na moim punkcie.

Brałam torebkę i zatrzaskiwałam drzwi:
„Było fajnie! Trzymaj się!”

A oni potem dzwonili, esemesowali,
gdzie jesteś? czemu tak uciekłaś?
Im bardziej szaleli z niewiedzy,
tym bardziej ja szalałam z radości.

Byłam na górze. Wygrywałam.
Piłeczka po mojej stronie.
JESTEM WAŻNA.

Nigdy nie weszłam dalej.
Bo a nuż się zakocham.
A nuż zostawią, odejdą,
skrzywdzą, zdradzą, upokorzą.

Nie zniosę odrzucenia.

KOBIETA LODU

Dorosłam. I zaczęłam wchodzić
w poważne związki. Nagle z
uroczej Lolitki zmieniłam się
w Kobietę Lodu.

Nie wolno, nie można, muszę,
obowiązki, nie przesadzaj,
rano do pracy, oszalałeś?!

Aleksander Lowen nazwał
takie kobiety „Posągami”.
Wiesz ile życia jest w posągach?

Wcale.

Przez bycie Posągiem
zakończyła się moja pięcioletnia
relacja. Bo nie miałam ochoty na zabawę.

Nie z tym konkretnym partnerem.
Po prostu byłam zamrożona i odcięta
od własnych życiowych impulsów.

Uzdrowienie mogło przyjść tylko
przez dojście do ściany i uderzenie głową w mur.

Minęło 1,5 roku.

Gdy spotykam naszych starych znajomych
pytają mnie: masz kogoś?

Nie. Jestem sama.

„Ach, singielka! To pewnie nieźle
szalejesz” – słyszę w odpowiedzi,  a ich
ubawiony wzrok zdradza niezwykłe
pomysły w głowach. A tymczasem…

MNISZKA/ ARTEMIDA

Wewnętrznie byłam ascetyczną,
zdyscyplinowaną, uporządkowaną… Mniszką.

Seks nie istniał.

Przede wszystkim we mnie. Tak jakby,
ktoś wyciął funkcję ciała i mózgu odpowiedzialną
za ten aspekt życia. Nawet jak ktoś zwracał
na mnie uwagę, udawałam, że nie widzę.

Przez długi czas sądziłam,
że to stało się samo.

A przecież to ja przestałam się bawić i robić
rzeczy przyjemne. Moja dzienna lista zawierała
tylko ważne obowiązki i pilne potrzeby.

Śniadanie, praca, pisanie, dom i spać.

„Kama, może tańce?”
NIE.

„To chodźmy do teatru!”
NIE.

„Jedziesz ze mną w góry?”
NIE.

„Zrobiłam prawko na motor.
Przewieźć cię?”

O Boże. N-I-E!

W tym okresie wyszły na wierzch wszystkie rzeczy
i naleciałości z przeszłości. Wszystkie nierozwiązane
konflikty, mity, wspomnienia okraszone etykietami,
z którymi nigdy się nie zmierzyłam wprost.

Patriarchalne- trzeba i nie wolno.
Feministyczne- nie dotykaj mnie.
Dziecięce – niech ktoś mnie pokocha.
Jedynacze – nikogo mi nie trzeba.

W tym okresie bardzo często towarzyszyła
mi jedna emocja. Gniew. Chciałam walczyć
i walczyłam. Bywały dni, że agresja się ze
mnie wylewała. Na tapecie laptopa miałam
wikingów, nad biurkiem postać Artemidy.

Dopiero jakiś czas później zrozumiałam,
co łączy wszystkie te postacie: Mnicha,
Wikinga i Artemidę: zbroja.

I dlatego nawet, gdy coś bardzo
chciało do mnie dotrzeć, zbroja
była skutecznym antidotum.

Żadnych przyjemnych impulsów.
Zostawcie mnie. Jestem na wojnie.

ARCHETYP GŁUPCA

Archetyp Mniszki/Artemidy był mi do czegoś potrzebny.
Przede wszystkim do tego, żeby w końcu zostać
pokonaną i rozpaść się na kawałeczki. Przyznać się:

Chcę.
Pragnę.
Cieszę się.
Kocham.

Schowałam go do pojemnego kartonu.
Może kiedyś się przyda.

Dziś pozwalam sobie na bycie Głupcem.

Ten, kto miał kiedykolwiek styczność
z Tarotem, wie, co oznacza. Wróciłam do „startu”.

Nic o sobie nie wiem.
Nie wiem co lubię,
ani czego chcę,
ani czego nie chcę.

Weryfikuję na nowo. Jak młoda dziewczyna,
która po raz pierwszy w życiu opuszcza
rodzinny dom i uczy się uwodzić świat.

Czuję podekscytowanie. Czuję radość.
Niepewność i wdzięczność. Kto przyjdzie?
A może to ja przyjdę do kogoś?

A może nie wydarzy się i nic
i będę samotną tancerką
na parkiecie osobliwości?

Byle dawało radość.

Jest mi dobrze, bo odkrywam.
Zmieniam się. Wyjmuję z szafy
kolejną personę – zwiewną, kobiecą, dziką
i przyglądam się jej z zaciekawieniem.

Bardzo spodobał mi się cytat z książki
Liz Gilbert „Wielka Magia”: Kiedy nie wiesz
dokąd iść, idź za ciekawością.

Idę zatem. Z mądrością Kobiety Lodu,
z odważnym sercem Artemidy
z wielką ciekawością słodkiej Lolity.

Idę z radością na parkiet ❤

 

 

Boginie Błota. Czyli dlaczego każda z nas musi czasem sięgnąć dna

Musicie wiedzieć, że ostatni miesiąc
był dla mnie trudnym czasem.

Zaczęło się przed moimi urodzinami.

Silne uczucie smutku i poczucia
społecznego odrzucenia złapały mnie
za gardło i nie odpuszczały nawet na moment.

Kobiety, przyjaciele, znajomi, sąsiedzi,
i dusze spotykane na leśnej drodze
odrzucały mnie za to, kim jestem.

Tak przynajmniej czułam.

Wszystko czym sobie doraźnie
„pomagałam” zawodziło.

Przytyłam pięć kilo, bo
słodycze jadłam na potęgę –
ot mizerny substytut miłości
dostarczanej w formie cukru.

Działało przez kwadrans.

Potem nagły spadek glukozy i słaby sen
tylko potęgowały psychiczne doły.

Myślę, że musiałam tymi emocjami
bardzo mocno „wibrować”, bo
ludzie unikali mnie na kilometr.

I kiedy we mnie wszystko krzyczało
„POMÓŻ MI!!!” to w odpowiedzi
otrzymywałam jedynie puste echo.

Cukier nie pomagał. Miłe dla oka
komedie nie pomagały. Herbata
z miodem, spacery, pisanie, medytacja
wszystko było ratunkiem jedynie na chwilę.

W pierwszym momencie
pomyślałam: Mam depresję.

Ale przecież wyrzucałam z siebie
hektolitry łez. Przy depresji się nie płacze.
Przy depresji nie czuje się absolutnie nic
poza odrętwieniem i martwotą.

A ja czułam bardzo.

Przestałam wchodzić na media społecznościowe,
bo brak wiadomości jeszcze bardziej pogarszał
moje samopoczucie. Czułam się niechciana.
Nielubiana. Gorsza. Zbyteczna.

Za choćby mały skrawek cudzej aprobaty
czy miłości byłam gotowa skoczyć w ogień.

Ale ani miłość, ani cudze
zainteresowanie nie nadchodziło.

W końcu zabrałam Lunę, spakowałam plecak,
wsiadłam w pociąg i pojechałam do rodziców na wieś.

Żeby po prostu z kimś być. Żeby ktoś był obok.
Żeby razem zjeść. Żeby pomilczeć. Taka mała,
ale konieczna ucieczka od szaleństwa rozpaczy.

Teraz mogę już o tym otwarcie
pisać, bo przetrwałam.

Przeszłam przez kolejną małą śmierć
tożsamości i oczekiwań. Śmierć jakich pełno
w naszym ludzkim życiu.

To nie była pierwsza
i nie będzie ostatnia.

Zdałam.

Bo kiedy nikogo nie było, kiedy nikt mnie nie widział,
kiedy każdy był zajęty swoimi sprawami, kiedy każdy
zbywał machnięciem ręki i słowem „weź się w garść”,
to nie pozostało mi nic innego, jak pomóc sobie samej.

Wysłuchać małego, zranionego
dziecka, które pragnie uwagi.

Wysłuchać smutku i rozpaczy.
Przytulić. Pogłaskać. Być ze sobą,
Spojrzeniu w lustrze powiedzieć „kocham”.

Kocham. Akceptuję cię. Jestem.

Czyli to, czego bardzo potrzebowałam
usłyszeć  od innych, a co i tak w żaden
sposób nie byłoby w stanie mnie nakarmić.

Bo moje serce było puste
niczym studnia bez dnia.

Pomogłam sobie sama.

Pomogłam sobie „Biegnącą z wilkami”.
Jabłecznikiem bez cukru, długimi spacerami,
tuleniem do drzew, długim snem,
owinięciem puchatymi kocami.

Oraz mantrą „przecież to minie”.

Ale też słuchałam. Objęłam uwagą
ten bezdenny smutek. Zobaczyłam małe,
płaczące, zasmarkane  dziecko, które ponad
wszystko pragnie miłości i przyjęcia,
oraz prostych słów: „jak dobrze, że jesteś”.

Wzięłam je na ręce i spojrzałam
mu w o czy.

„Widzę cię. Obyś była szczęśliwa.
Obyś była zdrowa.
Obyś była bezpieczna.
Oby żyło ci się z łatwością”.

Clarissa Pinkola Estes napisała, że niezależnie od tego
jak trudne wszystko się wydaje, należy po prostu
iść dalej. Jeśli trzeba, czołgaj się, ale idź.

Cała wiedza odsłania się przed nami, kiedy idziemy.
Wszelkie życie rządzi się zasadą,
że strata przynosi rozwój.

Naszą pracą jest interpretować
sens cyklu Życia-Śmierci-Życia,
żyć najpiękniej, jak potrafimy,

wyć jak szalone, kiedy nie możemy tak żyć
– i nie zatrzymywać się, bo u końca drogi
czeka podziemna psychiczna rodzina,
która nas przygarnie i wspomoże.

A więc szłam. Czasem bardzo powoli,
bo nie miałam sił. Niekiedy biegłam napędzona
gniewem i zazdrością, że inni mają lepiej.

Ale wciąż szłam. Potykałam się. Upadałam.
Ubrudziłam wszystko w błocie. Ale szłam.

Bo życie jest ruchem.

I choć słyszałam podszepty ego,
aby porzucić ścieżkę, przestać robić,
zrezygnować z kręgów kobiet, bo przecież żadna
z nich mi nie pomogła, to szłam dalej.

Rozpadając się na kawałki, tęskniąc
za miłością i akceptacją, wyjąc do Księżyca,
tak bardzo pragnąc bliskości – szłam przed siebie.

Aż nagle skończył się mrok.

Odwróciłam się. Za mną był
głęboki, ciemny las, pełen strachów,
demonów i błotnistych historii.

Przetrwałam.

Teraz znów widzę zarówno
ścieżkę jak i słońce. Byłam tam, gdzie
ostatecznie trafia każda z nas przynajmniej
kilkanaście razy w życiu, a niektóre częściej.

Na psychiczne dno.

Jakkolwiek źle to nie brzmi,
wiedz, że jest potrzebne,
że jest konieczne, by urosnąć.

By zrozumieć. By odnaleźć miłość,
która znajduje się pod wszystkim,
co widoczne. By nie wartościować:

to jest dobre, tego chcę.
to jest złe, tego nie chcę.

My, kobiety mamy długie korzenie,
które żywią się tym, co znajdą głęboko pod ziemią
– tam gdzie nie dochodzi światło słoneczne.

To stamtąd pobieramy psychiczne minerały,
by łodyga była silna, a owoc słodki.

Przetrwałam to. I Ty także przetrwasz.
A potem, gdy spotkamy na swej drodze
inną umęczoną Duszę mocno ją przytulimy mówiąc:

„Widzę cię Siostro. Słyszę cię.
Gdybyś mnie potrzebowała
w tej trudnej drodze, jestem”.

Wracam do Domu

Wyjazdy do rodzinnego domu na wieś
są tak samo potrzebne jak regularne
odosobnienia i branie urlopu.

To takie BHP energetyczne.

Zawsze kiedy tu wracam
coś we mnie na nowo odżywa.

Przestrzenie, w których umarły nadzieje,
znów wypełniają się życiem, wiarą, pomysłem.

I nie wiem czy chodzi o sam pobyt na wsi,
o mokrą ziemię, czy powietrze,
które pachnie inaczej.

Ale gdy bywam w jakiejś emocjonalnej
krzywiźnie, czy poczuciu bliżej
nierozpoznanej tęsknoty, wiejska cisza
pozwala mi wrócić do stabilnego pionu.

Wstaję skoro świt.

Na dworze jest jeszcze ciemno.
W odległości kilometra
w żadnym domu nie pali się światło.

Spoglądam na zegarek.

Tu, w moim starym pokoju, jest taki prawdziwy,
głośno tykający budzik znaleziony
przez mamę na targach staroci.

Jest  5.20.

Wstaję, choć to trudne, bo poniemieckie
mury lubią trzymać chłód.

Gdy nie pali się w piecu śpię w
wełnianych skarpetach.

Lubię ten domowy chłodek.
Przyzwyczaiłam się do niego, i nawet teraz
zamiast odkręcać kaloryfer chodzę w grubym swetrze.

Tu jest prawdziwa cisza.

Ta wiejska jest bardziej surowa. Wymowna.
W jakiś abstrakcyjny sposób … głośna.

Powrót do rodzinnego domu
zawsze pozwala mi ukoić samotność.

Tęsknotę za czymś.
Odrzucenie. Smutek.
Wewnętrzną bezdomność.

Akurat w ostatnim miesiącu
było tego dużo.

Odrzucenie za odrzuceniem.
Milczący telefon.
Ignorowanie wiadomości.
Nikt nie miał czasu.

Wszechświat mówił:

Kama odrób w końcu lekcję!
Jej tematem przewodnim jest:

UKOCHAĆ SIEBIE.
WYSŁUCHAĆ SIEBIE.
NIE SZUKAĆ POMOCY U KOGOŚ.
ZNALEŹĆ MIŁOŚĆ W SOBIE.

Ukochać siebie nawet wtedy,
gdy wydaje się, że
nikt cię nie kocha.

Przyjąć bezwarunkowo, gdy
świat i ludzie odrzucają.

Być przy sobie, gdy inni
są przeciwko.

Przestać domagać się cudzej troski, .
Pogłaskać. Przytulić. Pokochać samemu.

Przede wszystkim
ZAAKCEPTOWAĆ.

Zwłaszcza to, co trudne.

To, co jak sądzimy może nas skreślić,
pogrążyć, uczynić wyrzutkiem.

Kilka lat temu podczas pierwszej
w życiu medytacji uważności
uderzyła mnie prośba osoby
prowadzącej praktykę:

„Nie staraj się niczego zmieniać.
Przyjmij takie, jakie jest”.

To największy akt miłości i dobroci
dla samego siebie.

AKCEPTACJA.

Często spotykam się z opinią,
że potrzeba rozwinięcia
miłości do siebie jest
największym aktem egoizmu.

Ludzie mówią: przestań w końcu tak bardzo skupiać się
na sobie i przekieruj uwagę na innych.

Tak. To faktycznie działa.
Do czasu.

Do tej wyjątkowej chwili, gdy
zamykam za sobą drzwi
i zostaję sama.

To właśnie wtedy jest ten moment,
który wymaga odwagi.

Spojrzenia w oczy poczuciu odrzucenia i
bycia gorszym. Teraz nie ma ani jednej
osoby, na której można byłoby się skupić.

Mogę włączyć Netflixa.
Mogę muzyką zagłuszyć uczucia.

Ale to ugasi niepokój
jedynie na moment.

Otwieram więc ramiona,
bo nic innego nie zostało.

Przygarniam i otaczam opieką to,
co jest niechciane i odrzucone,
brzydkie i kleiste.

Wracam do Domu.

Siadam na poduszce,
krzyżuję nogi, zamykam oczy
i liczę oddechy.

Czuję jak oddech wpływa przez
koniuszek nosa do płuc, a z płuc płynie
do wątroby, z wątroby, do prawej stopy.

Jestem w Domu.

„Witaj. Wróciłam.  Czego potrzebujesz?
Masz moją uwagę. Mów. Ja będę słuchać.
Kocham cię.”

Uważny oddech wpływa tam,
gdzie ciało tego potrzebuje.

Pokazuje napięcia.
Uwydatnia ból.
Rozprowadza błogość.

Jestem w Domu.

W prawdziwym domu pełnym
mistycznych korzeni.

Mam w sobie Przodków.
Mam w sobie Słońce,
Ziemię, Powietrze i Wodę.

Mam w sobie ptaki, konie, wilki
i zielone rośliny. Długie korzenie niczym drzewo.
Rozpalone serce niczym wielkie ognisko.

Jakże mogłabym tego nie kochać?

W każdej komórce mojego ciała,
w każdej myśli, czuciu i oddechu
mieści się cały Kosmos.

Kocham Cię.

A w tym Kosmosie są urazy
i poczucie winy, jest i złość
przenoszona przez pokolenia kobiet
w mojej rodzinie.

Są choroby. Odkryte
i nieodkryte. Są smutki.
Lęki. Samotność.

Ostatni miesiąc był
dla mnie trudnym czasem.

Nie miałam czego, ani kogo się
złapać. Odwrócił się każdy.
I bardzo dobrze.

Z dzisiejszej perspektywy widzę,
że tak miało być.

Miałam dać sobie
bezwarunkowe wsparcie.
Być przy sobie, gdy absolutnie nikt
nie chciał być, by trzymać za rękę.

Wykorzystałam tę szansę.

Świat się trzęsie lub rozsypuje w proch,
a ja bez walizek idę do siebie.
Wracam do domu.
Tak bardzo tęskniłam.

Kocham Cię.

Kocham Cię za wszystko, i kocham Cię pomimo
wszystko. Kocham w Tobie korzenie drzew,
wielkie ognisko, promienie Słońca, bezchmurne
Niebo i burzowe Chmury, co niosą Deszcz.

Wracam do domu.

Czasem na jeden oddech.
Czasem na dwa oddechy.

Ilekroć coś na zewnątrz powie NIE,
tyle razy ja powiem TAK.
Jestem w porządku.

 

Żeńskie-Męskie. Ile w nas Kobiety, a ile Mężczyzny?

Jakiś czas temu przyszła do mnie taka myśl:
że jeśli podkręcimy światło,
tym bardziej pogłębimy cień.

Odkrywcze prawda?
Brawa dla tej pani! 🙂

Jednak jakże łatwo zapomnieć
o prawach fizyki, które mają również
zastosowanie w rozwoju wewnętrznym.

Bo zobacz. Im bardziej skupiamy się
na inwestowaniu energii w to co dobre, przejrzyste
i pełne miłości, tym coraz wyraźniej widzimy
swoją mroczną stronę. Braki, agresję, zazdrość.

Czyli więcej światła – to również więcej cienia.

Tak jakby zwiększona świadomość ukazywała
całe spektrum możliwości. Znacznie więcej
niż początkowo dostrzegaliśmy.

Ale to nie będzie post o naszych
dobrych i mrocznych stronach, choć
przytoczony przykład nie jest tu bez znaczenia.

Chodzi mi po prostu, że to
działa we wszystkim.

Skupianie się na jakimś aspekcie siebie
jednocześnie pogłębia przeciwstawny biegun.

Odczułam to bardzo wyraźnie latem,
gdy wracałam ze zgromadzenia wszystkich
Kręgów Kobiet w Polsce.

Przez pięć dni i pięć nocy
towarzyszyły mi same kobiety
a jeden warsztat przechodził w drugi.

Ja sama z resztą pojechałam tam
z intencją wzmocnienia swojej
kobiecości, od której odcięta
byłam przez lata.

Jednak po pięciu dniach w towarzystwie samych
kobiet, chodzenia w długich spódnicach oraz
działania na wolniejszych obrotach, w końcu…

…wybuchłam. 

Wzmocnienie Animy, spowodowało
szaleństwo Animusa.

Dla niewtajemniczonych dodam, że
według psychologii Carla Gustawa Junga,
Anima, jest żeńskim aspektem człowieka.

Mądrością, intuicją,
obejmowaniem wielu rzeczy na raz,
pokojem, łagodnością, biernością.

Anima w nas odpowiada za wspaniałe pomysły
i wzniosłe idee. Jednak jeśli mamy słabego
Animusa, to idee pozostaną tylko ziarnami
rzuconymi o cement – nie urosną.

Animus to działanie, walka, siła,
konkret i zdecydowanie. To potężna,
męska energia, która pomaga nam
przekuwać zamysł w to, co materialne.

Podczas gdy Anima ma pomysł,
to Animus odpowiada za efekt końcowy:

wydanie książki, zrealizowanie biznesplanu,
stworzenie wystawy fotograficznej, zdobycie pracy.

Kiedy mamy te dwie części zrównoważone,
wszystko gładko się układa. Jesteśmy
zintegrowaną całością. Ale jak to bywa
z równowagą – dla każdego jest inna.

Zazwyczaj przeważa u nas
jeden z aspektów.

Ktoś ma więcej pierwiastka żeńskiego, a ktoś inny
bardziej męskiego, niezależnie od płci.

Ja mam silnego i dość agresywnego Animusa,
który po kilku dniach lekceważenia go
lubi ścinać ludziom głowy.

Ale spokojnie. Tylko w wyobraźni. 

Tam na wyjeździe, wśród
kilkudziesięciu kobiet o tym zapomniałam.

Zepchnęłam wewnętrznego mężczyznę do
ciemnej komórki i  zamknęłam drzwi na klucz.

„Jesteś mi niepotrzebny. Teraz 
wzmacniam Animę”. 

A że mój wewnętrzny mężczyzna
nie należy do pokornych chuderlaków,
możecie sobie wyobrazić, co zastałam,
gdy ostatniego dnia poszłam mu otworzyć.

Wyważone drzwi, rozszarpane zasłonki
rozbite słoiki i dziurę w suficie.

Innymi słowy:

Ostatniego dnia na zgromadzeniu
nakrzyczałam na koleżankę,
zaczęłam trzaskać drzwiami, kląć
i wszystkich poganiać.

A wracając samochodem do
domu z czterema kobietami,
założyłam słuchawki z muzyką na uszy,
bo miałam wrażenie że jeśli jeszcze raz usłyszę:

„proces
emocje
uczucia
czuję
wybrzmieć”

to rzygnę.

Przez kilka kolejnych dni
nie odbierałam telefonów od kobiet.

Nie chodziłam ani w spódnicach
ani w sukienkach. Ubierałam się
jak na wojnę.

Spodnie bojówki. Kurtka moro.
Wygodne trapery. Aha i bardzo, bardzo
bardzo dużo klęłam.

A kiedy musiałam gdzieś dojechać
komunikacją miejską, siadałam
wyłącznie obok mężczyzn.

Mój Animus trochę się… zniekształcił
i przybrał nadaktywną, nieco nawet
przerysowaną formę wyrażania.

Bo wzmocnienie jednego elementu
w sobie, zapominając o przeciwwadze
zawsze powoduje potężny dysonans.

Często zdarza mi się o tym zapominać.

I potem, na drugi dzień muszę się
tłumaczyć z rozbitych szklanek
agresywnych zachowań i braku delikatności.

Chyba czas przestać walczyć.

Czas uznać, że mam w sobie potężnego mężczyznę,
któremu muszę dać przestrzeń i obowiązki.

Wzmacnianie i zgłębianie swojej
kobiecości przy uznaniu męskiej strony
przynosi piękne rezultaty.

Bo wzmacnia też to, co zwykle
przypisuje się Animusowi – potrzebę
działania, walkę o swoje, wyrażania siebie
w sposób treściwy ale skondensowany.

Wpuszczam do swojego życia kobiety.

Pozwalam się wyrażać mojej wersji żeńskości.
Jednocześnie też uznaję w sobie męską energię.

Nie wyrzucę jej. To niemożliwe. Daję jej działać. 

Dałam Animusowi obowiązki.

Twórczość przekułam w działanie,
zdobyłam drugą pracę (niech zarobi mi
trochę pieniędzy, a co!), w sposób
zdyscyplinowany planuję i robię
to, co ma być natychmiastowo zrobione.

Pojawia się nowa idea, nowy zamiar?

Ok, działam. Siadam na tyłku i robię to,
co ma być do zrobienia. W skupieniu,
w pełnym zdecydowaniu i wytrwałości.

Nie twierdzę już, że kobieta jest taka,
jak przedstawia ją sztuka, literatura,
patriarchalne społeczeństwo czy religie.

Prawdziwa kobieta jest taka,
jaką się czujesz. Jednego dnia biegnie
z szaleństwem w oczach do celu,

a drugiego dnia pokornieje
i tańczy w atłasowej sukience.

Bo tyle wersji kobiecości,
ile nas – kobiet na świecie.

Wiek średni: urodziny, a może ponowne narodziny?

12 października będę obchodziła
34. urodziny. Czy to już
podpada pod wiek średni?

Taki półmetek życia, przy sprzyjających
wiatrach. Choć nigdy niczego nie można
wykluczyć. Może to końcówka, a może
dopiero początek pięknej drogi?

Musicie wiedzieć, że nigdy
nie lubiłam swoich urodzin.

To w ten dzień zwykle następowało
apogeum smutku i poczucia samotności.

W ubiegłym roku na urodziny
dostałam dwa smsy z życzeniami.

Jeden od rodziców, a drugi od
byłego chłopaka. To było jak
uderzenie łopatą w głowę.

Bo ewidentnie świadczyło
o jednym:

nie zadbałam o relacje.

Dobrym pozwoliłam
odejść, złe odeszły same, a nowe
nie przyszły, bo niby jak? Skąd?

Pamiętam, że dokładnie rok
temu miałam uczucie, że wszystko
czemu poświęciłam swój czas…

…zawiodło.

Bo przecież szczęście i spełnienie można
zmierzyć tylko jednym: jakością relacji.

Ja nie miałam żadnych.

To wszystko, co miało wypełnić
wewnętrzną pustkę działało tylko
przez chwilę, a potem następował
weekend, urlop i…. konfrontacja z
wewnętrzną dziurą głęboką jak ocean.

Gdybym miała umrzeć w tamtej
chwili, nic co zdobyłam i zgromadziłam
nie miałoby żadnego znaczenia.

Bo nie było ludzi.
I doprowadziłam do tego sama.

Pamiętam, że kilka tygodni później
zapytałam rodziców, czemu tamtego
ważnego dla mnie dnia wysłali SMSa
zamiast po prostu zadzwonić.

Odpowiedzieli: wiedzieliśmy że
się bawisz lub spędzasz czas z
przyjaciółmi. Nie chcieliśmy przeszkadzać.

A ja byłam w otchłani rozpaczy.

Jak wiele zmieniło się od ostatniego roku.
Przewartościowałam swoje życie, raz jeszcze
ustaliłam priorytety, odpuściłam wszystkie
pożalsięboże ścieżki duchowe mające
prowadzić do oświecenia, ale
izolowały od społeczeństwa.

Ostatecznie one wszystkie konfrontowały
z pytaniem ile w tych ścieżkach jest życia?

Bo przecież tyle życia, ile bliskości
ze światem i drugim człowiekiem.

Na przełomie lutego/marca samotność
była już tak nieznośna, że stwierdziłam,
że nie dam rady.

Że albo coś zmienię, wyjdę z domu,
porzucę pozorny komfort i
wpuszczę trochę powietrza…

albo po prostu stanę się bardo starym
i zgnuśniałym człowiekiem.

Oświeconym ale cholernie
samotnym człowiekiem…

Zmieniło się. Dzięki mojej decyzji
i świadomie wypowiedzianej intencji
przestrzeń zaczęła wypełniać lukę.

Pojawiły się kobiety. I ta jedna, która
wytrwale o mnie walczyła, tak długo, aż
wzbudziła we mnie siostrzane uczucia.

Otworzyłam drzwi. 

Nie tylko własnego serca, ale
również te od domu.

Nareszcie pojawił się ktoś, kto chciał zjeść
zupę, wypić kawę według 5 przemian
i nacieszyć się wegańskim ciastem.

Po raz pierwszy od dawna
poczułam się spełniona.
Szczęśliwa.
Żywa.

Nie sądźcie jednak, że jestem
wesołym motylem, co lata teraz
metr nad ziemią. Bywają cudowne
chwile, ale są i spadki nastroju.

Bo przecież stare nawyki wciąż czasem
łapią za chabety i napełniają
gorzkim lękiem.

Stare demony wołają do powrotu.

Sprawiają, że znów
naciskam pedał hamulca.

Spotkanie? Nie mogę. Mam dużo pracy.
Tańce? Nie mogę. Jestem zmęczona.
Wspólny spacer po plaży? Nie mogę, medytuję,
piszę, sprzątam, pogoda nie ta, boli brzuch…

Otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Nie jako analiza, ale jako uczucie.

Odrętwienie ciała. Smutek. Zmęczenie.
Brak siły i energii. Oddzielenie od całości.

To jest dobry moment na zadanie sobie
kilku ważnych pytań:

„Dokąd idziesz?
Czy to dobra droga?
Co czujesz?
Z czego
rezygnujesz?
Czego się boisz?”.

Myślę, że to cholernie ważne
w dzisiejszym czasach:

być usłyszanym,
być zobaczonym,
przyjętym,
zaakceptowanym.

Mieć komu spojrzeć w oczy, mieć kogoś,
kogo można dotknąć.

I nie mówię o relacjach miłosnych.
Mówię o byciu w społeczności
– o prawdziwym spotkaniu z drugim człowiekiem.

Nie poprzez esemsy.
Nie przez Facebooka, czy Instagrama.
Nie poprzez bloga, czy firmowy komunikator.

Mówię o prawdziwym spotkaniu, które wymaga
dania czegoś od siebie.

Czasu, energii, akceptacji,
wysłuchania. Zobaczenia.
Wyjścia z klatki umysłu.

W moim życiu zawsze pojawiały się wilki.

Przychodziły do mnie w formie książek,
obrazów, wisiorków, programów i filmów,
w kartach mocy, w ludzkich wołaniach.
Niektórzy do dziś mówią do mnie „Wilczyco”.

Wilki są wielkimi indywidualistami.
Jednocześnie bez watahy popadają w
dziki obłęd lub po prostu umierają.

Jakże to piękna metafora na moje życie
i na to kim się czuję.

Wilk jako symbol łączenia potężnego
indywidualizmu z potrzebą przynależności.

Jest dla mnie wielkim
nauczycielem na ścieżce życia.

Im jestem starsza, tym coraz
wyraźniej widzę co jest ważne.

Pieniądze, prestiż, ambicje, tytuły,
stanowiska, kariera, osiągnięcia, komercyjny sukces,
idea oświecenia… Wszystko przestaje mieć
tak wielkie znaczenie.

Czuję, że pod koniec życia tylko to
będzie miało znaczenie jak blisko
ludzi będziemy.

Tyle w nas prawdy i tyle w nas życia,
ile miłości i otwartości na innych.

Uniwersalizacja społeczeństwa. Dobry powód, by w końcu się zbuntować

Choć do swojej kawalerki wprowadziłam się
pod koniec lutego, to wciąż jeszcze jest
trochę do zrobienia. Ale bez presji.

Bez pośpiechu. Powoli.
W miarę możliwości.

Dwadzieścia cztery przeprowadzki
w życiu nauczyły mnie jednego:

gromadź jak najmniej.

Pozbywaj się na bieżąco tego,
czego nie potrzebujesz.

Rozdawaj,
dziel się,
utylizuj.

Dbam o przestrzeń.
Bo lubię mieć miejsce.

Zarówno w mieszkaniu jak i
w sobie i w życiu w ogóle.

Na relacje, na kwiaty,
na sztukę, na pomysły
lub na to co nieprzewidziane.

Niech idee oraz emocje wiedzą, że
zawsze znajdzie się tu dla nich kąt.
Bez dopychania butem, bez uciskania
w już i tak pełnej szafie.

Jakiś czas temu napisałam,
że kocham minimalizm i powoli
wprowadzam go w życie.

Z niepokojem jednak obserwuję,
że bywa opacznie rozumiany.

Bo oto co się zadziewa, gdy wpisuję
w pasek Googla zwrot: kawalerka
w minimalistycznym stylu:

Szarość
biel,
brąz,
szarość

..nuda…

I jeszcze raz szarość. Na ten widok
wszystko się we mnie buntuje.

szare

Minimalizm to nie uniwersalizm.
Bo być indywidualistą w minimalizmie
wciąż jest możliwe.

Nurtuje mnie pytanie:
skąd w ludziach taka potrzeba…

Ujednolicania?

Chcielibyście każdego dnia wracać po
pracy do szarych ścian?

Wystarczyło bym przykryła
kanapę nową, „srebrną” narzutą.

Wytrzymałam godzinę. Po
tym czasie miałam dość
odwracania wzroku.

Bo oczy szukały koloru. Radości.
Życia pełną gębą.

Istnieje przeświadczenie, że skoro
masowa popkultura jest głośna i
jaskrawa,to potrzebujemy
jej przeciwieństwa.

Czy na pewno?

galeria4

Moim zdaniem to najszybsza
ścieżka do polaryzacji
i życia w wiecznym konflikcie.

To jak próba zmieszczenia w jednym pokoju
mnicha i hedonisty.
Nie może wyjść dobrze.

A chodzi o drogę środka.

Ani o „za dużo”
Ani o „za mało”.

Ostatecznie, jakby nad tym dłużej się
zastanowić, to masowa popkultura też
jest efektem ciągłego ujednolicania.

Mam wrażenie, że większość filmów
serwowanych w multipleksach niczym się
od siebie nie różni. Zmieniają się tylko tytuły.

Tak samo jest  z modą.

Na ulicy wszyscy wyglądają
dobrze, ale… tak samo.

W końcu też i projektanci wnętrz chcą nam
zrobić z mózgu szarą papkę i ładują szarość
wszędzie gdzie się da. Bo tak jest bezpiecznie.

Jakim wielkim prezentem i radością
jest więc odwiedzić kogoś, kto idzie pod prąd.

Kto wyprowadził się z głośnego miasta na wieś
i zbudował chatę z całym tym wiejskim
przynależnym jej folklorem.

galeria3

Mariusza znam od wielu lat.
Był przyjacielem mojego
ówczesnego partnera

Bardzo szybko wpadłam w ich świat
I zostałam nawet gdy z dawnym partnerem
niewiele mnie już łączyło.

Iza malowała na szkle, a Mariusz angażował
lokalnych artystów do wspólnych inicjatyw
artystycznych. Dziś,po wielu latach z podziwem
obserwuję, jak wszystko pięknie urosło.

Mariusz stał się nicią, która zszyła społeczność
w jedną piękną tkaninę, choć tak różnorodną,
połataną, pstrokatą.

Wiejska galeria, dla której znalazł
miejsce we własnym domu oddycha
estetyką lokalnych twórców.

Jest tu wszystko.

Witraże.
Obrazy.
Szmaciane laleczki.
Wiklinowe plecionki.
Wełniane skarpety.
Dziergane poduszki.
Kolekcja ziół z pobliskiej łąki.
Konfitury, powidła.
Książki z aniołami.
I piękne szklane wisiorki.

Bez ujednolicania.
Bez nudy i szarości.

Każdy przedmiot ma duszę
i własną historię. Podobnie jak ich
twórcy. Poznałam kilkoro na święcie
żegnania lata.

Gdy miałam okazję, patrzyłam im w oczy.
Słuchałam. Pobyłam w ich obecności.
Przytuliłam na pożegnanie.

Tym jest dla mnie
prawdziwa sztuka.

Autentyzmem.
Niebanalną prostotą.
Folklorem.
Historią.
Kolorem.
Rewolucją.

A przede wszystkim zapisem
ludzkich emocji.

galeri6

Ok, ale jak się ma sztuka ludowa
do minimalizmu? Już mówię.

Życie na wsi wymaga współpracy.
Nie tylko sąsiedzkiej, ale również z Naturą,
żywiołami, ogrodem, z tym co jest.

Tak jest w domu moich rodziców:
nic się nie marnuje. A jak zaczyna się
marnować, to należy to szybko przetworzyć.

I tak samo jest ze sztuką ludową,
korzysta ze wszystkich dostępności
zamiast z tego, co jest oczekiwane.

Jest przez to niepowtarzalnym tworem-
wykonanym w sposób unikatowy i
często niedoskonały, a przez to tak
wyjątkowy właśnie.

I to, co kocham najbardziej –
sztuka ludowa bardzo często
przetwarza stare.

Daje przedmiotom drugie życie- wszystko za sprawą
pomysłu, farb, szlifu i demontażu.

Czy to nie wspaniałe, że zamiast
dokładać, do i tak już świata
pełnego przedmiotów, można
odmłodzić dawne?

W ten sposób eksponuje się historię.
Oto opowieść o przodkach zamknięta
w intencyjnie wykonanym przedmiocie.

Dom Mariusza, powstał na kaszubskiej
ziemi przed paroma laty. Ale nie jest
nowym domem.

Pierwotnie stał w Beskidzie Niskim.

Tam go rozebrano, a potem przewieziono
do Czapielska. Mariusz zbudował
go raz jeszcze odtwarzając pierwowzór
w skali 1:1.

Historia została nienaruszona. W tych stuletnich
murach wciąż mieszkają opowieści.

czapielsk123

***

Na kolejne urodziny, ku zaskoczeniu
najbliższych zrobiłam sobie artystyczne
zamówienie: obraz z akwareli.

„Ale jak to? Przecież potrzebujesz
nocnej lampki? Ale biurko ci się sypie…
Ale kuchnię trzeba wyremontować.”

Ja jednak czekam na okazję.
Na to aż znajdę starą maszynę
do szycia i skompletuję stary blat.

A lampka? Hmm. Może
sama pojawi się pod moim domem.
Kuchnia? Ma się całkiem dobrze,
nic nie przecieka 🙂

Mogę sobie pozwolić zarówno
na oczekiwanie i powolność jak
i na przygarnięcie tego, co unikatowe.

Bo daje  mi znacznie więcej niż
powierzchowna estetyka, która
dopóty jest „ładna”, dopóki jest modna.

Najważniejsze, że mam miejsce.
Po to właśnie jest minimalizm.

Święto Mabon – równonoc jesienna jako okazja do praktyki wdzięczności

Pewna bardzo mądra kobieta
uświadomiła mi jakiś czas temu, że
łatwo nam przeoczyć własny rozwój.

Z powodu skromności? Ślepoty?
Być może. Ale częstszą przyczyną
jest jednak nasze wgrane „oprogramowanie”.

Bo czyż nie jest tak, że od dziecka zamiast
chwalić wciąż nas krytykowano?

Zamiast skupić się na tym, co dobre
na tym co wychodzi i idzie łatwo,
razem z rodzicami i nauczycielami
poświęcaliśmy uwagę temu, co nie wychodzi?

„Dlaczego dwójka, a nie piątka?”
„Jak to uwaga w dzienniczku?”
„Co to znaczy, że nie rozumiesz matematyki?”

PSYCHICZNE ZASOBY

A tym czasem, tuż obok wysiadywaliśmy
złote jajka pełne skarbów.

Estetyczny zmysł i rękę do pasteli.
Wypracowania, które szły jak po maśle.
Wiedzę o roślinach, która kleiła
się do nas sama i utrwalała na spacerach.

Nie wspominając o inteligencji emocjonalnej,
która była traktowana
co najmniej jak ezoteryczny żart.

Nasza wrażliwość.
Nasza empatia.
Umiejętność współpracy.
Słuchanie z uważnością.

Nikt nas nie chwalił,
nikt tego nie doceniał.

Więc i my mieliśmy to w głębokim poważaniu.
Bo skoro się udaje, skoro jest dla nas proste,
to musi być nieważne, nieznaczące, byle jakie.

I tak zostało nam do dzisiaj.

A przecież powinniśmy całować się
po rękach za wszystko czego dokonaliśmy.

Ten dzień – z 22 na 23 września jest
ku temu świetnym powodem. To święto Mabon.

Dzień równonocy przypada pomiędzy dniami
zimowego, a letniego przesilenia, czyli dni,
w których Słońce znajduje się w zenicie
dla poszczególnych półkul.

RÓWNONOC JESIENNA

Mabon – to pogańskie święto
drugich i ostatnich zbiorów,
który pokrywa się czasem
równonocy jesiennej.

Dziś niewiele osób obchodzi ten dzień.

Nawet na wsiach jest to rzadkie, choć
kiedyś było naturalnym rytuałem
żegnania lata i przygotowywania się
do chłodnych miesięcy, podczas których
wszystko zwalnia.

Miesięcy, które w zależności od
letniego urodzaju były pełne słodyczy,
lub chudych posiłków.

Wieki temu ludzie zbierali się
tego wieczora przy  ognisku i
dziękowali Matce Naturze za obfite plony.

Śpiewali. Tańczyli. Kochali się.

Na stole lądowało to, co
zebrano przez ostatni czas:

Owoce i warzywa korzenne.
Pojawiał się ciepły chleb ze świeżo
zmielonego ziarna, dopiero co zebrany
miód i usmażone powidła z węgierek.

Ludzie  świętowali, bo było co świętować.

Świętowali własną pracę oraz jej owoce.
Świętowali wdzięczność za żywioły,
które pozwalały urosnąć temu, co
wkrótce miało trafić do brzucha.

Świętowali samo życie.

A CO TY ŚWIĘTUJESZ?

Dziś, ludzie głównie żyją w miastach.
Gruszki i powidła cały rok dowożone
są do supermarketów. I o ile  wypłata
wpływa regularnie na konto, o tyle
nie musimy martwić się o puste brzuchy.

Nie tak jak kiedyś, gdy często rytmy
życia wyznaczała Przyroda.

Choć dziś jadę świętować Mabon
na kaszubską wieś, to przecież ja sama
mieszkam w mieście.

Pomyślałam więc, że to dobra okazja, by
skierować świętowanie odrobinkę do wewnątrz.

Czyli zobaczyć co wydarzyło się
przez ostatnie pół roku, co my sami
w sobie wypracowaliśmy, czego się
nauczyliśmy, co zaniechaliśmy.

I takich rzeczy z pewnością jest wiele.

Wystarczy wrócić pamięcią wstecz
o dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat.
Ile potrafiliśmy wtedy, a ile umiemy teraz?

Potrafię sznurować buty.
Zagotować wodę. Ba! Upiec ciasto,
zmielić ziarna na mąkę, pomalować
krzesła na biało, przybić gwoździa,
zrobić pranie, kupić mieszkanie i opłacić rachunki.

Czy to mało?

O czym marzyłeś skrycie, a co teraz stało się
Twoim udziałem?

W ciągu ostatniego półrocza
zmieniło się u mnie wiele i
sama jestem tego autorem:

Głęboki wydech zamiast wybuchu gniewu.
Wyjście na spotkanie w dużym gronie ludzi,
których do tej pory unikałam z lęku.

Daktyle zamiast czekolady.
Pisanie zamiast serialu.
Rozmowa z szefem prosto w oczy
zamiast chowanie się za mailami.

Przyznam się szczerze – bywam pesymistką.
Skupiam się na tym, co mi nie wychodzi, jak
mało jeszcze potrafię i jak często błądzę.

A tym czasem wydarzyło się tyle dobrego
o którym nie miałam pojęcia bo zapomniałam
sobie podziękować, pochwalić się, docenić.

Dziś widzę inaczej. Dziś widzę więcej.

Dostrzegam, że mam dobre życie.
Że ja się zmieniłam. Że dokonuję
zdrowszych wyborów, takie które
powoli zmieniają patologiczne nawyki.

Coraz częściej
jestem WDZIĘCZNA.

Za to, że mieszkam w pięknym miejscu,
w otoczeniu lasu.

Za ludzi, dla których jestem ważna,
i którzy dla mnie są istotną częścią życia.

Za wspólnotę, która mnie przyjęła.

Za Lunę, która kładzie mi główkę na
wychłodzonych kolanach po długim spacerze.
Za to, że jest tak cudownie pełna
bezwarunkowej MIŁOŚCI.

Dzięki niej nauczyłam się TROSKI
także w stosunku do siebie samej.

Mam sprawne ciało i sprawny głos.
Mam słońce na drewnianym parkiecie.
Ziemię pod stopami i czucie pod palcami.

Jestem WRAŻLIWA.

Potrafię płakać na pięknej piosence
i skakać jak dziecko w ciepłym deszczu
Przede wszystkim, czuć bardziej
drugiego człowieka.

Są Kręgi Kobiet, które przyszły
dzięki mojej INTUICJI.

Był też wspaniały letni wyjazd, który
odbył się z powodu mojej CIEKAWOŚCI.

Polepszyły się relacje z ludźmi naokoło,
dzięki OTWARTOŚCI, na to,
co przeraża najbardziej.

Pisanie i medytacja odbywają się
każdego dnia niezależnie od energii
ponieważ wykształciłam DYSCYPLINĘ.

Owszem. Jest wiele do zrobienia i tyle nauki.

Gdybyśmy jednak uznali, że wiemy już
wszystko i osiągnęliśmy każdy cel
skończyłoby się życie lub jego sens.

Bo chodzi nie o cele, ale o drogę.

O jakość drogi. O sposób chodzenia.
O otwartość na przeżywanie, i o
uważność na to, co niespodziewane.

A przede wszystkim o ŻYCZLIWOŚĆ.
Do siebie i swoich zasobów.

Do Wszechświata. Dla wszystkich błędów
które popełniamy i dla wszystkich, których
nie popełnimy nigdy bo po latach wzrosła w nas

…MĄDROŚĆ.

Siadam na miękkiej kanapie, i
otulam się kocem.

W ręku trzymam piękny ceramiczny
kubek z poziomkową herbatą.
Przy kolanach leży Lunka
z całym swym psim zapachem.

Za oknem pada deszcz, ale
mi jest ciepło i sucho.

Czy mogłoby być lepiej?
Jest wystarczająco dobrze.
Błogo. Bezpiecznie. Radośnie.
Nienachalnie dobrze.

Jest takie stare powiedzenie:

„Piękno mieszka w oku patrzącego”.

Poszłabym dalej i powiedziała:
Siła mieszka w oku przeżywającego.

Bo to, czy doświadczamy życia
jako porażki czy prezentu zależy
wyłącznie od punktu widzenia
i sposobu postrzegania świata.

Którą perspektywę dziś wybierzesz?

Niech święto równonocy jesiennej
będzie dla Ciebie okazją, by poczuć
obfitość siebie i świata. Bo wszyscy
mamy więcej, niż chcemy widzieć.