Boginie Błota. Czyli dlaczego każda z nas musi czasem sięgnąć dna

Musicie wiedzieć, że ostatni miesiąc
był dla mnie trudnym czasem.

Zaczęło się przed moimi urodzinami.

Silne uczucie smutku i poczucia
społecznego odrzucenia złapały mnie
za gardło i nie odpuszczały nawet na moment.

Kobiety, przyjaciele, znajomi, sąsiedzi,
i dusze spotykane na leśnej drodze
odrzucały mnie za to, kim jestem.

Tak przynajmniej czułam.

Wszystko czym sobie doraźnie
„pomagałam” zawodziło.

Przytyłam pięć kilo, bo
słodycze jadłam na potęgę –
ot mizerny substytut miłości
dostarczanej w formie cukru.

Działało przez kwadrans.

Potem nagły spadek glukozy i słaby sen
tylko potęgowały psychiczne doły.

Myślę, że musiałam tymi emocjami
bardzo mocno „wibrować”, bo
ludzie unikali mnie na kilometr.

I kiedy we mnie wszystko krzyczało
„POMÓŻ MI!!!” to w odpowiedzi
otrzymywałam jedynie puste echo.

Cukier nie pomagał. Miłe dla oka
komedie nie pomagały. Herbata
z miodem, spacery, pisanie, medytacja
wszystko było ratunkiem jedynie na chwilę.

W pierwszym momencie
pomyślałam: Mam depresję.

Ale przecież wyrzucałam z siebie
hektolitry łez. Przy depresji się nie płacze.
Przy depresji nie czuje się absolutnie nic
poza odrętwieniem i martwotą.

A ja czułam bardzo.

Przestałam wchodzić na media społecznościowe,
bo brak wiadomości jeszcze bardziej pogarszał
moje samopoczucie. Czułam się niechciana.
Nielubiana. Gorsza. Zbyteczna.

Za choćby mały skrawek cudzej aprobaty
czy miłości byłam gotowa skoczyć w ogień.

Ale ani miłość, ani cudze
zainteresowanie nie nadchodziło.

W końcu zabrałam Lunę, spakowałam plecak,
wsiadłam w pociąg i pojechałam do rodziców na wieś.

Żeby po prostu z kimś być. Żeby ktoś był obok.
Żeby razem zjeść. Żeby pomilczeć. Taka mała,
ale konieczna ucieczka od szaleństwa rozpaczy.

Teraz mogę już o tym otwarcie
pisać, bo przetrwałam.

Przeszłam przez kolejną małą śmierć
tożsamości i oczekiwań. Śmierć jakich pełno
w naszym ludzkim życiu.

To nie była pierwsza
i nie będzie ostatnia.

Zdałam.

Bo kiedy nikogo nie było, kiedy nikt mnie nie widział,
kiedy każdy był zajęty swoimi sprawami, kiedy każdy
zbywał machnięciem ręki i słowem „weź się w garść”,
to nie pozostało mi nic innego, jak pomóc sobie samej.

Wysłuchać małego, zranionego
dziecka, które pragnie uwagi.

Wysłuchać smutku i rozpaczy.
Przytulić. Pogłaskać. Być ze sobą,
Spojrzeniu w lustrze powiedzieć „kocham”.

Kocham. Akceptuję cię. Jestem.

Czyli to, czego bardzo potrzebowałam
usłyszeć  od innych, a co i tak w żaden
sposób nie byłoby w stanie mnie nakarmić.

Bo moje serce było puste
niczym studnia bez dnia.

Pomogłam sobie sama.

Pomogłam sobie „Biegnącą z wilkami”.
Jabłecznikiem bez cukru, długimi spacerami,
tuleniem do drzew, długim snem,
owinięciem puchatymi kocami.

Oraz mantrą „przecież to minie”.

Ale też słuchałam. Objęłam uwagą
ten bezdenny smutek. Zobaczyłam małe,
płaczące, zasmarkane  dziecko, które ponad
wszystko pragnie miłości i przyjęcia,
oraz prostych słów: „jak dobrze, że jesteś”.

Wzięłam je na ręce i spojrzałam
mu w o czy.

„Widzę cię. Obyś była szczęśliwa.
Obyś była zdrowa.
Obyś była bezpieczna.
Oby żyło ci się z łatwością”.

Clarissa Pinkola Estes napisała, że niezależnie od tego
jak trudne wszystko się wydaje, należy po prostu
iść dalej. Jeśli trzeba, czołgaj się, ale idź.

Cała wiedza odsłania się przed nami, kiedy idziemy.
Wszelkie życie rządzi się zasadą,
że strata przynosi rozwój.

Naszą pracą jest interpretować
sens cyklu Życia-Śmierci-Życia,
żyć najpiękniej, jak potrafimy,

wyć jak szalone, kiedy nie możemy tak żyć
– i nie zatrzymywać się, bo u końca drogi
czeka podziemna psychiczna rodzina,
która nas przygarnie i wspomoże.

A więc szłam. Czasem bardzo powoli,
bo nie miałam sił. Niekiedy biegłam napędzona
gniewem i zazdrością, że inni mają lepiej.

Ale wciąż szłam. Potykałam się. Upadałam.
Ubrudziłam wszystko w błocie. Ale szłam.

Bo życie jest ruchem.

I choć słyszałam podszepty ego,
aby porzucić ścieżkę, przestać robić,
zrezygnować z kręgów kobiet, bo przecież żadna
z nich mi nie pomogła, to szłam dalej.

Rozpadając się na kawałki, tęskniąc
za miłością i akceptacją, wyjąc do Księżyca,
tak bardzo pragnąc bliskości – szłam przed siebie.

Aż nagle skończył się mrok.

Odwróciłam się. Za mną był
głęboki, ciemny las, pełen strachów,
demonów i błotnistych historii.

Przetrwałam.

Teraz znów widzę zarówno
ścieżkę jak i słońce. Byłam tam, gdzie
ostatecznie trafia każda z nas przynajmniej
kilkanaście razy w życiu, a niektóre częściej.

Na psychiczne dno.

Jakkolwiek źle to nie brzmi,
wiedz, że jest potrzebne,
że jest konieczne, by urosnąć.

By zrozumieć. By odnaleźć miłość,
która znajduje się pod wszystkim,
co widoczne. By nie wartościować:

to jest dobre, tego chcę.
to jest złe, tego nie chcę.

My, kobiety mamy długie korzenie,
które żywią się tym, co znajdą głęboko pod ziemią
– tam gdzie nie dochodzi światło słoneczne.

To stamtąd pobieramy psychiczne minerały,
by łodyga była silna, a owoc słodki.

Przetrwałam to. I Ty także przetrwasz.
A potem, gdy spotkamy na swej drodze
inną umęczoną Duszę mocno ją przytulimy mówiąc:

„Widzę cię Siostro. Słyszę cię.
Gdybyś mnie potrzebowała
w tej trudnej drodze, jestem”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s