Archiwa kategorii: PSIE SMAKI

Pies i wolność

cam02006


Szósta rano.
Poranek ledwie przedziera się
przez granat przeszłej nocy.

Jeszcze nie świta, choć noc
odeszła już w zapomnienie.

W tej szarej ciszy, w tej przestrzeni
mgieł i szronu rysują się dwie sylwetki.

Jedna zakapturzona, w puchowej kurtce
zapiętej pod sam nos,
druga mniejsza, czworonożna
o gabarytach młodego wilka.

To ja i Luna wychodzimy z domu
o pierwszym brzasku, szukać słońca
w parku i pobliskim lasku.

O tej godzinie świat jeszcze śpi.
Tu i ówdzie widać ptaki szukające
śniadania, rzadziej psiarzy z pupilami.

Zwykłych spacerowiczów
i rowerzystów brak.

A nam właśnie o to chodzi.
O ten intymny czas spotkania z naturą,
o swobodę biegania i powietrze głęboko
wciągane z radością w szerokie płuca.

Chodzi nam o WOLNOŚĆ.

Ludzie na ogół nie są tolerancyjni.
Gdy widzą Lunę biegającą bez smyczy
podnoszą raban, straszą policją,
zdobywając się na pseudoumoralniajace gadki.

Że pies powinien być na uwięzi,
że skoro jest duży to musi być agresywny,
że zje ich małego yorka, że zje ich dzieci,
bo w ogóle miejsce psa jest na krótkim sznurku.

Gdy to słyszę, na usta cisną mi się przekleństwa.
Resztką rozsądku powstrzymuję ten ekspresyjny strumień
wypowiedzi i odpowiadam dyplomatycznie.

Że mój pies jest niegroźny, a gdyby było inaczej
nie biegałby samopas.

Najgorsi są właściciele małych piesków. Robią im krzywdę
biorąc je na ręce, gdy tylko widzą, że podbiega większy pies.
Nic dziwnego, że to najbardziej zestresowane zwierzęta świata.

cam02024

Nie potrafię zrozumieć
właścicieli czworonogów, które
mimo ich łagodnej natury wiecznie
trzymają je na krótkiej smyczy.

Przecież w naturze psa leży wolność.

Bieganie, hasanie, wąchanie,
aportowanie, polowanie, tropienie.

Pozbywanie ich tych zabaw,
jest jak bycie rodzicem dziecka który
plac zabaw ogląda jedynie zza szyby
pozornie bezpiecznego domu.

Dlatego rozmawiam tylko z tymi psiarzami,
którzy naprawdę kochają swoje psy.

A poznaję ich po tym, puszczają swe pupile samopas.

Na świecie NIGDY nie zdarza się, by pies zaatakował
bez wyraźnej przyczyny innego psa.

Jeśli już, zazwyczaj jest to luźna i szybka walka
o dominację. Prawa lasu są natomiast takie,
że trzeba psom pozwalać na pewną niezależność i
zaufać ich mądrości oraz instynktowi przetrwania.
Niech sobie radzą.

Z dużą dozą pewności, mogę również wytrącić
przeciwnikom wolnego wybiegu argument o niebezpieczeństwie
wynikającym z biegania psa samopas na terenie, gdzie chodzą ludzie.

Statystyki w Stanach Zjednoczonych pokazały wyraźnie,
że wszystkie ataki dokonane kiedykolwiek przez
zdrowe psy, dotyczyły przypadków pogryzień
w obrębie rodziny.

A i te były zazwyczaj podyktowane samoobroną.
Gdy właściciel był w stosunku do psa agresywny
lub jego dziecko znęcało się nad nim za cichym
przyzwoleniem właściciela.

I żeby było jasne. Każdy taki atak jest poprzedzony ostrzeżeniem.
I zazwyczaj nie jednym.

***

Pewnego dnia, gdy tak z Luną biegałyśmy
po łące, ja rzucałam jej piłkę a ona ją aportowała,
na ścieżce obok pojawiła się młoda dziewczyna,
z czarnym kundelkiem średniej budowy.

Luna, radośnie merdając ogonem podbiegła
do niego chcąc się bawić.

-Zabieraj go, bo zadzwonię po straż miejską!
Krzyknęła oburzona dziewczyna.

-Ale o co ci chodzi? Czy mój pies zachowuje się
w stosunku do twojego agresywnie?

Nieważne, agresywnie czy nie. 
Pies ma być na smyczy!

cam02003

Na szczęście, jakby dla równowagi,
chwilę potem i dwa kilometry dalej
spotkaliśmy grupę psiarzy z dużymi czworonogami,
których już znamy od miesiąca.

Każdy z psów (złoty golden retriever, czarny
labrador, siwy husky i ciapkowaty dalmatyńczyk)
biegały samopas, ganiając się, obwąchując i
radośnie szczekając.

-Patrz Luna, nareszcie jesteśmy wśród swoich.

Gdy opowiedziałam tej grupie o sytuacji która
spotkała nas pół godziny wcześniej, właściciele
psiaków poklepali mnie po ramionach.

-Tak, tak.  Znamy to.

-Dwa dni temu straż miejska jechała przez park…-
zaczął właściciel dalmatyńczyka o imieniu Maja,
stary punkrockowiec, który nie jedno przeżył,
niejedno wypił i zażył…

-…a kiedy właścicielki małych yorków to zobaczyły,
wpadły w popłoch i zaczęły z przerażeniem ganiać swoje psy
by wziąć je na smycz.

-A pan nie?– zapytałam.
-Ja? Chrzanić to. Jak chcą wlepić mi mandat,
za to że daję trochę szczęścia mojemu psu, proszę bardzo!

Chyba właśnie dlatego całe życie marzyłam o domu na wsi.

Bo tam psy nie znają smyczy a ich właściciele biegają z nimi
po polach na bosaka.

Może kiedyś ludzie pójdą po rozum do głowy.
Może w końcu zaznają prawdziwej wolności.

A wtedy zrozumieją, że ta jest ważniejsza niż
wszystko inne. Zwłaszcza dla istoty której tętno
tańczy w rytm ognistego tanga z dziką naturą.

Reklamy

Skąd się wzięłam. Czyli prawdziwa historia Luny

cam01943


 

Historia Luny nie była jasna od samego początku.

Kierownik schroniska powiedział, że to suczka
dwóch skłóconych ze sobą dziewczyn, które
przestały ze sobą mieszkać.

To spowodowało, że
psiak wylądował na ulicy,
błąkając się bez celu między blokami.

Podobno jedna z dziewczyn dzwoniła do schroniska mówiąc, że
skomplikowała jej się sytuacja życiowa, więc chce oddać
swojego pupila do Promyka.

Kierownik jednak odmówił.

„Tu trafiają tylko przybłędy. 
Nie przyjmujemy psów od właścicieli,
gdy te im się znudziły”.

Kilka dni później znaleziono przybłędę.
Lunę.

***

Jakiś czas temu na blogu pod postem
otrzymałam dość enigmatyczny komentarz:

„Znam tego psiaka. Kiedyś miała na imię Keli”.

Nic nie mogło mnie powstrzymać.
Zaczęłam drążyć, zaprzęgając dociekliwość
do pracy.

Znalazłam IP, którego ktoś
użył, by napisać komentarz. A po adresie IP
niczym po nitce do kłębka, dotarłam
do adresu mailowego.

Napisałam.

„Cześć. Kim jesteś? Skąd znasz Lunę?
Czy możesz opowiedzieć jej historię?”.

Na odpowiedź nie musiałam długo czekać.
Autorką komentarza i adresu mailowego
okazała się dawna właścicielka Luny, Wioleta.

Szczegółowo opisała jej życie i przysłała pakiet zdjęć,
gdy Luna (dawniej Keli) była jeszcze szczeniakiem.

11046523_827858700585391_1979493719721211284_n

A historia wyglądała tak.

Na początku 2015 roku Wioleta wraz ze swoim chłopakiem,
zamieszkała na jakiś czas u koleżanki.
Dziewczyny postanowiły przygarnąć 5-tygodniowego szczeniaka
i opiekować się nim na zmianę.

Sytuacja skomplikowała się,
gdy para zdecydowała się wyprowadzić.

Wioleta zostawiła suczkę pod opieką
współlokatorki, mimo że to ona była bardziej
do niej przywiązana.

Ta druga,
nie pałała zbyt dużym uczuciem do psiaka.
W wakacje pozbyła się więc „problemu”,
oddając Keli obcym ludziom.

Wioleta, gdy dowiedziała się że Keli
trafiła w niepowołane ręce,
odnalazła ją, zabrała ze sobą
i umieściła w mieszkaniu cioci, gdzie codziennie
jeździła, by wyprowadzać psiaka na dwór.

mala-luna mala-luna2

Sama mieszkała po rozstaniu z chłopakiem
u dziadków, więc jak twierdziła w mailu:
„Nie mogłam jej wziąć ze sobą. 
Dziadkowie się nie godzili”.

To jednak  nie koniec historii.

Wioleta musiała wyjechać na dwa dni z Gdańska,
więc poprosiła pierwszą właścicielkę Keli
o dwudniową opiekę nad psiakiem, by nie robić
kłopotu cioci, u której suczka mieszkała.

Kiedy to czytałam nie mogłam zrozumieć
jej motywu. Jak można ponownie
oddać psa komuś, kto go nie chciał i pozbył się
jak niepotrzebnego bagażu?

Wioleta twierdziła jednak, że była współlokatorka
kajała się po rozstaniu z psem, zaklinając
na wszystkich świętych, że psa już nigdy nie porzuci.
Więc dwa dni opieki zamieniły się w tygodnie,
a tygodnie w miesiące.

I zgadnijcie co się stało?

Dawna współlokatorka jakiś czas później
postanowiła się wyprowadzić, zostawiając
„problem” pod opieką mamy.
Tak przynajmniej twierdziła.

Tymczasem resztę prawdziwej historii
poznaliśmy w Promyku.
Opiekunka Keli, była współlokatorka Wiolety
chciała umieścić ją w schronisku.

Gdy kierownik odmówił przyjęcia psa,
który ma dom, dziewczyna bezpretensjonalnie
wyrzuciła go na ulicę.

Po anonimowym
telefonie, pracownicy Promyka znaleźli psiaka przy ul. Leszczyńskich,
przestraszonego i wychudzonego. Przywieźli go na Kokoszki,
a my trafiliśmy tam kilka dni później.

luna-i-jej-historia

Po tym jak poznałam historię Luny,
wszystko nagle stało się jasne.
Już wiem czemu nie chciała jeść przez pierwsze dni
i czemu wielokrotnie tak niespokojnie oddychała.

Zrozumiałam, dlaczego polubiła spać przy nas,
pod łóżkiem a w obcych pomieszczeniach
wpadała w panikę.

Jest w niej po prostu strach i brak stabilności.
Przez półtora roku Luna nie miała stałego domu,
a właściciele zmieniali się jak pogoda.

cam01948
Kiedy pojechaliśmy do schroniska wybrać psa
podchodziłam do każdego boksu
i zaglądałam w oczy wszystkim istotom.

W spojrzeniu Luny było coś niepojętego.

Dobro, ciepło ale też tęsknota, niepewność
i ogrom smutku. Kiedy Luna wtulała się w moją dłoń
przez siatkę boksu, patrząc mi głęboko w oczy,
wiedziałam już, że należymy do siebie. Na zawsze.

Tym razem, było to pierwsze dla niej,
w psim mocno niepewnym życiu,
NA ZAWSZE.

 

Instynkt wilka

Od zawsze lubiłam duże psy.
Nie tylko dlatego, że jest ich więcej do kochania.
Lubię je za siłę i dzikość, a także odwagę, którą mają w sercu.

Owczarki wszelkiej maści,
labradory, retrievery, springery,
posokowce i psy gończe.

One wszystkie mają w sobie pierwotną dzikość,
instynkt polowania i przetrwania w każdych warunkach
a te cechy pochodzą od wilków.

Oczywiście, dziś psy są udomowione i
posiadają ledwie cząstkę tej wilczej natury.

Myślę jednak, że każdy właściciel
doświadczył dzikich porywów serca własnego pupila,
kiedy te w sekundzie traciły wyuczone posłuszeństwo.

Bywa, że zjadają to, czego (jak sądzimy) nie powinny,
gonią kury sąsiadów, ryją w ziemi, albo biegną
bez opamiętania przed siebie nie reagując
na krzyki, komendy i nawoływania.

Martwić się? Prostować psa? Porządniej wytrenować?
Nie. Bo w jego żyłach płynie wilczy instynkt,
zew krwi, którego my, ludzie od dawna oderwani od
ziemi, nie pojmiemy.

Widziałam to u Luny tydzień temu,
gdy po raz pierwszy od czasu zabrania ją ze schroniska
zobaczyła kaczki na wodzie.

Na dworze  leżał topniejący śnieg,
temperatura powietrza ledwo wskazywała zero stopni,
a ta bezceremonialnie wpadła z całym impetem do wody,
chcą upolować  drób na obiad.

Kaczki na szczęście w porę się zorientowały
i wzbiły się do lotu głośno kwakając:
„wróg! wróg! uciekaj kto może!”

cam01218

Od tamtej pory, wybieramy ścieżkę nieco bardziej oddaloną
od małego jeziora, by Lunie nie przyszło do głowy
powtórzyć swój wilczy wybryk.

Czasami jednak, gdy tylko spuszczę ją z oczu,
biegnie co sił w nogach nad brzeg
a cała postura jej ciała mówi: POLOWANIE!

Dziś z kolei trafiliśmy na hasającą po trawie wiewiórkę.
Nieświadoma zagrożenia opuszczała jedno drzewo by
dostać się na to oddalone o pięć metrów.

Kiedy ją zobaczyłam, wiedziałam że to koniec.

Że Luny już nie zdołam pochwycić na smycz,
psie smakołyki nie wystarczą, a moje głośne komendy STÓJ!
nie zrobią na niej najmniejszego wrażenia.

Przecież tam jest wiewiórka! Rude, puchate stworzenie,
które można złapać w pysk i porządnie wytarmosić,
ewentualnie zjeść jako niedzielną przystawkę.

cam01361

Ewolucja na szczęście wyposażyła gryzonie w zwinność.
Mały rudzielec czmychnął na drzewo trzema susami i
patrzył na nas z najwyższej gałęzi podgryzając żołędzia
„Ha ha ha! Naiwniacy! I co teraz mi zrobicie?”

Luna jednak nie poddała się tak szybko.
Przez kwadrans stała pod drzewem, bacznie obserwując
swój rudozłoty obiad. Parę razy próbowała wskoczyć
na drzewo, oczywiście z mizernym skutkiem
ku mojej uciesze.

Gdyby jednak jakimś cudem udało jej zahaczyć pazurami
na korze, nie wątpię, że weszła by na sam szczyt
nie martwiąc się zbytnio tym, jak zejdzie.

W książce „Życie z Merle” Teda Kerasote,
czytałam o podobnych przygodach, które
niemal każdego dnia doświadczał właściciel Merla,
labradora przybłędy, którego znalazł
w okolicach Wielkiego Kanionu.

Ten miły, kremowy psiak kochający swego pana,
miękkie łóżko i gości, w nieoczekiwanych
momentach rzucał się na olbrzymie wapiti i jelenie,
a niekiedy zagryzał małe wiewiórki.

Mimo czternastu lat wspólnego życia Ted Kerasote
nie oduczył tych nawyków własnego psa.
cam01325
Po prostu się nie dało. Zaczął je więc akceptować
z ostrożnym bezpieczeństwem.

Pewnych zachowań nie zrozumiemy. W końcu jesteśmy
tylko ludźmi, którzy śpią w ciepłych łóżkach,
a gotowe obiady od wielu lat podgrzewają w
rakotwórczych mikrofalach.

Pies, bliski krewniak wilka
przypomina nam, czym jest instynkt przetrwania.

Uczy nas jak i ile jeść,
komu ufać, jak spać. I że największe szczęście
kryje się tam, gdzie tętni serce pierwotnych instynktów.

 

Stowarzyszenie Szczęśliwych Psiarzy

cam01155


Dlaczego ten wpis postanowiłam nazwać
w ten a nie inny sposób?
Czyżbym przystąpiła do jakiejś
enigmatycznej organizacji kynologicznej?

Nie. Po prostu w grupie szczęśliwych
ludzi jest każdy kto ma psa.

Bo przecież nie można być
smutnym posiadaczem zwierzaka.
To brzmi jak niezły oksymoron.

Ludzie, którym towarzyszą czworonogi
żyją dłużej, rzadziej cierpią na depresję
i choroby układu krążenia,
a infekcje i grypy omijają ich szerokim łukiem.

Jestem szczęśliwsza. Jestem zdrowsza.
I jestem bardziej fit.

Oto okazuje się, że
bajaderki i trufle nie idą w biodra, a
wszystkie zostają spalone na długich,
wielogodzinnych spacerach.

Jestem bliżej świata.
Jestem bardziej uważna,
jestem bliżej prawdy.

cam01173

Nieważne jaki był dzień.
Czy w pracy klient na mnie nakrzyczał,
czy w tramwaju ktoś wepchnął parasolkę w żebra,
po powrocie do domu, to wszystko traci na znaczeniu.

Rzucam wówczas torbę, biorę w rękę smycz
i biegniemy z Luną do parku i w las.

A tam całe zło mija, smutek opuszcza serce,
a zmysły wyostrzają się na to co jest.

Park i las należą do psiarzy.
Mijam ich wieczorami, gdy zwykły człowiek
siedzi w ciepłych kapciach, je chrupki i ogląda telewizję.

Mijam ich o wczesnym poranku
w świąteczny dzień niepodległości,
gdy Polska jeszcze głęboko śpi schowana w pierzynach.

Psiarze nie śpią. Idą w głębokim skupieniu
leśną, udeptaną ścieżką a koło nich drepczą
włochate, istoty merdające ogonem.

Spotykam ich na ścieżce w Parku Reagana
i nad morzem, gdy odciskają głębokie ślady
w miękkim piasku.

Nie znam ich imion, ale znam imiona
ich psów,a oni znają imię Luny.

Mówimy sobie dzień dobry, zatrzymujemy na chwilę,
by psiaki mogły się obwąchać, rozmawiamy o nich,
dzielimy radościami, nazwami karm i zabawnymi historiami.

Dziś o 8.00 rano świat był pusty.

Kocham tę nabożną ciszę świąt, w której
słychać muzykę Wszechświata. Pojedyncze ptaki,
chrupanie śniegu pod butami, szuranie kija,
którego Luna ciągnie za sobą.

cam01187

Dziś zobaczyła śnieg. Najpierw niepewna tego,
co się stało, delikatnie opuściła klatkę schodową,
otworzyła pyszczek i zaczęła łapać pojedyncze płatki.

-Dobre!– zamachała ogonkiem
i zaczęła zjadać śnieg z trawy.
-Taka zimna, twarda woda!

Mimo, że ludzie pochowani w łóżkach jeszcze
głęboko spali, my z samego rana spotkaliśmy już sąsiadkę
z wiecznie radosnym labradorem, a także boksera Rysia
i jego 70-letniego eleganckiego Pana który o każdej porze dnia
nosi spodnie w kant i czarne buty wypastowane na glanc.

Dwie godziny później, wiele kilometrów dalej,
na pustej, zaśnieżonej drodze zza zakrętu wyłonił się
nasz znajomy na rowerze, którego poznaliśmy tydzień temu.
Obok niego biegł rudy Alwin.

-Witaj Alwinie!– krzyknęłam.
-O, dzień dobry Luna!– odpowiedział właściciel.
-Dziś robimy z Alwinem małą przebieżkę.
Wie pani, w końcu to rasa gończa. Chłopak musi się wybiegać!

Och wiem. Luna też kocha biegać.
Ryje dziury, węszy w zaroślach, przynosi w pysku ogromne kije,
tarza się w liściach i na zdechłych żabach i zaprzyjaźnia z każdą istotą.

Zawsze ciągnie mnie tam, gdzie tętni życie.
Może wyczuła, że jestem samotnikiem, a to
nie zawsze dobrze mi służy. Czasem mam wrażenie, że specjalnie
ciągnie mnie w wirujący świat relacji. Tam gdzie dużo psów,
tam gdzie dużo szczęśliwych ludzi.

Sama bryka z poznanymi psiakami,
a i mnie stawia w sytuacjach
mocno towarzyskich.

-Luna, ale masz fajną koleżankę!– wołam do niej gdy ta
gania się z dużą złotorudą suczką po miękkiej trawie.

-Twój pies ma na imię Luna???– pyta jej właściciel,
trzydziestoletni chłopak stojący tuż obok.
-Tak, Luna. A czemu?
-Bo moja sunia, to też Luna! A myślałem, że będę oryginalny!

Kiedyś, w jednym z wywiadów na TVN ktoś zapytał
aktorkę, Beatę Tyszkiewicz jak radzi sobie z samotnością.
-Ależ panie redaktorze– odpowiedziała.
-Człowiek, który ma psa, nigdy nie jest samotny. 

Bo pies wyrywa z samotności i wprowadza cudowny zamęt.
Psy nigdy nie są samotnikami, więc
czynią życie pełnym ludzi, innych zwierząt a samymi sobą
kochają za dziesięciu.

Psiak i zmiany w moim życiu

cam01080


***

Czy zmieniło się coś od czasu, gdy Luna z nami zamieszkała?
Tak. W nasze życie wkradło się wiele drobnych zmian.

Zmieniły się priorytety. Spacer jest najważniejszy.
Żaden film, żaden serial, czy książka.
Żadne spanie do 9.
Najważniejszy jest spacer.

Przestaliśmy też dbać przesadnie o czystość.
Teraz bawi nas widok psich łap
odbitych na wyczyszczonych kafelkach
i ciuchy z pojedynczymi kłaczkami przylepionymi tu i ówdzie.

Dziś szukając w głębokiej kieszeni telefonu, by sprawdzić godzinę,
wyciągnęłam z niej garść psich chrupków.
Roześmiałam się w autobusie pełnym ludzi czując, że
to będzie dobry dzień.

***

W domu pachnie psem. Dużym, czasem mokrym psiakiem.
Uwielbiam ten orzechowo wietrzny zapach,
który zamieszkał w pościeli i metrażowych przestrzeniach.

Czasami podchodzę do Luny, wkładam nos w jej cieplutki kark
i wdycham te cudowne psie perfumy.
-Luna, jak ty pięknie pachniesz!- mówię jej do uszka.
-Ty także, jeśli się nie psiukasz.

Więc żeby nie psuć jej zabawy, nie używam perfum.
Zwłaszcza gdy idziemy w las, gdzie gnieżdżą się dzikie zapachy
a psi nos jest dziesięciokrotnie czulszy niż ludzki.

I kiedy ja szuram liśćmi wdychając aromat mokrej ściółki,
Lunę porywa zapach zgoła odmienny.
Obca psia kupa i porzucony zużyty papier toaletowy.
Zdechły kret okazuje się być psim Chanel no 5.

Kilka dni temu, będąc na rodzinnym obchodzie,
biegaliśmy beztrosko po wielkiej łące rzucając między sobą
tenisową piłkę.

Nagle ni stąd ni zowąd, Luna stanęła jak wryta, piłka
wypadła jej z pyska, źrenice się rozszerzyły, i nasza kochana
milutka sunia z miękką puszystą sierścią rzuciła się na plecy i
zaczęła tarzać grzbietem po trawie z wyrazem ekstatycznej radości.

Ja i Michał krzyknęliśmy w jednym momencie:
„Luna NIE!”, szczerze wątpiąc,
by ów wielką radochę dawała jedynie mokra trawa.

Luna wstała z zadowoleniem damy,
która przed chwilą opuściła luksusową perfumerię.

Na trawie, jak śnięta ryba
leżał zdechły kret brzuchem do góry.
Teraz trochę bardziej rozpłaszczony
i jeszcze bardziej śnięty.

Smrodek ostatecznie rozszedł się w powietrzu, a
my mieliśmy ubaw przez cały wieczór i niezłą
anegdotę do opowiadania w kolejne wieczory.

cam01073

***

Utraciłam intymność.
Gdy zamykam się w toalecie,
Luna otwiera drzwi pyszczkiem,
podchodzi gdy siedzę na ubikacji i czeka

-Co robisz?
-Siku.
-Ale jak to? Że w domu? Fascynujące!

A kiedy kąpię się w wannie,
Luna zagląda mi pod kotarę i  łapie w pysk
kropelki wody tryskające z kranu.

-Co tak pachnie? Co to? Co to?
-To mój jabłkowy żel pod prysznic.
-Wspaniale pachnie. Mogę go zjeść?
-Żel jest fu. Nie wolno zjadać żelu.
-No dobrze, to zjem trochę wody. Pyszna jest taka ciepła woda!

***

Zmieniły się także relacje
Pojawiły się nowe osoby.
Ja, 100% introwertyka w introwertyku
zaczęłam być istotą społeczną.

Uwielbiam to w naszym psiaku.
Jest niesamowicie towarzyski
i przyjaźnie nastawiony do każdej istoty.

Zauważyłam, że Luna nie ocenia.
Nie dzieli na płeć czy wygląd, młodych czy starych.
Lubi wszystkich bez wyjątku.

Ma już swoich stałych znajomych.
Małego, czarnego adopciaka z bloku obok,
sędziwego buldoga, który pręży przy niej muskuły
i zabawnego spaniela, który na widok Luny skacze z radości.

Dzięki niej codziennie poznaję nowe psy i ich właścicieli.

Wczoraj poznaliśmy rudego Alwina, rasy gończy polski.
Podszedł bez żadnych zahamowań.
Beztrosko porwał kij Luny, uciekł z nim w trawę,
a potem wrócił i zaczął prosić o głaski.

cam01086

Z ciemnej ścieżki chwilę potem wyszedł jego właściciel.
Energiczny mężczyzna w średnim wieku, który w ciągu dziesięciu minut
streścił nam historię Alwina i swojej rodziny, bawiąc się miedzy czasie
z Luną grubym sznurem, który miał przypięty do paska od spodni.

Potraktował nas jak starych znajomych,
a Lunę jak zaprzyjaźnionego psiaka.

Po takich spotkaniach rodzi się we mnie wdzięczność.
Gdyby nie nasze spacery, żyłabym pod kloszem
pozbawionym społecznych relacji.

Dzięki Lunie poznaję młodych i starych.
Wesołych i oziębłych.
Poznaję dziewczyny i chłopaków,
a także pary wiecznie trzymające się za ręce.

Sama przy tym łatwiej się otwieram,
bo spotkanie dwóch obcych sobie osób
nie znosi ciszy i milczącej pustki.

Pies ośmiela i otwiera na relacje.
Poznaję cudze historie, słucham, mówię, trwam.

Jestem bliżej ludzi, bliżej natury,
Nawet z chłopakiem jesteśmy bliżej,
bo spędzamy  ze sobą więcej czasu.

I jak tu nie kochać tej czarodziejki?
Psiak zabrał nam smutki a w zamian dał
ludzi a życie wypełnił włochatym sensem.

 

 

Daj głaska! Czyli co kochają psy

cam01067-3


Po tygodniu spędzonym w cichym i spokojnym domu,
w którym głaski serwuje się równie często jak wodę,
Luna, nasz adopciak, nabrała pewności siebie.

Już nie piszczy.
Jeszcze do niedawna miała skulony ogonek,
ale ten ładnie się wyprostował
świadcząc o tym, że ukochała miejsce w którym się znalazła.

Nabrała apetytu i ciągłej ochoty na zabawę psim sznurem.
Oczywiście piłka została wyeksploatowana doszczętnie.
I to w szóstym dniu!

Zostały po niej strzępki, tu i tam poniewierające się
w parku i w mieszkaniu. Podobnie rzecz ma się z
kumkającą żabą. To duża maskotka przywiezioną niegdyś
z wycieczki. Żaba straciła dwa palce a oko zaczęło dyndać na chudej nitce.

Rozczłonkowaną żabę musiałam ukryć w szafie,
a w zamian kupiliśmy pakiet małego tenisisty.
Trzy sztuki pięknych seledynowych piłek,
które mają cudowną cechę. Są wytrzymałe i twarde!

Nie byłam pewna jak Luna  poradzi sobie w nowym miejscu
podczas naszej nieobecności. W końcu oby dwoje pracujemy.
Niepotrzebnie jednak się martwiłam.
Pod naszą nieobecność psiak śpi lub bawi się sznurem.

Kiedy nas nie ma, oficjalnie leży na swoim miękkim posłaniu.
Nieoficjalnie, na kanapie i sypialnianym łóżku.

Cóż, udajemy że nic o tym nie wiemy.
W końcu nie przyłapaliśmy jej na gorącym uczynku.
Koce zrzucone z kanapy i odbite wgłębienie w pościeli,
są jednak wystarczającym dowodem, że ktoś ukochał miękkie faktury.

Oficjalnie, jednak Luna wie, że łóżko jest nasze.
Czasem więc, gdy leżymy, sprytnie kładzie na nim łebek
potem łapki i brzuszek, a tylne łapy wciąż stoją na ziemi, choć gotowe
w każdej chwili się  poderwać.

-Luna nie wolno wchodzić na łóżko!
-Ale o co wam chodzi? Przecież stoję na podłodze-
odpowiada merdając ogonem, leżąc w 3/4 na miękkiej pościeli.

Nadal śpi w nocy obok nas, a raczej pod nami.
Ukochała tą niewielką przestrzeń pod łóżkiem.

Kiedy widzi, że wychodzę z łazienki w piżamie,
pierwsza idzie do sypialni i wczołguje się pod łóżko.
Kiedy przykrywam się kołdrą wystają spod niego już tylko długie łapy.

cam01082

I co za niespodzianka!
Luna jest niezwykle społeczna i towarzyska.
Uwielbia dom pełen gości i każdego prosi o głaski.

Mogłoby się wydawać, że psiak ze schroniska
wśród tłumu obcych zechce ukryć się w cichym miejscu,
i przetrwać ten niespokojny czas drzemając.
Ona jednak lubi być w centrum wydarzeń.

Podchodzi do każdego pytając:
Dasz głaska? A ty? Dasz głaska?
Wyciąga się przy tym jak długa,
i patrzy ludziom głęboko w oczy.

Na spacerach również szuka przyjaciół.
Podbiega do każdego czworonoga,
gotowa polizać psa po uchu i pobawić się w berka.

Jest posłuszna, zawsze wraca na przywołania, a to miła
odmiana po moim poprzednim piesku,
który dziesięć metrów ode mnie „tracił słuch” i
udawał że nie wie kim jestem.

Wciąż pozostaje nauka chodzenia na smyczy.
Żadna komenda tu nie działa a smycz często napręża się
do granic wytrzymałości. Czasem pomaga piłeczka,
schowana w głębokiej kieszeni.

Kiedy Luna zaczyna ciągnąć, pokazuję jej kieszeń.
Dla niej to obietnica dostania ślicznej, seledynowej
piłeczki, którą będzie można tarmosić, podrzucać,
aportować i skubać. Mniam!

Nasze życie też uległo zmianie.
Smutki i nuda rozpłynęły się jak we mgle.
Teraz jest do kogo wracać z pracy.

Lubię te chwile, gdy wysiadam z autobusu
i dochodzę do domu. Wiem, że zaraz powita mnie
włochata istota pełna miłości, która na mój widok
stanie na dwóch łapach przytulając się ze wszystkich sił.

Ach! Nareszcie wróciłaś! Tak bardzo tęskniłam!.
Ja też tęskniłam Luna.  Tęskniłam za takim życiem właśnie 🙂

Luna w nowym domu

cam01064


I.

Nadszedł długo wyczekiwany dzień.Sobota.
Wyprawa do Gdańskiego Schroniska dla Zwierząt, Promyk.

Pani weterynarz podjęła w piątek decyzję, że bezdomna suczka,
którą poznaliśmy dwa tygodnie wcześniej, może opuścić szpital,
bo dobrze zniosła sterylizację.

Spakowaliśmy więc smycz i obrożę,
w samochodzie rozłożyliśmy kocyk,
i pojechaliśmy na Kokoszki.

Na miejscu był tuzin ludzi.
Kilka par, rodziny z dziećmi,
a wszyscy w sprawie adopcji.

Kiedy nadeszła nasza kolej,
kierownik powiedział, że
suczka jest w dobrej kondycji
i zaprowadził nas do boksu numer 3.

Stała w kojcu z innym, rozszczekanym wariatem, lekko
merdając ogonem. Była tak samo spokojna jak wtedy,
gdy ją poznaliśmy, choć nie miała już smutnego spojrzenia.
Teraz jakby trochę pewniejsza siebie, z nową nadzieją w sercu
i siłą zrodzoną z akceptacji, że schronisko jest domem.

Pracownik zapiął pasek na obroży, wyciągnął sunię,
po czym oddał mi smycz do ręki.
Trzymaj ją krótko…– zaczął, po czym ujrzał
jedynie wzbite tumany kurzu.

Najwyraźniej wszystkie schroniskowe psy tak mają.
Poza boksem, uciekają od niego jak najdalej, krzycząc:
WOLNOŚĆ, WOLNOŚĆ!! HA HA HA!

A że sunia jest owczarkiem niemieckim,
to ma w sobie sporo siły,
by biec w stronę zachodzącego słońca.

Poszliśmy na długi spacer po Kokoszkach, w trójkę.
Michał, ja i Luna. Jej imię przyszło do mnie pewnej nocy,
gdy zasypiałam. Nie wiedzieć czemu w uszach zabrzmiała
piosenka „La Luna” Belindy Carlisle. I wtedy wiedziałam.

Ma na imię Luna.

II. 

Na spacerze, trochę się uspokoiła i zwolniła tempo.
Przetestowaliśmy wszystkie komendy.
Umie podawać łapkę, reaguje na „siad”, aportuje.

W drodze powrotnej znalazła przed schroniskiem
starą, pękniętą piłkę tenisową i wzięła ją w pysk.
Cała postura jej ciała mówiła OCH JAK MI DOBRZE!
MAM PIŁECZKĘ, MAM PIŁECZKĘ.

Lubisz piłeczki? A to się dobrze składa, 
bo przywiozłam Ci jedną– powiedziałam i sięgnęłam do torebki.

Gdy Luna zobaczyła nowiutką, seledynową piłkę,
otworzyła szeroko oczy i wypuściła starą z pyska.

Miałam też smakołyk kupiony na tę okazję, więc
sprawdziłam jej posłuszeństwo.

Luna siad!-usiadła.
Daj łapę– podała.
Przynieś piłeczkę- przyniosła.

Czterdzieści minut później byliśmy już w samochodzie.
Zaskoczyło mnie, że tak dobrze to znosi.
Usiadłam z nią na tyle. Położyła pyszczek na moich
kolanach, wtuliła się we mnie całym ciałem i nawet nie pisnęła.

Och cudownie Luna! Będziesz z nami jeździła na wieś. 

III.

W domu okazało się, że to niesamowicie inteligentny pies.
Rozumiała: połóż się, idź jeść i zejdź!.
Obwąchała cały dom i zakochała się w nowym legowisku
zrobionego z dwóch dużych poduszek i cienkiej kołederki.

Na legowisko wzięła swoją
nową piłeczkę w łapy i
zaczęła ją rozrywać na strzępy.

Może ze stresu, a może
z czysto psiej potrzeby gryzienia czegoś.

Musiałam ją schować, żeby nie zjadła żadnych kawałków.
Nie było rady. Michał musiał pojechać do Zookrainy
po gruby sznur do gryzienia i paczkę twardych smakołyków.

Okazało się jednak, że sznur przegrywa z ukochaną piłką.
Będzie trzeba zatem kupić jej tenisowy zapas w Decathlonie.
Tych tak łatwo nie rozerwie.

cam01058

Już po pierwszym długim spacerku, doskonale wiedziała
gdzie jest jej dom. Kiedy wracając z lasu,
wstąpiliśmy między osiedlowe bloki,
zaczęła mocniej ciągnąć i zatrzymała się przed właściwym budynkiem.

Na spacerze natomiast obwąchiwała każde drzewo
i merdała ogonem na widok psów,
na żadnego nie szczekając.

Jedynym problemem pozostaje ciągnięcie na smyczy.

Wychodzę jednak z założenia,
że skoro poprzedni właściciel nauczył ją siadać,
aportować i podawać łapę, to na pewno też uczył ją
dotrzymywania kroku.

Przetestowałam
STÓJ,
NOGA,
DO NOGI.

Nic nie działa.
Zaczęłam więc przeszukiwać psie blogi i poradniki na youtube
aż odnalazłam PIESOLOGIĘ.

Vlogerka podała kilka prostych sposobów na naukę
chodzenia na smyczy a jednym z nich jest permanentne
i konsekwentne zatrzymywanie się gdy pies zaczyna ciągnąć.

Podoba mi się. Nie ma szarpania,
krzyczenia do psa, żadnej przemocy.

Ja sama odnalazłam też na nią sposób.
Jej ukochana magiczna (choć już nieco postrzępiona piłeczka).

Kiedy Luna widzi, że trzymam ją w ręce, zwalnia automatycznie,
spoglądając na nią co chwila, jakby myślała, NO RZUCISZ JĄ W KOŃCU?

IV.

Noc była trudna.
Kiedy położyliśmy się do łóżka,
Luna weszła pod sypialnię. Spod łózka wystawały tylko jej łapy.
Może chciała być bliżej nas i czuć nasz zapach.
Może tak czuła się bezpieczniej.

Parę razy obudziła nas w nocy popiskując.
Podchodziła wtedy raz do Michała, raz do mnie
wkładając pyszczek pod dłoń, prosząc o pieszczoty.
POMASUJ MNIE! NO POMASUJ!

Dziś zaczęła jeść, pije dużo wody, czasem popiskuje.
Jej podkulony ogonek wciąż mówi BOJĘ SIĘ.

Każdy psiak ze schroniska ma swoją historię i
serce pełne smutku, obaw i tęsknoty.
Pewnie zastanawia się czy ten dom jest na chwilę,
czy na zawsze? Czy jej nowi właściciele będą dobrzy
a może porzucą ją jak poprzedni?

Wołam ją od czasu do czasu,
a wtedy pochyla łebek, a ja masuję ją po karku,
szepcząc do spiczastego uszka, że wszystko będzie w porządku
i że będzie z nami już zawsze niezależnie od wszystkiego.

Potem zadowolona wraca na swoje legowisko.
Śpi jeszcze niespokojnie, a gdy robimy sobie kanapki
patrzy na nas strzygąc uszami.

Kiedy usłyszy hałas na klatce schodowej zdarza jej się szczeknąć
mocnym barytonem, stawia wtedy uszy i ogon do pionu,
jakby mówiła: NIE BÓJCIE SIĘ, OBRONIĘ WAS PRZED ZŁOCZYŃCĄ!

Patrzymy wtedy na nią
nie mogąc się nadziwić, jaka jest piękna.
Luna. Nasz kochany Komisarz Rex.