Nowe początki

Ile razy możemy zaczynać od nowa?
Tyle razy, ile chcemy.

To cytat z filmu „Drugi Hotel Marigold”.
wypowiedziany przez jedną z głównych
bohaterek, osiemdziesięcioletnią Evelyn Greenslade.

I choć to tylko ckliwa komedia, to jednak
słowa zapadły mi głęboko w pamięć.
Powtarzam je sobie – przed snem i o poranku,
jako odpowiedź na tysiąc pytań.

Bo czy to dobrze, że znów
zaczynam od nowa?

Że wracam do tego, co już było, że wracam na
„start” i znów wyruszam w drogę, ale teraz
w przeciwnym kierunku?

Czy to dobrze, że wysiadam z pociągu, którym
jechałam przez ostatnie lata, i decyduję się
iść pieszo i zakurzyć buty? A przy tym i zmoknąć
i zapłakać i zmierzyć się z samotnością? Wierzę, że
to rozwój. Że każdy nowy początek jest szansą nauki.

Okazją do lepszego poznania siebie. Mocnych
i słabych stron. Do poznania, co w duszy gra.

To kolejna okazja (może ostatnia),
by w końcu żyć własnym życiem:
legendą, która świadczy o tym kim
jesteś i w co wierzysz. To czas, by
pozwolić własnym wartościom przemówić.

Nie jest łatwo. Bo nowe początki są
przecież końcem czegoś. Pojawia się
strach. Niepewność. Obawy. Czy sobie
poradzę. Czy udźwignę. Czy polubię.

To, co słabe nagle wypływa na wierzch.

Wszystkie demony, które niegdyś
chowałam głęboko w sercu, nagle
wkładają trampki i rozbiegają się
na cztery strony mojego umysłu.

Najwyraźniej tak ma być.

Czeka mnie przeprowadzka.
Choć mieszkania na razie brak.
I pieniędzy na nowe mieszkanie brak,
bo w naszej pięknej Polsce wynajem
kosztuje więcej niż wynosi wypłata.

Najwyraźniej tak ma być.
Może mam zaufać. A może
mam zawalczyć?

Może to czas, by wydobyć amazonkę, którą
spychałam do szafy, by siedziała
cicho. Nie chciała. Wyszła, zawalczyła
i teraz masz babo placek. Radź se.

Kombinuj. Walcz. Poprzez akceptację.
Zacznij żyć. I kochać. Przede wszystkim
siebie. A dopiero potem innych ludzi.
A przede wszystkim naucz się samotności,
zamiast wciąż od niej uciekać. W książki,
filmy, spotkania które niczego nie wnoszą.

Oddychaj. Jon Kabat Zinn mówi, że
póki oddychasz, póty jest dobrze.
Bo przecież żyjesz.

Jeden, dwa, trzy, cztery oddechy.

A wraz z oddechem przychodzi akceptacja.
O dziwo, jest spokojnie. Bez paniki,
bez dramatów i spazmów. Jest jak jest.
I to jak jest, jest właściwe i dobre.

Pięć, sześć, siedem, osiem.

Po prostu siadam i oddycham.
Liczenie oddechów zamienia się
w medytację, a medytacja staje się
przestrzenią w której zaczynam się
otwierać i zaprzyjaźniać, z tą od
której zawsze uciekałam w popłochu.

Nagle widzę, że to idealny czas, by znów pisać.
Otworzyć stary, zaplamiony kawą zeszyt i
włożyć do niego wymyślone historie.

A między pracą, spacerami z psem i medytacją,
zacząć piec ciasta i gotować nowe dania.
Bo to zawsze uspokaja. Stoję przy kuchennym
blacie i rozrabiam ciasto.

Bez słów, bez myśli, po prostu jestem:
i ciastem, i dłońmi, które
je robią, jestem zapachem drożdży i
ciepłem piekarnika, i pomysłem na ciasto.

A potem stoi te dwanaście muffinek, ciasto
z owocami, grochówka w garnku i nie ma
kto tego zjeść. Masz babo placek. Dosłownie.

Chyba zaproszę znajomych.
Zrobię zdjęcie zastawionego stołu i wyślę
do wszystkich. Kto chce, niech wpada. Nie
będę mówić, będę milczeć i słuchać cudzych
historii. Na swoją jeszcze nie jestem gotowa.

Dopiero się piecze i nabiera rumieńców.
Sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s