Archiwa tagu: tatuaż

Fundamentalna niejednoznaczność bycia człowiekiem

Przyłapuję się ostatnio na tym, że wydaję więcej
pieniędzy. Tak jakbym chciała w jakiś sposób się
udoskonalić, coś dodać, poprawić, uszlachetnić.

Nowy plakat do mieszkania znanego projektanta,
nowe krzesło, narzuta, efekciarskie donice balkonowe,
które dobrze prezentują się z zewnątrz.

Nowe buty. I kolejne, bo przecena.
Książka o samorozwoju. Nowy kwiat.
Nowe dżinsy znanej marki, które w mig
zaplamiłam sokiem z buraków.

I z każdym „nowym” towarzyszy mi wciąż
te same uczucie – to na nic.

Nie dodasz sobie piękna,
nie odejmiesz tego, czego nie lubisz.

Z każdym „nowym” czuję się wciąż tak samo
– niedoskonała. Tak cholernie niedoskonała.
Jakby niedoskonałość wrosła między palce
niczym błona lub dodatkowy, zgrubiały naskórek.

Patrzę na mijanych ludzi, którzy wciąż to robią.
Lubią? Muszą? A może niepotrzebnie oceniam?

Otaczają się ładnymi przedmiotami,
na nogach Vansy, na klatce Adidas,
na głowie Big Star, w kieszeni Apple.

A ja od zawsze – w rzeczach drugiej kategorii,
z odzysku,second handów, odkupione meble
z rysami, garnek bez ucha i wyszczerbiony kubek.

Nagle dostałam okazję trochę zaszaleć,
bo mogłam, pierwszy raz od lat.

O dziwo, pustka wciąż pozostała pustką,
na drugie imię wciąż mam Smutek.
Radość z zakupów? Ani przez chwilę.
Wręcz przeciwnie, kontrast stał się silniejszy.
Nikomu to przecież nie pomogło, nikogo nie wsparło.

Nie jestem ani piękniejsza,
bo całe piękno mam w zielonych oczach;

Nie stałam się fajniejsza, bo fajna jestem z
powodu zabawnego rozproszenia – ot taka
mentalność ludzi o charakterze Wiatru.

Samotność.
Smutek.
Niedoskonałość.

Jeśli w tym momencie zastanawiasz się,
czy wszystko jest ze mną ok, to odpowiadam:
Oczywiście, że tak. Powyższe uczucia towarzyszą mi
od dzieciństwa. To chyba cecha wrażliwców
i tych którzy wciąż szukają odpowiedzi „po co”.

Po co jestem?
Po co żyjemy?
Po co świat?
Po co mi to?

Intensywnie doświadczam porażek,
odrzuceń, samotności i smutku.

Ale tak samo intensywnie kocham,
skaczę z radości i śmieję się wniebogłosy.
Właśnie tuż obok tych drugich emocji.
Ot wieczna przeplatanka.

Czasem jeszcze zdarza mi się dzwonić
do mojego byłego chłopaka, który zna te
przeplatane stany kobiety-wiatr jak nikt.

„Czy czujesz się jeszcze czasem najgorszym
człowiekiem na świecie?” -pytam przez telefon.

W odpowiedzi słyszę: „Czy zrobiłaś dziś dla kogoś
coś dobrego? Pomogłaś komuś? Byłaś pożyteczna?”.

I to jest to.
„Dziękuję”, odpowiadam
bo otrzymałam wszystko.

To chyba nasza odwieczna cecha
– wysoko wrażliwych, analitycznych typów.
Wątpimy w siebie, bo czujemy się inni.

Czasem patrzę w lustro
i zastanawiam się, czy aby przypadkiem nie jestem zła.
Trochę jak zbrodniarz, który po latach
wciąż czuje krew na dłoniach, której zmyć się nie da.

Czy to tylko moje?
Czy może jest to wpisane w naszą ludzką naturę?
Czy ta szklanka zawsze będzie pusta?

Spotkałam ostatnio fascynującą, młodą kobietę,
Nie ma jeszcze 20 lat, a całe jej ciało pokrywają
setki tatuaży. Wygląda pięknie, ale fascynacja
pokrywania skóry tatuażem, który zostanie do
końca życia, jest co najmniej zastanawiający.

„Niedługo robię kolejny”, powiedziała.
„Cieszysz się? Zdarza ci się jeszcze po takiej
ilości czuć fascynację? – zapytałam.

Jej odpowiedź mnie zdumiała
i momentalnie zmieniła perspektywę.

„Robię, bo muszę”.

Nie dodała nic więcej,
ale zrozumiałam.
Poczułam.

W tej jednej chwili mogłam
tylko spojrzeć na nią z bezgraniczną czułością
i objąć ją całym sercem i życzliwym współczuciem.

Wszyscy to znamy.
I wszyscy od niego uciekamy,
podczas gdy nie ma dokąd uciec.

Ból.

Świadomość niejednoznaczności
bycia człowiekiem. Świadomość
przemijalności. Bezzasadności.

Samotności danej nam z faktu urodzenia
się jako istota ludzka.

I piękno.

Może są od siebie nieoddzielne?
Jak tatuaż. Każda imponujących rozmiarów
sztuka na skórze wymaga poświęcenia
i wytrzymania bólu.

A im bardziej się rozluźniasz,
tym ból staje się zwykłym
doświadczeniem. Po prostu jest.

„Wszystko, co mam i z czego korzystam
Jest jak ulotna wizja ze snu.
Znika w krainie pamięci,
A znikając, nigdy więcej nie będzie widziana”.

Szantideva