Kim byłbyś bez… ? Krótka opowieść o prostym człowieku

Zawsze źle sypiam, gdy przyjeżdżam na wieś.
Czy to kwestia zbyt twardego materaca, czy może
demonów, które mieszkają pod drewnianą podłogą?
A może przodkowie nie dają o sobie zapomnieć?

Nasz stary, rodzinny dom, powstał zaraz po wojnie.
Przewinęły się przez niego dziesiątki, a może
setki osób. Ludzi rodzili się, umierali.
Przychodzili na chwilę, a potem szli dalej.

I teraz jestem w nim ja.

I wydaje mi się, że jestem „bardzo ważna”.
Ważne są moje uczucia, które przemijają jedno
za drugim. I ważne są moje myśli – zwłaszcza te
niepokojące, które nie dają dopić porannej kawy.

Ważna jest moja „życiowa misja”.
Po co tu jestem? Dlaczego akurat tu?
Dlaczego z tych rodziców? Jak długo będę?
Co po sobie pozostawię? Wszystko to „bardzo ważne rzeczy”.

A tymczasem jesteśmy na chwilę.
Człowiek, zwierzęta, wschody i zachody słońca.
Emocje, rozpacze, wielkie radości. Wszystko ulotne
i nieuchwytne jak pojedyncze oddechy.

Pamiętam okres, gdy miałam 19 lat.
Wyprowadziłam się wtedy z rodzinnego domu
do wielkiego świata o nazwie Gdynia.

3-pokojowe mieszkanie z grzybem na ścianie
dzieliłam z dziewczynami. Ta starsza,
jakże bardzo dorosła 23-letnia zapytała mnie, co jest
największym marzeniem mojego życia.

„Być zapamiętaną” – odparłam.

Ta myśl, będąca manifestacją głębokiej
potrzeby znaczenia czegoś więcej nigdy mnie nie opuściła.

Przyłapałam się na niej kilka miesięcy temu,
gdy postanowiłam, że przestanę pisać.

Ale dlaczego miałabym przestać?
Bo byłam zmęczona. Krytyką. Tym, że
kogoś uraziłam, że moje słowa wywołały burzę.
Że odbiór nie taki. Że „banał” i „brak polotu”.

No dobrze. Przyznam się tu do czegoś.
Porzucenie pisania nie było tak do końca
moją świadomą decyzją.

Przybrało raczej formę blokady.
Siadałam przy starym, drewnianym biurku,
otwierałam Worda i czułam strach.

I ten sam strach towarzyszył mi, gdy z półki ściągałam
bladoróżowy notes, a przecież nikt nigdy zawartości
nie oglądał bo nie miał dostępu.

„A jeśli znów kogoś skrzywdzę?”
„A jeśli znów kogoś urażę”?
„A jeśli znów poniesie się w świat
i ludzie będą różnie komentować?”.

Wiecie, jaką lekturę uważam za najgorszą na świecie?
(zaufajcie mi – te wtrącenie z dupy ma sens).

„Buszującego w zbożu”.

Boże, jak ja nienawidziłam Holdena!
Jego ponury monolog działał mi na nerwy
przez dziesięć lat. Ba! Nawet po dekadzie
jeszcze go słyszę. I te wkurzające zdanie bohatera,

że mówienie komuś POWODZENIA,
jest cholernie dołujące i depresyjne, bo
oznacza „nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”.

Za każdym razem, gdy ktoś mi mówi
POWODZENIA, słyszę pieprzonego Holdena.
Kuźwa stary, miałeś rację. I tak.
Wciąż działasz mi na nerwy.

Ale do czego to ja właściwie zmierzałam…

Aha, już wiem. J.D. Sallinger po „Buszującym zbożu”
ukrył się w starej szopie, odmawiał udzielania wywiadów
i unikał tłumów. Do końca swych dni żył samotnie
medytując i ćwicząc jogę. Wszystko dlatego, że jakiś
psychofan po lekturze „Buszującego” popełnił samobójstwo.

Na miejscu Sallingera zrobiłabym to samo.
Uciekłabym do jaskini, żeby ludzie o mnie zapomnieli.
I pewnie medytowałabym przez dwanaście godzin na dobę,
żeby jakkolwiek oswoić się z poczuciem winy i zmyć z siebie wstyd.

I dlatego przestałam pisać.

Bo poczucie winy, że kogoś obraziłam,
uraziłam, wplotłam go w część historii,
że wywołałam w kimś niepokój było zbyt
przytłaczające.

Więc siedząc przy ukochanym biurku
i otwartym laptopie wpatrywałam się
przez godzinę w migający kursor na białym
arkuszu Worda. A słowa nie chciały płynąć.

Płynęły za to myśli.
Poczucie winy.
Wewnętrzny krytyk.
Osąd.
Pogarda.

I raz jeszcze pomyślałam.
„Po co tu jestem?”
„Żeby być zapamiętaną”.
„Jak chcesz być zapamiętaną?”

Właśnie. Jak?

Zdałam sobie sprawę, że
całe to moje pisanie, które
rozpoczęło się już wtedy, gdy
nauczyłam się trzymać długopis
w ręku, było własnie po to.

By nikt nie zapomniał.
Że jestem. Że byłam.
Że miałam coś „ważnego” do powiedzenia.

Przez ostatnie miesiące pozwoliłam
temu odejść. Pozwoliłam spełnić się temu,
czego tak bardzo się bałam – zapomnienia.

Ludzie zapomnieli.
Czytelnicy zapomnieli.
Lajkujący bloga, zapomnieli.

I ja sama przestałam siebie
określać przez pryzmat pisania.
Nie byłam blogerem. Nie byłam pisarzem.
Nie byłam człowiekiem piszącym.

Byłam zwykłym, szarym człowiekiem,
który niewiele znaczy i nie robi nic szczególnego.

Zdarzyło się.
I co?

Nic. Zupełnie nic.
Wiecie co? Chyba nie mamy
tak wielkiego znaczenia, jak o sobie sami myślimy.
I mówię to z uśmiechcem.

Bo to cholernie uwalniające uczucie.

Chodzić po lesie, wsłuchiwać się w ptaki,
celebrować posiłki i małe rytuały, uczyć się
kochać, medytować, tulić się, kłócić, bać,
zasypiać i budzić.

To jak narodziny.
Każdego dnia od nowa.

„Jakie masz plany?” – ktoś pyta.
Uczciwie odpowiadam, że żadnych.

A jeśli będę miała, to na chwilę, bo
plany, tak samo jak marzenia, pomysły
i emocje przypominają niesforne ptaki.

Są. A potem ich nie ma.

Po co tu jestem?
Jaką misję wypełniam?
Co będzie potem?

Nie wiem tego, ale wiem jedno.
Zgłodniałam. Zrobię owsiankę.

Jeden komentarz na temat “Kim byłbyś bez… ? Krótka opowieść o prostym człowieku”

  1. Też właśnie czasem powstrzymuję się od napisania czegoś, bo a nuż kogoś urażę. Może będzie zbyt banalnie, zbyt dziecinnie i pewnie jeszcze wiele innych „zbyt”. Ale wiem, że tak naprawdę większość świata ma wywalone nie tylko na moje czyny, ale i na samo moje istnienie. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s