Opowieść o chudym króliczku

rabbit-on-a-lawn


Był sobie raz mały króliczek o imieniu Bonifacy. Chudziutki i mniejszy od rówieśników.
Mieszkał z mamą, tatą i licznym rodzeństwem w małej króliczej norze.
Bonifacy rzadko opuszczał dom z powodu obaw i wybujałych lęków, które hamowały jego ciekawość świata. W króliczej norze było ciepło, niekiedy duszno ale znajomo. Nie było złych tygrysów ani bezwzględnych myśliwych, o których opowiadała synowi królicza mama.

Jego dni niczym się od siebie nie różniły- posiłki trzy razy dziennie, dwa krótkie spacery na bezpieczną odległość trzech drzew, codzienna toaleta i rozmowy z rodziną. Króliczek mało mówił; przywykł słuchać licznych opowieści dzielniejszego rodzeństwa, które opuszczało dom w poszukiwaniu przygód i smacznego pożywienia. Jego bracia byli sporych rozmiarów osobnikami- puchatymi i głośnymi, wyglądającymi niemal jak bohaterowie grubych książek.

-Na polu, za którym co wieczór zachodzi słońce mieszka Pan Mysz. Śmieszny to jegomość, który dużo mówi i szybko biega między liśćmi olbrzymiej sałaty- opowiadał pewnego wieczoru najstarszy brat. – A musicie też wiedzieć, że sałata jest doprawdy niezwykła bo syci na wiele długich godzin.
Chciałbym kiedyś ją skosztować– wtrącił nieśmiało Bonifacy- i poznać szybkiego Pana Myszę.- Rodzina w jednej chwili spojrzała na autora wypowiedzi,a w ich oczach tliło się politowanie dla tej chudej i kruchej istoty.
-Kochany mój– rzekła mama- Z twoją posturą i nikłymi siłami nie przebrnąłbyś nawet połowy drogi do wspomnianego pola sałaty. Byłbyś łatwym łupem dla myśliwych.

Bonifacy zamilkł i skulił się w sobie. Było mu wstyd. Marzył o podróżach, ale rodzina powtarzała, że jest za drobny na dalekie wyprawy. Poza tym jest zbyt cichy i spokojny, a żeby ruszyć w świat na spotkanie przygód trzeba mieć dużo werwy i siły przebicia.
-Musisz się najpierw zmienić– powtarzała mama- jeść więcej, głośniej mówić i częściej się uśmiechać.

I tak Bonifacy z silnym postanowieniem bycia takim, jakim rodzina chciała go widzieć, został w króliczej norze przez kolejne lata. Jadł na siłę, uczył się mówić więcej i głośniej, lecz efektów nie było widać. Wręcz przeciwnie. Im częściej rodzina mówiła Bonifacemu jaki powinien być, tym bardziej milknął i zamykał się w sobie. Sytuacje, gdy zmuszał się do tłustego jedzenia i czczej paplaniny jeszcze bardziej oddalały go od siebie samego. Nie był taki jak rodzeństwo, nie był też sobą. Nie był kimkolwiek. Bał się więcej i przestał lubić mamę, tatę, braci a najbardziej siebie.

Pewnego ranka, kiedy złość, smutek i zniechęcenie całkowicie opanowały jego małą główkę, postanowił wyjść z króliczej nory na odległość większą niż trzy najbliższe drzewa. „Niech mnie w końcu pożre tygrys i będzie święty spokój”, pomyślał w złości.

I tak kiedy wszyscy jeszcze słodko spali, Bonifacy opuścił stare włości, lękliwie stąpając po nieznanej ziemi. Co chwilę nasłuchiwał odgłosu kroków tygrysa lub myśliwego, ale ku swemu zdziwieniu słyszał tylko budzące się ze snu ptaki. Nie poszedł w stronę pola z sałatą, poszedł w przeciwnym kierunku, będąc jednocześnie głęboko przekonanym o nadchodzącym nieszczęściu. Uczucie zaczęło się pogłębiać, kiedy zza drzew zaczął dostrzegać intensywne, przerażające światło. „Myśliwi?” . Pomyślał ze zgrozą w zlęknionym sercu. Zatrzymał się, zamknął oczy i czekał. Czekał na strzał. Na huk. Na ogień, który przeszyje jego chude ciało. Czekał na to, że mama miała rację. Czekał. I czekał. I czekał aż blask zaczął być nieznośnie intensywny; nie towarzyszył mu jednak żaden hałas. Króliczek otworzył oczy. Ku swemu zdumieniu ujrzał pierwszy w swoim życiu wschód słońca. Piękny, nie dający się opisać w słowach. Lepszy od wszystkich wcześniejszych wyobrażeń na temat piękna mieszkającego poza króliczą norą. „A więc to jest życie” , pomyślał, po czym zaczął iść w kierunku słońca.

Nigdy już nie powrócił do króliczej, ciasnej norki. Nauczył się żyć po swojemu, akceptując siebie takiego, jakim był naprawdę. Chudym, spokojnym i małomównym króliczkiem, który chętnie słucha cudzych opowieści lecz własne chowa głęboko w sercu. Nikt z jego rodziny potem o nim nie słyszał. Może zjadł go tygrys? A może zwiedził cały świat? Może znalazł własną norkę, lub poszedł tam, gdzie nie chadza żaden puchaty królik?

Króliczą mamę martwiła niewiedza, co stało się z jej małym synkiem.
Chciałaby móc powiedzieć: „A nie mówiłam, że źle to się skończy?”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s