Archiwa tagu: kobiecość

Tak zwany chaos. Czyli czas (prawdopodobnie) wielkich zmian

„Martwię się o ciebie” – powiedział kolega
z pracy, z którym nie widzieliśmy się przez kilki dni.

Nie miałam potrzeby dopytywać, dlaczego
się martwi.

Wiedziałam, że on wie,
że widzi,
że czuje.

Bo należy do typu „szczęśliwych”
wrażliwców, którzy wyłapują z przestrzeni
znacznie więcej niż by chcieli.

Poza tym, ja sama od jakiegoś czasu martwię
się o siebie nieustannie.

I trochę sobie współczuję –
tej ponownej potrzeby surfowania
po falach chaotycznych emocji
i  bycia w miejscu, do którego
wcale nie chciałam wracać.

Jest to miejsce pełne wewnętrznych sprzeczności,
konfliktów wewnętrznych, pytań bez odpowiedzi oraz
konfrontacji z rezultatami własnego rozwoju.

A sprawy wyglądają tak:

Marzenia: Kilkukrotnie ostatnio sprzeciwiłam się
głosowi własnej intuicji. Wybrałam to, co
prostsze od tego, co trudne i rozwojowe, a czego
teraz konsekwencje ponoszę.

Praca: Wciąż pracuję w miejscu, które nie daje mi
ani spełnienia, ani pieniędzy, ani dobrych relacji.

Kasa na koncie oszczędnościowym:
Zero. Minus nawet.

Kobiece przyjaźnie: Brak.

Książka: Piszę po jednym zdaniu dziennie.
Czasem dwa. A potem odkładam na tygodnie,
bo nie mam ani weny ani pomysłu.

Mapa marzeń: Na jednej kupce
wciąż leżą niepoukładane wycinki z gazet,
a na drugiej stoją sterylne brystole i mazaki.

Czyli dupa.

Joga: Okazało się, że przez ostatnie dwa lata
była mi ucieczką. A wiem, bo ciało powiedziało „dość”.
A raczej wykrzyczało potężnym bólem.

(Zdrowie): Zapalenie mięśni biodrowo-krzyżowych
i nadwerężone lędźwie i smutny wniosek, że joga
zamiast być „praktyką uważności”
była odwracaniem od siebie uwagi.

Jakby tego było mało, w tym wszystkim
zaczęłam nieustannie popełniać błędy.
Milion błędów. W pracy. W relacjach.
w wydatkach, w żywieniu nawet.

I wszystko pogorszyło się
jeszcze bardziej.

Oto doszłam do ściany.

Pojawiła się pustka, bezcelowość,
niechęć i lęk jak góra. Tak. W tym stanie,
to właśnie lęk jest najbardziej namacalny.

I właśnie teraz, jak nigdy znów mam okazję
sprawdzić, czy kocham siebie ciut mocniej,
czy może jednak wciąż krzyczę, potępiam
i jedynie wymagam zamiast po prostu przytulić.

Jalaja Bonheim napisała kiedyś:

„Paradoksalnie, dochodzimy do pełni, tylko
akceptując to, co w nas najbardziej delikatne,
a czasami również to, co złamane.”

Widzę w tym prawdę i jej słowa bardzo ze
mną rezonują na ten moment życia właśnie.

Bo ten czas weryfikuje, czy rok bycia samej
czegoś mnie nauczył.

Czy stałam się dla siebie wsparciem i przyjacielem?
Czy potrafię akceptować siebie z mrokiem,
słabością i wadami? Czy może jednak lubię,
siebie tylko gdy wiatr wieje mi w żagle?

Choć bywają dni, że najchętniej schowałabym się
pod koc i tam przeczekała gorszy czas (i bywa, że
sobie pozwalam), to jednak z miłością dobrej matki
też popycham delikatnie do przodu.

Nie na siłę. Nie z przemocą.
Lecz z miłością. 

„Jedź na ten kurs dla kobiet w Tarnowskie Góry”,
mówię sobie.

„Wiem, że się boisz, bo nikogo
nie znasz, obce miejsce, finanse leżą, pustka
w środku, to nieważne. Jedź. Tak bardzo chciałaś”.

Więc, choć boję się, to jadę. Mam już bilet.
I miejsce w drewnianym domku.
Świadomie zrezygnuję przez tydzień z
dostępu do komputera, internetu i telefonu.

Tylko po to, by być naprawdę.
Ze sobą i z innymi kobietami.

Boję się.

Bo z tego miejsca nie ucieknę –
jest w głębokiej dziczy. Będzie niewygodnie,
będzie niekomfortowo i jeszcze bardziej przyjdzie
mi spotkać siebie.

Lękliwą. Samotną. W emocjach.

Mimo to, jadę. Robię inaczej niż robiłam
zwykle w takich chwilach. Bo moją normą
jest się chować i przeczekiwać.

Zawężać świat i umysł, zamiast poszerzać.
Ograniczać, zamiast wychodzić z szuflady.

A więc jednak coś mi dał ten rok bycia samej.
A jego zwieńczeniem będzie właśnie wyjazd.

Bo przecież rok temu bym nie pojechała.
Kupiłabym kilogram ciastek, zaciemniła okna
obejrzała głupi film a potem zapadłabym się
w kilkudniowy depresyjny letarg.

A teraz robię inaczej.

Minął okrągły rok,
kończy się symboliczny proces, więc jadę.

Bo przecież każda inicjacja
wymaga rytualnego finału.

Zaobrączkowania się.
Przyjęcia nowego imienia.
Odkrycia w sobie nowych cech.
Zrobienia odwrotnie. Jadę.

W bólu. Smutku. Niewiedzy.
Chaosie, Lęku jak góra. Wewnętrznej pustce.
Niepewności i rozedrganiu emocjonalnym-
jadę.

Nie dokądś. Ale do siebie jadę.

„Dzisiaj
Zrezygnowałam
Z uzdrawiania mojej traumy
Zrezygnowałam
Z praktykowania umiejętności
Stania się całą.
Dzisiaj zrezygnowałam
Z ewoluowania
W tą wiecznie nieuchwytną
Lepszą wersję siebie.
Dzisiaj poddałam się
Ranie miłości.
Przestałam wskazywać na nią
Patrzeć na nią
Łagodzić ją
Szczypać ją
Naprawiać ją
Wysubtelniać ją
Ukrywać ją
Wygładzać ją.
Zatrzymałam tą grę oddzielenia.
Wczołgałam się do jej wnętrza
I rozłożyłam ją w otwartość.
Zadecydowałam nosić ją jak suknię.
Zaakceptowałam moją totalną i całkowitą
Porażkę
Bycia czymkolwiek innym
Niż ja sama.”

~Maya Luna

 

 

 

Reklamy

Rzeczy, które zawsze chciałam zrobić, ale się bałam

Podczas majówki stworzyłam listę,
która składa się z 26 punktów.

Zatytułowałam ją:
„TO DO”

LISTA RZECZY, KTÓRE ZAWSZE
CHCIAŁAM SPRÓBOWAĆ,
ALE SIĘ BAŁAM.

A wszystko pod wpływem
filmu, który obejrzałam
w jeden z tych wolnych dni:

„Then Came You”.

Główna bohaterka też
miała taką listę.

Zatytułowała ją:

„LISTA RZECZY DO ZROBIENIA
PRZED ŚMIERCIĄ”.

Bo choć miała dopiero 17 lat, jej czas
nieubłaganie się kończył.

To mnie natchnęło.

Bo sama nigdy nie zrobiłam
sobie takiej listy.

A przecież  rzeczy, które
zawsze chciałam zrobić,
ale nie zrobiłam z obaw
lub zahamowań jest wiele.

Na razie uzbierało się ich
26, ale tylko dlatego, że
skończyła mi się kartka.

Poza tym „26” to też dużo. 

Bo przecież nie chodzi o to, by
marzenia tylko spisać.

Chodzi o to, by to ZROBIĆ,
lub przynajmniej spróbować.

Zaczęłam od punktu pierwszego,
który brzmi:

„Śpiewać! Pójść na grupowy warsztat 
uwalniania głosu”.

Poszłam!

I to nie na pierwszy z brzegu,
ale taki, który prowadzi dziewczyna,
która przez kilka lat była częścią
sławnego Laboratorium Pieśni.

I choć ekscytacja poznaniem jej
oraz odkrycia nowych rzeczy
w sobie były oczywiste,

to jednak śpiew przed grupą obcych osób w obcym
miejscu przerażał mnie do tego stopnia, że na chwilę
przed wyjściem z domu zaczęłam kombinować!

Po co ci to?
Nie możesz pójść.
Pada deszcz, a to trzy kilometry rowerem.
Pobrudzisz się.
Zmokniesz.

Spóźnisz się, już nie warto. Poza tym
jesteś już dziś dostatecznie:

zmęczona
poddenerwowana
zestresowana
smutna.

Zobacz jak miło jest siedzieć
na miękkiej kanapie. O, tu jest
poduszka. A obok książka i kocyk.
Czego chcieć więcej po ciężkim dniu pracy?

O nie! Znam ten głos.
To głos lęku.

Towarzyszy mi od dziecka
i powstrzymuje przed życiem.

Nie pozwala doświadczać, tego
co ma być doświadczone.

Odbiera siły fizyczne i pakuje je
w układ nerwowy, który przejawia
się rozedrganiem i niepewnością.

I tak przez całe życie.

Chcę coś zrobić, ale lęk
jest tak wielki, że samo myślenie
o doświadczeniu pozbawiało
mnie resztek energii.

Bo to nie jest taki mini-lęk.
Straszek. czy stresik.

To lęk paniczny.
Taki, który czasem odbiera moc
w nogach.

Taki, który zalewa potem w skali makro,
i w ciągu minuty  mokre mam wszystko.

To taki lęk, że serce bije jak po
dobrym kardio w fitness clubie.

To taki lęk, który ściska żołądek
tak mocno, że czasem wyję  z bólu i jedyne
co mogę zrobić, to zwinąć się w kłębek.

W rezultacie połowę życia
spędziłam na kanapie
pod kocem i z książką w ręku.

Ale ile można sobie odmawiać?
Ile można uciekać przed życiem?

Poszłam.

Owszem, dotarłam po czasie, bo
zabłądziłam. W dodatku mokra
i ubłocona, bo jechałam przez las.

Ale wiecie co? Miałam wrażenie,
że nikt nie zwrócił na to uwagi.

Liczyło się, że jestem.

Że próbuję. Śpiewam. Fałszuję.
Wydaję z siebie „zakazane dźwięki”.
Pianie, chrumkanie, pisk, krzyk, wycie, sapanie.

Wszystkie dźwięki życia złapane
w obszarze brzucha.

W końcu dałam im wolność.

Wczoraj nadszedł czas na kolejne wyzwanie.
Warsztat robienia Łapaczy Snów.

Mój punkt numer 3:

„Zrobić własny
rytualny przedmiot indiański”.

20190511_174557 (1)

 

I znów się bałam, a jakże.
Bo nowi ludzie, obce miejsce
i coś, czego nigdy dotąd nie robiłam.

I ten głos: zostań, nie idź, odpocznij.

Wiem, że dopóty nie wyrobię w sobie
nowego nawyku, tak długo będę walczyć.

Idę/ Nie idę.
Chce mi się/ Boję się.
Mam energię/ Opadam z sił.

Podobno nawyki tworzy się w 21 dni,
o ile powtarza się je codziennie. To
taka optymistyczna wersja.

Inna brzmi, że nawyk musi być
powtórzony co najmniej 10.000 razy…

Grunt, że robię. Że działam.
Że próbuję. Choć bardzo się boję.
Nauczyłam się już, że pomimo
głosu w głowie, muszę działać.

Jest trudno. Więc czasem
z nim gadam. Z lękiem.

Wiem, że się boisz i dziękuję, że jesteś.
Próbujesz mnie chronić i ja to rozumiem.

Zawrzyjmy układ – pójdę na warsztaty, i 
zabiorę cię ze sobą. Zrobię Ci gorącej herbaty
i pozwolę obserwować. Razem raźniej.

Po czymś takim lęk milknie.
Uspokaja się. Nie polemizuje.
Bo wie, że ma swoje miejsce.

Nie wyrzucę go. Nie zaneguję.
Nie uduszę. Po prostu dam mu
miejsce z dobrym widokiem.

A sama pójdę robić, to co jest do zrobienia,
i pognam ku temu , co woła od lat.

Życie.

 

Utracona żeńskość. Czyli dlaczego przestałam śpiewać

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i patrzyłam na nie wszystkie.

Każda inna.

I każda przyszła na Krąg
z inną jakością i własnym ciężarem.

Każda wnosiła coś, czego
nie miała ta obok.

Piękne.
Wysokie.
Niskie.
Szczupłe,
inne większe.

Niektóre miały włosy
splecione w misterne
koki i warkocze.

Inne z czupryną gęsto
okalającą ich twarz.

Niektóre włosy były w nieładzie, inne
gładko zaczesane.

Kobiety w sukienkach.
Kobiety w spodniach,
swetrach i bluzach,

Pofarbowane.
I siwe.

Dwudziestoletnie.
Trzydziestoletnie.
Czterdziestoletnie.

Siedziałam w swoim pierwszym
Kręgu Kobiet, bo czułam, że właśnie
nadszedł na to odpowiedni czas.

Bo przecież od dawna
stoję w miejscu.

I tęsknię.

Za własnym plemieniem.
Za relacją z inną kobietą.
Za kobietą w sobie wreszcie

Impas.

Tak nazwałabym ten czas
i miejsce w którym jestem.

Bezruch.

Choć pozornie dzieje się
tak wiele.

Utknęłam.

Prawda jest taka, że
nie mogę ruszyć od dawna,
choć przecież tak dużo robię.

Odkrywam nowe miejsca i ludzi.
Praktykuję. Medytuję. Oddycham.

Warsztaty,
książki,
wydarzenia.

A jednak – stoję.

I to co miało pomóc,
uwięziło.

Czuję to w ciele.

W permanentnych
napięciach mięśniowych.
Czuję to w otoczeniu.

Bo konflikty w relacjach
powracają boleśnie
niczym ciężki bumerang.

Nie akceptuję kobiety w sobie.
Nie akceptuję czułości.
A dzikość siedzi zamknięta w klatce.

Jestem po trzydziestce, a
nigdy nie pozwoliłam sobie na bycie
kobietą w pełni…

jedynie peryferyjnie.

Zaczęło się od mamy.
A mama niepewność wzięła
od babci. A mama babci szybko umarła.

Tak więc utworzył się pokoleniowy
łańcuch kobiet zagubionych, niepewnych,
agresywnych i wypierających.

Z utrąconą żeńskością, która w
krytycznych momentach nabierała
przykrych zniekształceń.

Mam trudne (żeby nie powiedzieć kiepskie)
relacje z kobietami.

Najtrudniejsza z relacji to ta
z kobietą we mnie.

Z tą, która chciałaby śpiewać
i krzyczeć, ale tego nie robi.

Bo”fałszuje”.

Z tą która kocha malować,
ale przecież szkoda czasu bo nie umie.

Kocham pisać, ale ile razy to już słyszałam
„Ale banał”? Nie zliczę. A wszystkie
krytyki chowałam głęboko w sobie.

Chyba najbardziej kobietą byłam
we wczesnym dzieciństwie.

Krzyczałam.
Wchodziłam w głębokie kałuże,
kąpałam się w jeziorach,
czego teraz nigdy nie robię.

Zmyślałam na poczekaniu znudzonym
koleżankom bajki. Tupałam nogą.
Wystawiałam podwórkowe spektakle.

I śpiewałam.

Śpiewałam. Śpiewałam.
Nie z głowy. Nie z nut. Ale z serca.

A potem przylgnęły do mnie
pierwsze programy.

Że nie potrafię.
Że nie wypada.
Że to brzydkie.
Że niebezpieczne.

Więc choć rosłam, to jednak
malałam wewnętrznie.

Z motyla transformowałam
się w szarą gąsienicę.

Coraz bardziej skrytą.
Zamkniętą.
Niepewną.
Lękliwą.

Tak. Czuję lęk.

Codziennie.
Teraz też, zwłaszcza gdy
wszystkie na mnie patrzycie.

Podniosłam wzrok.
Patrzyło na mnie trzynaście
par pięknych oczu.

Nieoceniających. Sprawiedliwych.
Kochających. Całkowicie tolerujących.

W każdej z nich przejrzałam się
jak w lustrze.

Jestem czuła.

Widzę to w kobiecie po lewej.
I jestem krzykliwa, a wiem to
od kobiety po prawej.

Płaczliwa.
Odważna.
Frywolna.
Zagubiona.
Przebojowa.
Gadatliwa.
Milcząca.

Już czas.

Już czas pozwolić odejść wgranym programom.
Już czas pożegnać hałas, którego się najadłam.

Odsiać moje od niemoje.
Sprawdzić.
Poznać.
Posłuchać.
I zobaczyć.

Zaśpiewać wstyd.
Zatańczyć miłość.
Namalować zagubienie.
Ugotować z radości.

Przede wszystkim wyjść z głowy
i żyć ciałem.Spełnić własny sen o
byciu sobą autentyczną.

W bólu i łzach.
W złości i szczęściu,
tak okrutnie nieidealną.

Matka, córka, siostra,
opiekunka, przyjaciółka,
strażniczka, kochanka.

Wiedźma, indywidualistka
dzikuska, altruistka, artystka,
intelektualistka, romantyczka.

Siedziałam w Kręgu Trzynastu
Kobiet i kochałam je wszystkie.

Biegnąca z wilkami

Tak, wiem. Długo nie pisałam. Po raz kolejny wsiąknęłam w książkę, którą zna zapewne każda kobieta interesująca się własnym samopoznaniem i korzeniami. „Biegnąca z wilkami” zachwyca mnie za każdym razem i co typowe- podczas lektury odkrywam zawsze inne, fascynujące aspekty, których wcześniej tam nie  znajdywałam, lub je po prostu marginalizowałam. Właśnie dlatego warto do niej wracać przynajmniej raz w roku.

1920_1080_20091031105811314343


 

O czym?

„Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes jest zbiorem baśni i opowiadań oraz ich bogatą, analizą dzięki którym zapoznajemy się z archetypem Dzikiej Kobiety. A więc kobiety wolnej, twórczej, zmysłowej, takiej która kocha siebie za to, jaka jest w istocie a nie za to jaką chciałby ją widzieć partner, rodzina czy społeczeństwo. Autorka poświęciła większość życia na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety. Obserwowała kultury plemienne, kolekcjonowała historie rodzinne oraz baśnie w ich pierwotnej formie, odrzucając patriarchalne czy chrześcijańskie naleciałości.

Baśnioterapia

Dzięki jej pogłębionej analizie dostaliśmy zbiór teoretycznie znanych baśni, ale czy znanych prawdziwie? Bo jeśli usunąć z nich wszystkie powstałe przez wieki modyfikacje, interpretacje czy kulturowe zamienniki, okaże się, że nigdy wcześniej nie doszliśmy do sedna historii. Autorka natomiast pokazuje je w pełnej krasie, niczym nagą dziewczynę pełną blizn i skaz.

Baśnie i historie kobiet przekazywane z pokolenia na pokolenie udowadniają, że tęsknoty kobiecej duszy są naturalne i potrzebne. Dzięki nim poznajemy siebie od podszewki- zaczynamy szanować swoje „infantylne”, nieroztropne marzenia, chęć tworzenia, kochania, bycia w mądrym związku i zdobywania koniecznych doświadczeń. Pinkola Estes pokazuje jak kochać swoje ciało takim jakim jest. Udowadnia, że my kobiety jesteśmy niczym Matka Natura: rodzimy, wydajemy na świat, karmimy i zabieramy do grobu. Jesteśmy śmiercią i życiem jednocześnie. A wszystkie potrzeby kobiecej psychiki, włączając potrzebę odrzucenia maski grzecznej dziewczynki są niezbędne, by dojrzeć całkowicie i odnaleźć wewnętrzną harmonię.

Co rozdział, krok naprzód

Podczas lektury tego wspaniałego zbioru dojrzewamy i przechodzimy kolejne inicjacje. Jestem pewna, że każda kobieta, niezależnie od tego, czego szuka, odnajdzie to „Biegnącej z wilkami” przy odpowiednim rozdziale. Jeżeli chcesz nauczyć się mądrze kochać, zafascynuje Cię opowieść o Kobiecie-Szkielet. Jeżeli cierpisz na brak akceptacji własnego ciała (niezależnie od powodu), pokochasz historię o Kobiecie-Motyl. A jeżeli upadłaś, popełniłaś błąd lub sądzisz, że straciłaś wszystko co cenne w życiu, wtedy pomoże Ci La Loba- ta, która śpiewa nad kośćmi umarłych.

pink (2)

Jestem zdecydowanym molem książkowym i znam wiele mądrych książek, które trzeba przeczytać. Ta jednak jest czymś więcej. Jest drogą. Jest mapą kobiecej psychiki. Narzędziem, które pozwala poznać siebie od podszewki i na nowo pokochać. Dzięki niej moje życie zawsze zmienia się o pełen kąt. Zaczynam tworzyć, otwieram się na przyrodę, częściej sprawiam sobie przyjemność niż cierpienie, szanuję się, uczę się i zgłębiam czym  jest kobiecość.

Dzika kobiecość

A zawsze miałam problem ze znaczeniem tego słowa. W dzisiejszej kulturze, która pozbawia ludzi wiedzy na temat ich korzeni i autentycznych, prostych marzeń, kobiecością są buty na wysokich obcasach i makijaż na twarzy. Tymczasem ona mieszka o wiele głębiej, rośnie na żyznej glebie dzikiej, pierwotnej psychiki. To intuicyjność, zmysłowość, odwaga, kreatywność, twórczość, zabawa, głęboka mądrość a nawet niepoprawna zadziorność i walka o swoje.

W pewnym wieku kobieta powinna zdecydować o własnym losie. Czy wciąż chce spełniać wygórowane (często wypaczone) potrzeby społeczeństwa czy może zacząć żyć w zgodzie z tym co gra w jej duszy? Małe dziewczynki często mają ową dzikość i zabawę w sercu, która jest im odbierana, gdy te dojrzewają i stają się dziewczynami budzącymi pożądanie. Zaczynają wstydzić się własnych kształtów i uczy się je bycia miłymi i usługującymi. Na szczęście jest coraz więcej świadomych kobiet, które nie boją się mówić tego, co myślą i spełniają własne marzenia. Niestety często są to samotne kobiety z etykietką „zimna jak lód”. Bo nawet jeśli potrafią dbać o własne potrzeby to nie zawsze potrafią kochać czy dzielić się uczuciami. Słuchanie baśni i historii mądrych, starszych kobiet może pomóc w odnalezieniu zagubionej Dzikiej Kobiety. „Biegnąca z wilkami” to książka wszystkich kobiet. A jeśli chcecie już dziś wejść na drogę do samopoznania to zacznijcie od uważnego słuchania. Siebie, swoich matek i babć.

Kobiecość

Do pełnego zrozumienia własnej płci długo się dojrzewa; lata, dekady a czasem całe życie. Rzadko, która z nas dostaje to w spadku z mlekiem matki. Zazwyczaj uczymy się własnej płci tak samo jak pierwszych kroków i natury otaczającego świata. Kilka miesięcy temu zaczęłam poszukiwania własnej kobiecości od zadania sobie podstawowego pytania- Czym jest kobiecość?

str


Czym jest kobiecość?

Będąc młodsza, obserwując kobiety w rodzinie i starsze koleżanki myślałam, że kobiecość to buty na wysokich obcasach, zwiewne sukienki, pomalowane paznokcie i płakanie na ckliwych filmach. Może dlatego nie przepadałam za towarzystwem kobiet, wolałam trzymać się z chłopakami, którzy twardo stąpali po ziemi, zawsze mięli gotowe rozwiązania na niespodziewane problemy a przede wszystkim rozmawiali na poważne tematy a nie jakieś tam peelingi srelingi. Powyższe powody decydowały również o tym, że nie czułam się kobietą, bo przecież nie wpisywałam się w ciasne kryteria…

Zmiana punktu widzenia rozpoczęła się od poznania kilku fascynujących kobiet, które całkowicie złamały moje dość powierzchowne pomysły na temat naszej płci. Iza, Agnieszka, Magda i kilka innych fantastycznych kobiet pokazały mi jak różne może być wydanie kobiecości i jak wiele rozmaitych znaczeń kobiecość może posiadać. Wspólny mianownik to: dzikość, samodzielność, niezależne myślenie, przestrzeń, mistycyzm, intuicyjna mądrość i twórczość, która jak sądzę, nam kobietom przychodzi naturalniej.

Biegnąca z wilkami 

Prawdopodobnie też nie z przypadku odkryłam  zupełnie niedawno „Biegnącą z wilkami” autorstwa C.P. Estes, która poświęciła całe życie na zgłębienie archetypu Dzikiej Kobiety i miejsca jakie posiada w historii i kulturze. Estes zaprzecza tezie jakoby kobiecie były przypisane tylko określone cechy- słabszej płci. Owszem, jesteśmy wrażliwsze, jesteśmy bardziej uczuciowe i troskliwe, ale to rodzi w nas siłę duchową; siłę innego pokroju- bycia blisko prawdziwej natury i autentycznej świadomości tego co jest. Wrażliwość prowadzi do pełnej uważności, a ta sprawia że działamy w mądry i intuicyjny sposób, niczym stara wilczyca poruszająca się po dobrze znanym lesie.

Nie bez powodu czarownicami były kobiety. Czarownica to dziś niestety pejoratywne znaczenie kobiety będącej blisko ziemi i natury. Kobiety, która nauczyła się żyć cyklami przyrody i wykorzystywać jej zdrowotne tajniki na użytek plemienia lub szerszej społeczności.

Kobiecość to nie określony typ urody. To nie ciało o pełnych kształtach ani nie styl ubierania. Kobiecość to bycie blisko Natury. Tej prawdziwej, nieskażonej i dzikiej. Kobiecość to przestrzeń- wolność wyborów i niezależne myślenie. Kobiecość to duchowość w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Największymi  choć jakże cichymi mistykami były kobiety, które wiedziały co się wydarzy zanim wystąpił jakikolwiek symptom. Wyczuwają cudze nastroje, są empatyczne i śmiem twierdzić, że wiedzą więcej. My wiemy więcej. I nie jest to bynajmniej efektem logicznego myślenia ale instynktu zwanego intuicją, za który (jeśli był „niebezpiecznie” rozwinięty) palono na stosie.

Spotkać się po środku

Kobiety to wolne duchy. Uzdrowicielki. Artystki. Mistyczki. I to nie prawda, że nie podejmujemy ryzykownych wyzwań. Podejmujemy je każdego dnia będąc matkami, kochankami, żonami czy samotnymi nauczycielkami życia. Podejmujemy je w pracy na ważnym stanowisku i gdy codziennie bierzemy się za sztalugi by stworzyć intymne arcydzieło malowane krwią i głośnymi uderzeniami serca. Jesteśmy podróżniczkami. Częściej podróżujemy do wnętrza i rozumiemy własne sny. Aby być spełnioną, kobieta nie musi tkwić w domu w ciasnym fartuszku lub gorsecie poprawnych zachowań. Zdrowa kobieta potrzebuje mocnego animusa- męskiego aspektu psychiki, owej dzikiej natury, która tupnie nogą i spakuje walizkę kiedy zajdzie taka potrzeba. Tak jak mężczyzna, który by być bliżej ludzi musi choć trochę rozwinąć żeńską animę. Wtedy mamy szansę spotkać się w pół drogi i uzupełnić na wszystkich płaszczyznach dawcy i biorcy.


Zdjęcie: www.alexblackmore.com