Archiwa kategorii: PSIE SMAKI

Stowarzyszenie Szczęśliwych Psiarzy

cam01155


Dlaczego ten wpis postanowiłam nazwać
w ten a nie inny sposób?
Czyżbym przystąpiła do jakiejś
enigmatycznej organizacji kynologicznej?

Nie. Po prostu w grupie szczęśliwych
ludzi jest każdy kto ma psa.

Bo przecież nie można być
smutnym posiadaczem zwierzaka.
To brzmi jak niezły oksymoron.

Ludzie, którym towarzyszą czworonogi
żyją dłużej, rzadziej cierpią na depresję
i choroby układu krążenia,
a infekcje i grypy omijają ich szerokim łukiem.

Jestem szczęśliwsza. Jestem zdrowsza.
I jestem bardziej fit.

Oto okazuje się, że
bajaderki i trufle nie idą w biodra, a
wszystkie zostają spalone na długich,
wielogodzinnych spacerach.

Jestem bliżej świata.
Jestem bardziej uważna,
jestem bliżej prawdy.

cam01173

Nieważne jaki był dzień.
Czy w pracy klient na mnie nakrzyczał,
czy w tramwaju ktoś wepchnął parasolkę w żebra,
po powrocie do domu, to wszystko traci na znaczeniu.

Rzucam wówczas torbę, biorę w rękę smycz
i biegniemy z Luną do parku i w las.

A tam całe zło mija, smutek opuszcza serce,
a zmysły wyostrzają się na to co jest.

Park i las należą do psiarzy.
Mijam ich wieczorami, gdy zwykły człowiek
siedzi w ciepłych kapciach, je chrupki i ogląda telewizję.

Mijam ich o wczesnym poranku
w świąteczny dzień niepodległości,
gdy Polska jeszcze głęboko śpi schowana w pierzynach.

Psiarze nie śpią. Idą w głębokim skupieniu
leśną, udeptaną ścieżką a koło nich drepczą
włochate, istoty merdające ogonem.

Spotykam ich na ścieżce w Parku Reagana
i nad morzem, gdy odciskają głębokie ślady
w miękkim piasku.

Nie znam ich imion, ale znam imiona
ich psów,a oni znają imię Luny.

Mówimy sobie dzień dobry, zatrzymujemy na chwilę,
by psiaki mogły się obwąchać, rozmawiamy o nich,
dzielimy radościami, nazwami karm i zabawnymi historiami.

Dziś o 8.00 rano świat był pusty.

Kocham tę nabożną ciszę świąt, w której
słychać muzykę Wszechświata. Pojedyncze ptaki,
chrupanie śniegu pod butami, szuranie kija,
którego Luna ciągnie za sobą.

cam01187

Dziś zobaczyła śnieg. Najpierw niepewna tego,
co się stało, delikatnie opuściła klatkę schodową,
otworzyła pyszczek i zaczęła łapać pojedyncze płatki.

-Dobre!– zamachała ogonkiem
i zaczęła zjadać śnieg z trawy.
-Taka zimna, twarda woda!

Mimo, że ludzie pochowani w łóżkach jeszcze
głęboko spali, my z samego rana spotkaliśmy już sąsiadkę
z wiecznie radosnym labradorem, a także boksera Rysia
i jego 70-letniego eleganckiego Pana który o każdej porze dnia
nosi spodnie w kant i czarne buty wypastowane na glanc.

Dwie godziny później, wiele kilometrów dalej,
na pustej, zaśnieżonej drodze zza zakrętu wyłonił się
nasz znajomy na rowerze, którego poznaliśmy tydzień temu.
Obok niego biegł rudy Alwin.

-Witaj Alwinie!– krzyknęłam.
-O, dzień dobry Luna!– odpowiedział właściciel.
-Dziś robimy z Alwinem małą przebieżkę.
Wie pani, w końcu to rasa gończa. Chłopak musi się wybiegać!

Och wiem. Luna też kocha biegać.
Ryje dziury, węszy w zaroślach, przynosi w pysku ogromne kije,
tarza się w liściach i na zdechłych żabach i zaprzyjaźnia z każdą istotą.

Zawsze ciągnie mnie tam, gdzie tętni życie.
Może wyczuła, że jestem samotnikiem, a to
nie zawsze dobrze mi służy. Czasem mam wrażenie, że specjalnie
ciągnie mnie w wirujący świat relacji. Tam gdzie dużo psów,
tam gdzie dużo szczęśliwych ludzi.

Sama bryka z poznanymi psiakami,
a i mnie stawia w sytuacjach
mocno towarzyskich.

-Luna, ale masz fajną koleżankę!– wołam do niej gdy ta
gania się z dużą złotorudą suczką po miękkiej trawie.

-Twój pies ma na imię Luna???– pyta jej właściciel,
trzydziestoletni chłopak stojący tuż obok.
-Tak, Luna. A czemu?
-Bo moja sunia, to też Luna! A myślałem, że będę oryginalny!

Kiedyś, w jednym z wywiadów na TVN ktoś zapytał
aktorkę, Beatę Tyszkiewicz jak radzi sobie z samotnością.
-Ależ panie redaktorze– odpowiedziała.
-Człowiek, który ma psa, nigdy nie jest samotny. 

Bo pies wyrywa z samotności i wprowadza cudowny zamęt.
Psy nigdy nie są samotnikami, więc
czynią życie pełnym ludzi, innych zwierząt a samymi sobą
kochają za dziesięciu.

Psiak i zmiany w moim życiu

cam01080


***

Czy zmieniło się coś od czasu, gdy Luna z nami zamieszkała?
Tak. W nasze życie wkradło się wiele drobnych zmian.

Zmieniły się priorytety. Spacer jest najważniejszy.
Żaden film, żaden serial, czy książka.
Żadne spanie do 9.
Najważniejszy jest spacer.

Przestaliśmy też dbać przesadnie o czystość.
Teraz bawi nas widok psich łap
odbitych na wyczyszczonych kafelkach
i ciuchy z pojedynczymi kłaczkami przylepionymi tu i ówdzie.

Dziś szukając w głębokiej kieszeni telefonu, by sprawdzić godzinę,
wyciągnęłam z niej garść psich chrupków.
Roześmiałam się w autobusie pełnym ludzi czując, że
to będzie dobry dzień.

***

W domu pachnie psem. Dużym, czasem mokrym psiakiem.
Uwielbiam ten orzechowo wietrzny zapach,
który zamieszkał w pościeli i metrażowych przestrzeniach.

Czasami podchodzę do Luny, wkładam nos w jej cieplutki kark
i wdycham te cudowne psie perfumy.
-Luna, jak ty pięknie pachniesz!- mówię jej do uszka.
-Ty także, jeśli się nie psiukasz.

Więc żeby nie psuć jej zabawy, nie używam perfum.
Zwłaszcza gdy idziemy w las, gdzie gnieżdżą się dzikie zapachy
a psi nos jest dziesięciokrotnie czulszy niż ludzki.

I kiedy ja szuram liśćmi wdychając aromat mokrej ściółki,
Lunę porywa zapach zgoła odmienny.
Obca psia kupa i porzucony zużyty papier toaletowy.
Zdechły kret okazuje się być psim Chanel no 5.

Kilka dni temu, będąc na rodzinnym obchodzie,
biegaliśmy beztrosko po wielkiej łące rzucając między sobą
tenisową piłkę.

Nagle ni stąd ni zowąd, Luna stanęła jak wryta, piłka
wypadła jej z pyska, źrenice się rozszerzyły, i nasza kochana
milutka sunia z miękką puszystą sierścią rzuciła się na plecy i
zaczęła tarzać grzbietem po trawie z wyrazem ekstatycznej radości.

Ja i Michał krzyknęliśmy w jednym momencie:
„Luna NIE!”, szczerze wątpiąc,
by ów wielką radochę dawała jedynie mokra trawa.

Luna wstała z zadowoleniem damy,
która przed chwilą opuściła luksusową perfumerię.

Na trawie, jak śnięta ryba
leżał zdechły kret brzuchem do góry.
Teraz trochę bardziej rozpłaszczony
i jeszcze bardziej śnięty.

Smrodek ostatecznie rozszedł się w powietrzu, a
my mieliśmy ubaw przez cały wieczór i niezłą
anegdotę do opowiadania w kolejne wieczory.

cam01073

***

Utraciłam intymność.
Gdy zamykam się w toalecie,
Luna otwiera drzwi pyszczkiem,
podchodzi gdy siedzę na ubikacji i czeka

-Co robisz?
-Siku.
-Ale jak to? Że w domu? Fascynujące!

A kiedy kąpię się w wannie,
Luna zagląda mi pod kotarę i  łapie w pysk
kropelki wody tryskające z kranu.

-Co tak pachnie? Co to? Co to?
-To mój jabłkowy żel pod prysznic.
-Wspaniale pachnie. Mogę go zjeść?
-Żel jest fu. Nie wolno zjadać żelu.
-No dobrze, to zjem trochę wody. Pyszna jest taka ciepła woda!

***

Zmieniły się także relacje
Pojawiły się nowe osoby.
Ja, 100% introwertyka w introwertyku
zaczęłam być istotą społeczną.

Uwielbiam to w naszym psiaku.
Jest niesamowicie towarzyski
i przyjaźnie nastawiony do każdej istoty.

Zauważyłam, że Luna nie ocenia.
Nie dzieli na płeć czy wygląd, młodych czy starych.
Lubi wszystkich bez wyjątku.

Ma już swoich stałych znajomych.
Małego, czarnego adopciaka z bloku obok,
sędziwego buldoga, który pręży przy niej muskuły
i zabawnego spaniela, który na widok Luny skacze z radości.

Dzięki niej codziennie poznaję nowe psy i ich właścicieli.

Wczoraj poznaliśmy rudego Alwina, rasy gończy polski.
Podszedł bez żadnych zahamowań.
Beztrosko porwał kij Luny, uciekł z nim w trawę,
a potem wrócił i zaczął prosić o głaski.

cam01086

Z ciemnej ścieżki chwilę potem wyszedł jego właściciel.
Energiczny mężczyzna w średnim wieku, który w ciągu dziesięciu minut
streścił nam historię Alwina i swojej rodziny, bawiąc się miedzy czasie
z Luną grubym sznurem, który miał przypięty do paska od spodni.

Potraktował nas jak starych znajomych,
a Lunę jak zaprzyjaźnionego psiaka.

Po takich spotkaniach rodzi się we mnie wdzięczność.
Gdyby nie nasze spacery, żyłabym pod kloszem
pozbawionym społecznych relacji.

Dzięki Lunie poznaję młodych i starych.
Wesołych i oziębłych.
Poznaję dziewczyny i chłopaków,
a także pary wiecznie trzymające się za ręce.

Sama przy tym łatwiej się otwieram,
bo spotkanie dwóch obcych sobie osób
nie znosi ciszy i milczącej pustki.

Pies ośmiela i otwiera na relacje.
Poznaję cudze historie, słucham, mówię, trwam.

Jestem bliżej ludzi, bliżej natury,
Nawet z chłopakiem jesteśmy bliżej,
bo spędzamy  ze sobą więcej czasu.

I jak tu nie kochać tej czarodziejki?
Psiak zabrał nam smutki a w zamian dał
ludzi a życie wypełnił włochatym sensem.

 

 

Daj głaska! Czyli co kochają psy

cam01067-3


Po tygodniu spędzonym w cichym i spokojnym domu,
w którym głaski serwuje się równie często jak wodę,
Luna, nasz adopciak, nabrała pewności siebie.

Już nie piszczy.
Jeszcze do niedawna miała skulony ogonek,
ale ten ładnie się wyprostował
świadcząc o tym, że ukochała miejsce w którym się znalazła.

Nabrała apetytu i ciągłej ochoty na zabawę psim sznurem.
Oczywiście piłka została wyeksploatowana doszczętnie.
I to w szóstym dniu!

Zostały po niej strzępki, tu i tam poniewierające się
w parku i w mieszkaniu. Podobnie rzecz ma się z
kumkającą żabą. To duża maskotka przywiezioną niegdyś
z wycieczki. Żaba straciła dwa palce a oko zaczęło dyndać na chudej nitce.

Rozczłonkowaną żabę musiałam ukryć w szafie,
a w zamian kupiliśmy pakiet małego tenisisty.
Trzy sztuki pięknych seledynowych piłek,
które mają cudowną cechę. Są wytrzymałe i twarde!

Nie byłam pewna jak Luna  poradzi sobie w nowym miejscu
podczas naszej nieobecności. W końcu oby dwoje pracujemy.
Niepotrzebnie jednak się martwiłam.
Pod naszą nieobecność psiak śpi lub bawi się sznurem.

Kiedy nas nie ma, oficjalnie leży na swoim miękkim posłaniu.
Nieoficjalnie, na kanapie i sypialnianym łóżku.

Cóż, udajemy że nic o tym nie wiemy.
W końcu nie przyłapaliśmy jej na gorącym uczynku.
Koce zrzucone z kanapy i odbite wgłębienie w pościeli,
są jednak wystarczającym dowodem, że ktoś ukochał miękkie faktury.

Oficjalnie, jednak Luna wie, że łóżko jest nasze.
Czasem więc, gdy leżymy, sprytnie kładzie na nim łebek
potem łapki i brzuszek, a tylne łapy wciąż stoją na ziemi, choć gotowe
w każdej chwili się  poderwać.

-Luna nie wolno wchodzić na łóżko!
-Ale o co wam chodzi? Przecież stoję na podłodze-
odpowiada merdając ogonem, leżąc w 3/4 na miękkiej pościeli.

Nadal śpi w nocy obok nas, a raczej pod nami.
Ukochała tą niewielką przestrzeń pod łóżkiem.

Kiedy widzi, że wychodzę z łazienki w piżamie,
pierwsza idzie do sypialni i wczołguje się pod łóżko.
Kiedy przykrywam się kołdrą wystają spod niego już tylko długie łapy.

cam01082

I co za niespodzianka!
Luna jest niezwykle społeczna i towarzyska.
Uwielbia dom pełen gości i każdego prosi o głaski.

Mogłoby się wydawać, że psiak ze schroniska
wśród tłumu obcych zechce ukryć się w cichym miejscu,
i przetrwać ten niespokojny czas drzemając.
Ona jednak lubi być w centrum wydarzeń.

Podchodzi do każdego pytając:
Dasz głaska? A ty? Dasz głaska?
Wyciąga się przy tym jak długa,
i patrzy ludziom głęboko w oczy.

Na spacerach również szuka przyjaciół.
Podbiega do każdego czworonoga,
gotowa polizać psa po uchu i pobawić się w berka.

Jest posłuszna, zawsze wraca na przywołania, a to miła
odmiana po moim poprzednim piesku,
który dziesięć metrów ode mnie „tracił słuch” i
udawał że nie wie kim jestem.

Wciąż pozostaje nauka chodzenia na smyczy.
Żadna komenda tu nie działa a smycz często napręża się
do granic wytrzymałości. Czasem pomaga piłeczka,
schowana w głębokiej kieszeni.

Kiedy Luna zaczyna ciągnąć, pokazuję jej kieszeń.
Dla niej to obietnica dostania ślicznej, seledynowej
piłeczki, którą będzie można tarmosić, podrzucać,
aportować i skubać. Mniam!

Nasze życie też uległo zmianie.
Smutki i nuda rozpłynęły się jak we mgle.
Teraz jest do kogo wracać z pracy.

Lubię te chwile, gdy wysiadam z autobusu
i dochodzę do domu. Wiem, że zaraz powita mnie
włochata istota pełna miłości, która na mój widok
stanie na dwóch łapach przytulając się ze wszystkich sił.

Ach! Nareszcie wróciłaś! Tak bardzo tęskniłam!.
Ja też tęskniłam Luna.  Tęskniłam za takim życiem właśnie 🙂

Luna w nowym domu

cam01064


I.

Nadszedł długo wyczekiwany dzień.Sobota.
Wyprawa do Gdańskiego Schroniska dla Zwierząt, Promyk.

Pani weterynarz podjęła w piątek decyzję, że bezdomna suczka,
którą poznaliśmy dwa tygodnie wcześniej, może opuścić szpital,
bo dobrze zniosła sterylizację.

Spakowaliśmy więc smycz i obrożę,
w samochodzie rozłożyliśmy kocyk,
i pojechaliśmy na Kokoszki.

Na miejscu był tuzin ludzi.
Kilka par, rodziny z dziećmi,
a wszyscy w sprawie adopcji.

Kiedy nadeszła nasza kolej,
kierownik powiedział, że
suczka jest w dobrej kondycji
i zaprowadził nas do boksu numer 3.

Stała w kojcu z innym, rozszczekanym wariatem, lekko
merdając ogonem. Była tak samo spokojna jak wtedy,
gdy ją poznaliśmy, choć nie miała już smutnego spojrzenia.
Teraz jakby trochę pewniejsza siebie, z nową nadzieją w sercu
i siłą zrodzoną z akceptacji, że schronisko jest domem.

Pracownik zapiął pasek na obroży, wyciągnął sunię,
po czym oddał mi smycz do ręki.
Trzymaj ją krótko…– zaczął, po czym ujrzał
jedynie wzbite tumany kurzu.

Najwyraźniej wszystkie schroniskowe psy tak mają.
Poza boksem, uciekają od niego jak najdalej, krzycząc:
WOLNOŚĆ, WOLNOŚĆ!! HA HA HA!

A że sunia jest owczarkiem niemieckim,
to ma w sobie sporo siły,
by biec w stronę zachodzącego słońca.

Poszliśmy na długi spacer po Kokoszkach, w trójkę.
Michał, ja i Luna. Jej imię przyszło do mnie pewnej nocy,
gdy zasypiałam. Nie wiedzieć czemu w uszach zabrzmiała
piosenka „La Luna” Belindy Carlisle. I wtedy wiedziałam.

Ma na imię Luna.

II. 

Na spacerze, trochę się uspokoiła i zwolniła tempo.
Przetestowaliśmy wszystkie komendy.
Umie podawać łapkę, reaguje na „siad”, aportuje.

W drodze powrotnej znalazła przed schroniskiem
starą, pękniętą piłkę tenisową i wzięła ją w pysk.
Cała postura jej ciała mówiła OCH JAK MI DOBRZE!
MAM PIŁECZKĘ, MAM PIŁECZKĘ.

Lubisz piłeczki? A to się dobrze składa, 
bo przywiozłam Ci jedną– powiedziałam i sięgnęłam do torebki.

Gdy Luna zobaczyła nowiutką, seledynową piłkę,
otworzyła szeroko oczy i wypuściła starą z pyska.

Miałam też smakołyk kupiony na tę okazję, więc
sprawdziłam jej posłuszeństwo.

Luna siad!-usiadła.
Daj łapę– podała.
Przynieś piłeczkę- przyniosła.

Czterdzieści minut później byliśmy już w samochodzie.
Zaskoczyło mnie, że tak dobrze to znosi.
Usiadłam z nią na tyle. Położyła pyszczek na moich
kolanach, wtuliła się we mnie całym ciałem i nawet nie pisnęła.

Och cudownie Luna! Będziesz z nami jeździła na wieś. 

III.

W domu okazało się, że to niesamowicie inteligentny pies.
Rozumiała: połóż się, idź jeść i zejdź!.
Obwąchała cały dom i zakochała się w nowym legowisku
zrobionego z dwóch dużych poduszek i cienkiej kołederki.

Na legowisko wzięła swoją
nową piłeczkę w łapy i
zaczęła ją rozrywać na strzępy.

Może ze stresu, a może
z czysto psiej potrzeby gryzienia czegoś.

Musiałam ją schować, żeby nie zjadła żadnych kawałków.
Nie było rady. Michał musiał pojechać do Zookrainy
po gruby sznur do gryzienia i paczkę twardych smakołyków.

Okazało się jednak, że sznur przegrywa z ukochaną piłką.
Będzie trzeba zatem kupić jej tenisowy zapas w Decathlonie.
Tych tak łatwo nie rozerwie.

cam01058

Już po pierwszym długim spacerku, doskonale wiedziała
gdzie jest jej dom. Kiedy wracając z lasu,
wstąpiliśmy między osiedlowe bloki,
zaczęła mocniej ciągnąć i zatrzymała się przed właściwym budynkiem.

Na spacerze natomiast obwąchiwała każde drzewo
i merdała ogonem na widok psów,
na żadnego nie szczekając.

Jedynym problemem pozostaje ciągnięcie na smyczy.

Wychodzę jednak z założenia,
że skoro poprzedni właściciel nauczył ją siadać,
aportować i podawać łapę, to na pewno też uczył ją
dotrzymywania kroku.

Przetestowałam
STÓJ,
NOGA,
DO NOGI.

Nic nie działa.
Zaczęłam więc przeszukiwać psie blogi i poradniki na youtube
aż odnalazłam PIESOLOGIĘ.

Vlogerka podała kilka prostych sposobów na naukę
chodzenia na smyczy a jednym z nich jest permanentne
i konsekwentne zatrzymywanie się gdy pies zaczyna ciągnąć.

Podoba mi się. Nie ma szarpania,
krzyczenia do psa, żadnej przemocy.

Ja sama odnalazłam też na nią sposób.
Jej ukochana magiczna (choć już nieco postrzępiona piłeczka).

Kiedy Luna widzi, że trzymam ją w ręce, zwalnia automatycznie,
spoglądając na nią co chwila, jakby myślała, NO RZUCISZ JĄ W KOŃCU?

IV.

Noc była trudna.
Kiedy położyliśmy się do łóżka,
Luna weszła pod sypialnię. Spod łózka wystawały tylko jej łapy.
Może chciała być bliżej nas i czuć nasz zapach.
Może tak czuła się bezpieczniej.

Parę razy obudziła nas w nocy popiskując.
Podchodziła wtedy raz do Michała, raz do mnie
wkładając pyszczek pod dłoń, prosząc o pieszczoty.
POMASUJ MNIE! NO POMASUJ!

Dziś zaczęła jeść, pije dużo wody, czasem popiskuje.
Jej podkulony ogonek wciąż mówi BOJĘ SIĘ.

Każdy psiak ze schroniska ma swoją historię i
serce pełne smutku, obaw i tęsknoty.
Pewnie zastanawia się czy ten dom jest na chwilę,
czy na zawsze? Czy jej nowi właściciele będą dobrzy
a może porzucą ją jak poprzedni?

Wołam ją od czasu do czasu,
a wtedy pochyla łebek, a ja masuję ją po karku,
szepcząc do spiczastego uszka, że wszystko będzie w porządku
i że będzie z nami już zawsze niezależnie od wszystkiego.

Potem zadowolona wraca na swoje legowisko.
Śpi jeszcze niespokojnie, a gdy robimy sobie kanapki
patrzy na nas strzygąc uszami.

Kiedy usłyszy hałas na klatce schodowej zdarza jej się szczeknąć
mocnym barytonem, stawia wtedy uszy i ogon do pionu,
jakby mówiła: NIE BÓJCIE SIĘ, OBRONIĘ WAS PRZED ZŁOCZYŃCĄ!

Patrzymy wtedy na nią
nie mogąc się nadziwić, jaka jest piękna.
Luna. Nasz kochany Komisarz Rex.

Czekając na nowego członka rodziny

MARLEY & ME


I.

Już od dziecka byłam psiarą, która bardziej od towarzystwa
rozkrzyczanych rówieśników wolała zwierzęta.
Nawet wtedy, będąc kilkuletnim brzdącem intuicyjnie czułam,
że szczęśliwa będę tylko, jeśli w moim życiu będzie pies.

I życie tak szczęśliwie się układało, że ten zawsze był.

Zwierzęta towarzyszyły mi w już w okresie przedszkolnym.
Potem, w liceum i na studiach moim wiernym towarzyszem był Czester,
który odszedł dwa lata temu w wieku czternastu lat.

Nic dziwnego, że dwuletni okres bez psich spacerów
i ogonka stukającego o drewnianą podłogę był jałowym okresem czekania.

Od śmierci Czestera czegoś mi brakowało.
Niewypowiedziana pustka wypełniła moje serce.

Chodząc samotnie po lesie cmokałam do wszystkich
napotykanych po drodze czworonogach skrycie marząc, że
do mnie też wkrótce dołączy jakiś futrzany przyjaciel.

Na tablicy marzeń umieściłam zdjęcie radosnego psa
w centralnym punkcie, licząc, że może kiedyś zejdą się odpowiednie warunki.

A te najwyraźniej się zeszły.

II.

Miesiąc temu, gdy szukaliśmy nowego mieszkania na wynajem,
za podstawowe kryterium uznaliśmy „lokum przyjazne czworonogom”.
Znając Michała, mogłam przypuszczać, że w grę wchodzi tylko kot,
z resztą sam wielokrotnie o tym mówił.

Zmienił zdanie w dniu, w którym oglądaliśmy
jedno mieszkanie na obrzeżach Gdańska.

Właściciel oprowadzał Michała po bogato urządzonych
48 metrach kwadratowych, szkicując zarys
podstawowych opłat a ja tymczasem rozmawiałam ze złotym spanielem,
psem lokatorów, który przylgnął do mojej nogi.

Nie interesowała mnie ani wielkość balkonu, ani oświetlenie kuchni,
czy wielkie sypialniane łóżko. Interesowała mnie tylko ta złotowłosa roześmiana istota
i jej ciepło pod moją dłonią.

„Zobacz jaka piękna sypialnia”
„Kama, popatrz jakie ogromne lustro w łazience”. Ogłuchłam.
Ja i pies merdający ogonem siedzieliśmy na kafelkach w przedpokoju
tuląc się jak para starych kumpli.

Myślę, że dokładnie w tym momencie,
Michał zrozumiał co czyni mnie najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.

No dobrze, przygarnijmy jakiegoś psa”, powiedział chwilę później,
gdy opuściliśmy sympatyczne mieszkanie.

III.

Dwa tygodnie później, gdy już znaleźliśmy idealne lokum, tuż przy lesie i
wielkim parku z wybiegiem dla psów, z właścicielami przyjaźnie nastawionymi
do najemców ze zwierzakami, pojechaliśmy do Gdańskiego schroniska
obejrzeć psiaki.

Bo czy nie lepszym rozwiązaniem jest
przygarnąć bezdomnego czworonoga i uratować mu tym samym życie,
niż brać szczeniaka z hodowli, których właściciele utrzymują się z tego, że
psia suka przez cały żywot służy za inkubator zwierząt zamawianych niczym przedmiot na allegro?

„Słucham was, czym mogę służyć?
Jakiego psa wam potrzeba?”- zapytał sympatyczny kierownik Promyka

Michał spojrzał na mnie, dając mi całkowitą wolność wyboru i
przestrzeń do wypowiedzenia potrzebnych słów.

„Żeby lubił biegać. Żeby lubił las, i inne psy. Żeby był trochę większy, co by 
go nie męczyły wielogodzinne leśne wędrówki. Aha, no i oby dwoje pracujemy i mieszkamy w bloku”.

Kierownik powiedział tylko jedno słowo.
„Leon.”

Leon okazał się być energicznym, niewyobrażalnie chudym wyżłem o czarnej maści.
Dotychczas jego panem był samotny mężczyzna ze skłonnością do alkoholu.
Oddał go, by sam udać się na leczenie do zamkniętego oddziału.
A że nie miał żadnej rodziny schronisko było jedynym miejscem, które mogło przyjąć czworonoga.

Na chwilę, przed poznaniem Leona, chodziliśmy po schronisku
rozmawiając ze szczekającymi psami i wkładając między kraty dłonie,
by te chociaż przez chwilę mogły poczuć ludzkie ciepło.

W boksie z enigmatyczną tabliczką KWARANTANNA,
spotkaliśmy łagodnego pieska,
podobnego do owczarka niemieckiego.

Podszedł do siatki i przylgnął całym ciałkiem prosząc o głaski.
Miał piękne, brązowe oczy, którymi opowiadał własną historię.
Podrapałam go za uszkiem, a gdy przestałam,
zamachał łapką w górze, mówiąc „jeszcze!

Nie mogłam i nie chciałam się oderwać, ale Leon czekał na to, by nas poznać.
Wolontariuszka ubrała Leonowi grubą smycz i oddała w moje ręce.

Psiak wystrzelił jak z procy, ciągnąc mnie za sobą niczym listek na wietrze.
Skąd tak chudy pies ma tyle energii?
Na nic zdawały się komendy „Noga! Stój! Leon!”.
Wyżeł i jego nos żyły własnym życiem, mając za nic szarpnięcia smyczy i ludzką rękę
niemal wyrwaną z barkowego stawu.

Kiedy doszliśmy na wybieg dla psów , Leon się uspokoił, choć
sprawiał wrażenie bardziej zainteresowanego dzikim życiem niż obecnością człowieka.
Ten pies, to naprawdę bliski potomek wilka, pomyślałam wtedy.

Michał trącił mnie łokciem w żebra.
„Fajny! To, co bierzemy go?”.
Nie. W głowie i sercu brzmiało głośne NIE.
Nie jestem na tyle silną osobą.

Pies z tak potężną energią potrzebuje kogoś stanowczego i pewnego siebie.
Z mocnym głosem i silną ręką do smyczy. Potrzebuje samca alfa.
Ja nim nie byłam, i Michał też nie.
Leon całkowicie by nas zdominował wchodząc nam na głowę.

Ale dlaczego, przecież jest piękny!– nalegał Michał.
-Znam się na psach. Nie udźwigniemy tej energii. 

Wróciliśmy raz jeszcze pod kojec KWARANTANNY.
Szarozłoty owczarek nas poznał, zamerdał ogonem i znów przylgnął
całym ciałem do siatki, tak jakby mówił:„Jak dobrze, że wróciliście”.

marl

IV.

Ach, ta suczka jest przemiła!- odpowiedział kierownik Promyka, gdy zapytaliśmy
o owczarka na kwarantannie.

-Niestety musi spędzić w zamkniętym boksie dwa tygodnie, bo trafiła tu z interwencji zaledwie trzy dni temu. Para dziewczyn, po rozstaniu chciała ją oddać do schroniska
ale się nie zgodziliśmy. Zaproponowano im, by same znalazły jej nowego właściciela.

-No i co z tym właścicielem? –zapytałam.
-A no nic, żadnego nie znalazły, więc wyrzuciły suczkę na ulicę.
Znaleźliśmy ją błąkającą się na ulicy Leszczyńskich.
Biedactwo nie wie co się dzieje i bardzo tęskni.

Jak tak można?
Jak można wyrzucić psa na ulicę,
po tym jak rok chodziło się z nim na spacery, karmiło i biegało?
Jak można wyrzucić jakąkolwiek istotę na ulicę?

Kierownik schroniska zapisał mój numer telefonu.
Sunia po kwarantannie będzie mieć szczepienia
i zabieg sterylizacji a dwa dni po zabiegu, będziemy mogli ją zabrać do domu.

Wracając z Promyka zajechaliśmy do Zookrainy.
Kupiliśmy miseczki, karmę Bosha, szampon na pchły i piłeczkę.
Brązowooka sunia za tydzień dołączy do naszego życia.
Ktoś kto potrzebuje domu i ciepła
a do zaoferowania ma wielkie serce i bezwarunkową miłość.

Może nie mamy domu z ogrodem, ani wielkiego mieszkania.
Ale wychodzę z założenia, że psiak do pełni szczęścia potrzebuje
jedynie uwagi, serca na dłoni, biegania i czułości.

Z tą miłością którą mamy w sercu i z laskiem pięć minut od domu
będzie mieć jak u Pana Boga za piecem.
A ten zawsze będzie nagrzany od serdeczności.