Archiwa tagu: relaks

Happy birthday! Happy new life!

Czasem życie przesyła nam prezenty. Niespodziewane, miłe i podnoszące na duchu. Takie, które wydają się być idealne na obecny moment zwątpienia w drogę, którą idziemy. Bo przecież nic istotnego się nie dzieje…

Bridget-Jones-Diary


Zacznę kolokwialnie- przedwczoraj stuknęła mi trzydziestka . A musicie wiedzieć, że dla mnie urodziny i sylwester to dwa najgorsze dni w roku. Czas łez, bo gorzkich podsumowań, zakańczania czegoś i rozczarowań, że przecież miało być inaczej. Miałam być sławna, bogata i zapisać się w historii świata jako ta, co odkryła lek na raka. Lub chociaż spełniła jedno z innych równie dziecinnych marzeń. A tu znów kiszka i nerwowo pulsujące pytanie: co osiągnęłaś przez kolejny rok?

Niestety wybujały krytycyzm względem siebie nie pozwalał mi nigdy dojrzeć, że tego ważnego dnia dzieje się coś niesamowitego. Że żyję. Że są w tym dniu ze mną ważne i kochające osoby. Że jakkolwiek jest, to mam się dobrze. Utrzymuję się samodzielnie, mam gdzie mieszkać, mam kogo kochać a w lodówce zawsze znajdzie się coś prócz lodu i światła.

Wdzięczność.
Melodyjne słowo, pieszczące ucho, o którym trudno pamiętać. Bo przecież łatwiej narzekać.
Zwalamy na Polskę, na polityków, na deszcz i zarobki. Dzień po dniu narzekamy coraz intensywniej i żarliwiej, aż stajemy się kwaśną miną i czarną, burzową chmurą gotową wybuchnąć na powolną obsługę w sklepie i kiepski system edukacji.

A tymczasem wdzięczność, z tego co mamy jest najlepszym remedium.
Na smutek.
Rozczarowanie.
Tęsknotę.
Wyobcowanie.

Dzień, który dotychczas był najgorszym z moich dni, zamienił się w prawdziwe święto. Nie z powodu prezentów, nie z ilości wiadomości zostawionych w formie smsów, lecz z faktu podjęcia decyzji: TO BĘDZIE DOBRY DZIEŃ. Nie miałam wielkiego przyjęcia, prawdę mówiąc nie miałam żadnego przyjęcia. Miałam święto z samą sobą, skromne, choć wielkie, bo pełne ciepłych uczuć.

Zaopiekowałam się sobą, zabrałam na randkę, byłam dla siebie szczodra. Bo wierzę, że dawanie sobie wszystkiego, co najlepsze nie jest przejawem egoizmu, wręcz przeciwnie. Jest bazą, na której rośnie wszelki altruizm i wdzięczność dla życia.

I wiecie co?
Kolejnego dnia po moich trzydziestych urodzinach świat obdarował mnie naprawdę niesamowitymi prezentami, których nie mogłam się spodziewać. Dostałam wszystko to, czego jak sądziłam zawsze mi brakowało. Musiałam to dostać, bo dzień wcześniej pozwoliłam oczekiwaniom opuścić zbyt analityczną głowę. Im mniej chcemy, tym więcej jest w nas bogactwa.

Wdzięczność ma niesamowitą moc.Wdzięczność jest mądrością doświadczenia. Szkoda by było, byśmy nauczyli się tego na strość. Mędrcem można być w każdym wieku. Spokojnym, radosnym, akceptującym. Doceniając to, jak jest, otwieramy ramiona na to, co nadejdzie.
Bo chyba tak działa mechanizm brzemiennej przestrzeni. Uśmiechając się do świata wciskamy przycisk „move on” i wprawiamy w ruch energetyczną maszynerię czasu i przestrzeni. Odtąd wszystko, co spotkamy będzie właściwe i potrzebne a prezenty będą się pojawiać w najmniej oczekiwanych chwilach, czego Wam i sobie życzę.


Zdjęcie: kadr z filmu Bridget Jones Diary, www.andpop.com 

Tysiąc zachwytów jednego dnia

Narzekamy zamiast doceniać to, co jest dostępne tu i teraz, w chwili obecnej. Niedostrzeganie piękna wokół, odziera nas ze szczęścia i poczucia zwykłej ludzkiej satysfakcji. Ale jak tu się zachwycać skoro do pracy trzeba wstać o 5.30., za oknem pada deszcz a starsza kobieta w ciasnym tramwaju włożyła Ci parasol w żebra?

women-214792_640


Bywają takie dni, jak w powyższym opisie, a jakże! Zdarzają się niekiedy z irytującą powtarzalnością. Czy to oznacza, że jesteśmy pechowcami a świat nas nie lubi? Ależ skąd. Deszcz, parasolka w żebrach czy zaspanie po bezsennej nocy przytrafiają się każdemu, tyle że nie każdy skupia 100% uwagi na niemiłych aspektach życia. Bo po co się w nich utwierdzać i przyciągać nowe, wiecznie rozpamiętując i narzekając „masz ci los, o ja nieszczęsny!”?

Przez ostatnie dni miałam urlop. Tak- należę do tych szczęśliwców, którym zostało sporo płatnego urlopu do wykorzystania do końca roku. Jako, że jestem miłośniczką natury, codziennie po śniadaniu wychodziłam na kilkugodzinny spacer nad morze i do lasu. Każdego dnia, mniej więcej o tej samej godzinie mijałam na parkowej ławce kobietę, nie robiącą niczego szczególnego. Po prostu zawsze siedziała uśmiechając się do ludzi. Obserwowała i słuchała. Na moje około była po 80-stce. Zawsze elegancko ubrana, w długą spódnicę i karmelowy cienki płaszcz, na nosie miała wielkie, ciemne okulary. Nigdy nie była niczym zajęta. Siedziała na ławce bez żadnej książki czy telefonu i wydawało mi się, że robi to celowo, nastawia się na bycie, na wdzięczność za to jak jest, dostrzegając piękno we wszystkim co się pojawia- w drugim przechodniu, w radośnie biegających psach spuszczonych nagle ze smyczy, w promykach słońca przedostających się między kolorowymi liśćmi klonów. Tak. Ta kobieta zdecydowanie wiedziała, co to zachwyt. I wierzcie mi lub nie, ale wyglądała na szczęśliwą. W tak prosty i oczywisty sposób.

I tu stawiam pytanie do Was i sobie samej- kiedy ostatni raz zachwyciliśmy się drobną rzeczą? Rzeczą tak oczywistą jak słońce, bezchmurne niebo czy wolne popołudnie? Problem w tym, że trudno jest zachwycać się i dziękować za to, co wydaje się oczywiste. A przecież dostrzeganie małych radości budzi serce do życia i napełnia je wdzięcznością. To działa jak efekt domina. Gdy zaczynamy narzekać, umysł skupia się na negatywnych aspektach rzeczywistości, zakłada ciemne okulary i widzi tylko to, co złe. Tak go zaprogramowaliśmy- działa nawykowo.

Lecz, gdy zobaczymy to co dobre, choćby i w małym zaczerwienionym liściu na drzewie, łatwiej będzie się cieszyć kolejnymi małymi rzeczami- tym co jest, bez zbędnych oczekiwań, że przecież coś nam się należy.

Świat może działać na naszą korzyść lub szkodę. Jedno lub drugie nie jest jego kaprysem, ale naszym wyborem. A każdy wybór pachnie potężną wyzwalającą wolnością.
Byłam dziś na długim spacerze i przytulałam się do Drzew.
A Ty? Kiedy pójdziesz na spacer?


Zdjęcie: pixabay.com

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com

Opowieść o chudym króliczku

rabbit-on-a-lawn


Był sobie raz mały króliczek o imieniu Bonifacy. Chudziutki i mniejszy od rówieśników.
Mieszkał z mamą, tatą i licznym rodzeństwem w małej króliczej norze.
Bonifacy rzadko opuszczał dom z powodu obaw i wybujałych lęków, które hamowały jego ciekawość świata. W króliczej norze było ciepło, niekiedy duszno ale znajomo. Nie było złych tygrysów ani bezwzględnych myśliwych, o których opowiadała synowi królicza mama.

Jego dni niczym się od siebie nie różniły- posiłki trzy razy dziennie, dwa krótkie spacery na bezpieczną odległość trzech drzew, codzienna toaleta i rozmowy z rodziną. Króliczek mało mówił; przywykł słuchać licznych opowieści dzielniejszego rodzeństwa, które opuszczało dom w poszukiwaniu przygód i smacznego pożywienia. Jego bracia byli sporych rozmiarów osobnikami- puchatymi i głośnymi, wyglądającymi niemal jak bohaterowie grubych książek.

-Na polu, za którym co wieczór zachodzi słońce mieszka Pan Mysz. Śmieszny to jegomość, który dużo mówi i szybko biega między liśćmi olbrzymiej sałaty- opowiadał pewnego wieczoru najstarszy brat. – A musicie też wiedzieć, że sałata jest doprawdy niezwykła bo syci na wiele długich godzin.
Chciałbym kiedyś ją skosztować– wtrącił nieśmiało Bonifacy- i poznać szybkiego Pana Myszę.- Rodzina w jednej chwili spojrzała na autora wypowiedzi,a w ich oczach tliło się politowanie dla tej chudej i kruchej istoty.
-Kochany mój– rzekła mama- Z twoją posturą i nikłymi siłami nie przebrnąłbyś nawet połowy drogi do wspomnianego pola sałaty. Byłbyś łatwym łupem dla myśliwych.

Bonifacy zamilkł i skulił się w sobie. Było mu wstyd. Marzył o podróżach, ale rodzina powtarzała, że jest za drobny na dalekie wyprawy. Poza tym jest zbyt cichy i spokojny, a żeby ruszyć w świat na spotkanie przygód trzeba mieć dużo werwy i siły przebicia.
-Musisz się najpierw zmienić– powtarzała mama- jeść więcej, głośniej mówić i częściej się uśmiechać.

I tak Bonifacy z silnym postanowieniem bycia takim, jakim rodzina chciała go widzieć, został w króliczej norze przez kolejne lata. Jadł na siłę, uczył się mówić więcej i głośniej, lecz efektów nie było widać. Wręcz przeciwnie. Im częściej rodzina mówiła Bonifacemu jaki powinien być, tym bardziej milknął i zamykał się w sobie. Sytuacje, gdy zmuszał się do tłustego jedzenia i czczej paplaniny jeszcze bardziej oddalały go od siebie samego. Nie był taki jak rodzeństwo, nie był też sobą. Nie był kimkolwiek. Bał się więcej i przestał lubić mamę, tatę, braci a najbardziej siebie.

Pewnego ranka, kiedy złość, smutek i zniechęcenie całkowicie opanowały jego małą główkę, postanowił wyjść z króliczej nory na odległość większą niż trzy najbliższe drzewa. „Niech mnie w końcu pożre tygrys i będzie święty spokój”, pomyślał w złości.

I tak kiedy wszyscy jeszcze słodko spali, Bonifacy opuścił stare włości, lękliwie stąpając po nieznanej ziemi. Co chwilę nasłuchiwał odgłosu kroków tygrysa lub myśliwego, ale ku swemu zdziwieniu słyszał tylko budzące się ze snu ptaki. Nie poszedł w stronę pola z sałatą, poszedł w przeciwnym kierunku, będąc jednocześnie głęboko przekonanym o nadchodzącym nieszczęściu. Uczucie zaczęło się pogłębiać, kiedy zza drzew zaczął dostrzegać intensywne, przerażające światło. „Myśliwi?” . Pomyślał ze zgrozą w zlęknionym sercu. Zatrzymał się, zamknął oczy i czekał. Czekał na strzał. Na huk. Na ogień, który przeszyje jego chude ciało. Czekał na to, że mama miała rację. Czekał. I czekał. I czekał aż blask zaczął być nieznośnie intensywny; nie towarzyszył mu jednak żaden hałas. Króliczek otworzył oczy. Ku swemu zdumieniu ujrzał pierwszy w swoim życiu wschód słońca. Piękny, nie dający się opisać w słowach. Lepszy od wszystkich wcześniejszych wyobrażeń na temat piękna mieszkającego poza króliczą norą. „A więc to jest życie” , pomyślał, po czym zaczął iść w kierunku słońca.

Nigdy już nie powrócił do króliczej, ciasnej norki. Nauczył się żyć po swojemu, akceptując siebie takiego, jakim był naprawdę. Chudym, spokojnym i małomównym króliczkiem, który chętnie słucha cudzych opowieści lecz własne chowa głęboko w sercu. Nikt z jego rodziny potem o nim nie słyszał. Może zjadł go tygrys? A może zwiedził cały świat? Może znalazł własną norkę, lub poszedł tam, gdzie nie chadza żaden puchaty królik?

Króliczą mamę martwiła niewiedza, co stało się z jej małym synkiem.
Chciałaby móc powiedzieć: „A nie mówiłam, że źle to się skończy?”.

Do góry nogami

Szczęście. Najbardziej deficytowy produkt na świecie, którego nie można kupić za pieniądze. Dla każdego będzie czymś innym, w zależności od warunków w których żyje, priorytetów i właściwości w umyśle. Ludzie silni psychicznie mają największą szansę stać się szczęśliwymi z jednego prostego powodu: dokonują takiego wyboru. 

happiness-wallpapers_34664_1920x1200


Definicja szczęścia

Chyba nikogo z Was nie muszę przekonywać, że szczęście nie mieszka w pieniądzach, pięknym, nowoczesnym mieszkaniu czy szybkim samochodzie. Nie zaszyło się w drewnianej chacie w wysokich górach ani w błyszczącej satynowej sukience na wyprzedaży. Szczęście to nasz osobisty wybór. Można je odczuwać w „chudych” czasach, podczas duszącego kaszlu i mrozu, który ścina policzki gdy czekamy na opóźniony autobus.

Za poczucie szczęścia mogą odpowiadać geny.Jeżeli mamy dwójkę radosnych rodziców, jest większe prawdopodobieństwo, że my też będziemy mieli podobne właściwości postrzegania szklanki do połowy pełnej. Jeżeli tylko jeden rodzic jest taki, prawdopodobieństwo maleje, choć wciąż jest obecne. Nie ulega jednak wątpliwości, że im bardziej gonimy króliczka, tym bardziej on wymyka się nam z rąk. Na tym polega ludzki dramat- gonimy za czymś co jest już w nas obecne, co może być naszym wyborem i mocnym postanowieniem. Tylko ten wygra, kto będzie pomnażał radość poprzez dzielenie się, a przykrości potraktuje jako cenne lekcje, z których wyniesie odpowiednie wnioski.

Optymiści kontra pesymiści

Pamiętacie dowcip o dwóch braciach, którzy mięli dostać na gwiazdkę kucyka? Jeden z nich był niepoprawnym optymistą, drugi wręcz przeciwnie, bał się wszystkiego i ciągle narzekał. Rodziców stać było tylko na jednego kuca, kupili go więc pesymiście; drugiemu zaś wyłożyli cały pokój w końskim łajnie. Pod wieczór, poszli zobaczyć jak ich dzieci się mają. Gdy weszli do pokoju pesymisty,ujrzeli syna skulonego w kącie, zalewającego się łzami.
-Czemu płaczesz synu? Przecież tak jak prosiłeś, dostałeś kucyka.
-Płaczę, bo kucyk pewnie niedługo umrze. Kucyki nie żyją długo, to straszne– i znów zalał się łzami.
Rodzice zamknęli drzwi i poszli do pokoju drugiego syna. Otworzyli drzwi, skąd buchnął nieprzyjemny fetor i zobaczyli uśmiechniętego syna, odgarniającego łopatą końskie łajno. Zdziwieni zapytali:
-Co robisz synu?
-Szukam konika! Tyle dobrych znaków! Na pewno gdzieś tu jest konik!

I na tym polega szczęście- na byciu niepoprawnym optymistą, na wyciąganiu wniosków z trudnych lekcji i nieprzerwanym truchcie we własnym kierunku mimo nieprzyjemnych wiatrów, które przecież uczą nas większej wytrwałości niż flauta.

Własna droga

Żeby było śmieszniej, rzeczy i zjawiska za którymi gonimy często odciągają nas od sedna szczęścia. Wręcz stają się naszymi katami i oprawcami poczucia radości. Szukamy pracy,a gdy ją znajdujemy, żyjemy w stresie, duże pieniądze napełniają nas gorączką pożądania, a podczas wymarzonej wycieczki śmiertelnie się nudzimy, marudząc że nie tak miało być. Ja w zeszłym roku goniłam za pracą, a gdy już dostałam dobrą i dobrze płatną, pojawiły się nowe rzeczy o które musiałam się martwić: target do zrealizowania, zadowolenie przełożonych i przedłużenie umowy zawartej na czas określony. Dopiero przez ostatnie dwa tygodnie urlopu, poczułam się autentycznie szczęśliwa. Odprężona, wyciszona, zalewając się łzami ze śmiechu, robiąc to co lubię i spędzając czas z tymi, których kocham. Więc po co cała ta gonitwa? Czy życie nie mogłoby być proste na co dzień? Niemieckie przysłowie mówi: „kupuj, zbuduj dom, zapłać podatki i umrzyj”. Czy jest zatem możliwe wydostanie się z matni? A jeśli w tych trudnych czasach konsumpcji, nie istnieje inne wyjście niż dołączenie do gromady wesołych gadżeciarzy, pracusiów i karierowiczów? To pozostaje jedynie bycie sobą pośród nich nawet jeśli będzie to oznaczać bycie przysłowiową czarną owcą. Załóż więc starą koszulę, zamiast wina wysącz zbyt głośno gazowaną yerbę, połóż się na plecach i popatrz w gwiazdy. A gdy któraś spadnie, życz wszystkim nieprzemijającego szczęścia.


Zdjęcie: vividlife.me
Film: kilka ujęć z filmu „Into the wild” (reż. Sean Penn)

Jak „ugryźć” dołek?

CAM00877[1]

Powoli kończy się lato; słońce rzadziej przypieka policzki a deszcz z melancholijną radością stuka o szyby. Zbliża się jesień. Czas zimnych wiatrów, mokrych brązowych liści w szarobrudnych kałużach, czas nieznośnego zmęczenia i chandry. Czy zawsze musi tak być?


Nie oszukujmy się. Jesień jest tylko pretekstem by dać sobie upust. To dobry czas by zwolnić, pomyśleć i schować się pod ciepłym kocem z książką. Już teraz, przy końcu sierpnia zaczynamy odczuwać w kościach zmiany w pogodzie. Dłużej śpimy, wychodzimy rzadziej i jemy dużo truffli- zdecydowanie więcej niżeli byłoby to wskazane. Aha i jeszcze jedno- rzadziej piszemy na blogach…

Dołki. Chandry. Smutki. Nazwa uczuć jest nieistotna. Większość z was wie o czym mówię. Pojawiają się znikąd, opanowują całą głowę, zakopują nas pod kocem zabraniając jakichkolwiek konstruktywnych działań. Po znajomych blogerach widzę, że nie tylko ja miałam chwilowy spadek formy. Regularnie śledzę poczynania paru pisarzy- amatorów i wiem, że oni również padli ofiarą kryzysu. Nie mówili mi, nie dzwonili ani nie zamieszczali takiegoż komunikatu publicznego. Ale wiedz, że ponad tygodniowa przerwa w postach świadczy o jednym- bloger ma depresję. Co należy zrobić? A no nic. Pozostawić blogera w spokoju lub zamieścić w komentarzu słowa otuchy ( jestem z tobą; masz wielki talent; nie łam się, etc.).

CAM00875[1]

A tak na serio. Co robić, gdy przychodzi dołek? Po pierwsze: dołek też człowiek, potrzebuje spokoju. Zauważ i sięgnij pamięcią w przeszłość- czy nadmierne zajmowanie się tym uczuciem kiedykolwiek przyniosło ci dobre rezultaty? Bo u mnie efekt zawsze był  odwrotny. Nieustanne myślenie o tym że brakuje mi radości i że mam mniej sił niż zwykle i że w ogóle cały świat jest przeciw mnie, wzmacniał uczucie niepokoju i oddzielenia. Chandra zwykle pojawia się w momencie, kiedy o sobie zapomniałeś, kiedy przestałeś się sobą opiekować i gdy dałeś światu wejść sobie na głowę. Pojawia się wtedy, gdy żyjesz wbrew swym najwierniejszym zasadom; jest obroną wewnętrznego systemu; sprzeciwem na zaniedbanie głębokich potrzeb takich jak potrzeba akceptacji, spokoju, samotności, bliskości, ciepła czy nawet relaksu.

Zrób sobie gorący napój. Niech to będzie kakao, jakie robiła ci mama w niedzielny poranek, gdy miałeś sześć lat. Poleż, wypocznij, poczytaj, pójdź na rower, pobiegaj, porozmawiaj ze sobą i mocno się przytul. Zrób sobie taki dzień lub dwa. A gdy da ci to dużo frajdy, powtarzaj i zrób z tego nawyk. W miejskiej gonitwie pamiętamy o wszystkim lecz nie o samych sobie. Oddychamy za szybko, jemy byle jak, śpimy za mało, więc pewnego dnia przychodzi kryzys, w postaci chorego ja- małego dziecka które pragnie trochę uwagi. Zrób mu więc pić, otul je kocem i niczym się nie martw. Masz prawo mieć wolne. Od pracy, od świata i od wszystkich muszę. Nikt od tego nie zginie, prócz chandry która rozpłynie się, gdy będziesz wolny od wszelkiego strachu i dramatów.

Wyprzedaż dla introwertyków

CAM00850[1]

Wyprzedaże. Latem, całe ich mnóstwo. Wabiące umysł napisy, Sale -70% przyciągają pożądliwych przechodniów, by ci zostawili w sklepie pieniądze i własne dusze.


I jak się okazuje, wyprzedaże nie dotyczą tylko przemysłu odzieżowego. Są świetnym lepem również na czytelników,  spragnionych taniej i grubej książki.

Kilka dni temu, w piękną, gorącą od słońca niedzielę, udaliśmy się z partnerem na plażę, z zamiarem skosztowania witaminy D i zapicia jej morską solą. Jakież było moje zdziwienie, gdy w centrum najtłumniejszego bulwaru Gdańska, ujrzałam olbrzymi, biały namiot z napisem Wyprzedaż Książek -70%. Partner spojrzał na mnie porozumiewawczo, nie pozwalając  dojść do słowa.

-Nawet o tym nie myśl!
-Dlaczego?- Zaprotestowałam.
-Bo jak tam wejdziesz, to nici z plaży. Poza tym nie wzięliśmy pieniędzy.

Musiałam się zgodzić. Smutny fakt nieposiadania nawet kilku złotych, zmusił nas do pójścia w ślady większości turystycznej masy,na rozgrzaną od słońca złocistobrązową plażę. Hedonistyczne lenistwo jednak nie leży najwyraźniej w naszej naturze, bo po trzydziestu minutach, zapakowaliśmy się w ciuchy i czym prędzej opuściliśmy w popłochu kurort z całym jego urokiem krzyczących dzieci, starszych, siwych panów opalonych na mahoń i  disco polo grającego w tle.

Oczywiście jak zapewne się domyślacie, w drodze powrotnej wykorzystałam fakt, że partner opił się nieco wcześniej wody morskiej i nie był w stanie sprzeciwić się mojej chęci wstąpienia do intrygującego, białego namiotu. W istocie- spędziliśmy mnóstwo czasu, dreptając przy olbrzymim stosie kolorowych książek przecenionych  z 40 zł na 12 i z 30 zł na 8. Ostatecznie niczego nie kupiłam z powodu braku środków, ale kilka dni później powróciłam z portfelem wypchanym drobnymi, a jakże! I o to co zakupiłam: „Władca Pierścieni tom II” (10 zł po przecenie). Do tego kolejne fantasy –Czarnoksiężnik” (8,50 zł), czyli kontynuację cyklu „Rycerz Czarnoksiężnik” Gene Wolfe’a, autora „Księgi nowego Słońca”. Nie żeby cały namiot był wyłożony książkami fantasy. Po prostu, na to się ukierunkowałam 🙂

CAM00853[1]

 

Zaczytani

graf

Stereotyp polskiego czytelnika wygląda następująco- statystycznie rzecz ujmując czytamy mało. Na ogół do siedmiu książek rocznie. Weźmy pod uwagę też, że jest to średnia. Czyli niektórzy przeczytają jedną książkę rocznie, inni wcale.


Wniosek jest następujący- na tle czytającej Europy wypadamy kiepsko. Czym to jest spowodowane? Zbyt dużym zaangażowaniem czasu w social media, tv i gry komputerowe? A może jesteśmy po prostu bardziej wysportowani od innych narodów i więcej wysiłku wkładamy w budowanie muskulatury? A może po prostu Polacy nie lubią bibliotek pachnących PRL-em podczas gdy zarobki nie skłaniają ku wizycie w księgarni?

Ciężko jest mi się ustosunkować do statystyk, których nie przeprowadzałam i w których sama nie uczestniczyłam. W każdym razie obliczyłam, że czytam minimum dwie książki miesięcznie, czyli co najmniej dwadzieścia cztery do trzydziestu w ciągu roku (w zależności od czasu i ilości stron). Dużo czy mało? Jakkolwiek statystki by nie wyglądały ja niemal codziennie widzę czytających Polaków. W parkach, na plaży, w pracy (podczas!) i w tramwaju. O! W tramwaju zwłaszcza!

Pięć dni w tygodniu dojeżdżam do pracy tramwajem, a potem przesiadam się w autobus. Mój czas łącznie spędzany w komunikacji miejskiej wynosi ponad dwie godziny dziennie. Podczas tych paru godzin, nieustannie widzę ludzi z książkami- zatopionych w innym świecie, oddzielonych od rzeczywistości, skupionych, przejętych życiem w papierowym świecie. Co na ogół czytają pasażerowie? Zauważyłam, że największą popularnością wśród ludzi młodych (18-35 lat) cieszy się fantasy. Zwykle Pratchett i Sapkowski. Osoby w wieku 35-40 często mają nos w skandynawskich kryminałach- Lackberg i Larrson. Najstarsi, czyli 40-55 lubią wyrafinowane epopeje i głośne romanse. Często dostrzegam w tym przedziale Carlosa Luisa Zafona czy Umberto Eco.

Co ciekawe, w ostatnim przedziale wiekowym dominują kobiety, podczas, gdy osoby zaczytujące się w fantasy i science fiction to mężczyźni. Charakterystyczni. Często z nietypową fryzurą i zarośnięci. Acha, zapomniałabym jeszcze o jednej grupie czytelników poza kategorią wiekową (bo dotyczy absolutnie każdej damskiej grupy), pasjonaci „Pięćdziesięciu twarzy Graya”. Nie wiem co ludzie w tym widzą, ale gdybym miała dobierać sobie przyjaciół na podstawie lektur przez nich czytanych, to miałabym mnóstwo zarośniętych kumpli i żadnej ckliwej koleżanki zakochanej w Christianie Grayu. Dla mnie osobiście, kunsztem literackim łączącym estetykę z perwersją są dzieła Nabokova, który jednym zdaniem potrafi wzbudzić zachwyt, a za chwilę wstręt. Poza tym Nabokov lubił zmuszać ludzi do myślenia, tudzież innej gimnastyki umysłowej podczas, gdy James niekoniecznie.

Ale do meritum. Ludzie czytają. Głównie osoby młode i co tu dużo ukrywać- podróżujące, dojeżdżające. Może tak urozmaicają sobie czas spędzany podczas nudnej acz koniecznej przejażdżki, podczas gdy w domu nie wyjmują nawet książki z plecaka. Tego nie wiem, bo nie żyję ich życiem ale chcąc być optymistką wierzącą w ludzi skonkluduję, że na przekór wszelkim przekłamanym statystykom, CZYTAMY. Księgarnie rozkwitają jak grzyby po deszczu, w starych zaułkach żyją też po cichu antykwariusze zakochani w stęchliźnie papieru a czytniki Kindle są wciąż jednym z kilku najchętniej kupowanych urządzeń mobilnych.

 

Zdjęcie: banzaj.pl

 

Osobowość turysty

nieturysta

Znacie to? Chcecie się spokojnie przejść spacerem na plażę a tu nie da rady. Turyści opanowali wasz stały obszar relaksacyjny. Kopią piłki, rzucają patykami po lodach, krzyczą coś w obcym dla was języku. Może warszawskim, ciężko stwierdzić. I jak przeżyć nalot takich osobników?


Przede wszystkim wziąć kilka głębokich oddechów. Turysta też człowiek. Zje lody, poturla piłką,  pochlapie się w wodzie i wyjedzie. Jeżeli nie pracujecie w branży turystyczno-hotelarskiej i nie macie namacalnych benefitów z ludzi zjeżdżających się do waszego ukochanego miasta, to ciężko zapewne jest wam kochać to zjawisko, tak jak trudno jest kochać ulewny deszcz podczas urlopu.

Na szczęście wszystko ma swój kres. Z nastaniem września plaże pustoszeją, chodniki i parki cichną i nagle zauważacie, że na niestrzeżonej plaży, spaniel biegający parę miesięcy temu za piłką, wciąż biega. I pewnie zawsze biegał, tylko ginął w tłumie kolorowej młodzieży lub może szukał wiatru tam, gdzie piasek nie widział stóp turysty.

Nigdy nie byłam stałym bywalcem plaż, ale latem bywam wyjątkowo rzadko, co by po prostu nie zwariować jak ćma nieudolnie próbująca wydostać się z gorącego klosza małej lampy. W takie chwile rozumiem, dlaczego otwarte, liberalne kraje nie lubią imigrantów. Bo ludzie cenią szacunek wyrażany przez obcych, do tego co zbudowali potocznie zwani tubylcy. Jestem solidarna z tubylcami kochającymi spokój jak i otwarta wobec tego co nieuniknione, zwłaszcza gdy mieszka się nad samym morzem.

Ja sama w końcu też nie raz bywałam turystą lecz na szczęście moim jedynym złamaniem dobrych obyczajów, było nieustanne pytanie o drogę na każdym skrzyżowaniu. Wszak nie każdy ma zmysł przestrzenny lub topograficzny. Swoją drogą często mam wrażenie, że autorzy map i przewodników nie przewidzieli opcji dla zaburzonych przestrzennie. I tu mój apel, drodzy autorzy powiększcie skalę, narysujcie strzałki z opisem jak z punktu A trafić do punktu B. I kolejno, C, D,E,F i tak dalej. W końcu nie będę uprzykrzać życia innym mieszkańcom, kiedy to mi przypadnie niewątpliwa przyjemność najechania jakiegoś pięknego świata w charakterze turysty.

 

Obrazek: http://www.wgorach.art.pl

Moc dystansu

wioska

Czasem niewiele trzeba aby zobaczyć życie na nowo. Niekiedy wystarczy zostawić wszystko za sobą, przestać biec lub spuścić z tonu. Dystans umożliwia zobaczenie rzeczywistości takiej jaka jest, bez nadawania jej zbędnych kolorów.


Dlatego warto czasem wyjechać, zmienić otoczenie, pobyć z kimś innym, lub po prostu pobyć z samym sobą. Nic tak nie napełnia umysłu dobrymi wrażeniami jak krótki wyjazd, choćby weekendowy. Wspaniałe w naszej Polskiej Krainie jest to, że w ramach kościelnych świąt, dostajemy w gratisie wolne od pracy. A o wyznanie nikt nas na szczęście nie pyta. Gdyby pytali i na tej zasadzie przyznawali dni wolne, ateiści byliby najciężej pracującymi obywatelami.

Zmieniając atmosferę, porzucamy utarte nawyki myślowe i otwieramy się na doświadczanie. Słuchanie. Poznawanie. Nawet, jeśli jest to miejsce do którego powracamy stale, już od wielu lat.
Dla mnie najtańszym i najprostszym sposobem na oddech jest wyjazd na wieś do rodzinnego domu. To jak wyłączanie stopera i życie w zgodzie ze starym, przedwojennym zegarem, w którym zastygają w bezruchu wskazówki na szklanej tarczy. Kilka dni spędzonych w małej, nadwiślańskiej wsi uspokaja wiecznie zapracowany umysł; oddech zwalnia, rytm serca dostosowywuje się do prowincjonalnego ruchu mieszkańców a oczy zaczynają widzieć- nie tylko patrzeć.

Kilkukilometrowa wycieczka po polnych drogach, starym kremowym holendrem jest wówczas najlepszą z rozrywek, podobnie jak wyjście po mleko do małego sklepu, w którym kolejka zawija do skrzypiących, nigdy nienaoliwionych drzwi. A kolejka jest istnym sprawdzianem cierpliwości. W takim miejscu nie przeszkadza ani stara kasa fiskalna ani powolna, sprzedająca pani w białym, PRL-owskim fartuchu. Wręcz przeciwnie. Dzieciństwo zamknięte w fantazyjnych obrazkach, zaczyna ożywać z pełną mocą, gdy widzię, że na wsi w której dorastałam, niewiele się zmieniło. Dla mnie, mieszkanie tu było zaledwie poczekalnią, a dla innych jest to cała historia życia z osobliwymi anegdotami, niczym z „Opowieści Galicyjskich” Stasiuka. 

Nie bez powodu wielcy medytujący udawali się na odosobnienia. Zaszywali się w gęstych lasach, chowali w jaskiniach. Kiedy pozbywasz się wygód i odcinasz od tego co znasz na codzień, wyostrasz zmysły i przecinasz stare schematy myślowe. Zaczynasz żyć a przestajesz szukać jego sensu, wiedząc, że żadne poszukiwania nikogo nie doprowadziły do rychłego celu. Dopiero porzucenie pragnień i zmagań pozwala osiągnąć cel.

„Nie ma drogi do szczęścia. To droga jest szczęściem”.