Archiwa tagu: psychologia

(Bezbronne) boginie w każdej kobiecie

Kiedy po raz pierwszy otwierałam książkę
Jean Shinody Bolen „Boginie w każdej kobiecie”
nie sądziłam, że rozdziały o bezbronnych boginiach
jakkolwiek mnie poruszą.

W końcu nie jestem zależna od kogokolwiek.

A jednak. Podróż z jedną z nich
zrobiła na mnie ogromne wrażenie
i sprawiła, że odnalazłam w sobie jakości,
których wcześniej dość skutecznie się wypierałam.

Dziś przedstawię Wam moją perspektywę
na boginie zależne/bezbronne. A więc
takie, których osią przewodnią życia
jest relacja z drugim człowiekiem.

Są to: Hera, Demeter i Persefona.

Nie sądźcie jednak, że określenie
„bezbronne” sprawia, że to typ słabych kobietek.

Owszem, są bezbronne, ale wobec
własnych emocji, które bywają silniejsze
niż zdrowy rozsądek i trzeźwe myślenie.

Zazdrość i przywiązanie
mają władzę nad Herą.

Bezwarunkowa miłość, potrzeba troski
i tęsknota to domena Demeter.

A lęk, niepewność, introwertyzm i skrytość
to cechy jej córki, Persefony.

BOGINI HERA

20191205_102956

Często na spacerach z Luną spotykamy
znajomych, którzy mają sympatyczną suczkę.
Zaskoczyło mnie, że dali jej na imię Hera.
Coś mi nie pasowało. Bo ten miły border-collie
jest uosobieniem ciepła i łagodności.

Zupełnie inaczej niż Hera.

Z tą boginią zawsze miałam negatywne
skojarzenia. Bo to zazdrośnica. Kobieta
niebezpieczna i mściwa.

Ona nigdy nie przebiera w środkach, jeśli jej związkowi
zagraża inna kobieta. Gotowa jest posunąć
się do wszystkiego, żeby pozbyć się rywalki.

Hera to archetyp żony. To kobieta, dla
której sensem życia jest pełnienie roli
oddanej i zjawiskowej u boku również
reprezentatywnego partnera.

Może mieć dzieci, ale nie musi.

Macierzyństwo bowiem nie jest
dla niej tak istotne jak instytucja małżeństwa,
która sama w sobie jest największą nagrodą.

To przecież jej tożsamość.

To kobieta, która gdy mówi „ja”, zawsze
myśli „my”. Ja i mój mąż. Podejmę decyzję,
gdy poznam opinię męża.

Na swojej drodze spotkałam kilka Her.
Przerażały mnie. Przerażało mnie ich zaślepienie
i absolutna koncentracja na mężczyźnie. Tak jakby
bez mężczyzny u boku nagle miały stać się przezroczyste.

Miałam na studiach kilka koleżanek
o tym archetypie. Ich największym marzeniem
było „dobrze wyjść za mąż” aby zostać ozdobą jakiegoś
zaradnego, przystojnego mężczyzny.

Kochały bajki i filmy romantyczne
z happy-endem. A gdy chłopak im się
oświadczył, przedstawiały ten fakt,
jakby właśnie weszły na Mount Everest.

Młode Hery zawsze były dobrymi
koleżankami pod warunkiem, że obok
nich nie siedział partner.

A jeśli siedział, to nagle z przyjaciółek wchodziły
w rolę rywalek. Przylepiały się do partnera niczym
bluszcz, jednocześnie nie spuszczając
oka z potencjalnych zagrożeń.

Kiedy myślę o Herze współcześnie,
to widzę przede wszystkim Nancy Reagan,
żonę dawnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Czy wiecie, że rozpoczynała karierę jako
utalentowana aktorka, ale rzuciła to,
by pełnić funkcję małżonki
znanego człowieka?

Kiedy o tym myślę, to pojawia się
we mnie jakiś smutek – wrażenie
niezrealizowanego ludzkiego potencjału.

Bo przecież, gdy uzależniamy swoją wartość
od drugiej osoby, to tak jakbyśmy budowały zamek
na mokrym piasku. Wystarczy jedna większa fala,
by zmyła budowaną przez lata tożsamość.

BOGINI DEMETER

20191122_102824

Już na samą myśl o niej robi
mi się miło, miękko i łagodnie.

To Kobieta Matka, która kocha dzieci
i ma potrzebę opiekowania się innymi.

Nie tylko o swoimi dziećmi, ale również cudzymi
– wszystkimi istotami, które potrzebują
otwartego serca, życzliwości i miłości.

Gdy ją sobie wyobrażam to widzę Matkę Ziemię.

Gaję. Bogini Płodności. Naturę. Żyzną glebę.
Kobietę o pełnych kształtach, grubych włosach
w długiej, kwiecistej sukience.

Demeter to kobieta świadoma
cykliczności, zwierząt, roślin, ludzi i ziemi.

Jest boginią, która wie, że zarówno
narodziny i śmierć, jak i wzrost oraz stagnacja
to zawsze dwie strony jednej monety.

To kobieta-bodhisattwa, a więc
ta, która przede wszystkim dba
o cudze potrzeby.

Kocha bezbronne istoty, bo dawanie jest
jej naturalnym przymiotem.
Kobieta-schronienie i kobieta-dom.

Sprawdza się w zawodach opiekunki,
przedszkolanki, nauczycielki,
pielęgniarki czy zastępczej matki adopcyjnej.

Bo Demeter bez innych usycha.
To żywicielka i piastunka.

Nasza kultura przedstawia ją jako Matkę-Polkę,
której wszyscy wchodzą na głowę. Ale czy na pewno?

Moim zdaniem polski model Demeter, który
wyrósł na patriarchalnym gruncie
jest skrajnym i przejaskrawionym mitem.
Przede wszystkim jest daleki od prawdy.

Dla mnie Demeter jest silną kobietą.

Widzę w niej wszystkie żywioły, ale
przede wszystkim stabilność, mądrość i moc ziemi.

Demeter to kobieta przemiany, której nic
co ludzkie nie jest  obce. Wie, że to co
przyszło musi także odejść, dlatego akceptuje
młodość jak i starość.

Mitologia przedstawia ją  jako matkę,
która traci zmysły z tęsknoty za porwaną córką.

A że jest kapłanką przyrody to
i ona wpada w rozpacz.

Pola przestają dawać plony, ziemia wysycha,
drzewa obumierają i nie rodzą owoców.

Mnie jednak bardziej zaciekawiło to,
co wydarzyło się później
– po okresie matczynej żałoby.

Bo przecież przyszedł moment przełomowy.

Demeter po uznaniu, że wylała z  siebie wszystkie
łzy postanowiła  wrócić do życia.

A że życie dla niej to troska o innych,
zatrudniła się w pałacu  Keleosa i
Metanejry, do opieki nad ich dzieckiem.

W ten sposób umożliwiła swoim
naturalnym właściwościom znów się
przejawić, a matczynej energii płynąć swobodnie.

Bardzo mi do niej blisko.

Kiedy rozglądam się po moich
koleżankach, to widzę jak wiele jest
ich w moim życiu – kobiet Demeter.

Ciepłych, serdecznych, empatycznych,
wrażliwych i otaczających uwagą.

Takich, które nie odwrócą wzroku, gdy zobaczą
chorobę i brzydotę. To kobiety o mocnych nogach.
Dobrze ukorzenione i twardo stąpające po ziemi.

Gdy myślę o współczesnych kobietach Demeter,
to widzę:

Annę Dymną,
Emily Watson
Edytę Pazurę,
czy Danutę Wałęsę.

Nie ma ich zbyt wiele w show-biznesie,
bo to przecież nie ich bajka.

Mimo to robią rzeczy głośne i wielkie. Tworzą
fundacje, zbierają pieniądze na schroniska,
organizują akcje pomocowe i gale charytatywne.

Te kobiety są jak cicha przestrzeń.

Niejednokrotnie robią więcej niż
inni, ale świat o nich zapomina – bo
nie dopominają się o nagrody czy oklaski.

Wystarczy im czyjś życzliwy uśmiech
i poczucie, że są pożyteczne.

BOGINI PERSEFONA

20191207_160709

Archetyp córki, zależnej dziewczyny,
córeczka mamusi. Grzeczna, podporządkowana,
która godzi się na wszystko, co akurat przychodzi.

Bardzo często prosto spod bezpiecznych skrzydeł
matki wpada pod skrzydła męża, który pragnie
mieć ugodową i posłuszną małżonkę.

Żaden z mitycznych archetypów
nie wzbudził we mnie tylu sprzecznych
uczuć i … obrzydzenia, co ten.

Jednocześnie też zdałam sobie sprawę, że
skoro tak silnie reaguję na jakąś postać, to
nie mam innego wyjścia, jak tylko bliżej się jej
przyjrzeć.

Bo skoro „coś” budzi odrazę, to znaczy, że
zostało zepchnięte do cienia, wyparte.

Persefona nie jest czarno-białym
archetypem. Spójrzmy na mit.

Niewinna dziewczyna
zostaje uprowadzona do Hadesu, a
więc świata śmierci, mroku i podziemi.

Kojarzy mi się to z naturalnym cyklem
kobiety, która przynajmniej kilka razy w życiu
udaje się na psychiczne, ale bardzo żyzne dno.

Hades to chwilowe wycofanie się z
życia i relacji.

To schowanie się w półmroku,
aby przetrawić coś ważnego i
doświadczyć duchowej transcendencji.

To medytacja. Introspekcja.
Potrzeba izolacji i samotność.

Hades to również świat wrażliwców,
i tych, którzy pełnią rolę medium – pośrednika
między życiem a śmiercią, między ciemnością
a światłem, między duchem a materią.

Znam te stany jak nikt.

Bo będąc jedynakiem, wielkim wrażliwcem
i introwertykiem w wybitnie ekstrawertycznej
rodzinie ucieczki do Hadesu były moim jedynym
sposobem na przetrwanie.

Niczym Alicja uciekałam w mityczny świat
Krainy Czarów, by znaleźć przyjaciół.

Jak Piotruś Pan wymyślałam sobie
dobre wróżki, skrzaty i duszki, by mieć
w kimś oparcie. By uciec od szarej rzeczywistości.

Więc dziś widzę Persefonę trochę inaczej
niż przedstawia ją mitologia. To bogini
introspekcji i intuicyjnej mądrości.

To kobieta, która ma dostęp do stanów,
które dla ludzi dostępne są tylko
po psychodelikach albo hipnozie.

Ale żeby nie było tak kolorowo.

Bo skoro Persefona nie potrafi o siebie zadbać
w zewnętrznym świecie, to znaczy, że bywa
wykorzystywana przez manipulatorów.

Łatwo ją oszukać, bo sama chętnie
zakrywa oczy zasłoną iluzji.

I dlatego bywa wykorzystywana. Wybiera
niewłaściwego partnera, niewłaściwą pracę
i nie dostrzega fałszu, który dla innych jest
widoczny na pierwszy rzut oka.

Persefona kocha fantazję.

A gdy wejdzie w nią za bardzo, może już
nie wrócić do rzeczywistości.

Dlatego mawia się, że to typ kobiet, które
doświadczają psychoz, neuroz
i głębokich stanów depresji.

Bo Hades to również smutek, lęk,
brzydota i spowolnienie. A więc
wszystko to, od czego normalny
człowiek odwraca oczy.

Gdy myślę o słynnych Persefonach
to widzę artystki:

Sylvię Plath,
Virginię Woolf
czy Marilyn Monroe (która, choć medialnie
przedstawiana jako Afrodyta, była dla mnie
istnym ucieleśnieniem mitu o Persefonie).

Jak Ty to widzisz Kobieto?
Czy utożsamiasz się z którąś z bogiń?
Czy odnajdujesz cechy wspólne?

Często, jeśli nie wiemy którą boginią jesteśmy,
wystarczy spojrzeć na otoczenie. Czego jest
dużo? Jakimi ludźmi się otaczasz?
Co przychodzi ci łatwo? Jak spędzasz czas?
Co Cię niepokoi, a co daje siłę?

W kolejnym poście opiszę ostatnie boginie.
Będą to boginie alchemiczne: Afrodyta i Hekate.

Boginie w każdej kobiecie. Sprawdź, którą jesteś!

Po ostatnim poście o archetypach
dostałam od Was mnóstwo wiadomości.

Pytałyście, czy pożyczę Wam książkę,
gdzie można ją kupić i kim jest autorka.

Prosiłyście też o informację na temat
innych bogiń, o których w poście nie napisałam.

Tak oto narodził się pomysł na szczegółowy artykuł
o boginiach w każdej kobiecie.

Najwyraźniej identyfikowanie się
z archetypami jest nam bliskie i pozwala
przejść konkretny proces indywiduacji.

Może dlatego, że archetyp to tożsamość zmienna.
Możemy go ubrać jak piękną sukienkę,
a potem odłożyć do szafy i przymierzyć coś
zupełnie innego – bo nas pociąga, albo niepokoi.

Co ważniejsze – z konkretnym archetypem nie musimy
identyfikować się przez całe życie, nie ma też takiej potrzeby.

Mityczny archetyp to doskonała persona
na chwilę obecną. Czasem towarzyszy nam
przez tydzień, niekiedy przez miesiąc, czy rok.

Bo przecież zmieniamy się.

Tak jak nasze nastroje, role, pragnienia
i potrzeby, tak i my ewoluujemy, rośniemy,
a czasem się kurczymy do środka.

W zależności od nastroju i emocji
w jednej chili możemy czuć się
waleczną Artemidą, by na drugi dzień
z łatwością odnajdywać w sobie cechy Hestii.

GRECKIE BOGINIE

Zacznę od tego, że autorka książki
„Boginie w każdej kobiecie” (Jean Shinoda Bolen)
jest  psychoanalityczką i przyjaciółką Clarissy
Pinkoli Estes, autorki „Biegnącej z wilkami”.

Obie panie wywarły na siebie duży wpływ, choć
Jean Shinoda Bolen napisała książkę znacznie wcześniej.
Pinkola natomiast korzystała z jej prac,
pisząc swoje baśniowe opus magnum.

„Boginie w każdej kobiecie” zrobiły
furorę w latach 80. i 90.

Potem wielokrotnie byłe wznawiane przez
światowe wydawnictwa psychologiczne, bo
po 35 latach od daty premiery nic nie utraciły
na swojej aktualności. Na tym polega potęga mitu.

Autorka „bogiń” podzieliła je trzy kategorie:

1. Dziewicze/Samotne/Niezależne
2. Zależne od innych/ Bezbronne
3. Alchemiczne/Inicjujące przemianę

Dziś napiszę o tych pierwszych.
Należą do nich: Artemida, Hestia i Atena.

Z tym typem kobiet, zawsze najłatwiej było
mi się identyfikować, bo nie potrzebowały
do życia mężczyzn. A już na pewno nie
określały swojej wartości przez pryzmat
bycia w związku lub nie.

Jeśli kiedykolwiek spotkasz kobietę,
która powie, że „mężczyzna jest jej
potrzebny tak jak rybie rower”, to wiedz
że masz do czynienia z Artemidą, Hestią lub Ateną.

BOGINI ARTEMIDA

20191201_111909

Świat filmowy z uwielbieniem
korzysta z archetypu silnej,
odważnej i walecznej kobiety.

Bo Artemida to wzór epickiej bohaterki.
Walczy o siebie, skupia się na celu niczym
światło lasera, jest nieustraszona i pełna mocy.

Diana z filmu „The Wonder Women”
była wzorowana na Artemidzie.
Podobnie jak Xena, wojownicza księżniczka,
Animowana Merida Waleczna czy Lara Croft.

Kochałam je wszystkie, a moje serce zawsze
mocniej biło, gdy widziało je na ekranie.

Ale to nie tylko wojowniczki, które
chodziły z mieczem u boku.

To również aktywne feministki, które biorą udział
w marszach na rzecz równości kobiet.
To one stukały parasolkami w okno
Piłsudskiego domagając się praw wyborczych.

Współcześnie organizują Czarne Protesty,
Kongresy Kobiet i Marsze Równości. To idealistki.

Ich dominującą emocją jest gniew, który
o ile jest dobrze przekształcony bywa energetycznym
paliwem, który napędza do działania.

Artemida jest aktywna, ciekawa świata,
zdeterminowana i przebojowa. Kocha
zwierzęta i naturę, oraz wspiera siostrzeństwo.

W greckiej mitologii przedstawiano ją z łukiem i strzałą,
co oznacza, że jeśli postawi sobie jakiś cel,
zawsze go osiągnie.

Lubi dzieci, ale starsze – takie, z którymi
można się pobawić. Sama natomiast
często bywa bezdzietna z obawy
o utratę niezależności – kocha przecież
wolność i autonomię.

Jeśli myślę o znanych
Artemidach, to widzę:

Martynę Wojciechowską,
Beatę Pawlikowską,
Maję Włoszczowską,
Elżbietę Dzikowską.

BOGINI HESTIA

20191201_111820

Bardzo mi bliska. Od zawsze
intuicyjnie czułam, że jestem
przede wszystkim nią.

Kobietą Domowego Ogniska.

I choć czasem życzyłabym sobie mieć
więcej cech Artemidy, to jednak zawsze szala
zdecydowanie przesuwała się w stronę Hestii.

Hestia to spokojna, cicha i niewidzialna
bogini. Introwertyczka, której nadrzędną
wartością jest skupienie do środka.

Hestia nie wyobraża sobie życia bez
medytacji czy kontemplacji duchowej,
a wszystko czym się kieruje ma
pomóc jej w rozwinięciu Jaźni.

W mitach zwykle przedstawiano
ją jako okrągłe  palenisko w środku świątyni.

To kapłanka, wiedźma i stara kobieta.

Ona nie potrzebuje być w centrum uwagi.
Jest małomówna, nad wyraz ceni ciszę i
rytuały. Hestia to bogini wszystkich mniszek
i kobiet, które traktują dom jak świątynię.

Poznasz ją po tym, że w jej domu
zawsze jest posprzątane, upieczone,
ozdobione i dopieszczone.

Ma zioła w doniczkach, mnóstwo
książek i kocha zwierzęta.

Gdy zaprosi Cię do siebie, wiedz, że zadba
o ciebie z miłością, ciepłem i życzliwością.
Obejmie cię uwagą i wysłucha przy herbacie.

To kobieta, która wyznaje zasadę „Hygge”.

Ma być ciepło, przyjemnie i bezpiecznie.
Jej dom bywa schronieniem od zgiełku świata
i bez problemu przeznacza na to pieniądze.

A to dokupi kwiatka.
A to ciepły koc, obraz na ścianę
czy pachnące olejki i świece.

Nie sądźcie jednak, że to typ „domowej kury”.
Hestia jest bardzo samodzielną boginią.
Kocha samotność, a dbanie o dom jest
dla niej jak praktyka mindfulness.

Robi to z radością i zaangażowaniem,
a prace domowe pomagają jej w
kontemplacji chwili obecnej.

To kobieta, w typie „dobrej ciotki”,
która zawsze chętnie cię wysłucha,
otuli kocem, nakarmi ciastem i pyszną kawą.

Bywa słuchaniem, ciepłą obecnością
i żywą, serdeczną uwagą. Jest przy tym
nieabsorbująca, czasem niedostępna,
bo skierowana do siebie.

Jest jak przestrzeń.

Gdy myślę o Hestii, to wyobrażam sobie:

Pemę Cziedryn,
Olgę Tokarczuk,
Grażynę Błęcką-Kolską
czy Emily Dickinson.

Historia i filmy często ją pomijają, bo nie jest tak zjawiskowa
jak Artemida. Pamiętajmy jednak, że to
bardzo wrażliwa i mądra kobieta, która wie.

A kobieta, która wie, nigdy
nie musi rozpychać się łokciami.

BOGINI ATENA

20191201_111838

Zawsze fascynowało mnie jej zimne jak
lód oblicze i ciężka zbroja na ciele. Jako
dziecko lubiłam czytać o niej w mitach, bo…
przypominała chłopaka w spódnicy.

I tak właśnie można byłoby ją określić.

Bo Atena jest kobietą, która uwielbia
mężczyzn tak bardzo, że często ich naśladuje.
Cechuje ją logika, racjonalność, konkret,
rozsądek, przedsiębiorczość i zadaniowość.

Atena to współczesna bizneswomen, która
pnie się w górę po wszystkich szczeblach kariery.
Ale bywa też oschła i niewrażliwa jeśli chodzi
o ludzkie uczucia, bo sama bywa od nich odcięta.

Atena to profesjonalistka,
perfekcjonistka i organizatorka.

To, co odróżnia ją od Artemidy to
brak impulsywności, zakotwiczenia
w ciele i zgoda na patriarchat.

Podczas, gdy Artemida często poświęca życie
na walkę o równouprawnienie, o tyle Atena
naprawdę sądzi, że mężczyźni są lepsi. Przyjaźni
się z nimi, choć często czuje się gorsza.

Ale Atena to również błyskotliwa inteligencja,
umysł ścisły i wielkie ambicje.

To kobieta, która z powodzeniem realizuje cele
i dąży „po trupach do celu”. Lubi konkrety i
jasne komunikaty.

Ateny często zostają politykami, bo lubią władzę.
Bywa też, że zaciągają się do wojska lub innej służby
publicznej, która wymaga nerwów jak ze stali.

Jeśli myślę o Atenie, to widzę:
Angelę Merkel,
Królową Elżbietę,
lub Beatę Szydło.

Czy odnajdujesz się w którejś z nich?

Czuję, że mam w sobie ok. 70% Hestii
i 30% Artemidy. Ale bywają też dni,
gdy dostrzegam w sobie Demeter
czy Persefonę, choć rzadko i na chwilę.

Myśl o tym, jak dużo mam w sobie Hestii
przyszła do mnie, gdy pojawiła się nadwyżka
pieniędzy. Zupełnie zapomniałam, że chciałam
wyjechać do Meksyku.

Zamiast odłożyć pieniądze na konto kupiłam
duży kwiat doniczkowy, książki i piękną skandynawską
girlandę z lampek. „Żeby w domu było miło”.

Najwyraźniej Artemida jest młodszą siostrą
Hestii i dopiero dojrzewa, nie domagając się
jeszcze równych praw czy uznania.

W kolejnym poście zamieszczę informacje
o boginiach zależnych i bezbronnych,
a więc takich, dla których relacja z drugą osobą
jest centralną osią jej życia. Będą to:

Hera, Demeter i Persefona.


Główne zdjęcie:  Joy Marino from Pexels

Nasze fałszywe persony. Czyli dlaczego okłamujemy samych siebie

Czasami wydaje nam się, że mamy
ze sobą załatwione już wszystko.

Że jesteśmy poukładani, rozwinięci
a to w nas, co było uszkodzone,
wróciło do normy.

Jakaż to niespodzianka, gdy
pod wpływem kogoś lub czegoś
nagle otrzymujemy mocny feedback
o  naszym wspaniałym procesie.

I w minutę przekonujemy się, jak wiele
zostało jeszcze do zrobienia,
do zaakceptowania, do uzdrowienia.

I jak dużo mamy bałaganu.

I to takiego, którego
nie poukładamy nigdy.

Ot, druga strona monety
naszej „poukładanej”
i wyprasowanej osobowości.

Często widać to w relacjach
i w sytuacjach, które są poza
naszą kontrolą – czyli w zdarzeniach,
które przerażają najbardziej i generują
najwięcej trudnych emocji.

To wtedy łapię się na tym, że
naiwnie wierzyłam w  doskonale
wykonaną pracę nad sobą i
wieczną nagrodę za tę pracę właśnie.

W iluzję wiecznego szczęścia.

Przekonanie, że nie popełnię już błędu.
Że nie będę się bać, smucić, rezygnować i powtarzać
mało konstruktywnych programów.

A tu niespodzianka!

Pojawia się człowiek, przy którym
zdejmuję zbroję i nagle zalewają
mnie emocje. I znów jestem chaosem.

Roztrzepaną reszką zamiast  orłem,
który dumnie wypina prężną pierś.

Albo po miesiącu dobrej passy w pracy,
podchodzi ktoś i mówi: spieprzyłaś.

Robisz byle jak,
za wolno, za słabo,
za kiepsko, i w ogóle wszystko nie tak.

W tej jednej chwili mam jak na dłoni
cały swój rozwój, oświecenie i „skończony” proces.

Dupa, że tak się wyrażę.

Jest lęk.
Smutek.
I wewnętrzna krytyka.

Są słowa pogardy dla samej siebie,
wytykanie sobie i kulenie się ze strachu.

I to są właśnie sytuacje, gdy dostrzegam
jak wiele jest jeszcze do zrobienia.
I że ta praca nie ma końca.

Powiem więcej, rozwój nie jest liniowy.

Częstokroć przypomina sinusoidę, która
rzadziej zalicza góry niż doliny.

Czasem skłania nas, by cofnąć się o kilka kroków,
byśmy mogli zrobić potężny skok w dal.

Co nie oznacza, że się uda. Niejednokrotnie
przecież zaliczamy upadek twarzą w mokry piasek.

Wierzę jednak, że wszystko, co nas spotyka
ma jakiś ukryty cel, lub po prostu jest
manifestacją naszej wewnętrznej intencji.

Dlatego dobrze jest ją poznać.

Bo problemem jest, gdy naszym życiem
kieruje nieświadoma motywacja.
Np. ukarania siebie.
Potwierdzenia, że jesteśmy do niczego.

Tak jak mówiła babcia. Albo mama.
Albo ten mały chujek w liceum.

Sytuacje poza naszą kontrolą, mają na celu
właśnie wydobyć z nas to, co dalej
wolelibyśmy mieć w słodkim ukryciu.

To wtedy panikujemy. Chcemy
uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Zrezygnować.
Poddać się.
Odwrócić wzrok.
Pójść łatwiejszą drogą.

Tyle, że wybranie prostszej drogi,
bywa często odwróceniem wzroku
od samego siebie.

Od tego, co we mnie:

trudne,
nieładne,
krzywe i nieuporządkowane.

Od tego, co słabe.
Niepoprawne.

A już na pewno nie nadające
się na Instagramy tudzież inne
miejsca, w których przedstawiamy swoje pozorne
i jakże piękne, wiecznie wesołe persony.

Jestem głęboko wdzięczna za to wszystko,
co mnie spotyka. Za krytykę w pracy. Za
trudnego człowieka, którego szczerze nie lubię
i za człowieka, którego lubię za bardzo.

Bo każdy z nich pokazuje mi
prawdę o tym, gdzie jestem.

A to, pozwala mi dotrzeć  do tych niechcianych
części siebie, które wciąż zamiatam
pod dywan pozorów.

To wtedy spotykam się z największymi
obawami i pragnieniami. Widzę, czego
chcę od życia i jak bardzo skręciłam nie
w tym kierunku co trzeba.

I co nawet ważniejsze – widzę swoją
ogólnożyciową intencję, która ten
kierunek nadała.

Teraz mogę zrobić trzy rzeczy.

Zostawić intencję, taką jaką jest. I zaakceptować.
Albo lekko przekształcić ją w sposób,
który zacznie mi służyć.

Mogę też wrócić  do punktu „zero” i zacząć
od nowa, z tą różnicą, że teraz wiem więcej.

Ok. A więc nie jestem doskonała.
Jestem niedoskonała. Nieuporządkowana,
w chaosie, w lęku i sprzecznych emocjach. To też ja.
To też moja natura i jedna z wielu twarzy.

Jednocześnie też wciąż jestem pełna życia. Wciąż pełna
oddechu i najlepszych, bo świadomych intencji.
A to oznacza na pewno, że…

wszystko jest możliwe, więc nie rezygnuję.
Przede wszystkim nie rezygnuję
z siebie. Z odkrycia tego, co wciąż głęboko ukryte,
bo czeka na pewien życiowy impuls, by wyjść z pudełka.

Czasem impulsem będzie człowiek.
Czasem praca. Często jakiś kryzys.

Do nas należy tylko jedno.
Nierezygnowanie. Bądźmy czujni, bo
nauczyciel czi się w tym, co niepozorne 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wystarczy, że jesteś…

To był czwartek. Ot, zwykły dzień,
podobny do każdego innego.

Wstałam o 5.30. Wyszłam na spacer
z psem, wróciłam, ugotowałam kawę
z przyprawami, zmiksowałam guacamole.

Do śniadania włączyłam sobie filmik
na Youtube – wykłady buddyjskiego
mnicha, Ajahna Brahma, bo lubię
wyjść z domu dobrze naładowana.

Ta słynna mowa z 2010 r.
była o akceptacji siebie.

Pomyślałam – że przecież
wszystko już na ten temat wiem.

Przeczytałam tonę książek
najlepszych psychologów,
odbyłam niejeden warsztat,
niejeden wykład obejrzałam
i niejeden problem przegadałam.

A jednak…

Słowa mnicha zrobiły na
mnie ogromne wrażenie.

Wiesz czemu? Bo były proste.
Proste i zrozumiałe do szpiku kości.

Zainspirowałam się.

Wzięłam kartkę, długopis i zanotowałam:

„Nasze oczekiwania wobec samych siebie
i innych są zbyt wysokie.

Obniżcie oczekiwania i odetchnijcie!
Nie musisz być taka piękna,
nie musisz być taki silny.
Możesz być sobą.

Wiesz od kogo pochodzą oczekiwania,
które karmią Twój umysł?
Od ludzi, którzy Cię nie kochają.

Ci, którzy naprawdę Cię kochają
będą z Tobą mimo wszystko.

Przy nich możesz odetchnąć.
Możesz być sobą. Zamiast oczekiwać zbyt wiele
od ludzi a zwłaszcza od siebie skorzystajmy z
umiejętności kochania samego siebie.

Otwórz drzwi swojego serca niezależnie
od tego kim jesteś lub będziesz –
niezależnie od cudzych opinii.

Nie musisz osiągać sukcesów,
aby być wartościowy.

Zamiast osiągać sukces, zainwestuj
w inteligencję emocjonalną.

Nie musisz być piękny.
Nie musisz być bogaty.
Nie musisz być popularny.

Możesz popełniać błędy.
Wystarczy, że jesteś sobą.”

I tyle. Proste, prawda?

Minutę później przepisałam
słowa z kartki do posta na
fangage’u. Znalazłam w sieci
darmowe zdjęcie Ajahna Brahma
i kliknęłam „opublikuj”.

Nie myśląc o tym więcej, wstałam,
spakowałam plecak i wyszłam do pracy.

A miedzy czasie zaczęło się dziać…

Kilka godzin później
próbowałam wejść na Facebooka i nie
mogłam – zawieszał się.

Post nie chciał się wczytać,
podobnie jak powiadomienia.

Wyczyściłam ciasteczka w przeglądarce
i spróbowałam znowu.

To, co zobaczyłam przeszło moje
najśmielsze oczekiwania. A gdzie tam!

Ja w zasadzie nie miałam oczekiwań.
Zastanawiałam się tylko czy post zdoła zaciekawić
więcej niż dziesięć osób.

Tymczasem „Ajahn Brahm” został
właśnie przez kogoś udostępniony
po raz 35. I miał ponad 150 lajków.

„Spokojnie. Nie ekscytuj się tak!”

-powiedziałam sama do siebie,
wiedząc że internauci są tak samo
kapryśni jak polska pogoda.

Wróciłam do domu. Włączyłam komputer.

Post o buddyjskim mnichu z Theravady
miał 400 lajków, 370(!) udostępnień i ponad
70 komentarzy, na które nie byłam w stanie
już odpowiadać.

Mało tego.

Ze skromnej liczby 850 fanów bloga
zrobiło się ich 1400 i ta liczba
wciąż rośnie.

Co tu się właściwie wydarzyło?
I dlaczego?

Przecież to tylko proste słowa
buddyjskiego mistrza.

Oklepane. Przegadane. Przepisane po wielokroć.
Żadna nowość, żadne tam wielkie odkrycie.

A jednak poniosło się w świat
dając wiralowy efekt udostępnień
i dzielenia się z ludźmi w mediach.

Czyżbyśmy byli tak bardzo
złaknieni zapewnień:

że wszystko 
z nami w porządku?

Czy naprawdę wciąż ktoś musi nam mówić,
że nie trzeba być idelanym i że mamy prawo
do błędów?

Najwyraźniej tak.

Bo skoro to na mnie
wywarło ogromne wrażenie
i dało poczucie ulgi, to znaczy,
że podziałało tak na każdego.

Bo przecież wciąż wymagamy
od siebie zbyt wiele.

Wciąż sobie rozkazujemy,
krzyczymy na siebie,
a w razie pomyłek
potępiamy i odrzucamy.

Każdego dnia, gdy włączasz komputer
porównujesz się z innymi.

Piękniejszymi.
Inteligentnymi.
Bogatszymi.
Odważnymi.

I zarzucasz sobie, że nimi nie jesteś.
Że wciąż zrobiłeś za mało, za wolno
i byle jak. A reszta społeczeństwa podbija kosmos.

Przyznaj w duszy – jest tak, prawda?

I nagle pojawia się ktoś, kto głosi
tezę zgoła odwrotną.

Nic nie musisz.

Nie musisz być idealny.
Nie musisz być piękny.
Nie musisz być:

silny
zdyscyplinowany
wytrwały ponad miarę
zamożny,
utalentowany
przedsiębiorczy
zdolny
miłosierny
poukładany

(wybierz dowolne).

Możesz być dokładnie taki
jaki jesteś.

Ze wszystkimi  wadami.
Pomyłkami. Błędami.
Emocjami. Lękami.

To przecież Ty. 

Te wszystkie cechy tworzą
cię tym kim jesteś.

A z drugiej strony, w ogóle
o Tobie nie świadczą, bo nimi
nie jesteś.

Czy to nie piękne?

Nareszcie możemy rozluźnić się
i wypuścić z siebie zatęchłe powietrze.

Przestać się nadymać jak balon,
przestać udawać i po prostu
być sobą.

Czyli kim?

Tym, kim się dziś czujesz.
Tym co o sobie wiesz i tym,
czego jeszcze nie wiesz.

Możesz być wrażliwością.

Miłością. Odwagą. Lub smutkiem,
gniewem i lękiem. A jutro możesz być
jedną wielką radością. Lub nikim.

Po protu wielką pustką.

Bo nic o nas nie jest ostatecznie prawdziwe.
Jesteśmy wszystkim i jesteśmy niczym jednocześnie.

I w tym zawiera się cały Wszechświat
możliwości. I totalnego odprężenia.

To co jednak mamy w życiu do zrobienia
to KOCHAĆ.

Siebie przede wszystkim.

Bo jeśli kochasz siebie całego, ze
wszystkim co piękne, i z tym co brzydkie,
to przecież pokochasz też drugiego człowieka.

I trzeciego.
I czwartego.

I każdego napotkanego na swej drodze.

Wszyscy jesteśmy kimś szczególnym,
z boską cząstką w sercach i umysłach.

Przede wszystkim zaś
jesteśmy kimś znacznie więcej niż wszystkie
myśli i określenia jakie mamy na własny temat.

A to wielka ulga.

A teraz wypuść powietrze.
I powiedz: KOCHAM CIĘ.

Puść ten zacisk i choć się przytulić

Mój przyjaciel opowiedział
mi niedawno pewną piękną historię.

„Ktoś przyszedł do buddyjskiego
Mistrza i zapytał:

-Mistrzu. Co to jest oświecenie?

Na co mistrz odparł:

-Widzisz to? – zacisnął mocno pięści
i zaciskał je tak mocno, aż na twarzy zrobił
się czerwony, a całe ciało zdrętwiało.

-Zrób tak samo – powiedział do ucznia.

Uczeń posłuszny poleceniom
zacisnął mocno pięści i zaciskał
je tak długo, aż cały opadł z sił.

-A teraz puść!- krzyknął Mistrz.

Gdy uczeń puścił zacisk, Mistrz dodał:
-To jest właśnie oświecenie!” 🙂

***

Zacisk dla każdego z nas będzie czymś innym.
Dla jednych będzie wieczną potrzebą kontroli.
Dla innych analizą czy wewnętrznym spięciem.

Doskonale znam ten stan zacisku.
Bo do tej pory zdarza mi się żyć w głowie.

Dużo myślę,
analizuję i rozważam.
Najczęściej mimowolnie.

Tak jakby samo się działo
i samo się myślało, bez mojego
świadomego udziału.

Potrafię komplikować to, co proste.
I utrudniać to, co może być
z natury przyjemne.

Nic dziwnego, że imponują mi osoby,
które wydawały się być moim przeciwieństwem.

Wyluzowane.
Wyciszone.

Tak zwane „Wolne Duchy”,
które żyją pełnią sił, ale również stoją
mocno na ziemi.

Można na nich polegać.
I można z nimi kraść konie.

Sprawiają wrażenie, jakby
puściły ten wewnętrzny zacisk
i pozwalały sobie na bycie sobą.
z całym wewnętrznym bałaganem.

Łatwo ich rozpoznać.

Ja rozpoznaję po ciele.
Dobrze się w nim czują,
– są z nimi w głębokiej relacji.

Mają oparcie w nogach,
a ich emocje mieszkają w brzuchach.

Nie brzuchach wciągniętych.
Nie przesadnie umięśnionych.
Lecz naturalnie wypukłych,
gdzie mieści się Wszechświat.

Bo Wolnym Duchom daleko do ideałów.

Ich piękno przypomina Przyrodę.
Chaos przeplata się
z symetrią,
śmierć z życiem,
a zdrowie z chorobą.

Wolne Duchy więcej czują niż myślą.
Częściej doświadczają niż analizują.

Gdy gra muzyka, tańczą.
A gdy coś ich rozbawi śmieją się na głos.

Wyczuwają ludzkie emocje,
bo sami mają ich bez liku.
Z niejednego pieca chleb jedli
i niejedno w życiu widzieli.

Dziś bardzo szybko odnajduję ich w tłumie.

Pewnie dlatego, że sama mam
potrzebę ukochać w sobie
tę wyluzowaną część.

Część, która żyje pełnią.

Bez narzuconych sobie samemu reżimów,
sztucznych zasad
czy nienaturalnych sytuacji.

Mam takie szczęście,
że ostatnio spotykam tych,
którzy biorą mnie za rękę
i ciągną właśnie w tym kierunku.

Może to kwestia
mojego otwarcia?
A może przyciągania?

Gdy na nich patrzę (choć częściej na NIE,
bo to zwykle kobiety) chłonę to, kim są.

Podziwiam.
Patrzę.
Słucham.
Inspiruję się,
Uczę.

A potem, tak zainspirowana
próbuję trochę sobie odpuścić.
Wcielić naukę z ich ciał w swoje życie.

Wydycham powietrze.

Nie zawsze musi być posprzątane.
Nie zawsze musi być zrobione.
Celowo.
Idealnie.
Instagramowo.

Gdy moja starsza koleżanka rok temu
poradziła mi:

„Poczuj to brzuchem”,

Nie rozumiałam o co chodzi.
Bo żyłam głową. Myślami.
Mózgiem. Rozumem.

Rozkładałam na czynniki pierwsze,
z czucia rezygnując.

Biorę wdech.

I pozwalam sobie być niepoprawna,
ekspresyjna, nieuporządkowana,
smutna, lękliwa i radosna.

Czasem jednocześnie.

Odpuszczam trzymanie brzucha.
Odpuszczam ładne chodzenie.
i wstrzymywanie ruchów ciała,
bo są zbyt na wyrost, lub „nie pasują”.

To wcale nie jest łatwe.
Luz nie jest łatwy.

Bo czasem trudno
znaleźć balans, bez popadania w skrajności.
Każda skrajność jest przecież tym
metaforycznym zaciskiem.

Uczę się przez dotyk.
I przez dopuszczanie uczuć.

Poznaję przez czucie.
Przez patrzenie w oczy.
Przez słuchanie w otwartości.
Przez bycie i przez dotyk.

Nie przez słowa.

Słowa przychodzą później.
I jest ich mniej.

Kiedy słucham,
to jestem słuchaniem.

Kiedy tańczę, to jestem tańczeniem.
I kiedy śpiewam to jestem śpiewaniem.

A kiedy jestem z drugim człowiekiem
to porzucam „JA/MNIE/MOJE”.

Tylko jestem.

Kochanie.
Jestem tu dla Ciebie.

Bez porad
Moich wniosków.
I rozmyślań.

Czuję cię.
Słyszę cię.
Widzę.
Jestem.

 

.

 

Rzeczy, które zawsze chciałam zrobić, ale się bałam

Podczas majówki stworzyłam listę,
która składa się z 26 punktów.

Zatytułowałam ją:
„TO DO”

LISTA RZECZY, KTÓRE ZAWSZE
CHCIAŁAM SPRÓBOWAĆ,
ALE SIĘ BAŁAM.

A wszystko pod wpływem
filmu, który obejrzałam
w jeden z tych wolnych dni:

„Then Came You”.

Główna bohaterka też
miała taką listę.

Zatytułowała ją:

„LISTA RZECZY DO ZROBIENIA
PRZED ŚMIERCIĄ”.

Bo choć miała dopiero 17 lat, jej czas
nieubłaganie się kończył.

To mnie natchnęło.

Bo sama nigdy nie zrobiłam
sobie takiej listy.

A przecież  rzeczy, które
zawsze chciałam zrobić,
ale nie zrobiłam z obaw
lub zahamowań jest wiele.

Na razie uzbierało się ich
26, ale tylko dlatego, że
skończyła mi się kartka.

Poza tym „26” to też dużo. 

Bo przecież nie chodzi o to, by
marzenia tylko spisać.

Chodzi o to, by to ZROBIĆ,
lub przynajmniej spróbować.

Zaczęłam od punktu pierwszego,
który brzmi:

„Śpiewać! Pójść na grupowy warsztat 
uwalniania głosu”.

Poszłam!

I to nie na pierwszy z brzegu,
ale taki, który prowadzi dziewczyna,
która przez kilka lat była częścią
sławnego Laboratorium Pieśni.

I choć ekscytacja poznaniem jej
oraz odkrycia nowych rzeczy
w sobie były oczywiste,

to jednak śpiew przed grupą obcych osób w obcym
miejscu przerażał mnie do tego stopnia, że na chwilę
przed wyjściem z domu zaczęłam kombinować!

Po co ci to?
Nie możesz pójść.
Pada deszcz, a to trzy kilometry rowerem.
Pobrudzisz się.
Zmokniesz.

Spóźnisz się, już nie warto. Poza tym
jesteś już dziś dostatecznie:

zmęczona
poddenerwowana
zestresowana
smutna.

Zobacz jak miło jest siedzieć
na miękkiej kanapie. O, tu jest
poduszka. A obok książka i kocyk.
Czego chcieć więcej po ciężkim dniu pracy?

O nie! Znam ten głos.
To głos lęku.

Towarzyszy mi od dziecka
i powstrzymuje przed życiem.

Nie pozwala doświadczać, tego
co ma być doświadczone.

Odbiera siły fizyczne i pakuje je
w układ nerwowy, który przejawia
się rozedrganiem i niepewnością.

I tak przez całe życie.

Chcę coś zrobić, ale lęk
jest tak wielki, że samo myślenie
o doświadczeniu pozbawiało
mnie resztek energii.

Bo to nie jest taki mini-lęk.
Straszek. czy stresik.

To lęk paniczny.
Taki, który czasem odbiera moc
w nogach.

Taki, który zalewa potem w skali makro,
i w ciągu minuty  mokre mam wszystko.

To taki lęk, że serce bije jak po
dobrym kardio w fitness clubie.

To taki lęk, który ściska żołądek
tak mocno, że czasem wyję  z bólu i jedyne
co mogę zrobić, to zwinąć się w kłębek.

W rezultacie połowę życia
spędziłam na kanapie
pod kocem i z książką w ręku.

Ale ile można sobie odmawiać?
Ile można uciekać przed życiem?

Poszłam.

Owszem, dotarłam po czasie, bo
zabłądziłam. W dodatku mokra
i ubłocona, bo jechałam przez las.

Ale wiecie co? Miałam wrażenie,
że nikt nie zwrócił na to uwagi.

Liczyło się, że jestem.

Że próbuję. Śpiewam. Fałszuję.
Wydaję z siebie „zakazane dźwięki”.
Pianie, chrumkanie, pisk, krzyk, wycie, sapanie.

Wszystkie dźwięki życia złapane
w obszarze brzucha.

W końcu dałam im wolność.

Wczoraj nadszedł czas na kolejne wyzwanie.
Warsztat robienia Łapaczy Snów.

Mój punkt numer 3:

„Zrobić własny
rytualny przedmiot indiański”.

20190511_174557 (1)

 

I znów się bałam, a jakże.
Bo nowi ludzie, obce miejsce
i coś, czego nigdy dotąd nie robiłam.

I ten głos: zostań, nie idź, odpocznij.

Wiem, że dopóty nie wyrobię w sobie
nowego nawyku, tak długo będę walczyć.

Idę/ Nie idę.
Chce mi się/ Boję się.
Mam energię/ Opadam z sił.

Podobno nawyki tworzy się w 21 dni,
o ile powtarza się je codziennie. To
taka optymistyczna wersja.

Inna brzmi, że nawyk musi być
powtórzony co najmniej 10.000 razy…

Grunt, że robię. Że działam.
Że próbuję. Choć bardzo się boję.
Nauczyłam się już, że pomimo
głosu w głowie, muszę działać.

Jest trudno. Więc czasem
z nim gadam. Z lękiem.

Wiem, że się boisz i dziękuję, że jesteś.
Próbujesz mnie chronić i ja to rozumiem.

Zawrzyjmy układ – pójdę na warsztaty, i 
zabiorę cię ze sobą. Zrobię Ci gorącej herbaty
i pozwolę obserwować. Razem raźniej.

Po czymś takim lęk milknie.
Uspokaja się. Nie polemizuje.
Bo wie, że ma swoje miejsce.

Nie wyrzucę go. Nie zaneguję.
Nie uduszę. Po prostu dam mu
miejsce z dobrym widokiem.

A sama pójdę robić, to co jest do zrobienia,
i pognam ku temu , co woła od lat.

Życie.

 

Syndrom „Czarnej Owcy”

Masz czasem wrażenie, że nie
pasujesz do własnej rodziny?

Że jesteś tak całkowicie różny i
odstający, że aż nieprawdopodobne,
że trafiłeś właśnie tu?

Ja tak miałam przez całe życie.
Zawsze inna, zawsze pod prąd.

Podczas, gdy nadrzędną cechą
większości osób w mojej rodzinie
był ekstrawertyzm oraz całkowite
przystosowanie, to ja miałam odwrotnie.

Nie lubiłam spotkań towarzyskich,
ani co sobotnich wyjazdów do miasta.

Nie lubiłam nocnego trybu życia,
dużego zamieszania i hałasu,
a założenie rodziny nigdy
nie było moim celem.

Ale ta inność przejawiała się
głównie w formie planów,
marzeń i wartości życiowych.

W wieku 16 lat stałam się
agnostyczką, by potem przechylić się
w stronę ateizmu.

Międzyczasie przeszłam na wegetarianizm
a przy stole zaczęłam prowadzić gorące debaty na
temat wartości życia czujących istot.

W wieku 20 lat trafiłam na capoeirę
i wpadłam totalnie.

Dziś myślę, że wcale nie chodziło
o sztuki walki,  ale o głośny śpiew.

Po dwóch godzinach treningu stawałam
razem z innymi w wielkim kręgu
i w rytm uderzeń bębna
śpiewałam po portugalsku.

Rodzice myśleli, że jestem w sekcie.

To tam poznałam mojego pierwszego
chłopaka. Miał dredy do pasa
i palił marihuanę.

Potem, spędzając wakacje na wsi,
zwoziłam do domu książki o zen.

Celowo zostawiałam je
na widoku, żeby rodzice mogli pytać.
A ja żebym mogła merytorycznie
odpowiadać.

Międzyczasie zmieniali się partnerzy.
A także zainteresowania i książki na stole.

Pojawiły się podręczniki
o buddyzmie tybetańskim,
o prawach zwierząt, o jodze,
szamanizmie i psychologii.

Pisałam opowiadania,
czytałam baśnie,
tworzyłam wiersze.

Uczyłam się ajurwedy,
chodziłam na akupunkturę,
tworzyłam ziołowe mieszanki.

Próbowałam medytować, i
ćwiczyć jogę, choć jeszcze wtedy
w zasadzie jej nie znałam.

Moimi mentorami w zależności
od dnia byli: Kasia Miller,  Wojtek Eichelberger,
Victor Frankl, Carl Gustav Jung i Arnold Mindell.

A za zarobione pieniądze, zamiast
na Kretę jechałam na miesiąc pod namiot.

Rodzina twierdziła, że jestem
co najmniej… dziwna.

Mimo to, każdego roku przy wigilijnym stole
byłam pytana:

kiedy ślub?
kiedy dzieci?
kiedy stała praca?

No i kiedy  wreszcie się uspokoję
i skończę z tymi dziwadłami…?

Odpowiadałam zawsze, że jestem
powołana do innych rzeczy.

I o ile moi rodzice zrozumieli i zaakceptowali,
o tyle dalsza rodzina wciąż myśli, że to żart 🙂

Bo przecież nie wiem na czym polega życie.
Bo jestem jeszcze młoda.
Naiwna. Lub nie spotkałam właściwego:

mężczyzny,
szefa,
pracy,
instynktu.

Zaakceptowałam to. Choć czasem
kuło ludzkie niezrozumienie.

Aż do niedawna, gdy natrafiłam na cytat
Berta Hellingera (tego od rodzinnych ustawień).

20190422_075952

Po przeczytaniu coś puściło.
Poczułam spokój, bo znalazłam
prawdę o sobie. Oto on:

„Jesteś marzeniem
wszystkich swoich przodków”.

„Tak zwane ‚Czarne Owce’ rodziny są
w rzeczywistości poszukiwaczami dróg
wyzwolenia dla drzewa genealogicznego.

Ci członkowie drzewa, którzy nie dostosowują się
do zasad lub tradycji systemu rodzinnego,

którzy stale szukają, aby zrewolucjonizować
przekonania, w przeciwieństwie do dróg
naznaczonych tradycjami rodzinnymi,

ci krytykowani, osądzani, a nawet odrzucani,
powołani do uwalniania drzewa powtarzających
się historii, które frustrują całe pokolenia.

‚Czarne owce’, ci, którzy się nie adaptują,
ci, którzy krzyczą,
buntują się,
naprawiają,
detoksykują
i tworzą nową, kwitnącą gałąź.

Niezliczone niespełnione pragnienia,
niespełnione sny,
sfrustrowane talenty naszych przodków
manifestują się w ich buncie, szukając swego ujścia.

Drzewo genealogiczne, przez bezwładność,
będzie chciało nadal utrzymywać kastracyjny
i toksyczny kierunek swojego pnia,
co sprawia, że ​​twoje zadanie jest trudne
i problematyczne.

Jednak nikt nie może sprawić,
byś zwątpił.

Zaopiekuj się swoją
wyjątkowością jako najcenniejszym
kwiatem swojego Drzewa.”

Bert Hellinger

***
I nagle widzę jak
wszystko się zgadza.

Bo gdy patrzę wstecz widzę
moją mamę, która nigdy nie czuła
instynktu macierzyńskiego, ale
żyjąc na małej wsi, czuła, że „musi”.

I widzę moją babcię. Matkę czwórki dzieci.
Kobietę odważną, szaloną, przebojową,
od „zawracania chmur”, która chciała
żyć za dwie, ale wyszło … inaczej…

Ile jeszcze było takich historii
po stronie kobiet w mojej rodzinie?
Nie wiem, bo mam informacje
tylko z dwóch pokoleń.

Może cofnę się jeszcze, żeby
wysłuchać,
zrozumieć i
odpuścić.

Podziękować przodkiniom,
które miały marzenia,
ale poległy.

Zwolniły. Wycofały się.
Lub wystraszyły.

Ostatecznie przecież, to dzięki nim
jestem tu gdzie jestem. I jestem tym
kim mnie uczyniły.

Przez myśli,
słowa
działania
sny
i życzenia.

Dla Was i dla siebie zaopiekuję
się kwiatem naszego Drzewa.