Archiwa tagu: poczucie własnej wartości

Nie słodź mi, Kochanie

CAM00813


Uwielbiam Kasię Miller.
Jej książki wyleczyły mnie z wielu toksycznych pomysłów.
Na przykład z pomysłu, że kobieta może być szczęśliwa tylko wtedy, kiedy jest w związku.

I w ogóle z koncepcji, że kobieta MUSI mieć mężczyznę.
Bo nie musi. Choć fajnie jak ma.

Nie dlatego, że tak trzeba.
Nie po to, by udowodnić sobie, że jest coś warta.
Lecz dla miłej zabawy, satysfakcji i obopólnej radości.

Bo Kasia Miller przekonuje, że jesteśmy coś warte tylko dlatego, że JESTEŚMY.
Ze wszystkimi uczuciami, dołkami, łzami
i perwersyjnym śmiechem w publicznych miejscach.

Grube czy chude,
rude czy czarne,
płaskie czy biuściaste,
zgrabne czy koślawe.
Jesteśmy fajne!

Na pierwszy rzut oka, brzmi to jak tania psychologia
z wątpliwych poradników, prawda?
Lecz nic bardziej mylnego.

Psycholożka w swej czterdziestoletniej karierze zbudowała nie lada doświadczenie poparte przykładami klientów, którzy z jej pomocą wyszli na prostą.

Pracowała z alkoholikami,
kobietami skrzywdzonymi przez mężczyzn
prowadziła grupy wsparcia i warsztaty rozwojowe,
a także terapie indywidualne dla tych co chcą dotrzeć do własnej jaźni czerpiąc z jungowskiej psychoanalizy.

Gorąco popiera wszelką aktywność, wdzięczność i afirmację życia.
Zachęca kobiety, by były samodzielne i bezczelne.
By robiły to co, na co mają ochotę, łamiąc w ten sposób wszystkie zatęchłe, katolickie stereotypy „dobrych żon” i „cierpiętniczych matek”.

Jej książka „Bez cukru, proszę” burzy wiele mentalnych koncepcji.
Bo w niej, psycholożka odkrywa się całkowicie.

Pisze o swojej słabości do jedzenia i mężczyzn,
opisuje trudne życiowe zakręty, aborcję i próbę samobójczą,
jednocześnie zachwalając życie w całej jego prostocie.

Panią Miller można kochać lub nienawidzić.
Ona sama zdaje sobie sprawę jak różne uczucia wywołuje.
U osób skrajnych i kategorycznych nie wzbudza sympatii,
a u otwartych wyzwala lawinę miłości.

Bo czyż żywy przykład spełnionej choć jakże niedoskonałej kobiety nie jest nam najbardziej potrzebny? 

Od dziecka jesteśmy wychowywane w kulturze konsumpcyjnej, w której same często pełnimy rolę produktu:

piękne, z jedwabistym włosem,
opaloną cerą, w markowych butach,
zawsze gotowe, by mężczyzna nas pokochał i zaopiekował się nami.

I oto nagle mamy kogoś, kto przeczy wszystkim polskim stereotypom
bo udowadnia, że można być grubą, średniej urody,
pyskatą, bezdzietną i niezamężną
a jednocześnie szczęśliwą i spełnioną.

Życzę sobie i koleżankom więcej takich kobiet.
Terapeutek i terapeutów, którzy będą uczyć pacjentów zdrowego podejścia do siebie i życia.

Życia pełnego akceptacji na to, że JESTEM JAKA JESTEM.
I że to wystarczy bym siebie kochała.

A świat i inni ludzie? Nie muszą.
W pierwszej kolejności jestem dla siebie, potem dla całego świata.
Tak zaczyna się zdrowa relacja.

Kilka dni temu, gdy byłam w trakcie lektury, „Bez cukru, proszę”, pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale zobaczyć Kasię Miller u Łukasz Jakóbiaka.

Lubię jego „20 metrów kwadratowych”.
Gościem programu był już terapeuta Rutkowski,
więc może warto byłoby mu wysłać prośbę o Miller?

O swoim pomyśle wkrótce zapomniałam,
a dziś logując się na youtube, dostałam miłą niespodziankę.
Kasię Miller u Łukasza w programie!

I jak tu nie wierzyć w to, co Jung nazywał podświadomością zbiorową?
Najwyraźniej te same potrzeby i pomysły mieszkają w wielu głowach
a wspólna przestrzeń pozwala je zrealizować.

Reklamy

Mój przyjaciel, psychiatra

Co najmniej 1,5 miliona Polaków rocznie trafia do psychiatry. Większość z nich stanowią kobiety. Tak przynajmniej mówią statystyki. Ja byłam trzy razy. I trzy razy czułam, że popełniam błąd.


Nie twierdzę, że ludzie nie powinni chodzić do psychiatry, bo pewnie niektórzy powinni. Znerwicowani, schizofrenicy, z psychozą maniakalno-depresyjną, niedoszli samobójcy. Ale czasem Ci „lżejszego kalibru” chcąc nie chcąc też potkną się o psychiatrę NFZ. Tacy  jak ja. Z wypłatą poniżej średniej krajowej, których nie stać na płatną poradę.

Czy coś mi dolegało?
To, co każdemu sfrustrowanemu życiem Polakowi.
Niskie poczucie własnej wartości, kompleksy, smutek, lęk.

U pierwszego psychiatry nie było tak źle.
Odwiedziłam go, bo chciałam dostać skierowanie na terapię indywidualną.

Wie pan, w zasadzie to nic mi nie dolega. Po prostu jestem zamknięta w sobie, źle się czuję w towarzystwie większym niż trzy osoby. Jestem nieśmiała. Mam melancholijne nastroje.
-A czy pani to przeszkadza?
-Proszę?
-Czy pani przeszkadza to, że jest pani osobą nieśmiałą, która nie umie funkcjonować w dużych grupach?
-W zasadzie… to nie. Ale innym chyba przeszkadza…
-A to już nie pani problem. 

Lekarz powiedział, że nie może wystawić mi skierowania na terapię indywidualną, bo skończyły się fundusze z budżetu świadczeń NFZ. „Pula została w pełni wykorzystana”

-Ale jak tylko dostaniemy nowe środki od razu do pani zadzwonimy. O tu, w tej rubryce proszę numer telefonu zostawić. A póki co, żeby spokojniej się żyło, mogę przepisać odpowiednie leki.
-To ja już podziękuję.

Wyszłam a oni nigdy nie zadzwonili.

W międzyczasie byłam jeszcze u pewnej pani psychiatry o której wolę nie wspominać, bo nawet nie podniosła na mnie wzroku znad ciasno zapisanego planera … Ale trzeci raz przekonał mnie definitywnie, że wszelkie chęci korzystania z psychoterapii na NFZ są bezcelowe i jałowe.

Otóż za namową koleżanki zapisałam się do psychiatry w Sopocie. To była publiczna placówka z dobrą renomą. Na recepcji upewniłam się, czy aby na pewno to działa tak jak koleżanka powiedziała. Że oto idę na konsultacje psychiatryczne, psychiatra potwierdza, że tak, że terapia indywidualna wskazana i daje świstek a ja z tym świstkiem co tydzień przychodzę do zakładowego terapeuty.
-Dokładnie jak pani mówi– potwierdził uprzejmy pan na recepcji.

Więc oto idę 10 stycznia, odświętnie ubrana, z rozwichrzonym włosem. Siadam w poczekali, trzęsę się i nerwowo macham nogą, czekając na zaproszenie. Otwiera stary, gruby lekarz, twarz nieprzyjemna, jakiś taki zgorzkniały, zmęczony życiem. Mówi:

-Siada pani. Co dolega?
-W zasad
zie to nic takiego. Po prostu chciałabym zacząć chodzić na terapię, bo sobie nie radzę.
-Z czym?
-Mam niskie poczucie własnej wartości, dużo kompleksów…
-W Polsce kompleksy nie są chorobą. Proszę znaleźć sobie terapeutę prywatnie!
-Ale na recepcji zostałam poinformowana, że…
-To pani została źle poinformowana! Daję skierowanie tylko własnym pacjentom w ciężkiej depresji. Pani nie wygląda na chorą!
-Proszę pana. Jak tak można ludzi traktować? Ja byłam umówiona od miesiąca. W pracy sobie wolne specjalnie wzięłam.
-To proszę złożyć zażalenie. A jak pani chce sobie na terapię pochodzić, to znaleźć taką za pieniądze.
-Łatwo panu mówić. Ja jestem zwykły człowiek. Żyję za 1500.
-Pani w Trójmieście spokojnie terapeutę znajdzie 100 zł za godzinę. Nie widzę problemu. Żegnam i proszę wpuścić kolejną osobę.

Nie wymyśliłam tego. Tak się z Tobą obchodzą na NFZ.
I jak tu pracować z emocjami? Jak nauczyć się odrzucać złe nawyki? Jak dostrzegać powtarzalne mechanizmy destrukcyjnych zachowań? Co zrobić z lękami, niską samooceną, co zrobić ze smutkiem?

kama2

Jeżeli masz osobowość neurotyczno-melancholijną albo jesteś nadwrażliwy i nie jesteś przy tym uzależniony od alkoholu/narkotyków/jedzenia/seksu/hazardu to lecz się sam lub za pieniądze.

Bo melancholia to najwyraźniej wymysł Woodego Allena a w Polsce nie ma na to miejsca. Jaka szkoda tych wszystkich wspaniałych ludzi z potencjałem, którzy na całe życie utkną w miejscu, bo sami nie potrafią czegoś przepracować na poziomie psychologicznym. Mi siebie samej jest szkoda. Zostają mi tylko terapeutyczne książki i tysiąc rzeczy, które bardzo chciałabym zrobić, a nie zrobię. Bo ludzie, bo strach, bo melancholia.

 

Biegnąca z wilkami

Tak, wiem. Długo nie pisałam. Po raz kolejny wsiąknęłam w książkę, którą zna zapewne każda kobieta interesująca się własnym samopoznaniem i korzeniami. „Biegnąca z wilkami” zachwyca mnie za każdym razem i co typowe- podczas lektury odkrywam zawsze inne, fascynujące aspekty, których wcześniej tam nie  znajdywałam, lub je po prostu marginalizowałam. Właśnie dlatego warto do niej wracać przynajmniej raz w roku.

1920_1080_20091031105811314343


 

O czym?

„Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes jest zbiorem baśni i opowiadań oraz ich bogatą, analizą dzięki którym zapoznajemy się z archetypem Dzikiej Kobiety. A więc kobiety wolnej, twórczej, zmysłowej, takiej która kocha siebie za to, jaka jest w istocie a nie za to jaką chciałby ją widzieć partner, rodzina czy społeczeństwo. Autorka poświęciła większość życia na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety. Obserwowała kultury plemienne, kolekcjonowała historie rodzinne oraz baśnie w ich pierwotnej formie, odrzucając patriarchalne czy chrześcijańskie naleciałości.

Baśnioterapia

Dzięki jej pogłębionej analizie dostaliśmy zbiór teoretycznie znanych baśni, ale czy znanych prawdziwie? Bo jeśli usunąć z nich wszystkie powstałe przez wieki modyfikacje, interpretacje czy kulturowe zamienniki, okaże się, że nigdy wcześniej nie doszliśmy do sedna historii. Autorka natomiast pokazuje je w pełnej krasie, niczym nagą dziewczynę pełną blizn i skaz.

Baśnie i historie kobiet przekazywane z pokolenia na pokolenie udowadniają, że tęsknoty kobiecej duszy są naturalne i potrzebne. Dzięki nim poznajemy siebie od podszewki- zaczynamy szanować swoje „infantylne”, nieroztropne marzenia, chęć tworzenia, kochania, bycia w mądrym związku i zdobywania koniecznych doświadczeń. Pinkola Estes pokazuje jak kochać swoje ciało takim jakim jest. Udowadnia, że my kobiety jesteśmy niczym Matka Natura: rodzimy, wydajemy na świat, karmimy i zabieramy do grobu. Jesteśmy śmiercią i życiem jednocześnie. A wszystkie potrzeby kobiecej psychiki, włączając potrzebę odrzucenia maski grzecznej dziewczynki są niezbędne, by dojrzeć całkowicie i odnaleźć wewnętrzną harmonię.

Co rozdział, krok naprzód

Podczas lektury tego wspaniałego zbioru dojrzewamy i przechodzimy kolejne inicjacje. Jestem pewna, że każda kobieta, niezależnie od tego, czego szuka, odnajdzie to „Biegnącej z wilkami” przy odpowiednim rozdziale. Jeżeli chcesz nauczyć się mądrze kochać, zafascynuje Cię opowieść o Kobiecie-Szkielet. Jeżeli cierpisz na brak akceptacji własnego ciała (niezależnie od powodu), pokochasz historię o Kobiecie-Motyl. A jeżeli upadłaś, popełniłaś błąd lub sądzisz, że straciłaś wszystko co cenne w życiu, wtedy pomoże Ci La Loba- ta, która śpiewa nad kośćmi umarłych.

pink (2)

Jestem zdecydowanym molem książkowym i znam wiele mądrych książek, które trzeba przeczytać. Ta jednak jest czymś więcej. Jest drogą. Jest mapą kobiecej psychiki. Narzędziem, które pozwala poznać siebie od podszewki i na nowo pokochać. Dzięki niej moje życie zawsze zmienia się o pełen kąt. Zaczynam tworzyć, otwieram się na przyrodę, częściej sprawiam sobie przyjemność niż cierpienie, szanuję się, uczę się i zgłębiam czym  jest kobiecość.

Dzika kobiecość

A zawsze miałam problem ze znaczeniem tego słowa. W dzisiejszej kulturze, która pozbawia ludzi wiedzy na temat ich korzeni i autentycznych, prostych marzeń, kobiecością są buty na wysokich obcasach i makijaż na twarzy. Tymczasem ona mieszka o wiele głębiej, rośnie na żyznej glebie dzikiej, pierwotnej psychiki. To intuicyjność, zmysłowość, odwaga, kreatywność, twórczość, zabawa, głęboka mądrość a nawet niepoprawna zadziorność i walka o swoje.

W pewnym wieku kobieta powinna zdecydować o własnym losie. Czy wciąż chce spełniać wygórowane (często wypaczone) potrzeby społeczeństwa czy może zacząć żyć w zgodzie z tym co gra w jej duszy? Małe dziewczynki często mają ową dzikość i zabawę w sercu, która jest im odbierana, gdy te dojrzewają i stają się dziewczynami budzącymi pożądanie. Zaczynają wstydzić się własnych kształtów i uczy się je bycia miłymi i usługującymi. Na szczęście jest coraz więcej świadomych kobiet, które nie boją się mówić tego, co myślą i spełniają własne marzenia. Niestety często są to samotne kobiety z etykietką „zimna jak lód”. Bo nawet jeśli potrafią dbać o własne potrzeby to nie zawsze potrafią kochać czy dzielić się uczuciami. Słuchanie baśni i historii mądrych, starszych kobiet może pomóc w odnalezieniu zagubionej Dzikiej Kobiety. „Biegnąca z wilkami” to książka wszystkich kobiet. A jeśli chcecie już dziś wejść na drogę do samopoznania to zacznijcie od uważnego słuchania. Siebie, swoich matek i babć.

Jak okiełznać Krytyka i zostać Listonoszem?

Czy czujesz się czasem przygnieciony oczekiwaniami? Zdarza ci się słyszeć nieprzyjemną krytykę pod swoim adresem? Czy zastanawiasz się czasem, żeby schować się pod miotłą i udawać, że nie istniejesz? Witaj w klubie. Każdy z nas miewa takie dni.


IMG_20151209_073607

Konstruktywna krytyka jest dobra, bo motywuje do zmian i poszukiwań lepszych osób, w nas samych. Problemem zaczyna być wtedy, gdy nie jest merytoryczna a obraźliwa i prowokuje monolog Wewnętrznego Krytyka. A ten Pan, jest zdecydowanie groźniejszy!

Mam Go w sobie od dawna. Pewnie jak każdy, choć sporo osób lekceważy jego istnienie lub nauczyło się łagodnie z nim obchodzić. Niestety mój wredny Krytyk Wewnętrzny uaktywnia się niespodziewanie po każdym złym słowie i mąci myśli, wspomnienia; wciąż krzyczy i rozkazuje, by być idealnym. Jak gdyby dążenie do perfekcji było najlepszą z wszelkich możliwych dróg.

A właśnie! Zapomniałam dodać, że Wewnętrzni Krytycy na ogół żyją w głowach perfekcjonistów zatruwając życie i każdy twórczy czy nietwórczy pomysł, w myśl zasady, że może być lepiej. A że to już było, że to sztampa, banał, kolokwializm. Inni są lepsi– mówi Krytyk. Niczego nie potrafisz zrobić dobrze! Schowaj to, bo najesz się wstydu. Czasem gdy mam dostatecznie dużo odwagi staram się go wysłuchać, a nuż między pogardą znajdzie się złota myśl. Na ogół są to jednak toksyczne zdania, które odbierają chęć do życia i powodują jeszcze większe zapędy ku niezdrowemu perfekcjonizmowi.

Kiedyś na tyle bałam się jego głosu, że unikałam wszelkich sytuacji prowokujących go do ataku. Czyli sytuacji wyrażania opinii, bo te potencjalnie mogą się komuś nie spodobać. Usłyszałabym złe słowo, słowo jak ziarno zapuściłoby korzenie, na których Krytyk by wzrósł i znów wredotę musiałaby nosić na plecach przez boży tydzień. A on wcale mało nie waży! Więc przez studia przemknęłam po cichu, jako oportunistka, która wiecznie potakuje głową i grzecznie się uśmiecha. Dopiero parę lat temu zaczęłam głośno wyrażać opinie i wydobywać na zewnątrz pomysły zamieszkałe głowę. Byłam gotowa się zmierzyć z krytyką, bo ostatecznie jest nieunikniona. Publikowanie jest zawsze ryzykowaną grą w „kochają cię- nienawidzą cię” i zaczęłam grać w nią w 2008 roku a na poważnie w kwietniu 2014 roku.

Podczas tego czasu usłyszałam wiele przykrych słów, podobnie jak pochwał, a w miarę inwestowania w reklamę i wzrostu statystyk, jak również publikowania poza blogiem nauczyłam się jednego- od krytyki nigdy się nie uwolnię. Ani ja, ani Wy jeżeli coś tworzycie, projektujecie czy po prostu robicie coś mało popularnego. Nasza praca i my- autorzy, projektanci czy wszelcy paziowie social mediów, zawsze będziemy poddawani ocenie, więc jak nie zwariować? Tu pomoże tylko zdrowy dystans. Ja każdego dnia powtarzam sobie: dziś cię kochają, jutro nienawidzą. Dzień jak co dzień.

Jestem zwolenniczką psychoterapii, psychologii pozytywnej, i wszelkiego rodzaju mów motywacyjnych. Ostatnio zainspirowana metodami działania pana Jacka Walkiewicza, autora „Pełnej mocy odwagi”, odnalazłam na youtube wywiad, gdzie zapytany jak radzi sobie z krytyką odpowiedział: nauczyłem się, że najzdrowsze podejście, to rola posłańca. Jestem posłańcem wiadomości. Przekazuję wam prawdy w które wierzę. Jeżeli one do was nie przemawiają, lub nie podobają wam się, to trudno, nie biorę tego do siebie. Jestem zwykłym listonoszem. To dla mnie najrozsądniejsze wyjście- bycie kanałem. Coś chce przez nas być wyrażone, więc niech się wyrazi w formie w jakiej przyszło. Cała reszta- odbiór, interpretacja, lubię i nie lubię to już nie nasza działka. Więc róbmy swoje a o cudze się nie martwmy.

Ciało. Pan czy sługa?

Pomaga lub przeszkadza; niekiedy przyjaciel a czasem wróg; uprzyjemnia noce ale też pogrąża w cierpieniu. Ciało. Nasz pan czy utrapiony niewolnik?

wheel-pose


 

Gdy myślę o samoakceptacji, widzę własne ciało. Poczucie wartości często jest związane z wizerunkiem własnego ciała a nie (jak sądzimy) umysłu, ilorazu inteligencji czy właściwości, które posiadamy. Patrząc w lustro bezrefleksyjnie oceniamy- tego za dużo, tego za mało a gdybym miała dłuższe nogi zdobyłabym złote góry. Skąd pojawia się przekonanie, że wyglądając inaczej szczęście w końcu zapukałoby do drzwi?

Ciało jest tak integralną i podstawową częścią ludzkiej istoty, że nie sposób już myśleć o sobie w oderwaniu od niego. Bo przecież kiedy myślę ja- ty, to widzę siebie i widzę ciebie. Twój kolor włosów, twoje oczy, figurę i wzrost. Przytulamy się do przyjaciół, kochamy z partnerami, czujemy ból, gdy ktoś nieuważnie nas trąci w tramwaju. Choć czasem życzymy sobie, by było inaczej, to jesteśmy swoim ciałem. Przynajmniej na razie. I, im mniej sympatii i szacunku w jego kierunku, tym dalej również do przyjaźni ze sobą. Medycyna chińska widzi człowieka jako całość- ciało nieodrębne od ducha, duch nieoddzielny od formy; dbając o jedno wpływamy na drugie i na odwrót.

Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy mówili, że pracują z terapeutami by siebie poznać i pokochać, a jednocześnie wszystko co robili było aktem jawnej wrogości w kierunku kruchej cielesności. Pili w nadmiarze, słodzili, przejadali się, niedojadali, chodzili spać o drugiej nad ranem, by rano tuszować podpuchnięte oczy. To najszybsza droga do depresji lub życiowej frustracji. Jak tu być szczęśliwym, kiedy ciało jest jak umęczony cierpiętnik? Jest źle karmione, nie dosypia, za mało się rusza, a jednak wymaga się od niego pracy ponad normę i potężnej energii. Przypomina mi to sytuację złej korporacji i szefa który dręczy szeregowych pracowników, tylko dla własnej korzyści. Gdyby szef był mądry, wiedziałby że trzeba zadbać o szczęśliwych pracowników, bo dzięki temu firma lepiej funkcjonuje.

A gdybyśmy zaakceptowali ciało dokładnie takim jest i jakim chce być? Gdybyśmy przestali je w końcu ulepszać i upiększać i pogodzili się z faktem że jest naszym narzędziem ale i wspaniałym przyjacielem, które dźwiga ciężary umysłu? Czy nie brzmi to odprężająco?

Niektóre kobiety potrafią być bliżej ciał, bo żyją cyklicznie. Częściej odwiedzamy lekarzy, raz w miesiącu zwijamy się z bólu w embrionalny kłębek, zachodzimy w ciążę, rodzimy. Dzięki temu jesteśmy bliżej własnych brzuchów, dotykamy się częściej, masujemy, wklepujemy balsamy, tańczymy. Wszystko to, zbliża nas do siebie samych i pozwala nam lepiej siebie poznać-  jesteśmy w ciągłym kontakcie fizycznym. Bez niego nie sposób poznać drugiego człowieka, a co dopiero siebie.

Gdy mój kolega skarżył się niedawno na samotność, powiedziałam mu:
– przytul się.
ale jak?– usłyszałam w odpowiedzi.
I zdziwiłam się, że można nie wiedzieć jak się przytulić. Może kiedyś sama również nie wiedziałam. Może kiedyś podobnie jak on, też żyłam w przekonaniu, że bliskość, czułość i miłość mogą pochodzić jedynie z zewnątrz. Dziś wiem, że jestem całością- ciałem, umysłem, myślami i emocją, a wszystko, choć nietrwałe, to potrzebuje uwagi by rozkwitać i chcieć żyć.

I owszem, będziemy chorować, będziemy się starzeć, nie raz będziemy wyczerpani i obolali, ale wszystko to przyjdzie łatwiej, kiedy uznamy, że to prawa cielesności. To jego rola- żywić się, chodzić, spać, biegać, doprowadzać na szczyty, informować o niepokojących sygnałach. W zamian nie chce wiele. Jedynie uwagi, zdrowego paliwa, długiego snu i miłosnego dotyku. Gdzie mieszkają Twoje emocje? Moje w brzuchu, więc często go głaszczę, zwłaszcza gdy czegoś się boję. To najlepszy sposób na złapanie kontaktu ze sobą i zbudowanie poczucie bezpieczeństwa.

Ukłon do lustra

Miłość. Towar na który zawsze jest popyt. Słowo wykorzystywane na wszelkie sposoby, jako obietnica a także pogróżka, jeśli zasugerujemy jej brak. Idealne narzędzie marketingowe by sprzedać czekoladę, czasopismo, książkę lub nowy film. Czyżby była kluczem do szczęścia?

17675-desktop-wallpapers-love


Znamy jej kilka rodzajów. Rodzicielska, przyjacielska, romantyczna, intymna… Mogłabym wymienić jeszcze szereg innych w obrębie pokrewieństwa i poza nim, lecz chciałabym się skupić na nieco innym jej przejawie. Na tym, o którym wiemy jeszcze chyba zbyt mało- miłości do siebie.

Do napisania artykułu zainspirował mnie wczorajszy spacer  z przyjacielem, podczas którego rozmawialiśmy o tej szczególnej wewnętrznej relacji, zgadzając się, że żadny związek, przyjaźń, czy praca, nigdy nie dadzą stuprocentowej satysfakcji, jeśli najpierw nie pokochamy samych siebie. I że przecież każdy problem wynika właśnie z braku miłości. Bo owszem, w okresie dzieciństwa najważniejsza była miłość rodziców, która ukształtowała nas na obecnych dorosłych, istotna była również pierwsza przyjaźń, pierwsze zakochanie, ale wszystko to wydaje się być mijającymi etapami na drodze życia, w  przeciwieństwie do romansu z samym sobą, który raz rozpoczęty trwa na ogół całe życie.

 Co to właściwie oznacza? Jak pokochać siebie?”- zapytał w którymś momencie przyjaciel.

Zaczęłam się zastanawiać. Bo czym miłość jest w pojęciu ogólnym? Dla każdego zapewne czym innym; dla jednych przywiązaniem, dla innych bliskością. Dla mnie akceptacją i całkowitą wolnością. Kochać oznacza zwracać wolność, pozwalać na przestrzeń, jednocześnie wpuszczać drugą osobę do przestrzeni własnej. A jak to się ma do relacji z samym sobą?

Z własnej empirycznej obserwacji potrafię zauważyć, kiedy siebie kocham, a kiedy nie. To dość oczywiste, choć tak łatwo to przeoczyć. Kiedy jestem smutna, kiedy się gotuję, tłumię emocje, kiedy się złoszczę, kiedy się boję, stresuję i płaczę to wiem że gdzieś po drodze zapomniałam, by się ukochać. Że zapomniałam ze sobą porozmawiać- tak wewnętrznie, po cichu, w ciepły sposób. I unikałam własnego wzroku w lustrze, bojąc się stwierdzić, że dałam po sobie podeptać, przekroczyć własne granice.

Bo miłość to wielkie słowo i ma wielkie znaczenia. Ale kochać siebie można na milion małych sposobów. Od mówienia stanowczego nie, rzeczom i ludziom którzy chcą nas okraść z radości i z czasu; poprzez zdrowe odżywianie, długie spacery, wystawianie buzi do słońca, ośmiogodzinny sen; kończąc na takich drobnostkach jak pyszne ciastko do gorącej kawy w ulubionym kubku, kiedy za oknem temperatura niebezpiecznie zniża się do pięciu na plusie. Miłość to pozwalanie sobie na bycie sobą całkowicie. Nawet jeśli gdzieś tam w duszy czujemy, że jesteśmy dziwakami czy kosmitami. Żeby tylko my. Spójrz dookoła- świat jest pełen cieni i zielonych kosmitów, skrzętnie ukrywających się pod firmowymi ciuchami.

Miłość własna to prawo do szczęścia i wszystkich emocji. To prawo wyboru, że taka własnie chcę być- gruba, chuda, ruda, czy blondynka. Że chcę pisać lub skakać wzwyż. Że chcę malować na Monciaku groteskowe portrety. To akceptacja że taka jaka jestem jest dobre i znaczące. Bo nie jestem gorsza od nikogo i nikt inny tez nie jest gorszy ode mnie.

W jednej ze swoich książek (wybaczcie mi krótką pamieć, że nie podam tytułu) psychoterapeuta, Wojciech Eichelberger napisał: „zacznijmy kłaniać się sobie w lustrze, oto początek wielkiej miłości”. I podpisuję się pod tym obiema rękoma.


Zdjęcie: 1ms.net

W rytmie serca

Ile to już razy zrobiliśmy coś wbrew sobie, by zadowolić otoczenie lub upewnić je, że wszystko z nami w porządku? Szukamy aprobaty jak myszy tłustego sera, nie licząc się z tym, że złapiemy się w misterną pułapkę zdrady wlasnych przekonań. A gdy zdradzimy samych siebie, to nie potrafimy już ufać swoim wyborom. To rzecz taka sama jak z mało lojalnym kochankiem. Aby ufać, musimy wiedzieć, że partner jest zawsze i całkowicie lojalny. Tak samo my, sami wobec siebie musimy być uczciwi i lojalni do samego końca.

pobrane


Próbowałam to robić wielokrotnie- być kimś innym niż jestem. Tańczyć na stołach, śmiać się do rozpuku z nieśmiesznych żartów, mówić głośno, choć to dla mnie nienaturalne, udawać zaciekawienie podczas niemądrych rozmów na tematy niskich lotów. Próbowałam pić czego nie piję i jeść czego nie lubię, bo wypada w towarzystwie. Bo wypada być elastycznym, swobodnym i rozluźnionym.

I choć na zewnątrz pewnie wszystko wyglądało dobrze i poprawnie, w środku skręcałam się wewnętrznie marząc by uciec, wcisnąć pedał gazu by się stąd wydostać, by zrzucić niewygodne koronki i położyć się na łące pachnącej wilgotną glebą i patrzeć we wschodzący księżyc.

A gdyby mogło tak być naprawdę?
Wyobraź sobie, że nic nie musisz.
Że możesz być kim zechcesz. Że nareszcie zawsze i wszędzie możesz być sobą.

Nikt Cię nie krytykuje, nikt do niczego nie przymusza; czujesz wokół miłość, ciepło i tolerancję.
Czujesz sympatię ze strony otoczenia, bo jesteś. Po prostu. Tylko i aż dlatego.
Czy to nie piękne?

A teraz posłuchaj- naprawdę może tak być!
I nie zamierzam namawiać Cię do zmiany otoczenia, wykluczenia pojedynczych znajomych czy innych, podobnie absurdalnych pomysłów. Zamierzam powiedzieć, że możesz być tym kim jesteś w rzeczywistości. I że to jaki jesteś jest dobre i właściwe.

Nie chodzi o to by tkwić po uszy we własnych przywarach jak w szlamie pełnym niedoskonałości. Ale dopiero całkowicie uczciwa akceptacja tego jaki jesteś pozwoli Ci pójść dalej i dokonać takich zmian jakie uznasz za słuszne. I niech będą to zmiany, które Tobie przyniosą korzyści. Bo im bardziej dbasz o siebie, im bardziej siebie kochasz, szanujesz i akceptujesz to, kim jesteś, tym żyjesz bliżej swojego serca. Zaczynasz wyczuwać jego rytm. Zgrywasz się z nim i oddzielenie przestaje istnieć w Twoim życiu.

Myślę, że zrozumienie, iż to my mamy być dla siebie najlepszymi przyjaciółmi jest kluczem do dojrzalej relacji z życiem. Bo jeśli kochasz siebie, to przyciągasz wszystko co najlepsze- stajesz się własną wizją i spełnionym, chodzącym marzeniem. W Twoim towarzystwie pojawiają się wówczas właściwi, bo serdeczni ludzie, dostajesz od życia takie lekcje jakich potrzebujesz, podobnie jak miłe niespodzianki z wiecznie brzemiennej przestrzeni.

Prawdopodobnie trudno jest być autentycznym w młodym wieku. Mamy jeszcze za mało mądrości i doświadczenia by docenić własne towarzystwo i to jak wielkim skarbem jesteśmy. Niemniej jednak możemy z tym pracować. Każdego dnia możemy ufać sobie coraz bardziej- szanować własne granice, być asertywnym, pozytywnym człowiekiem, który ma prawo iść własną, choćby krętą drogą i spełniać osobiste marzenia. Mamy prawo sprawdzać, próbować, popełniać błędy. Powiedz NIE, jeżeli czegoś nie czujesz, powiedz TAK, gdy coś do Ciebie przemawia. Całkiem niedawno uwiodły mnie słowa Krystyny Jandy, mądrej i dojrzalej kobiety, którą cenię za sposób bycia, ciężką pracę i temperament. Czyż jej słowa, nie powinny wisieć nad łóżkiem większości z nas, wiecznie potrzebujących ludzkiej aprobaty, zapominając że najistotniejsza mieści się w naszym centrum Wszechświata? W sercu…

„Dla mnie receptą jest niezmuszanie się do niczego. Ja robię to, na co mam ochotę. A na szczęście mam ochotę pracować. Ja nie spotykam się z ludźmi, z którymi nie chcę się spotkać. Nie czytam książek, które mnie nudzą, nie oglądam filmów… Od pewnego momentu uznałam, że nic nie muszę ani nie powinnam nawet. Takie słowo „powinnam” też wykreśliłam.”

Cudownego dnia Kochani! Mnóstwa akceptacji, miłości i zrozumienia dla siebie samych 🙂


Zdjęcie: www.wellness-workshop.com