„Piękna” marynarka i ukryty Skarb

Był sobie kiedyś ubogi człowiek,
który całe życie chciał być dobrze ubrany.

Kiedy więc po latach wrzucania groszy
do skarbonki udał się do najtańszego krawca
w mieście, wysypał mu na ladę wszystkie
oszczędności.

-Proszę mi za to uszyć marynarkę.
-Cóż, to niewiele – rzekł krawiec,
który przeliczył pieniądze.

-Wydaje mi się, że starczy na taką,
której nikt nigdy nie kupił – powiedział,
nie chcąc tracić łatwego zarobku.

Krawiec wyszedł truchtem na zaplecze
i wziął starą, choć nigdy nie używaną
marynarkę uszytą przez mało
zdolnego ucznia.

-Proszę przymierzyć. Czuję, że będzie
pasowała jak ulał!

Ubogi człowiek założył marynarkę
i przejrzał się w wielkim lustrze.

I choć materiał był piękny, to
jednak coś tu nie grało. Gdy zapiął
guziki strój stracił symetrię.

-Ale lewy bok jest krótszy od lewego –
zauważył klient.

-A to nie szkodzi. Po prostu musi
pan chwycić lewy bok marynarki
i lekko ciągnąć w dół, w ten sposób
wydadzą się równe.

-Ale ciśnie mnie w talii -odparł biedak.

-A to też nie szkodzi. Musi pan tylko
nieco się nachylić do przodu, wtedy
będzie panu luźniej w pasie.

-No nie wiem. Prawy rękaw wydaje się być
za długi i nie widać mi dłoni.

-Ależ proszę pana! Niech pan wyciągnie
prawą rękę ku górze i lekko zegnie! O! Doskonale!
Niech pan zobaczy w lustrze jak wszystko
się wyrównało! – zatarł ręce sprzedawca.

Ubogi człowiek wiedział, że nie stać go
na lepszy zakup. Zapłacił i wyszedł od krawca
zachowując w pamięci wszelkie instrukcje
użytkowania.

I kiedy szedł Starym Miastem, w nowej marynarce-
lekko zgarbiony, lewą ręką pociągając lewą część
marynarki, a prawą rękę lekko zgiętą, by naciągnąć
zbyt długi rękaw, zauważyło go dwóch eleganckich panów.

-Zobacz tego kalekę! Ciekawe co mu się stało? –
-Kaleka, jak kaleka. Ale zobacz
jaką ma piękną marynarkę! Ciekawe
gdzie ją kupił?

*************************************************

To nie moja przypowieść.

Znalazłam ją kiedyś w jednej z wielu
„mądrych” książek o rozwoju osobistym,
które czytałam na potęgę, aby stać się
„lepszym” człowiekiem.

Nie pamiętam ani tytułu ani autora,
ale wydała mi się tak urocza i prawdziwa,
że postanowiłam ją Wam przytoczyć.

Bo to cudna metafora.

Od jakiegoś czasu też jestem kaleką
nieustannie przytrzymującą
sobie marynarkę.

Trzymam, bo jak puszczę,
to się rozleci.

Urwą się guziki, krój straci symetrię.
Nie daj boże coś się urwie,
lub napnie zbyt mocno.

Też tak macie?

Życie trzeba kontrolować,
bo inaczej wszystko rozleci się w pył.
Zawiedzie fizyka, grawitacja i umiejętności.

Zdałam sobie sprawę, że choć
tyle zmieniło się na lepsze, to pewne tematy
wciąż powracają do mnie jak bumerang.

I ma to sens. Bo każdy rozwój
wielokrotnie zatacza to samo koło.

Za pierwszym razem wszystko jest nowe
i trudne. Za drugim jakby łagodniejsze.

Za trzecim idzie się łatwej, choć wciąż
trafiamy na te same przeszkody i wracamy
do punktu wyjścia.

Czasem uda nam się przeskoczyć
wielkie kamienie. A czasem musimy wrócić
na „start” z opuszczoną głową. Idziemy wtedy raz jeszcze
znajdując po drodze alternatywne wyjście boczne.

Nowe nigdy nie pojawia się bez starego.
I często właśnie to co „nowe”, każe nam
mierzyć się z tym, co „stare”.

Co u Ciebie jest stare?
Co u Ciebie jest krzywe
i niesymetryczne?

Co naciągasz ku dołowi,
by wydało się właściwe?

W który bok się przechylasz,
aby pasowało idealnie?

U mnie powraca temat zaufania do Wszechświata.
A raczej jego braku, który generuje paniczną kontrolę.

Bo przecież, gdy puszczę,
to wszystko się rozleci.

Świat się rozleci.
Zwolnią mnie.
Skończą mi się
pieniądze.

Ludzie odejdą.
Zapomną o mnie.
Albo okazje
przelecą obok nosa.

Więc w razie czego –
jestem w ciągłej gotowości.

Ubrana w ciężką zbroję, z mieczem
wyjętym z pochwy, z twarzą pomalowaną
węglem i błotem. Czekam.

Czekam na walkę.

I choć na horyzoncie zbierają się
burzowe chmury, to pójdę właśnie tam,
do samego serca burzy, bo przecież
zawsze chciałam mieszkać na Północy.

A tymczasem wojna nie nadchodzi.
Wróg nie nadchodzi. Okazje nie nadchodzą.
A jak są, to jestem zbyt zajęta wewnętrzną
trwogą by ich nie przegapić.

Gdy z góry lecą kamienie, myślę sobie, że
świat mnie kocha. A gdy wpuszcza motyle,
to nagle staję się ślepcem. Nie widzę.
Nie doceniam. Mówię – przypadek.

A tymczasem, Wszechświat jest
z nami w wiecznym dialogu.

Kamienie lecące z góry nie
są oznaką nienawiści, ale ostrzeżeniem:

„To nie ten kierunek!”

Nieudana przyjaźń, zakończona
relacja, niefortunna rekrutacja
wszystko to jest po coś. Jak zakurzony
drogowskaz na rozwidleniu dróg.

Wszystko jest informacją.

Nie tędy. Nie ten czas. Nie ten człowiek.
Nic na siłę. Poczekaj. Odetchnij. Popracuj.

Od lat chodzę w niesymetrycznej marynarce.
Bo zgodziłam się na coś, co było bezpieczne,
jedyne dostępne, tuż obok.

Złapałam się tej marynarki tak
kurczowo, że pochłonęła całą moją
uwagę. Nie widziałam ludzi obok,
ani możliwości.

Skupiałam się, by trzymać
naciągać i poprawiać.

Bo przecież to jedyna marynarka
w moim życiu – nie mam już
niczego więcej i nie wiem skąd wziąć
na lepszą.

A tymczasem obok przechodzą ludzie.
Nadzy. Lub ubogo ubrani. W łachmanach,
a może zwykłym swetrze. Wyprostowani,
nieskrępowani, radośni w swych płynnych ruchach.

Marynarka nie ma znaczenia,
powiadają, lecz ja ich nie słucham.

Dobre marynarki leżą na poboczach,
wołają, lecz ja nie słyszę, bo trzeba
naciągnąć prawy bok.

Można chodzić nago, mówią odważniejsi,
lecz ja zatykam uszy.

Przecież całe życie o niej marzyłam.
Jakże mogłabym ją porzucić? Jakże
mogłabym podważyć jej wartość?

Tyle czasu, tyle energii, tyle pieniędzy,
tyle lat. I co? Teraz mam ją zdjąć?
Porzucić, przyznać, że jest niewygodna,
że nie lubię marynarek? Czy tak można?

Można.
A nawet trzeba.

Jeśli tego nie zrobię, wciąż
będę wracać do punktu „Start”.

I będzie to się powtarzać dopóty,
dopóki nie zdejmę marynarki i nie
zacznę iść jak dumny człowiek.

Wyprostowany, z godnością,
choć bezbronny i pełny wstydu
bo tak „biedny”, tak bardzo „ubogi”.

Często to właśnie w tym ubóstwie
dzieją się największe cuda, bo nareszcie
nie mamy nic do stracenia.

Bez marynarki widzisz kim jesteś.
Czujesz więcej i wiesz o sobie więcej
bo porzucasz wszelkie „duchowe” instrukcje.

Jestem, tym kim jestem,
choć wydaje się, że to za mało.

 

 

4 myśli w temacie “„Piękna” marynarka i ukryty Skarb”

  1. Mam mieszane uczucia co to przytoczonej opowieści. Jedno jest pewne – jest niesamowicie smutna. Niby spełnił marzenie, ale musiał się do niego dopasować i coś, na co pracował całe życie nie odpowiada jego wyobrażeniom.
    Ale czy życie kiedykolwiek odpowiada jakimkolwiek wyobrażeniom?

    Całkowicie rozumiem Twoje trwanie w ciągłej gotowości. Mam podobnie, chociaż „kto się martwi, cierpi dwa razy”. Może kiedyś jeszcze zmądrzeję w tej kwestii 🙂

    1. Może zmądrzejemy razem? Jedno jest pewne- walka powoduje utratę sporej dawki energii. Gdyby nie „gotowość” można byłoby ją lepiej ukierunkować. Może po prostu trzeba puścić tą marynarkę i pokazać się w całej autentyczności, ze wszystkimi krzywiznami?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s