Archiwa tagu: featured

Jedno, najważniejsze słowo na świecie

„Przecież jak ma się wielkie myśli, to wielkie słowa
są konieczne, żeby je wyrazić(…)”
Ania z Zielonego Wzgórza

Moje dwie piękne koleżanki, które są siostrami
zainspirowały mnie do kolejnego wpisu.

Ale nie bezpośrednio, bo z żadną z nich
nie widziałam się w ciągu ostatnich miesięcy.

Kontakt ograniczamy jedynie do wymiany
krótkich zdań na messengerze lub Facebooku.

I kiedy tak pisałam z jedną z nich, weszłam
na jej profil.

Kojarzycie facebookowe „zdjęcia
w tle”? To takie wizualne informacje
o nas, które pokazują kim jesteśmy.
Oczywiście w wielkim skrócie.

love

Co ciekawe- starsza siostra ma zdjęcie
z napisem „LOVE IS MY RELIGION”.
Prosta sentencja na głęboko
zielonym tle.

Druga, młodsza ma bardzo
podobne, choć inne zdanie:
„KOCHAM WOLNOŚĆ” –
napisane po hiszpańsku.

Czy umówiły się na tak podobne tablice,
czy po prostu to typowe dla sióstr,
by wpadać na podobne pomysły,
nie jestem pewna.

Jednak, gdy zdałam sobie sprawę,
że te dziewczyny krótkimi zdaniami wyrażają
swoje największe wartości, zaczęłam
myśleć: co jest moją?

te

Gdyby miało mnie
określać jedno słowo,
lub obraz, co by to było?

Na tablicy mam wypisane zdanie,
a właściwie cytat Stephena Hawkinga:

„CISI LUDZIE MAJĄ
NAJGŁOŚNIEJSZE POMYSŁY”.

Jakże trafne określenie, na to kim jestem.
Bo między tymi słowami ukryte
są moje największe wartości.

CISZA
KREATYWNOŚĆ
WRAŻLIWOŚĆ,
które wzajemnie się uzupełniają,
bo przecież jedno umożliwia drugie.

Wrażliwość wymaga ciszy, a
kreatywność ma początek we wrażliwości.

KREATYWNOŚĆ towarzyszy mi od dziecka.
Może dlatego, że jako jedynaczka
zawsze musiałam sama zorganizować
sobie swój czas.

Na początku lat 90-tych nie było
„kultury” bawienia się z dzieckiem.
Dzieci na ogół bawiły się same –
na wielkich podwórkach,
boiskach, wśród zarośli i PRL-owskich ruin.

Nie było komputerów, smartfonów, internetu.
Nie było komiksów ani wież stereo.

Miałam do dyspozycji kredki, papier,
długopis, blok, kolorowy zeszyt, plastelinę
i skarby znajdywane na podwórku:

kamyki
muszelki, sznurki,
kolorowe szkiełka przez które
świeciło słońce, tudzież mały
prowizoryczny warzywniak, w którym
rosły koper, lubczyk i marchew.

Moje zabawy polegały na graniu w sklep.
Sprzedawałam własnoręcznie klecone towary,
tudzież hodowlę biedronek w słoiku
z dziurkami.

Pisałam opowiadania o królikach,
wydawałam własną gazetę
a potem wciskałam je ludziom za kilka monet,
które od dawna nie były w obiegu.

I chyba dlatego moją najlepszą przyjaciółką w tamtym
okresie była… Ania z Zielonego Wzgórza.

ania

Aby się do niej upodobnić zażyczyłam sobie
słomiany kapelusz na urodziny.

Chodziłam w nim latem
pośród traw i drzew wymyślając w głowie
niestworzone historie, pisząc krótkie wiersze
i marząc o wielkiej miłości.

A teraz?

Cóż, czasem zapominam o kreatywności.
Bywa że żyję strasznie dorośle.

Pilnuję terminów,
wszędzie się śpieszę, kontroluję,
planuję, obiecuję, wywiązuję się z
przyrzeczeń i licznych obowiązków.

Ale czasem, gdy jest już tego zbyt wiele,
„wybucham”.

Nie, nie chodzi o gniew.

Moje „wybuchy” przypominają raczej
totalne rozmemłanie.

Chodzę cały dzień w piżamie.
Nie robię obiadu, puszczam muzykę, tańczę,
bawię się z psem a na spacer obieram nieznaną ścieżkę.
Gdy wracam siadam do biurka i biorę to, co mam pod ręką.

I piszę.
Maluję.
Lepię zwierzaki z plasteliny.
Naszywam kwiatki na spodnie.
Piekę ciastka.A potem je zjdadam
popijając gęstą czekoladą na mleku owsianym.

Tańczę.
Piszę wiersz.
Wycinam chmurki z filcu.
Znajduję film, przy którym
płaczę jak małe dziecko.
I zasypiam umorusana czekoladą.

Następnego dnia budzę się, by
znów wrócić do standardowych
obowiązków i życia w gorsecie.

Tak jakby żyły we mnie dwie osoby.
Jedna poważna, a druga – z Cienia.
Szalona siostra, która zawsze sprawiała
problemy i naginała zasady dla własnych „widzimisie”.

Jedna na facebookowej tablicy ma napis „ROZWAGA”,
a druga „ZABAWA”. Pierwsza ma sto lat, a druga wciąż pięć.

Uczę się tej drugiej częściej uchylać drzwi do mojego świata.
Dzięki temu robi mniej szkód – mniej z przesadą.
A rozważna odpuszcza kontrolę i uczy się bawić.

Tkam nić życia ze wszystkich barw.
I szarości i różu i tęczy. I tworzę
wciąż na nowo piękne dni i noce:

z gwiazd, księżyców i słońc.
Ludzi, obowiązków, nudy i podróży.

Bawię się pośród poważnych ludzi
i tańczę pośród dużych dzieci.
Uczę się znajdować w tym drogę środka,
choć zwykle przechyla mnie w jedną stronę.

Raz w lewo,
raz w prawo,
jak człowiek na linie
rozwieszonej między dwoma budynkami.

Gdyby miało Cię określać jedno słowo,
co by to było? A gdyby miało być zdjęciem,
obrazkiem, kolorem, to jakby wyglądało?

Narysuj, wylep, napisz, wyszyj, upiecz TO.
Czasami im mniej nazw tym więcej do powiedzenia.

 

 

Reklamy

Opowieści z moich bioder

„Wsłuchaj się w swoją Beyonce.
I w serce.” – Usłyszałam na koniec
sobotnich zajęć jogi.

Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że
nauczycielka wcale nie powiedziała „BEYONCE”,
a „BIJĄCE” – bijące serce.

Kiedy to sobie uświadomiłam,
uśmiechnęłam się pod nosem, by
po chwili przyznać, że jednak chodziło
o Beyonce.

Może nie tyle prowadzącej zajęcia,
ale mi – a szczególnie moim biodrom,
które od tygodnia domagały się uwagi.

Biodra wołały – wsłuchaj się w swoją
Beyonce, znajdź swoją Beyonce.

A więc zaakceptują kobiecość,
nie walcz z krągłościami,
nie neguj posiadania bioder.

Zadbaj o nie, bo są kruche i
mieszka w nich cały świat.

Psychologowie, którzy pracują w nurtach
takich jak POP czy Gestalt nie negują ciała.

Wręcz  przeciwnie, wiążą je z resztą człowieka
twierdząc, że wszystkie emocje mieszkają w brzuchu
i to z niego biorą początek.

Moje doświadczenie podpowiada mi,
że emocje mogą mieszkać wszędzie, bo
przecież lubią podróżować w zależności
od tego, gdzie akurat podąża świadomość.
Lub gdzie powinna powędrować.

Moja upatrzyła sobie biodra.
Miejsce, którego się wstydziłam,
przez lata.

Zwykle wyglądało to tak:

Jako nastolatka pakowałam się
w bojówki – bezkształtne, workowate spodnie,
żeby tylko zakryć te miejsca, które odróżniały
mnie od prostych jak brzoza chłopców.

Potem, gdy miałam już 20-kilka lat
i pierwsze miłosne uniesienia za sobą,
wciąż się chowałam – zwykle pod
tunikami i swetrami, które kończyły
się poniżej linii bioder.

Nawet teraz, z podziwem patrzę na młode
dziewczyny i starsze kobiety, które beztrosko
odsłaniają właśnie ten element kobiecego ciała.

Zakładają spodnie z wysokim stanem,
które uwypuklają boczki. Ubierają
rozkloszowane spódnice, które biodra
optycznie powiększają.

Nie wiem, czy robią to w sposób
analityczny i przemyślny, czy
raczej intuicyjny, ale myślę, że
cechuje je jakaś wewnętrzna zgoda
na własną kobiecość i odrębność.

Podoba mi się to. Podziwiam.
I trochę zazdroszczę.

Bo moje biodra zwykle służyły do
przemieszczania mnie z jednego
miejsca w drugie. No i często zawadzały.

Dopiero na jodze zaczęłam baczniej
je obserwować i czuć, mimo że wcale
tego nie chciałam. Zmusiły mnie bólem.

Warto wtrącić, że biodra nie powinny boleć.
Jeśli bolą, to coś jest zdecydowanie nie tak.

Oczywiście, nie chodzi o to, by walczyć
z bólem. Skoro jest ból, to jest i bólu
przyczyna. Teraz należy sprawdzić,
o co dokładnie chodzi.

20181221_084005

U mnie przyczyną byłą przesada.
Znów to sobie robiłam.

Byłam swoim kierownikiem,
policjantem i sędzią. Narzucałam sobie
ostry reżim, by stać się doskonała w tym co
robię.

Bo przecież brak doskonałości będzie
oznaczać mizerność, słabość i kruchość.
Czytaj: Bycie przegranym,  gorszym.

Każdego dnia więc robiłam długie i wyczerpujące
pozycje Virabhadrasany  i Parvsakonasany,
(tej pierwszej, o ironio, polską nazwą jest
„Wojownik”), które jeśli nie są wykonywane
z szacunkiem dla własnych granic mogą
przyprawić o kontuzję. Lub ból.

Czyli znów – przemoc zamiast miłości.
Przesada zamiast umiaru.
Perfekcjonizm zamiast radości.

Ciało jest mądre. Jest o wiele bardziej
mądrzejsze i bliższe prawdy niż nasz umysł
i myśli o naszym ciele. Ciało bardzo często mówi STOP.
My natomiast odpowiadamy: ja ci jeszcze pokażę!

Gdzie tu miłość? Gdzie szacunek?
Gdzie życzliwość i współczucie?
Zatrzymałam się. Fizycznie i mentalnie.

Biodra powiedziały STOP, a jednocześnie
skierowały nań moją uwagę. Oto, po
raz pierwszy w życiu zaczęłam gadać
ze swoimi biodrami. Zadaję im pytania
i uważnie nasłuchuję, czego im potrzeba.

Masuję je, głaskam
i czule otulam kocem.

Po raz pierwszy wklepuję w nie balsam
życzliwie, a nie po macoszemu, bo przecież trzeba.

20181221_083943

Dziś je narysowałam.

Kupiłam pastele i papier o dużej gęstości.
Zaparzyłam imbryk truskawkowej herbaty
i zaczęłam słuchać.

Nie uchem, ale sercem.

Powędrowałam do bioder
i przeskanowałam je wyobraźnią „od stóp do głów”.

Po czym wzięłam kredki i zaczęłam rysować,
Bez analiz, bez „wypada” i „muszę”.
W ruch poszedł fiolet, błękit i róż.
Pojawiły się owale i kanciastość.

Bo to nie była jedna opowieść bioder, a wiele.

Dziś obrazek stoi
w centralnym miejscu
w moim małym pokoju.

Spoglądam na niego co chwilę
i jestem pełna podziwu. Nie dla
własnego talentu, bo jeśli chodzi
o rysowanie, to bogowie zapomnieli
o tym darze.

Jestem pełna podziwu dla bioder.
Że przez całe życie ze mną, miały w sobie
tyle opowieści, kwiatów, zwierząt, słońc
gwiazd i korzeni.

A ja nigdy wcześniej
nie chciałam ich usłyszeć.
Nigdy tak naprawdę nie poświęciłam
im choćby minuty miłości.

Do niedawna.

Wiecie co się stało?
Biodra przestały boleć.

Teraz ból przesunął się w kierunku pachwin.
Tak jakby wysłuchana część ciała odpuściła,
a teraz przyszedł czas na kolejną.

I będzie to trwało dopóty, dopóki
nie zrozumiem, że jestem całością.
Że mieszkam i w biodrach
i w brzuchu i w karku i małym palcu stopy.

I że jednocześnie mieszka w nich
Wszechświat.

Moje biodra są pełne Beyonce.
Pachwiny są muzyką Beyonce.
I kark.
I barki
I dłonie
mają opowieści na niejedną
wielowątkową bajkę.

 

Spokojnie! Mam to pod (wieczną) kontrolą

Sebastianie. Z góry przepraszam,
że na blogu zamieściłam nasze zdjęcia.
Nie miałam innych, które nadawałyby się
na okazję tego wpisu.

Bo tematem ma być „zabawa”.

Dziś, z kolegą z pracy zrobiliśmy
sobie kilka zdjęć przy okazji świątecznej
atmosfery jaka panowała w firmie.

Mikołaj, mnóstwo lampek choinkowych,
wesołe piosenki, pierniki, poczęstunek,
mnóstwo ludzi i mnóstwo śmiechu.

Gdy patrzę na te zdjęcia widzę Sebastiana –
z modelowym amerykańskim uśmiechem.
Wyluzowany jak zawsze.

I siebie – niepewną, spiętą, z podniesionymi
barkami. Czuję się nie na miejscu. Bo
przecież „dobra zabawa”, to nie moja działka.

Moim terytorium są reguły i schemat.
Kocham wszelkie jasne zasady.
Kocham kontrolę i porządek.

Czy mnie uszczęśliwiają? Niekoniecznie.
Raczej uspokajają rozbiegany
i wiecznie martwiący się umysł.

Kontrola i reguły zamykają drzwi
przed nieznanym. A to, co znane
jest zawsze bezpieczne.

Mała, słodka depresja, ale jednak własna.

Kiedyś terapeutka zapytała mnie
czy poszłam do kina na film,
o którym opowiadałam jej od trzech tygodni.

-Nie – odparłam.
-Dlaczego nie?
-To smutny film i podobno źle się kończy.
Po co to sobie robić?
-Boisz się życia…- skomentowała .
-Boisz się przeżywać emocje, a co za tym idzie
przeżywasz życie na pół gwizdka.

Wkurwiła mnie. Bo emocji to ja mam
pod dostatkiem. We wtorek depresja,
a w środę ekstaza. W sobotę melancholia
a w niedzielę gniew i rozbite talerze.

Mimo to, miała rację. Bałam się
przeżywać to kim jestem naprawdę. Nadal się boję.
Bo jestem wrażliwcem, który niejednokrotnie
musiał tłumaczyć się ludziom z własnych uczuć.

Partnerzy upatrywali w tym PSM.
Koleżanki szukały przyczyn w tarczycy.
Rodzice w ludziach, którzy mieli na mnie zły wpływ.

Ja sama tłumaczyłam to:
niewyspaniem,
złą dietą,
kiepską pogodą,
pełnią księżyca
księżycem w nowiu,
cudzym spojrzeniem,
samotnością
nadmiarem kontaktu z ludźmi,
brakiem kontroli wreszcie.

Cóż więc mogłam robić?

Bardziej podkręcałam kontrolę,
aby dopuszczać mniej światła do ziaren, które
w każdej chwili mogły zapuścić korzenie
i wybuchnąć gorzkim owocem

smutkiem
zazdrością
gniewem
poruszeniem
rozczarowaniem
melancholią
w końcu mieszanką ich wszystkich.

I tak właśnie stałam się starym człowiekiem.
70-latką zamkniętą w ciele 30-latki.

Po latach musiałam przyznać terapeutce rację.
Strach przed emocjami, to strach przed życiem.
To przede wszystkim strach przed sobą.

Kiedyś zapytałam ówczesnego chłopaka,
też wysoce wrażliwego:

– Czy to się kiedyś skończy?

Oby dwoje wiedzieliśmy, że ten dzień
nigdy nie nadejdzie.

Że jesteśmy tym, kim jesteśmy.
I że największa słabość ostatecznie
może stać się największą siłą, jeśli dobrze
nią pokierujemy.

Czyli puścimy kontrolę.

Pozwolimy sobie na bycie sobą.

Na płacz przy pięknej piosence.
Na głęboki smutek po dobrym filmie.
Na gniew pełen przekleństw i krzyku,
gdy ktoś nas zezłości.

Jeśli pozwolimy sobie na bycie dzieckiem
który z ciekawością przygląda się światu,
ludziom i wreszcie własnej wrażliwości, to
zaadaptujemy ją do lepszych celów,
zamiast tych, które niszczą i oddalają społecznie.

We wrażliwości mieszkają opowieści,
wielka empatia do drugiego człowieka,
i do wszystkiego co żyje.

Wrażliwość to posiadanie kanałów, o których inni
mogą pomarzyć,

Wrażliwość to głęboka duchowość i życie za dwóch.

To życie bardziej,
więcej,
mocniej.

Ale też wieczny lęk.

Przed nowym.
Przed głośnym i szybkim.
A nawet przed drugim człowiekiem.

Bo w przeciwieństwie
do dzisiejszego pokolenia milenialsów,
nie potrzebujemy zbyt wielu bodźców.
Dla nas bodźcem może być wszystko.

I jak niczego na świecie boimy się relacji –
-to tam mieszkają Dzikie Stwory.

Otwieramy na oścież serce, a otwartość zawsze
zwiększa ryzyko zranienia. To
w relacjach bywamy porzucani,
zdradzani, osądzani i wyśmiewani.

A potem, jakby tego było mało
sami jeszcze sobie dokładamy.
Gadamy w głowie, że nie jesteśmy warci
cudzej przyjaźni, że jesteśmy do niczego.

Nic dziwnego, że bywamy
często bardzo samotni.

Jednak, to co przeraża najbardziej
ma największą moc transformacji.

Dlatego potrzebujemy czasem puścić kontrolę
i otworzyć wrażliwemu dziecku
furtkę do wszystkich kolorów świata.

Do wszystkiego, co tak bardzo napawa nas strachem:

Do emocji.
I zranień.
I zabawy.
I relacji.
I do siebie w końcu.

Może na zdjęciach za rok nie będę już
tak spięta? A może będę tak samo.
Ale jednak za własnym przyzwoleniem
i całkowitą wyrozumiałością do wszystkich
wrażliwych tego świata… W tym siebie.

 

Ile w nas prawdy, gdy nikt nie patrzy?

-Czemu nie kupisz sobie maty – zapytałam
koleżankę, która od roku wytrwale chodzi
na zajęcia jogi.

-Ale po co? W studiu mają mnóstwo – odparła.

-Jeśli będziesz miała własną, w końcu
będziesz mogła rozpocząć praktykę własną.
W domowym zaciszu. Tylko ty, cisza i mata.

-E tam. Ćwiczyć samej? Po co?
Nie chcę. Nuda. Potrzebuję innych obok.

Czyż nie jest tak ze wszystkim?
Czyż nie jest tak, że odmawiamy
sobie prawa do przeżywania świata
w najlepszy możliwy sposób, jeśli nikt
nie patrzy?

Ja nie mam problemu z ćwiczeniem
jogi samej w domu, w absolutnej ciszy.
I nie mam problemu z medytacją, której
nikt nie widzi, której nikt nie ocenia
i o której pewnie nikt nie wie.

Ale złapałam się na innych rzeczach, które
rezerwowałam tylko dla cudzych oczu.

Ładną sukienkę. Najlepszy sweter.
Wyjście do kina. Palenie świeczek,
wytarcie biurka po porannej kawie.

Czyż nie jest tak, że od dziecka
nosimy w sobie program, by starać
się dla innych, ale dla siebie już niekoniecznie?

To dlatego z jednego związku zaraz pakujemy się
w inny. To dlatego, niektórym nie wystarcza
jedno dziecko lub jeden kot czy pies. To dlatego
w każdy weekend planujemy wyjście na miasto.

A gdy jesteśmy sami paplamy w głowie,
oglądamy seriale, i puszczamy głośną muzykę.

Boimy się samotności, bo nie znamy siebie.
A co gorsza, boimy się poznać. Nie chcemy
zbliżyć się do środka, w którym tętni gniew,
smutek, zazdrość,  może nuda. Wolimy
stwarzać pozory.

Założyć ładną sukienkę
do kawiarni z koleżanką i chcieć ugotować
obiad na wizytę bliskiej rodziny. To dla nich
rezerwujemy twarz z makijażem, ułożone
włosy i drogą knajpkę.

Jeden kolega zapytał mnie wczoraj:
-Spotykasz się z kimś?

Odparłam, że nie. Że przecież
dopiero co wyszłam z pięcioletniego związku,
że na wszystko potrzeba czasu – a przede
wszystkim na spotkanie ze sobą, by zweryfikować,
kim jestem, czego chcę, co mogę dać i dokąd zmierzam.

Oraz skąd tyle smutku i gniewu i powielanie schematów.
Poza tym, dodałam,
w samotności nie ma niczego złego.
Od urodzenia w pojedynkę jesteśmy kompletni.

Zdawał się nie słyszeć co mówię.
Albo usłyszał, lecz nie zrozumiał.

-Od lipca minęło już tyle czasu!
Znajdź sobie kogoś!

Podziękowałam drogiemu koledze
i poszłam na randkę. Do domu.

20181110_084913

Zapaliłam zapachowe świeczki. Przygasiłam światło.
Zaparzyłam poziomkowej herbaty w nowy imbryk, i
ubrałam najlepszą sukienkę.

Patrzyłam jak deszcz stuka o szyby i po prostu
siedziałam w swojej obecności.
Świadoma emocji. Świadoma oddechu.
Świadoma zmęczenia.

Prawdziwa, autentyczna, obecna, przytomna
dla samej siebie, a jednocześnie
dla całego świata. Bo przecież nie jestem oddzielna
od nikogo i jestem częścią reszty.
Nawet wtedy, a może zwłaszcza, gdy nikt nie patrzy.

Gdy już usłyszałam przekaz deszczu, a świeczki się
dopaliły, wzięłam do ręki książkę Jona Kabat-Zinna,
którą sączę od miesiąca. Jeden dzień- jedna strona,
bez pośpiechu. Tym razem czekała mnie niespodzianka.

„Gdy medytujesz w domu, może dodawać ci otuchy
i inspirować cię świadomość, że na świecie dokładnie
w tym samym momencie medytują dosłownie miliony
ludzi takich jak ty.

Jesteś całością, a równocześnie jesteś częścią
większych i jeszcze większych całości, nawet
jeśli o tym nie wiesz. Nigdy nie jesteś sam.

Już teraz przynależysz. Należysz do ludzkości.
Należysz do życia. Należysz do tej chwili, która jest
do tego właśnie oddechu.”

Jon Kabat-Zinn
Praktyka uważności dla początkujących

Krok za krokiem

Jak to się dzieje, że wraz z wiekiem
wydaje się, że doba jest krótsza?

Jak to możliwe, że mimo postępu
technologicznego, który miał ułatwiać
życie, komplikujemy je coraz bardziej
i tracimy kontakt z tym, co naprawdę ważne?

Jak do tego doszło, że przestajemy siebie
rozumieć i mieć czas na samopoznanie?

A współczesne kursy medytacji same w sobie obfitują
w presję i gonitwę za odległym celem?

Może to kwestia zachodniej kultury
nastawionej na sukces i osiągnięcia,
która sprzyja płytkim wartościom, za
dziwactwa zaś uznaje to co wolne,
nieambitne i zbyt normalne?

Wyobraź sobie, że żyjemy w świecie,
w którym zamiast kolorowych bilboardów
są plakaty z ludźmi, których
naprawdę warto podziwiać.

Mahatma Gandhi, Dalaj Lama,
Thich Nhat Hahn, Maria Skłodowska-Curie,
Makary Sieradzki.

A tymczasem, w Warszawie powstaje olbrzymi
mural z wizerunkiem… Nicki Minaj.

Dni, pieniądze i energia ludzkich rąk wykorzystane do promocji
płytkiego piękna, nagości i materialnego bogactwa…

Nie pomyślcie, że narzekam na nasz piękny kraj,
czy zachodnią cywilizację. Jest jak jest, trzeba to
zaakceptować.

Jednak to, co najbardziej mnie
zadziwia to fakt, że zamiast żyć bliżej siebie,
jesteśmy coraz dalej. Od relacji i własnego środka.

Zamiast słuchać, gadamy.
Zamiast siedzieć w ciszy,
zapełniamy przestrzeń
nieustannym jazgotem.

W domu seriale, a w drodze do
pracy słuchawki w uszach.

Dostrzegam to również w swoim życiu.
Tak bardzo kocham spokój, ciszę i wolne
tempo – a tymczasem od wielu lat ciągle się śpieszę.
Jak to się stało?

Rano biegnę na autobus, bo mam trzy minuty.
Popołudniu biegnę na jogę, bo 17.00 to jedyna godzina
wolnej przestrzeni. W sobotę szybko i pobieżnie
sprzątam kuchnię, bo przecież trzeba pomedytować.
Na spacerze ponaglam psa, bo tyle jeszcze trzeba zrobić,
napisać, obejrzeć, zdobyć, zrozumieć.

Cóż za wielka pomyłka!

Bo na co mi joga? Na co mi
medytacja? Na co mi wszystkie
aktywności, których celem jest bycie Tu i Teraz,
skoro między nimi żyję w wiecznym pędzie?

Złapałam się na tym, gdy pewnej leniwej
niedzieli obejrzałam dokument „Walk with me”.

Ten film jest przeciwieństwem wysokobudżetowych
blockbusterów – kolorowych, głośnych i napakowanych
akcją – abyś tylko się nie znudził.

To zapis życia ludzi, którzy zdecydowali
się poświęcić czas uważności.

Jedzą wspólnie, choć nie rozmawiają,
a posiłki trwają dłużej niż nasze.

Spacerują powoli. Krok za krokiem skupiając uwagę
na oddechu. Wdech – Wydech – Jeden krok.
Wdech -Wydech -Drugi krok.

Raz na godzinę słychać dźwięk dzwonka.
I wtedy zaniechają wszystkiego, co robią.
Zatrzymują się. Milkną. Oddychają. Widzą.

Obejmują przytomnym umysłem,
to w czym właśnie są. Jednym słowem –
wracają do domu. Wracają do siebie.

Od kilku miesięcy zafascynowałam się
tą sztuką spoczywania w tym co jest,
nazwaną dla potrzeb zachodniego świata
Mindfulness.

Oto okazuje się, że najwięksi
badacze, naukowcy, neurolodzy i trenerzy
zaczynają propagować Zen wśród laików i
zapracowanych mam i sfrustrowanych pracowników.

I nieźle im o wychodzi, bo przecież jakość
naszego życia nie zależy od stanu posiadania,
ilości odbytych podróży czy osiągnięć zawodowych.

Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu
możemy poczuć, że nie ma nic do osiągnięcia.

Że jedyne co mamy – to siebie. Ten czas, swój oddech
i obecną chwilę, nic więcej. I choć wydaje się, że to
mało, prawda jest o wiele bardziej zadziwiająca.

Bo zwykły oddech objęty uważną świadomością
staje się największym skarbem i spełnieniem marzeń
o pełnym życiu. Nie ma nic do zdobycia, ani miejsc
do odwiedzenia. Jedynie Wdech- Wydech – Jeden krok.

Wdech – Wydech – Drugi krok. I to naprawdę tyle.

 

 

And again…

-To co? Dziś kolejna przeprowadzka?
Pyta mnie mój kolega z redakcji.
-Która to już? Szósta? – dopytuje.

Liczba, którą mu podałam sprawiła,
że zaniemówił.

-Jak to: DWUDZIESTA TRZECIA???

Tak. Dwadzieścia trzy.
Dokładnie tyle razy przeprowadzałam się
w swoim krótkim, bo zaledwie 33-letnim życiu.

Dużo? Tak, ja też myślę, że dużo.
A najzabawniejsze jest to, że jedną z
moich głównych wartości jest stabilność.

Uważam się za domatora. Lubię wrastać
korzeniami w miejsce, do którego czuję silne
przywiązanie.

A jednak – Wszechświat daje
coś zgoła odmiennego.

Brak stabilności, wieczne zmiany,
ruch i chaos, niepewność.

Może wie lepiej, czego mi potrzeba?
Może przy osadniczym trybie życia
zapomniałabym po co jestem i jaki jest mój sens?

Może bym zgnuśniała w dobrobycie
powielając styl życia milionów ludzi na świecie:

kupowałabym rzeczy, których nie potrzebuję i na
które mnie nie stać, by wywrzeć wrażenie, na tych
za którymi nie przepadam…? Kto wie…

20180929_113341

Cuda zdarzają się wtedy, gdy odpuszczam.
Gdy mówię na głos: UFAM CI.

UFAM CI
Wszechświecie.
Kosmosie.
Energio.
Losie.
Czymkolwiek jesteś.

Przyjmę co mi dasz,
pogodzę się z tym, co odbierzesz.

I choć to pięknie brzmi, a słowa
rodzą się bezwysiłkowo, to
praktyka przychodzi z trudem.

Ale jednak – zdarza się.
Są momenty, gdy naprawdę ufam i
poddaję sie strumieniowi życia,
akceptując wszystko, bo nie mam już sił
walczyć ani się sprzeciwiać.

Tak jak dwa tygodnie temu,
gdy mokłam w deszczu czekając na
pociąg, wiedząc że muszę natychmiast
się wyprowadzić choć nie mam dokąd.

Mieszkanie, które miałam kupić
okazało się bublem, a tymczasowy pobyt u koleżanki
zmienił się w trudną lekcję przetrwania.

I właśnie wtedy zadzwonił telefon –
jakiś nieznany numer.

-Halo?
-Kamila? Cześć! Tu Malwina. Chcesz u mnie mieszkać?
-Ale jak to? Skąd…?
-Jakoś mi się obiło o uszy, że szukasz…
-Malwinka, ja mam dużego psa…
-Wspaniale, bardzo lubię psy 🙂 To, co?
-Od kiedy?
-Od końca września? Pasuje?
-Noooo…!
-Świetnie. Dostaniecie wielki pokój
z balkonem i z oknami wychodzącymi na wschód.
jesteśmy umówione! To pa!

20180929_073913

Nie mogłam w to uwierzyć.
Bo Malwina to koleżanka, którą
zawsze chciałam lepiej poznać.

Inspirowało mnie to, że jeździ do Indii i do Katmandu
i przywozi stamtąd masę historii, których można słuchać
godzinami przy kubku herbaty. Ale zawsze brakowało
nam czasu, okazji, przestrzeni…

Często powtarzałam w duchu: jak fajnie byłoby ją
bliżej poznać. No i proszę. Jest potrzeba,
Wszechświat działa i daje prezenty w czasie,
który jest właściwy. I jak nie ufać? Jak wciąż wątpić?

Prawda jest taka, że lubimy walczyć
i szamotać się z życiem, bo tak nas nauczono.
Zewsząd zalewają nas slogany pseudocoachów i
„PożalSięBożeAutorytetów”, że życie polega
na ciągłej walce.

Walcz, zdobywaj, osiągaj.
Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!

A ja mam inną filozofię, której
kluczem jest prostota: pokochaj to, co masz
i zaakceptuj, to czego nie lubisz.

Przede wszystkim zadbaj o wnętrze.
Bo jeśli wnętrze będzie zdrowe, to
zewnętrzny świat zacznie rezonować z każdą
pojedynczą komórką w Twoim ciele oraz narratorem
w umyśle. Przede wszystkim kochaj i bądź wdzięczny.

Prawda jest taka, że mamy wiele.
Mamy życie, ciało, sprawny mózg,
dach nad głową, przejrzysty umysł,
świadomość, i słońce na niebie.

Tak naprawdę nie ma potrzeby
osiągania czegokolwiek. Bo mamy
wszystko, czego nam potrzeba.

Dokładnie teraz, dokładnie tutaj.
Dostosowane do nas samych ❤

 

Punkt „zero”

Punkt „zero” – tak nazwałam moment życia
w którym jestem. Czyli czas zawieszenia.

Etap w którym nie ma niczego, prócz zmian.
Przeszłość odeszła, a przyszłości jeszcze nie ma.

Uświadomiłam sobie, że nie mogę dłużej żyć tak,
jak żyłam – to nie działało.

Nie wiem jeszcze w jakim kierunku pójdę. Nie wiem,
co będzie. Ani kim jestem, ani czego chcę.

Punkt „zero” – ani po, ani przed. Czas pustki.
Ciszy. Zawieszenia. Przepaści. Niewiedzy.
Braku tożsamości.

Jeszcze niedawno panikowałam.
No bo jak to? Nie wiedzieć – nic?
Czy to zdrowe? Czy to bezpieczne?

Im dłużej zastanawiałam się kim jestem
i czego chcę od życia, tym czułam większe
pomieszanie. Bo zewsząd przychodziła
jedna odpowiedź: nie wiem.

Codziennie muszę podejmować
mnóstwo decyzji, a na tyle
głowy mam decyzję o kupnie
mieszkania. Ale jak podejmować
decyzje, kiedy nie wie się nic o sobie?

Nie. Wstrzymam się. Pozwolę sobie
nie wiedzieć. Po prostu być.

Ale samo bycie jest trudne. Czasami
zapełniałam pustkę tym, co miałam
pod ręką. Ale im więcej rzeczy, ludzi
i zjawisk tym dziura była większa.

Bo to nie byłam ja.

W końcu jeden przyjaciel powiedział:
Kama, daj spokój. Nie szukaj.
Pobądź w tym trochę. Niech pustka
stanie się prawdziwą pustką, a jeśli
dojdziesz do przepaści, skocz.

I tyle. To była odpowiedź, którą w głębi duszy
przeczuwałam, ale której nie chciałam znać.

20180830_204932

Bo to oznacza ZAAKCEPTOWAĆ niewiedzę o sobie.
Może wiem, kim byłam, ale nie wiem kim jestem.
Bo tamta Kamila odeszła, a nowa jest… no właśnie…
Jaka?

Dziś patrząc w lustro widzę dziewczynę,
która nie wie nic, ale czuje bardzo.

Zamiast pustki staram się widzieć potencjał.
Jestem niezapisana kartką papieru. Czy
powinnam ją zapisać na już?
Nie. Nic nie muszę.

Niech to się wydarzy samo.

Będę doświadczać, co ma być doświadczone.
Będę czuć emocje, które w sobie mam.
Naturalnie, bez zapełniania duszy
mentalnymi fast foodami.

Dziś po raz pierwszy od roku byłam na jodze,
żeby sprawdzić, jaką mam z nią relację.
Medytuję codziennie – testuję jak się
czuję na poduszce. Nawet one są w mojej
„szarej strefie”, bo nie wiem czy je lubię.

Bałam się punktu „zero” jak cholera.
Bałam się tej ciszy, niewiedzy i braku
tożsamości. Teraz widzę w nim potencjał.
To krótka chwila przed narodzeniem.

Jest ciemno, cicho, delikatnie, ale skurcze
wypychają ku światłu. Każdy poród boli,
a życie bywa niebezpieczne. Nie zatrzymam
już tego, bo pustka nie trwa wiecznie. Otrzymam
nowe imię i nowe życie. W swoim czasie.

A teraz… po prostu trwam 🙂