Archiwa tagu: joni

Tak zwany chaos. Czyli czas (prawdopodobnie) wielkich zmian

„Martwię się o ciebie” – powiedział kolega
z pracy, z którym nie widzieliśmy się przez kilki dni.

Nie miałam potrzeby dopytywać, dlaczego
się martwi.

Wiedziałam, że on wie,
że widzi,
że czuje.

Bo należy do typu „szczęśliwych”
wrażliwców, którzy wyłapują z przestrzeni
znacznie więcej niż by chcieli.

Poza tym, ja sama od jakiegoś czasu martwię
się o siebie nieustannie.

I trochę sobie współczuję –
tej ponownej potrzeby surfowania
po falach chaotycznych emocji
i  bycia w miejscu, do którego
wcale nie chciałam wracać.

Jest to miejsce pełne wewnętrznych sprzeczności,
konfliktów wewnętrznych, pytań bez odpowiedzi oraz
konfrontacji z rezultatami własnego rozwoju.

A sprawy wyglądają tak:

Marzenia: Kilkukrotnie ostatnio sprzeciwiłam się
głosowi własnej intuicji. Wybrałam to, co
prostsze od tego, co trudne i rozwojowe, a czego
teraz konsekwencje ponoszę.

Praca: Wciąż pracuję w miejscu, które nie daje mi
ani spełnienia, ani pieniędzy, ani dobrych relacji.

Kasa na koncie oszczędnościowym:
Zero. Minus nawet.

Kobiece przyjaźnie: Brak.

Książka: Piszę po jednym zdaniu dziennie.
Czasem dwa. A potem odkładam na tygodnie,
bo nie mam ani weny ani pomysłu.

Mapa marzeń: Na jednej kupce
wciąż leżą niepoukładane wycinki z gazet,
a na drugiej stoją sterylne brystole i mazaki.

Czyli dupa.

Joga: Okazało się, że przez ostatnie dwa lata
była mi ucieczką. A wiem, bo ciało powiedziało „dość”.
A raczej wykrzyczało potężnym bólem.

(Zdrowie): Zapalenie mięśni biodrowo-krzyżowych
i nadwerężone lędźwie i smutny wniosek, że joga
zamiast być „praktyką uważności”
była odwracaniem od siebie uwagi.

Jakby tego było mało, w tym wszystkim
zaczęłam nieustannie popełniać błędy.
Milion błędów. W pracy. W relacjach.
w wydatkach, w żywieniu nawet.

I wszystko pogorszyło się
jeszcze bardziej.

Oto doszłam do ściany.

Pojawiła się pustka, bezcelowość,
niechęć i lęk jak góra. Tak. W tym stanie,
to właśnie lęk jest najbardziej namacalny.

I właśnie teraz, jak nigdy znów mam okazję
sprawdzić, czy kocham siebie ciut mocniej,
czy może jednak wciąż krzyczę, potępiam
i jedynie wymagam zamiast po prostu przytulić.

Jalaja Bonheim napisała kiedyś:

„Paradoksalnie, dochodzimy do pełni, tylko
akceptując to, co w nas najbardziej delikatne,
a czasami również to, co złamane.”

Widzę w tym prawdę i jej słowa bardzo ze
mną rezonują na ten moment życia właśnie.

Bo ten czas weryfikuje, czy rok bycia samej
czegoś mnie nauczył.

Czy stałam się dla siebie wsparciem i przyjacielem?
Czy potrafię akceptować siebie z mrokiem,
słabością i wadami? Czy może jednak lubię,
siebie tylko gdy wiatr wieje mi w żagle?

Choć bywają dni, że najchętniej schowałabym się
pod koc i tam przeczekała gorszy czas (i bywa, że
sobie pozwalam), to jednak z miłością dobrej matki
też popycham delikatnie do przodu.

Nie na siłę. Nie z przemocą.
Lecz z miłością. 

„Jedź na ten kurs dla kobiet w Tarnowskie Góry”,
mówię sobie.

„Wiem, że się boisz, bo nikogo
nie znasz, obce miejsce, finanse leżą, pustka
w środku, to nieważne. Jedź. Tak bardzo chciałaś”.

Więc, choć boję się, to jadę. Mam już bilet.
I miejsce w drewnianym domku.
Świadomie zrezygnuję przez tydzień z
dostępu do komputera, internetu i telefonu.

Tylko po to, by być naprawdę.
Ze sobą i z innymi kobietami.

Boję się.

Bo z tego miejsca nie ucieknę –
jest w głębokiej dziczy. Będzie niewygodnie,
będzie niekomfortowo i jeszcze bardziej przyjdzie
mi spotkać siebie.

Lękliwą. Samotną. W emocjach.

Mimo to, jadę. Robię inaczej niż robiłam
zwykle w takich chwilach. Bo moją normą
jest się chować i przeczekiwać.

Zawężać świat i umysł, zamiast poszerzać.
Ograniczać, zamiast wychodzić z szuflady.

A więc jednak coś mi dał ten rok bycia samej.
A jego zwieńczeniem będzie właśnie wyjazd.

Bo przecież rok temu bym nie pojechała.
Kupiłabym kilogram ciastek, zaciemniła okna
obejrzała głupi film a potem zapadłabym się
w kilkudniowy depresyjny letarg.

A teraz robię inaczej.

Minął okrągły rok,
kończy się symboliczny proces, więc jadę.

Bo przecież każda inicjacja
wymaga rytualnego finału.

Zaobrączkowania się.
Przyjęcia nowego imienia.
Odkrycia w sobie nowych cech.
Zrobienia odwrotnie. Jadę.

W bólu. Smutku. Niewiedzy.
Chaosie, Lęku jak góra. Wewnętrznej pustce.
Niepewności i rozedrganiu emocjonalnym-
jadę.

Nie dokądś. Ale do siebie jadę.

„Dzisiaj
Zrezygnowałam
Z uzdrawiania mojej traumy
Zrezygnowałam
Z praktykowania umiejętności
Stania się całą.
Dzisiaj zrezygnowałam
Z ewoluowania
W tą wiecznie nieuchwytną
Lepszą wersję siebie.
Dzisiaj poddałam się
Ranie miłości.
Przestałam wskazywać na nią
Patrzeć na nią
Łagodzić ją
Szczypać ją
Naprawiać ją
Wysubtelniać ją
Ukrywać ją
Wygładzać ją.
Zatrzymałam tą grę oddzielenia.
Wczołgałam się do jej wnętrza
I rozłożyłam ją w otwartość.
Zadecydowałam nosić ją jak suknię.
Zaakceptowałam moją totalną i całkowitą
Porażkę
Bycia czymkolwiek innym
Niż ja sama.”

~Maya Luna