Archiwa tagu: featured

Życiowa ewolucja. Jak wybrać spośród wielu dróg?

Wielość, różnorodność, możliwości.
Jak wybrać to, co będzie nam służyć
w życiu bez popadania w skrajność?

Zawsze miałam z tym problem.
Nie z tym, że interesuje mnie tak wiele rzeczy.

Raczej z tym, że nie wypada.
Że być może powinnam się określić
i trzymać kurczowo jednej idei.

Bo przecież większość ludzi
tak robi – określa się.

OKREŚL SIĘ!

Jestem buddystą.
Jestem katolikiem.
Jestem joginem.
Jestem jungistą.
Jestem artystą.
Jestem pisarzem.
Jestem ateistą.

A ja? Dziś jestem buddystką.
Jutro czytam o szamanizmie.

Pojutrze tylko tworzę.
A za tydzień zgłębiam
filozofię i gimnastykę
starosłowiańską.

Kiedyś strasznie z tym walczyłam.

Starałam się na siłę trzymać jednej
filozofii, nawet jeśli nie bardzo mi służyła.
Albo co gorsza, mocno ograniczała.

Bywało, że modelowałam siebie jak plastelinę,
aby gdzieś pasować. Tu przycięłam, tam dodałam,
coś odrzuciłam, czegoś się wyparłam.

Niekiedy przycinałam
własne zapędy i potrzeby.

Innym razem podcinałam skrzydła, które chciały
frunąć ku temu co piękne, a niepraktyczne.

(NIE)DOPASOWANIE

Kilka lat temu przestałam to robić.
Przestałam przejmować się tym, że
pociąga mnie tak wiele spraw i idei i że
nie potrafię zostać wyłącznie przy jednej.

Bo będąc człowiekiem jestem
wielowymiarową istotą z bagażem
emocji, doświadczeń i potrzeb.
I lubię łączyć smaki.

Życie to proces i jedna wielka zmienna.

Jestem jak rzeka. Woda, która dziś jest we mnie
nie jest tą samą wodą, która płynęła wczoraj.
Dziś lubię zielony, a jutro niebieski.
Czy jest w tym coś złego?

Jeśli wciąż muszę się ograniczać i zmuszać
do całkowitego poddania się jednej filozofii
czy religii to znaczy, że zbłądziłam już dawno temu.

Bo przecież jestem w ruchu i
w nieustannej ewolucji. To co było dobre
dla mnie rok temu, nie oznacza że wciąż
będzie mnie karmić jutro.

ZMIANA GONI ZMIANĘ

Zmieniają się moje potrzeby, myśli, uczucia,
marzenia i ludzie wokół. Nie hamuję tego
– bo wiem że na tym polega naturalny przepływ.

A jego akceptacja to nic innego jak akt
miłości wobec samego siebie.

Poczułam, że chcę o tym napisać, bo
na co dzień spotykam wiele osób,
które katują się tym, że mają tak wiele
duchowych zainteresowań i próbują
z tym walczyć.

Jakiś czas temu ja sama miałam moment, że zaczęłam wątpić,
czy to w jaki sposób żyję, jest właściwe.

Byłam krytykowana.
Byłam osądzana.
Mówiono mi: zdecyduj się.
Mówiono mi: jesteś pomieszana.

Kilku znajomych wyrzuciło mnie z Facebooka,
za łączenie ze sobą kilku różnych filozofii.
Bo buddystce nie przystoi ufać astrologii.
Bo nauczyciel zabrania.

Ostatni rok był dla mnie wielką
radykalną nauką akceptacji siebie
i własnych wyborów, nawet jeśli
wydawały się być „błędne”.

AKCEPTACJA

Zaakceptowałam swój lęk. To, że się z nim budzę
i że kładę się z nim do łóżka.

Zaakceptowałam swój smutek, który
czasem odbiera siły i powoduje wewnętrzne kurczenie.

Zaakceptowałam samotność, którą czuję w grupie.
Zaakceptowałam też to, że zmieniam
poglądy i decyzje.

I że naturalnie przyklejam się do tego,
co pomaga mi na dany moment, bez pardonu
porzucając to, co dobrego dawało niewiele.

Akceptuję to, że po dziewięciu latach
praktyk buddyjskich, porzuciłam je dla
medytacji świeckiej, która nie posiada
ideologii.

Akceptuję, że zamiast wierzyć w to,
czego nie czuję, wybrałam wiarę w to, co
dla mnie całkowicie naturalne –
w mądrość Matki Natury.

Akceptuję, że porzuciłam relacje,
które mi nie służyły.

Że zostawiłam terapię, która kazała mi skupiać się
wyłącznie na negatywach zamiast szukać dobra wokół.

Akceptuję, że jestem niestała i zmienna.

Że mam w sobie tak wiele
ruchliwego powietrza. Że popełniam błędy.
Że niekiedy podejmuję „błędne” decyzje.
Że zawodzę.

Że szukam.
Że wciąż pytam.
Że zawsze idę za tym, gdzie ciągnie serce,
nawet jeśli słyszę: zdecyduj się w końcu.

Wybaczyłam sobie, że taka jestem.

Potrzebowałam sobie wybaczyć,
nawet jeśli to, co robię nikogo nie krzywdzi.
Bo tak mnie nauczono – wstydzić się i przepraszać.

Dziś widzę, że ta długa, kręta i zmienna droga
miała sens, bo zaprowadziła mnie do siebie.

I nie żałuję, nawet jeśli podwoiłam część trasy.
Bo za przewodnika obrałam ciekawość i chęć
eksplorowania wewnętrznej przestrzeni.

Być może zbłądziłam więcej razy
niż przeciętny, „określony” człowiek.
Być może przeszłam więcej kilometrów
a po kilku ścieżkach kręciłam się w kółko.

Akceptuję. Biorę to, co zobaczyłam,
co poznałam, co przeżyłam.

Dziękuję za to i napełniam się wdzięcznością.
A wspomnienia z dróg chowam do szkatułki
pełnej dojrzewających skarbów. Pewnego dnia
wyciągnę je na światło – bo będą odpowiedzią
na moje lub cudze pytanie.

Wielość dróg nie jest pomyłką
ale bogatym doświadczeniem.
Błądzenie, kluczenie, testowanie,
to nic innego jak szkoła życia i nauka
siebie w tym krótkim życiu.

Na koniec podzielę się jednym z moich
ulubionych cytatów, któremu pozwalam się
prowadzić gdy nie wiem co robić:

„Tylko ten, kto zaszedł w życiu za daleko
ma okazję przekonać się, jak daleko potrafi zajść”.

T.S. Elliot

 

Reklamy

Kręgi Kobiet. W drodze do siebie

A więc wróciłam.

Kto czytał ostatni wpis,
ten wie, że jechałam w okolice
Tarnowskich Gór na ważne dla
mnie wydarzenie.

Nie chciałam pisać wtedy o nim zbyt
wiele. Chciałam zostać z tym wszystkim
i nie rozmieniać uczuć na drobne.

Teraz mogę i chcę napisać więcej, bo
to, co miało się osadzić, już się osadziło,
choć doświadczenia wciąż będą we mnie
pracować przez najbliższe tygodnie.

Byłam na Zgromadzeniu Kręgów Kobiet,
które odbyło się po raz trzeci.

Ale może zacznę od początku,
bo pewnie nie każdy z Was
wie o czym mówię.

KRĘGI KOBIET – CZYM SĄ?

20190801_161421

Krąg to jedna z najstarszych form
tworzenia wspólnej przestrzeni dla ludzi
w różnym wieku, na różnych etapach życia i z
różnym doświadczeniem.

Krąg wywodzi się z pradawnych
tradycji plemiennych.

Członkowie plemiona regularnie spotykali się przy
ognisku i dzielili tym, co było dla nich ważne
na ten właśnie moment. Opowiadali własne
historie w bezpiecznej przestrzeni, która
nie znała krytyki.

Krąg Kobiet zawsze trzymała najstarsza z plemienia.
To ona rozpoczynała i ona kończyła.

Pełniła rolę „babci”, mądrej i bogatej w wiedzę staruchy,
która przeżyła wszystko, co było do przeżycia:

ból i rozpacz, śmierć i narodziny, radość
i obfitość, zgodę i niezgodę. Była głęboko
intuicyjna i żyła w zgodzie z własnymi cyklami.

To ona pilnowała zasad i czuwała nad tym, by nic
nie rozpraszało energii, która poruszała się w
tej świętej przestrzeni Kręgu.

PODSTAWOWE ZASADY KRĘGOWE

Podczas zasiadania w Kręgu bardzo ważne
jest zachowanie kilku zasad:

Po pierwsze, głos ma tylko ta osoba,
która trzyma przedmiot
uprawniający do mówienia.

Po drugie, podczas, gdy dana osoba mówi,
nikt jej nie przerywa i nikt jej nie ocenia.

Po trzecie, nie udzielmy sobie rad.
Nie komentujemy. Jesteśmy
słyszeniem i słuchaniem. Bo wszystkie
jesteśmy równe.

Cierpliwie czekamy na swoją kolej
i staramy się być całkowicie przytomne
i uważne na każdą z Sióstr zasiadającą
w przestrzeni Kręgu.

DŁUGA DROGA DO KOBIET

Kręgu Kobiet szukałam od dawna.

Zaczęło się cztery lata temu,
gdy zależało mi na znalezieniu przestrzeni,
w której odzyskałabym to, czego tak bardzo
brakowało mi przez całe życie.

Czyli innych Kobiet.
Bycia z nimi blisko.
Bycia częścią żeńskiej wspólnoty.

Przede wszystkim zaś, odnalezienia Kobiety w sobie,
bo zepchnęłam ją do ciemnego zakamarka psychiki twierdząc,
że jest zła, głupia, mściwa i płytka.

Ot stare, patriarchalne ale i współczesne
popkulturowe programy, które wypaczyły obraz
tego, co kobiece/żeńskie/pierwotne.

MOJA HISTORIA 

Wtedy, cztery lata temu
nie znalazłam żadnego Kręgu.

Może nie szukałam dobrze.
Może nie było mi dane znaleźć,
bo miałam wtedy jeszcze zbyt wiele
nieuzdrowionych ran, szkodliwych
programów umysłowych i zadr.

A może po prostu jeszcze wtedy
ta idea nie była zbyt popularna
na trójmiejskim obszarze.

W każdym razie, nieco zrezygnowana
przestałam szukać. Nie ma, to nie ma, trudno.

Międzyczasie robiłam swoje.

Czytałam książki o kobiecości i
o źródle żeńskiej mocy.

Medytowałam, ćwiczyłam jogę,
uczyłam się ajurwedy, chodziłam na
akupunkturę, zaliczyłam psychoterapię
z terapeutką, z którą weszłam w głęboki konflikt.

Doświadczyłam choroby i sama się z niej
wyleczyłam, rozstałam się z partnerem,
kupiłam mieszkanie…

W końcu przeprowadziłam się
do Sopotu i stało się.

Kręgi Kobiet przyszły do mnie same.

Okazało się, że wydarzenie odbywa się regularnie,
przy pełni księżyca w miejscu oddalonym od
mojego nowego domu zaledwie o 3 kilometry.

W lęku, z szalejącym od sprzeciwów ego,
w smutku i totalnym zmęczeniu poszłam na
pierwszy Krąg.

PIERWSZY KRĄG

To był marzec. Czas, który
okazał się być całkowicie
dla mnie przełomowy.

Osiem miesięcy wcześniej podczas
rozstania z partnerem przyrzekłam sobie,
że to będzie mój rok indywidualnych procesów.

Czyli dania sobie całkowitej uwagi, miłości
i akceptacji, których zawsze szukałam na zewnątrz.

20190802_145737

Obiecałam sobie, że nie wejdę w relację,
dopóki nie poznam kim naprawdę jestem.

Podczas tych ośmiu miesięcy uzdrowiłam
w sobie wiele ran, które
wołały o uwagę od dziecka.

Ale pewnych rzeczy nie mogłam
uzdrowić sama.

Potrzebowałam do tego Kobiet.

Bo to, co jeszcze było do uleczenia
to właśnie kobiecość – to, czego
w sobie nie odnajdywałam albo inaczej –
permanentnie wypierałam.

Skutkiem tego wszystkiego były choroby „kobiece”
i liczne konflikty z kobietami,
które powracały jak bumerang.

Drugą rzeczą, która wołała o uwagę była samotność,
która wynikała z unikania wspólnot.

A że jedną z moich najgłębszych potrzeb,
jest potrzeba przynależności,
możecie sobie wyobrazić
w jak wielkim konflikcie żyłam.

STARE PROGRAMY

Wiedziałam, że jest we mnie głęboki, przekazywany
przez pokolenia konflikt.

Przekonanie, że bycie
kobietą jest za karę.

Że bycie kobietą jest niefajne,
pełne poświeceń i że
zawsze wiąże się z bólem.

W marcu doszłam do ściany.

Tego problemu z kobiecością
nie przepracuję sama – pomyślałam.

Teraz albo nigdy.

Na Facebooku pojawiło się wydarzenie „Krąg Kobiet
w Sopocie”. Kliknęłam „wezmę udział”,
bo wiedziałam, że nie mam wyjścia.

Że to jedyna droga do ukochania
kobiety w sobie i naprawienia relacji z kobietami, które
nieświadomie krzywdziłam, odrzucając je za to,
jakie są: dzikie, seksualne, porywcze, emocjonalne.

Byłam podekscytowana i radosna.
I jednocześnie pełna obaw.

PIERWSZY KRĄG KOBIET

Poszłam.

Podczas trzech godzin siedziałam w kręgu
trzynastu pięknych i całkowicie różnych kobiet.
Przez chwilę trzymałyśmy się za ręce. Patrzyłyśmy
na siebie w totalnej ciszy, a potem się zaczęło.

Płakałam. Mówiłam. Słuchałam.
Śmiałam się. Poczułam się przyjęta.

Zaakceptowana. Wysłuchana. A co ważniejsze,
nie oceniona przez kogokolwiek. W każdej z
tych pięknych Kobiet przejrzałam się jak w lustrze.

W każdej historii usłyszałam swoją.
Dawną, już przeżytą. Aktualną.
I tą, która przyjdzie.

Od tej pory rzeczy zaczęły się
wydarzać lawinowo.

received_500515647377348

Najpierw zaczęły się pojawiać Kobiety.
Przyszły do mnie również te, z którymi miałam
nieprzepracowane konflikty.

Po dwuletniej przerwie, wróciła mi
miesiączka, a hormony wyregulowały się
same bez żadnej farmakologii. Wróciło libido.

Bywało, że płakałam nie wiedząc czemu.
Bywało, że tańczyłam nie wiedząc czemu.
Wróciło życie, ruch i rytm oraz oddech do brzucha.

ZGROMADZENIE KRĘGÓW W POLSCE

I dlatego, kiedy tylko dowiedziałam się
o Zgromadzeniu Wszystkich Kręgów Kobiet
zgłosiłam się jako jedna z pierwszych.

Pieniądze, urlop, emocje… To było nieważne.
Wiedziałam, że intencja i chęci mogą sprawić cuda.

Chciałam pojechać.

Chciałam poznać te piękne
Kobiety, które trzymają i organizują
Kręgi w całej Polsce.

Chciałam doświadczyć ich mocy i spojrzeć im
głęboko w oczy z wdzięcznością.

Najbardziej jednak pragnęłam być częścią
żeńskiego rodu/plemienia/grupy,
jakiejś większej całości, do której pasuję
naturalnie, bez konieczności udawania.

Myślę, że to bardzo głęboka
potrzeba wielu ludzi:

Potrzeba przynależności.

To dlatego tyle osób przyłącza się
do różnych wspólnot religijnych
czy społecznych.

Nie z poczucia misji, czy potrzeby wiary,
lecz z potrzeby bycia częścią większej całości,
choć tych pierwszych nie neguję, bo wiem,
że też bywają silne.

Chodzi mi jednak o to, że
w obecnych czasach zostaliśmy
odcięci od siebie nawzajem.

Mężczyźni są nauczeni rywalizacji
i zamiast współpracować, walczą ze sobą.

Kobiety, zamiast wspierać się w podobnych
drogach i pomagać w przechodzeniu
nowych cykli życia, widzą w sobie zagrożenie.

Nasze relacje bywają płytkie i małostkowe.

Rodzinne struktury rozpadają się.
Babki nie mają kontaktu z wnuczkami,
matki, rywalizują z córkami,nie celebrujemy
ważnych dla nas chwil.

Jesteśmy samotne podczas
pierwszej miesiączki.

Jesteśmy opuszczone i
bezradne po porodzie.

Umieramy w samotności, a
żegnanie przodków zostawiamy
obcym ludziom w czarnych kitlach.

Smutne.

20190802_151115 (1)

CZAS PRZEJŚCIA

Wyjazd na Zgromadzenie był ważny
i absolutnie konieczny, bo zbiegał się z końcem
mojego rocznego procesu – bycia ze sobą w relacji
i poznania siebie na nowo.

To był ważny ale i trudny czas, który
poświęciłam na zgłębienie kobiecości i na
wpuszczenie kobiet do swojego życia.

Na odkrycie kim jestem, nawet jeśli
odpowiedzią bywało słowo „nie wiem”.

Ten wyjazd potraktowałam symbolicznie.
Minął rok bycia ze sobą w głębokiej relacji.
Oto nastąpiło rytualne przejście.

Pożegnanie dziewczynki i
powitanie dorosłej Kobiety.

Świadomej siebie,
pełnej mocy, radości i
bycia blisko Natury.

Nikt mnie nie przeprowadził
przez rytuał stawania się kobietą
podczas pierwszej miesiączki.

Stało się dopiero teraz, w wieku 34 lat.

Podczas tych pięciu intensywnych dni,
podczas których codziennie zasiadałam
w kilku Kręgach z sześćdziesiątką Kobiet
spotkałam nową siebie.

Bałam się samotności.
Bałam się odrzucenia.
Bo zawsze tak się czułam
w dużych grupach:

niechciana,
gorsza,
słabsza,
nielubiana.

INICJACYJNA ZMIANA

A tymczasem zostałam przyjęta
ze wszystkim co miałam i czego nie miałam.
I zdałam sobie sprawę, że było to możliwe
z jednej prostej przyczyny:

To ja się zmieniłam.

Bo po raz pierwszy w życiu
przyjęłam siebie całkowicie,
zaakceptowałam i
ukochałam zamiast odrzucić.

Wracam inna.

Wracam pełniejsza.
Wracam szczęśliwa i pełna uczuć
oraz ich akceptacji. Osadzona w sobie.

Podczas tych pięciu dni przeszłam
kumulację i zakończenie procesów,
które trwały rok, może nawet lata.
Nie będę o tym pisać, bo to zbyt intymne.

Wiem tylko, że wydarzyło się wszystko.
I nareszcie poczułam się Kobietą.

Dziką.
Wolną.
Pierwotną.
Piękną.
I brzydką.
Kochającą.
Gniewną.
Radosną
w lęku
i smutku.

Po prostu – Kobietą.

 

 

 

 

 

Tak zwany chaos. Czyli czas (prawdopodobnie) wielkich zmian

„Martwię się o ciebie” – powiedział kolega
z pracy, z którym nie widzieliśmy się przez kilki dni.

Nie miałam potrzeby dopytywać, dlaczego
się martwi.

Wiedziałam, że on wie,
że widzi,
że czuje.

Bo należy do typu „szczęśliwych”
wrażliwców, którzy wyłapują z przestrzeni
znacznie więcej niż by chcieli.

Poza tym, ja sama od jakiegoś czasu martwię
się o siebie nieustannie.

I trochę sobie współczuję –
tej ponownej potrzeby surfowania
po falach chaotycznych emocji
i  bycia w miejscu, do którego
wcale nie chciałam wracać.

Jest to miejsce pełne wewnętrznych sprzeczności,
konfliktów wewnętrznych, pytań bez odpowiedzi oraz
konfrontacji z rezultatami własnego rozwoju.

A sprawy wyglądają tak:

Marzenia: Kilkukrotnie ostatnio sprzeciwiłam się
głosowi własnej intuicji. Wybrałam to, co
prostsze od tego, co trudne i rozwojowe, a czego
teraz konsekwencje ponoszę.

Praca: Wciąż pracuję w miejscu, które nie daje mi
ani spełnienia, ani pieniędzy, ani dobrych relacji.

Kasa na koncie oszczędnościowym:
Zero. Minus nawet.

Kobiece przyjaźnie: Brak.

Książka: Piszę po jednym zdaniu dziennie.
Czasem dwa. A potem odkładam na tygodnie,
bo nie mam ani weny ani pomysłu.

Mapa marzeń: Na jednej kupce
wciąż leżą niepoukładane wycinki z gazet,
a na drugiej stoją sterylne brystole i mazaki.

Czyli dupa.

Joga: Okazało się, że przez ostatnie dwa lata
była mi ucieczką. A wiem, bo ciało powiedziało „dość”.
A raczej wykrzyczało potężnym bólem.

(Zdrowie): Zapalenie mięśni biodrowo-krzyżowych
i nadwerężone lędźwie i smutny wniosek, że joga
zamiast być „praktyką uważności”
była odwracaniem od siebie uwagi.

Jakby tego było mało, w tym wszystkim
zaczęłam nieustannie popełniać błędy.
Milion błędów. W pracy. W relacjach.
w wydatkach, w żywieniu nawet.

I wszystko pogorszyło się
jeszcze bardziej.

Oto doszłam do ściany.

Pojawiła się pustka, bezcelowość,
niechęć i lęk jak góra. Tak. W tym stanie,
to właśnie lęk jest najbardziej namacalny.

I właśnie teraz, jak nigdy znów mam okazję
sprawdzić, czy kocham siebie ciut mocniej,
czy może jednak wciąż krzyczę, potępiam
i jedynie wymagam zamiast po prostu przytulić.

Jalaja Bonheim napisała kiedyś:

„Paradoksalnie, dochodzimy do pełni, tylko
akceptując to, co w nas najbardziej delikatne,
a czasami również to, co złamane.”

Widzę w tym prawdę i jej słowa bardzo ze
mną rezonują na ten moment życia właśnie.

Bo ten czas weryfikuje, czy rok bycia samej
czegoś mnie nauczył.

Czy stałam się dla siebie wsparciem i przyjacielem?
Czy potrafię akceptować siebie z mrokiem,
słabością i wadami? Czy może jednak lubię,
siebie tylko gdy wiatr wieje mi w żagle?

Choć bywają dni, że najchętniej schowałabym się
pod koc i tam przeczekała gorszy czas (i bywa, że
sobie pozwalam), to jednak z miłością dobrej matki
też popycham delikatnie do przodu.

Nie na siłę. Nie z przemocą.
Lecz z miłością. 

„Jedź na ten kurs dla kobiet w Tarnowskie Góry”,
mówię sobie.

„Wiem, że się boisz, bo nikogo
nie znasz, obce miejsce, finanse leżą, pustka
w środku, to nieważne. Jedź. Tak bardzo chciałaś”.

Więc, choć boję się, to jadę. Mam już bilet.
I miejsce w drewnianym domku.
Świadomie zrezygnuję przez tydzień z
dostępu do komputera, internetu i telefonu.

Tylko po to, by być naprawdę.
Ze sobą i z innymi kobietami.

Boję się.

Bo z tego miejsca nie ucieknę –
jest w głębokiej dziczy. Będzie niewygodnie,
będzie niekomfortowo i jeszcze bardziej przyjdzie
mi spotkać siebie.

Lękliwą. Samotną. W emocjach.

Mimo to, jadę. Robię inaczej niż robiłam
zwykle w takich chwilach. Bo moją normą
jest się chować i przeczekiwać.

Zawężać świat i umysł, zamiast poszerzać.
Ograniczać, zamiast wychodzić z szuflady.

A więc jednak coś mi dał ten rok bycia samej.
A jego zwieńczeniem będzie właśnie wyjazd.

Bo przecież rok temu bym nie pojechała.
Kupiłabym kilogram ciastek, zaciemniła okna
obejrzała głupi film a potem zapadłabym się
w kilkudniowy depresyjny letarg.

A teraz robię inaczej.

Minął okrągły rok,
kończy się symboliczny proces, więc jadę.

Bo przecież każda inicjacja
wymaga rytualnego finału.

Zaobrączkowania się.
Przyjęcia nowego imienia.
Odkrycia w sobie nowych cech.
Zrobienia odwrotnie. Jadę.

W bólu. Smutku. Niewiedzy.
Chaosie, Lęku jak góra. Wewnętrznej pustce.
Niepewności i rozedrganiu emocjonalnym-
jadę.

Nie dokądś. Ale do siebie jadę.

„Dzisiaj
Zrezygnowałam
Z uzdrawiania mojej traumy
Zrezygnowałam
Z praktykowania umiejętności
Stania się całą.
Dzisiaj zrezygnowałam
Z ewoluowania
W tą wiecznie nieuchwytną
Lepszą wersję siebie.
Dzisiaj poddałam się
Ranie miłości.
Przestałam wskazywać na nią
Patrzeć na nią
Łagodzić ją
Szczypać ją
Naprawiać ją
Wysubtelniać ją
Ukrywać ją
Wygładzać ją.
Zatrzymałam tą grę oddzielenia.
Wczołgałam się do jej wnętrza
I rozłożyłam ją w otwartość.
Zadecydowałam nosić ją jak suknię.
Zaakceptowałam moją totalną i całkowitą
Porażkę
Bycia czymkolwiek innym
Niż ja sama.”

~Maya Luna

 

 

 

Nasze fałszywe persony. Czyli dlaczego okłamujemy samych siebie

Czasami wydaje nam się, że mamy
ze sobą załatwione już wszystko.

Że jesteśmy poukładani, rozwinięci
a to w nas, co było uszkodzone,
wróciło do normy.

Jakaż to niespodzianka, gdy
pod wpływem kogoś lub czegoś
nagle otrzymujemy mocny feedback
o  naszym wspaniałym procesie.

I w minutę przekonujemy się, jak wiele
zostało jeszcze do zrobienia,
do zaakceptowania, do uzdrowienia.

I jak dużo mamy bałaganu.

I to takiego, którego
nie poukładamy nigdy.

Ot, druga strona monety
naszej „poukładanej”
i wyprasowanej osobowości.

Często widać to w relacjach
i w sytuacjach, które są poza
naszą kontrolą – czyli w zdarzeniach,
które przerażają najbardziej i generują
najwięcej trudnych emocji.

To wtedy łapię się na tym, że
naiwnie wierzyłam w  doskonale
wykonaną pracę nad sobą i
wieczną nagrodę za tę pracę właśnie.

W iluzję wiecznego szczęścia.

Przekonanie, że nie popełnię już błędu.
Że nie będę się bać, smucić, rezygnować i powtarzać
mało konstruktywnych programów.

A tu niespodzianka!

Pojawia się człowiek, przy którym
zdejmuję zbroję i nagle zalewają
mnie emocje. I znów jestem chaosem.

Roztrzepaną reszką zamiast  orłem,
który dumnie wypina prężną pierś.

Albo po miesiącu dobrej passy w pracy,
podchodzi ktoś i mówi: spieprzyłaś.

Robisz byle jak,
za wolno, za słabo,
za kiepsko, i w ogóle wszystko nie tak.

W tej jednej chwili mam jak na dłoni
cały swój rozwój, oświecenie i „skończony” proces.

Dupa, że tak się wyrażę.

Jest lęk.
Smutek.
I wewnętrzna krytyka.

Są słowa pogardy dla samej siebie,
wytykanie sobie i kulenie się ze strachu.

I to są właśnie sytuacje, gdy dostrzegam
jak wiele jest jeszcze do zrobienia.
I że ta praca nie ma końca.

Powiem więcej, rozwój nie jest liniowy.

Częstokroć przypomina sinusoidę, która
rzadziej zalicza góry niż doliny.

Czasem skłania nas, by cofnąć się o kilka kroków,
byśmy mogli zrobić potężny skok w dal.

Co nie oznacza, że się uda. Niejednokrotnie
przecież zaliczamy upadek twarzą w mokry piasek.

Wierzę jednak, że wszystko, co nas spotyka
ma jakiś ukryty cel, lub po prostu jest
manifestacją naszej wewnętrznej intencji.

Dlatego dobrze jest ją poznać.

Bo problemem jest, gdy naszym życiem
kieruje nieświadoma motywacja.
Np. ukarania siebie.
Potwierdzenia, że jesteśmy do niczego.

Tak jak mówiła babcia. Albo mama.
Albo ten mały chujek w liceum.

Sytuacje poza naszą kontrolą, mają na celu
właśnie wydobyć z nas to, co dalej
wolelibyśmy mieć w słodkim ukryciu.

To wtedy panikujemy. Chcemy
uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Zrezygnować.
Poddać się.
Odwrócić wzrok.
Pójść łatwiejszą drogą.

Tyle, że wybranie prostszej drogi,
bywa często odwróceniem wzroku
od samego siebie.

Od tego, co we mnie:

trudne,
nieładne,
krzywe i nieuporządkowane.

Od tego, co słabe.
Niepoprawne.

A już na pewno nie nadające
się na Instagramy tudzież inne
miejsca, w których przedstawiamy swoje pozorne
i jakże piękne, wiecznie wesołe persony.

Jestem głęboko wdzięczna za to wszystko,
co mnie spotyka. Za krytykę w pracy. Za
trudnego człowieka, którego szczerze nie lubię
i za człowieka, którego lubię za bardzo.

Bo każdy z nich pokazuje mi
prawdę o tym, gdzie jestem.

A to, pozwala mi dotrzeć  do tych niechcianych
części siebie, które wciąż zamiatam
pod dywan pozorów.

To wtedy spotykam się z największymi
obawami i pragnieniami. Widzę, czego
chcę od życia i jak bardzo skręciłam nie
w tym kierunku co trzeba.

I co nawet ważniejsze – widzę swoją
ogólnożyciową intencję, która ten
kierunek nadała.

Teraz mogę zrobić trzy rzeczy.

Zostawić intencję, taką jaką jest. I zaakceptować.
Albo lekko przekształcić ją w sposób,
który zacznie mi służyć.

Mogę też wrócić  do punktu „zero” i zacząć
od nowa, z tą różnicą, że teraz wiem więcej.

Ok. A więc nie jestem doskonała.
Jestem niedoskonała. Nieuporządkowana,
w chaosie, w lęku i sprzecznych emocjach. To też ja.
To też moja natura i jedna z wielu twarzy.

Jednocześnie też wciąż jestem pełna życia. Wciąż pełna
oddechu i najlepszych, bo świadomych intencji.
A to oznacza na pewno, że…

wszystko jest możliwe, więc nie rezygnuję.
Przede wszystkim nie rezygnuję
z siebie. Z odkrycia tego, co wciąż głęboko ukryte,
bo czeka na pewien życiowy impuls, by wyjść z pudełka.

Czasem impulsem będzie człowiek.
Czasem praca. Często jakiś kryzys.

Do nas należy tylko jedno.
Nierezygnowanie. Bądźmy czujni, bo
nauczyciel czi się w tym, co niepozorne 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ani w lewo ani w prawo, czyli życie na rozdrożu

Choć w szkole i przedszkolu często
pytano mnie o to, kim chcę zostać jak
dorosnę, i zawsze odpowiadałam:

pisarzem i dziennikarzem,

to jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, że
oprócz tych dwóch powyższych przyjdzie
mi również uprawiać zawód analityka.

Niestety, akurat za tę pracę nikt mi nie płaci.

Mało tego – to ja płacę dość wysoką cenę za
bycie wiecznym analitykiem.

Cena jest taka, że czasem sama
nie potrafię ze sobą wytrzymać.

A w tym wszystkim najtrudniejsze są decyzje.

Bo choćbym się wzbraniała rękami i nogami, to
jednak jakieś podejmować trzeba.

I o ile decyzja „co dziś zjem na obiad”, nie stanowi
większego problemu, to duże pytania,
które mogą zaważyć na mojej przyszłości
analizuję bez końca, czym sama siebie doprowadzam do obłędu.

Kojarzycie taki serial na
Netflixie, „The Good Place”?

Jest tak taki czarnoskóry bohater, Chidi,
którego nieświadomie ktoś chyba wzorował na mnie.
Nawet jeden z moich przyjaciół żartobliwie zaczął
zwracać się do mnie jego imieniem, tak bardzo mu
go przypominałam.

Otóż Chidi trafił do piekła, bo nie potrafił
podejmować decyzji.

Nawet w dniu własnego ślubu jego niezdecydowanie
doprowadziło do prawdziwej katastrofy.

Wieczne analizy, czy lepsze jest „TO”
a może jednak „TAMTO” , sprawiły, że
znalazł się w nieodpowiednim
miejscu w nieodpowiednim czasie i … stracił życie.

I dla mnie to doskonała metafora.

Bo gubiąc się we własnym analizach
i odwlekając decyzję o wyruszeniu naprzód, a
tym samym poniesieniu wszystkich konsekwencji
decyzji skazujemy się na wieczne stanie  na rozdrożu.

Jednym słowem:
Zamiast żyć, myślimy o życiu. 

Pamiętam taką sytuację:

Kiedyś na Jarmarku Dominikańskim
znalazłam stoisko z artystyczną biżuterią.

Można było kupić już gotowe wyroby,
lub zamówić sobie u rzemieślnika własną.
Z oryginalnym wzorem, kolorem i z różnych
materiałów. Do wyboru były:

drewno, szkło, srebro, złoto, metal,
z kolorów wszystkie kombinacje tęczy
a wzory – co tylko dusza zapragnie.

Moje artystyczne serce mocno zabiło!
Och, uwielbiam hand-made! Tak, tak, tak!

Przez godzinę wyjaśniałam panu
o co dokładnie mi chodzi. W końcu
wszystko skrupulatnie zapisał i umówiliśmy
się na datę odbioru.

Jakież było jego zdziwienie gdy po godzinie
przyszłam znowu. Że jednak nie srebro, a drewno.
Że jednak nie błękit, a czerwień. I nie koło, a listek.

Pan, wymownie mrucząc pod nosem, przekreślił
to co zapisał wcześniej i naniósł zmiany.

Dzień później, korzystając z wizytówki,
którą mi podarował, zadzwoniłam.

Że owszem, drewno jako surowiec zostaje.
Ale absolutnie żadnej czerwieni nie chcę.
Bo moment życia w którym teraz jestem
jest zdecydowanie bliższy zieleni.

-Niech zatem Pan wykreśli tą okrutną czerwień.
Ach! I wróćmy jednak do kształtu koła….

Pan przestał być miły. I zaczął mruczeć
jakby głośniej, choć wciąż niewyraźnie.

Może to tylko moja wyobraźnia, ale dałabym
sobie palca uciąć, że zapytał:

-Czy pani jest nienormalna?!

Ale może tylko mi się zdawało 🙂

Tak. Przebywanie ze mną nie jest łatwe.
Zwłaszcza na co dzień, gdy każdego dnia
życie wymaga podejmowania tysiąca decyzji.

Skutek jest taki, że pozwalam, by to inni
podejmowali je za mnie. Niezależnie od tego, czy są
to decyzje ważne, czy te z kategorii co dziś na obiad.

Pierwsze studia wybrali mi rodzice
(Towaroznawstwo). Chwała bogom, że
zrezygnowałam po pół roku.

Ci co mnie znają choć trochę odpuszczają
robienie ze mną zakupów. Bo bardzo dobrze
wiedzą, że potrafię się wycofać z długiej kolejki
by wymienić cytrynę na limonkę
oraz kalafior na brokuła.

Poważnie 🙂

Zwykle zwalałam to na horoskop.

Bo przecież jestem Wagą i ciągle
rozważam. Może w lewo a może
w prawo.

Dziś jednak widzę, że to zwykła
obawa przed dźwiganiem konsekwencji,
oraz nieumiejętność odpuszczania, czy
rezygnowania z reszty rzeczy.

Bo przecież dziś chcemy wszystko.

Nikt nie nauczył mnie zdrowego rezygnowania,
i świadomości, że  każda decyzja ma swoje
konsekwencje. Bo zwykle wybieram coś, /zamiast czegoś.

I o ile slogan: „Zarówno to jak i tamto”
brzmi wspaniale, to nie oszukujmy się.

Ciastko należy albo zjeść,
albo schować do lodówki. 

Tak jak w lodziarni Grycan.
Do wyboru jest 12 wegańskich smaków,
a wiesz, że możesz tylko 4, bo reszty nie zmieścisz.
I niech ktoś mi powie, że wybór jest prosty!

Dziś uczę się tego na nowo.
Od kilku dni codziennie podejmuję
przynajmniej trzy decyzje. Na początek
te z kategorii łatwych.

Szpinak, czy frytki z batata?
Joga w domu czy w studiu?
Książka rozwojowa czy fikcja?

Może, jak wszystko inne, wyćwiczona
decyzyjność stanie się mocniejsza w miarę
upływu czasu i dokładania ciężarów?

Im więcej zdecydowanych, ale trudnych
wyborów, tym większa później odwaga?

Może.
A może nie.

A może nie da rady już tego zmienić
i niezdecydowana zostanę na zawsze?
Wtedy nie pozostanie nic innego jak zgoda.

Pełna akceptacja.

Tak, taką decyzję mogę dziś podjąć.
Na zgodę. Że jestem jaka jestem,
choć nie zawsze bywa łatwo 🙂

Analitycy, myśliciele i filozofowie
łączmy się w tych trudach konieczności
dokonywania wyborów.

 

 

 

Wszystkie religie są wtórne, a Ty pierwotna…

Duchowość zawsze była dla mnie
kluczowym aspektem życia.

I choć nigdy „religijnej” otoczce
nie nadawałam większego znaczenia,
to zawsze czułam się głęboko połączona
ze wszystkim naokoło.

Dziś myślę, że właśnie dlatego –

bo „religijność” nie miała
większego znaczenia.

W tej całkowitej łączności ze światem,
naturą i ludźmi spędziłam pierwsze
lata mojego życia na wsi.

A potem zaczęłam
kombinować.

W szkole pojawiła się religia
i nauka katechizmu. I odezwał
się mój racjonalny, wiecznie
czegoś szukający umysł.

Problem „oddzielenia”
pojawił się niedługo potem.

Coraz bardziej skupiałam się na
zewnętrznych formach praktyk,
niż na prawdziwej głębi.

Formułki zamiast modlitwy z serca.
Kościół i „wyjazdowe oazy” zamiast
biegania z psem po wysokich trawach.

I głęboka pustka…

Dość szybko zrozumiałam, że
w tym całym katolicyzmie coś
mi nie gra. A w coś wierzyć
trzeba, „bo bez Boga wszystko
jest bez sensu…”

Bóg. Czyli Kto? Lub Co?

Pojawił się deizm. Agnostycyzm.
Hinduizm. Buddyzm.

A każdy z nich ostatecznie
doprowadzał mnie do ściany.

Ściany zwanej poczuciem beznadziei i
braku połączenia z czymś poza mną.

W końcu, po trzydziestce
doszłam do punktu, w którym
poczułam się zbyt zmęczona, by dalej to robić.

Szukać,
czytać,
poznawać,
rozpoczynać dziwne praktyki,
które oddalają od meritum zamiast do
niego zbliżać.

Wróciłam więc do początku.
Zaczęłam żyć prosto. 

CAM00977

Odrzuciłam pisane zasady.
I skupiłam się na etyce własnego serca.
Serca, które z natury chce dobra i miłości.

Bo wierzę, że naprawdę każde
serce tego właśnie chce.

Wróciłam do swojego ciała,
które leżało porzucone, niczym
brudny parobek niewart uwagi
„uduchowionej” arystokracji.

Pomogła w tym joga. Pomógł Lowen. Pomogły
zajęcia ruchowe oraz warsztaty pracy z ciałem.

Ale, choć pomocne, to nie one były celem,
tylko palcem wskazującą na furtkę.

Porzuciłam więc wszystkie religie
i filozofie na rzecz życia.

Doświadczania.
Próbowania.
Pytania.
Dociekania.

Dawania sobie prawa do przyjemności.
Cieszenia się z najprostszych rzeczy.

Słońca na twarzy.
Zapatrzenia się na łąkę pełną kwiatów.
Głębokiego oddechu.
Chodzenia boso po lesie.

Kontakt z Naturą zawsze
mnie uzdrawiał.

Wyleczyłam się z choroby
nie przyjmując ani jednej tabletki.

W przeciwieństwie do wszystkich religii,
natura, cykliczność, śmierć i rodzenie
zawsze były pierwotne.

PIERWOTNE.

Natomiast każda
filozofia i religia – WTÓRNE.
I dlatego prowadziły donikąd.

Kiedyś znalazłam w sieci anonimowy cytat,
który mógłby posłużyć za moje życiowe motto:

„Natura jest moją religią,
a Ziemia moją świątynią”.

Tak czuję. Że gdy jeszcze nie było niczego:

człowieka, ani jego religii czy pomysłów na to,
jak żyć, Natura była zawsze.

Narodziny były zawsze.
Śmierć była zawsze.
Zmiana była zawsze.

Ziemia rodziła.
I Ziemia zabierała.
Karmiła i wysuszała.

Okazuje się, że najbardziej
uduchowionymi byli ci najbardziej
ukorzenieni, ci najbliżej Ziemi.

Ci najbardziej prości.

„Prymitywni”, których nazywano
ciemnym ludem –

Poganie. Szamanie.
Wiedźmy. Wiejscy Prostacy.
Uzdrowiciele. Szeptuchy.

Niestety, do dziś historia
przedstawia ich jako nieświadomych
ludzi, którzy wierzyli/wierzą w zabobony.

Ja to widzę inaczej.

Życie blisko Natury, z poszanowaniem
cykli i uważanie żywiołów za bogów,

to nic innego jak pokora
i mądrość doświadczenia.

To świadczy o zrozumieniu czym jesteśmy
wobec potęgi Matki Ziemi.

Bo jesteśmy tylko pyłkiem
i tylko na chwilę.
Przynajmniej w tych ciałach.

Szamani, uzdrowiciele, poganie
potrafią dostroić się do tego, co większe
od nich samych. I widzą jak działają cykle.

Kiedyś człowiek nie mógł inaczej.
Oddzielenie od Natury oznaczało
rychłą śmierć.

Trzeba było nauczyć się tego dzikiego tańca
z ogniem, wodą, deszczem i błotem.

Trzeba było poznać, zrozumieć i pokochać
cykliczność, zmianę, pogodę i niepogodę.

Nie chcę nazywać tego religią.
Ani nie chcę tego nazywać jakkolwiek.

Wiem że każda nazwa porusza się
po relatywnym poziomie tego, co widzialne,
podczas gdy zjawiska i połączenie
są czymś „ponad to” – absolutnym.

Bo choć są praktyki szamańskie,
które intencjonalnie wzmacniają
łączność z Ziemią, są pieśni i medycyny roślin,

to jednak wciąż uważam, że wszystko
jest tylko środkiem do celu.

A celem jest bycie jednością.
Być połączonym.

Ze sobą.
Ze swoim sercem.
Z drugim człowiekiem.
Z tym co karmi, co rodzi,
co uśmierca i przyjmuje
do siebie z powrotem.

Jeśli też w to wierzysz,
to czy tego chcesz czy nie,
jesteś Szamanem.

Ktoś mnie niedawno zapytał,
jak weszłam na tę drogę.

Próbowałam znaleźć odpowiedź
– jeden punkt, który do tego etapu
doprowadził. Nie znalazłam.

Bo choć przez kilka lat
mieszkania w betonowych blokach
trochę zapomniałam o tej głębokiej
prawdzie, to jednak powrót był naturalny.

W końcu odchodzenie i powroty
to też część tego naturalnego procesu.

To część Natury.

Czy to zaprzeczenie duchowości?
Nie. Bo ciało i duch, niebo i ziemia
śmierć i narodziny to zawsze dwie
strony tej samej monety.

Rewers i awers.

Chodzę boso po lesie.
Głaskam drzewa, mówię do ptaków,
wdycham powietrze. Siadam na zwalonym
pieńku i patrzę na łąkę usianą kwiatami.

Niczego nie muszę.

Żadnych zasad, żadnych praktyk,
czy wyuczonych regułek.

Tylko cisza.

Ziemia pod nagimi stopami,
która uzdrawia to co chore i
karmi to, co głodne.

Pasuję idealnie i jestem pełna.
Zdrowo nakarmiona
sensem i miłością.

 

 

Życie vs Plany 1:0

Jakiś czas temu napisałam posta o byciu singlem.
O tym, że to jest mój wybór na czas procesu,
w którym aktualnie jestem.

I że nie potrzebuję niczego zmieniać
w najbliższej przyszłości.
Bo jest mi dobrze.

Życie jednak lubi płatać figle.

Albo inaczej: daje dokładnie to, czego nam potrzeba,
choć sami mamy o tym zupełnie inne pojęcie.

Bo przecież: „Tego nie było w planach!”.

Przez pierwszy miesiąc
strasznie się buntowałam.
„Nie, nie, nie! Nie tak miało być”.

Bo przecież minęło dopiero dziewięć
miesięcy od czasu rozstania.
A miał być rok samotności.

Dopiero po roku miałam być „gotowa”.

Miałam być wtedy dojrzała,
poukładana, z wielkim sercem
wyciągniętym na otwartej dłoni.

Więc, zaraz zaraz Wszechświecie…
Jeszcze nie minął rok…

Kogo mi tu podrzucasz? Dlaczego?
Miał być długowłosy szaman, co
kocha chodzić boso po lesie.

Dlaczego dajesz mi jego przeciwieństwo?
Serio??? Czyżbym nie wyraziła się jasno?!!

Długo walczyłam.
Wiele razy mówiłam NIE.

Randka? Nie. Podziękuję.
Odebrać telefon? Nie.
SMS? Chyba nie odpiszę.

Bo to przecież nie tak. Nie ten czas.
Nie te właściwości. Nie te cechy charakteru.
I w ogóle nie. No NIE. Słowa układają się w NIE.

A w głowie TAK.
I w ciele TAK!
I w oczach
jedno wielkie TAK!

I ja już w ogóle przestałam ogarniać tym swoim
analitycznym rozumem, co tu się do
jasnej ciasnej wyprawia..?! I dlaczego?

Poddałam się. Odpuściłam.
Przestałam hamować ten przepływ.

Przestałam tak bardzo się spinać, że
dostałam coś, co nie jest po mojej myśli,
bo to takie niepodobne do mnie.

Puściłam plany i kontrolę.

Bo to miał być rok nie tylko samotności,
ale również rok sprawdzania kim jestem
i całkowitej otwartości na to, co życie daje.

Mówienia ludziom i zjawiskom TAK.

No dobrze. Niech będzie. Zobaczymy
dokąd mnie to zaprowadzi.
Bo przecież nie ma przypadków.

Nie bez powodu na naszej drodze
staje właśnie ten, a nie inny człowiek.

I pewnie nie bez powodu
tak bardzo się od nas różni.

A skoro jest tak inny,  od tego co znam,
i co mi bliskie, to znaczy, że mam odnaleźć
w sobie jakąś nieodkrytą jeszcze część.

A następnie: Pokochać ją.  Zintegrować z
całością. Dopuścić do głosu i działania:

Pewność siebie,
odwagę,
zdecydowanie,
siłę,
potężny głos.

To też wielka nauka odpuszczania planów
i pomysłów. Że musi być związek. Bo nie musi.

Albo, że relacja ma zawierać jakiś potencjał.
Error. Też nie musi. Może służyć innym rzeczom.

Przyjemności.
Odkryciu w sobie innych twarzy.
Zabawie.
Radości.

Poznawaniu siebie na nowo,
również w kontakcie z drugim człowiekiem.

Bo inaczej siebie doświadczamy w samotności,
a zupełnie inaczej siedząc na starym pniu
w mokrym lesie obok kogoś, kto
wywołuje w nas urocze wibracje.

A co przecież zaskakuje po latach
nieczucia i bycia skutym w lodzie.

Więc może ten drugi człowiek, który
siedzi na starym pniaku obok mnie
przyszedł właśnie po to – by pomóc
coś odmrozić? By pomóc mnie uzdrowić
i przywrócić do życia?

Może, gdy wykona swoją pracę,
to po prostu odejdzie. Dobrze. Godzę się.

Mam otwartość na to, co życie daje.
I akceptuję, jeśli coś zabiera.

Bo mam głębokie zaufanie,  że Wszechświat
nas kocha i zsyła tylko dobre rzeczy. Nawet jeśli
czasem wydają się być dziwne i groźne, bo obce.

To miał być rok samotności. Rok
nie wchodzenia w żadne relacje.

Ale też rok poznawania własnej natury.
Doświadczania. Podążania za ciekawością.
Rok otwartości na siebie i innych.

Rok sprawdzania.

Kim jestem.
Co lubię.
Czego nie lubię
Dokąd idę.
W co wierzę.
Co jest we mnie.

To rok sprawdzania siebie w ciele
i obok innych – we wszelakich relacjach.

Największą nauką przez te dziesięć miesięcy
było odsianie mitów od prawd.

Myślałam, że wiem o sobie wszystko.

Przez lata nosiłam wiele etykietek
Dziś odklejam jedną po drugiej.

I wiem, że już nic nie wiem. 

Po prostu sprawdzam. Daję się
prowadzić własnej ciekawości.
I to wystarczy.

I czuję, że to jest dobre.
Wiesz czemu?

Bo bywam szczęśliwa jak nigdy.