Archiwa tagu: kobiecość

(Bezbronne) boginie w każdej kobiecie

Kiedy po raz pierwszy otwierałam książkę
Jean Shinody Bolen „Boginie w każdej kobiecie”
nie sądziłam, że rozdziały o bezbronnych boginiach
jakkolwiek mnie poruszą.

W końcu nie jestem zależna od kogokolwiek.

A jednak. Podróż z jedną z nich
zrobiła na mnie ogromne wrażenie
i sprawiła, że odnalazłam w sobie jakości,
których wcześniej dość skutecznie się wypierałam.

Dziś przedstawię Wam moją perspektywę
na boginie zależne/bezbronne. A więc
takie, których osią przewodnią życia
jest relacja z drugim człowiekiem.

Są to: Hera, Demeter i Persefona.

Nie sądźcie jednak, że określenie
„bezbronne” sprawia, że to typ słabych kobietek.

Owszem, są bezbronne, ale wobec
własnych emocji, które bywają silniejsze
niż zdrowy rozsądek i trzeźwe myślenie.

Zazdrość i przywiązanie
mają władzę nad Herą.

Bezwarunkowa miłość, potrzeba troski
i tęsknota to domena Demeter.

A lęk, niepewność, introwertyzm i skrytość
to cechy jej córki, Persefony.

BOGINI HERA

20191205_102956

Często na spacerach z Luną spotykamy
znajomych, którzy mają sympatyczną suczkę.
Zaskoczyło mnie, że dali jej na imię Hera.
Coś mi nie pasowało. Bo ten miły border-collie
jest uosobieniem ciepła i łagodności.

Zupełnie inaczej niż Hera.

Z tą boginią zawsze miałam negatywne
skojarzenia. Bo to zazdrośnica. Kobieta
niebezpieczna i mściwa.

Ona nigdy nie przebiera w środkach, jeśli jej związkowi
zagraża inna kobieta. Gotowa jest posunąć
się do wszystkiego, żeby pozbyć się rywalki.

Hera to archetyp żony. To kobieta, dla
której sensem życia jest pełnienie roli
oddanej i zjawiskowej u boku również
reprezentatywnego partnera.

Może mieć dzieci, ale nie musi.

Macierzyństwo bowiem nie jest
dla niej tak istotne jak instytucja małżeństwa,
która sama w sobie jest największą nagrodą.

To przecież jej tożsamość.

To kobieta, która gdy mówi „ja”, zawsze
myśli „my”. Ja i mój mąż. Podejmę decyzję,
gdy poznam opinię męża.

Na swojej drodze spotkałam kilka Her.
Przerażały mnie. Przerażało mnie ich zaślepienie
i absolutna koncentracja na mężczyźnie. Tak jakby
bez mężczyzny u boku nagle miały stać się przezroczyste.

Miałam na studiach kilka koleżanek
o tym archetypie. Ich największym marzeniem
było „dobrze wyjść za mąż” aby zostać ozdobą jakiegoś
zaradnego, przystojnego mężczyzny.

Kochały bajki i filmy romantyczne
z happy-endem. A gdy chłopak im się
oświadczył, przedstawiały ten fakt,
jakby właśnie weszły na Mount Everest.

Młode Hery zawsze były dobrymi
koleżankami pod warunkiem, że obok
nich nie siedział partner.

A jeśli siedział, to nagle z przyjaciółek wchodziły
w rolę rywalek. Przylepiały się do partnera niczym
bluszcz, jednocześnie nie spuszczając
oka z potencjalnych zagrożeń.

Kiedy myślę o Herze współcześnie,
to widzę przede wszystkim Nancy Reagan,
żonę dawnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Czy wiecie, że rozpoczynała karierę jako
utalentowana aktorka, ale rzuciła to,
by pełnić funkcję małżonki
znanego człowieka?

Kiedy o tym myślę, to pojawia się
we mnie jakiś smutek – wrażenie
niezrealizowanego ludzkiego potencjału.

Bo przecież, gdy uzależniamy swoją wartość
od drugiej osoby, to tak jakbyśmy budowały zamek
na mokrym piasku. Wystarczy jedna większa fala,
by zmyła budowaną przez lata tożsamość.

BOGINI DEMETER

20191122_102824

Już na samą myśl o niej robi
mi się miło, miękko i łagodnie.

To Kobieta Matka, która kocha dzieci
i ma potrzebę opiekowania się innymi.

Nie tylko o swoimi dziećmi, ale również cudzymi
– wszystkimi istotami, które potrzebują
otwartego serca, życzliwości i miłości.

Gdy ją sobie wyobrażam to widzę Matkę Ziemię.

Gaję. Bogini Płodności. Naturę. Żyzną glebę.
Kobietę o pełnych kształtach, grubych włosach
w długiej, kwiecistej sukience.

Demeter to kobieta świadoma
cykliczności, zwierząt, roślin, ludzi i ziemi.

Jest boginią, która wie, że zarówno
narodziny i śmierć, jak i wzrost oraz stagnacja
to zawsze dwie strony jednej monety.

To kobieta-bodhisattwa, a więc
ta, która przede wszystkim dba
o cudze potrzeby.

Kocha bezbronne istoty, bo dawanie jest
jej naturalnym przymiotem.
Kobieta-schronienie i kobieta-dom.

Sprawdza się w zawodach opiekunki,
przedszkolanki, nauczycielki,
pielęgniarki czy zastępczej matki adopcyjnej.

Bo Demeter bez innych usycha.
To żywicielka i piastunka.

Nasza kultura przedstawia ją jako Matkę-Polkę,
której wszyscy wchodzą na głowę. Ale czy na pewno?

Moim zdaniem polski model Demeter, który
wyrósł na patriarchalnym gruncie
jest skrajnym i przejaskrawionym mitem.
Przede wszystkim jest daleki od prawdy.

Dla mnie Demeter jest silną kobietą.

Widzę w niej wszystkie żywioły, ale
przede wszystkim stabilność, mądrość i moc ziemi.

Demeter to kobieta przemiany, której nic
co ludzkie nie jest  obce. Wie, że to co
przyszło musi także odejść, dlatego akceptuje
młodość jak i starość.

Mitologia przedstawia ją  jako matkę,
która traci zmysły z tęsknoty za porwaną córką.

A że jest kapłanką przyrody to
i ona wpada w rozpacz.

Pola przestają dawać plony, ziemia wysycha,
drzewa obumierają i nie rodzą owoców.

Mnie jednak bardziej zaciekawiło to,
co wydarzyło się później
– po okresie matczynej żałoby.

Bo przecież przyszedł moment przełomowy.

Demeter po uznaniu, że wylała z  siebie wszystkie
łzy postanowiła  wrócić do życia.

A że życie dla niej to troska o innych,
zatrudniła się w pałacu  Keleosa i
Metanejry, do opieki nad ich dzieckiem.

W ten sposób umożliwiła swoim
naturalnym właściwościom znów się
przejawić, a matczynej energii płynąć swobodnie.

Bardzo mi do niej blisko.

Kiedy rozglądam się po moich
koleżankach, to widzę jak wiele jest
ich w moim życiu – kobiet Demeter.

Ciepłych, serdecznych, empatycznych,
wrażliwych i otaczających uwagą.

Takich, które nie odwrócą wzroku, gdy zobaczą
chorobę i brzydotę. To kobiety o mocnych nogach.
Dobrze ukorzenione i twardo stąpające po ziemi.

Gdy myślę o współczesnych kobietach Demeter,
to widzę:

Annę Dymną,
Emily Watson
Edytę Pazurę,
czy Danutę Wałęsę.

Nie ma ich zbyt wiele w show-biznesie,
bo to przecież nie ich bajka.

Mimo to robią rzeczy głośne i wielkie. Tworzą
fundacje, zbierają pieniądze na schroniska,
organizują akcje pomocowe i gale charytatywne.

Te kobiety są jak cicha przestrzeń.

Niejednokrotnie robią więcej niż
inni, ale świat o nich zapomina – bo
nie dopominają się o nagrody czy oklaski.

Wystarczy im czyjś życzliwy uśmiech
i poczucie, że są pożyteczne.

BOGINI PERSEFONA

20191207_160709

Archetyp córki, zależnej dziewczyny,
córeczka mamusi. Grzeczna, podporządkowana,
która godzi się na wszystko, co akurat przychodzi.

Bardzo często prosto spod bezpiecznych skrzydeł
matki wpada pod skrzydła męża, który pragnie
mieć ugodową i posłuszną małżonkę.

Żaden z mitycznych archetypów
nie wzbudził we mnie tylu sprzecznych
uczuć i … obrzydzenia, co ten.

Jednocześnie też zdałam sobie sprawę, że
skoro tak silnie reaguję na jakąś postać, to
nie mam innego wyjścia, jak tylko bliżej się jej
przyjrzeć.

Bo skoro „coś” budzi odrazę, to znaczy, że
zostało zepchnięte do cienia, wyparte.

Persefona nie jest czarno-białym
archetypem. Spójrzmy na mit.

Niewinna dziewczyna
zostaje uprowadzona do Hadesu, a
więc świata śmierci, mroku i podziemi.

Kojarzy mi się to z naturalnym cyklem
kobiety, która przynajmniej kilka razy w życiu
udaje się na psychiczne, ale bardzo żyzne dno.

Hades to chwilowe wycofanie się z
życia i relacji.

To schowanie się w półmroku,
aby przetrawić coś ważnego i
doświadczyć duchowej transcendencji.

To medytacja. Introspekcja.
Potrzeba izolacji i samotność.

Hades to również świat wrażliwców,
i tych, którzy pełnią rolę medium – pośrednika
między życiem a śmiercią, między ciemnością
a światłem, między duchem a materią.

Znam te stany jak nikt.

Bo będąc jedynakiem, wielkim wrażliwcem
i introwertykiem w wybitnie ekstrawertycznej
rodzinie ucieczki do Hadesu były moim jedynym
sposobem na przetrwanie.

Niczym Alicja uciekałam w mityczny świat
Krainy Czarów, by znaleźć przyjaciół.

Jak Piotruś Pan wymyślałam sobie
dobre wróżki, skrzaty i duszki, by mieć
w kimś oparcie. By uciec od szarej rzeczywistości.

Więc dziś widzę Persefonę trochę inaczej
niż przedstawia ją mitologia. To bogini
introspekcji i intuicyjnej mądrości.

To kobieta, która ma dostęp do stanów,
które dla ludzi dostępne są tylko
po psychodelikach albo hipnozie.

Ale żeby nie było tak kolorowo.

Bo skoro Persefona nie potrafi o siebie zadbać
w zewnętrznym świecie, to znaczy, że bywa
wykorzystywana przez manipulatorów.

Łatwo ją oszukać, bo sama chętnie
zakrywa oczy zasłoną iluzji.

I dlatego bywa wykorzystywana. Wybiera
niewłaściwego partnera, niewłaściwą pracę
i nie dostrzega fałszu, który dla innych jest
widoczny na pierwszy rzut oka.

Persefona kocha fantazję.

A gdy wejdzie w nią za bardzo, może już
nie wrócić do rzeczywistości.

Dlatego mawia się, że to typ kobiet, które
doświadczają psychoz, neuroz
i głębokich stanów depresji.

Bo Hades to również smutek, lęk,
brzydota i spowolnienie. A więc
wszystko to, od czego normalny
człowiek odwraca oczy.

Gdy myślę o słynnych Persefonach
to widzę artystki:

Sylvię Plath,
Virginię Woolf
czy Marilyn Monroe (która, choć medialnie
przedstawiana jako Afrodyta, była dla mnie
istnym ucieleśnieniem mitu o Persefonie).

Jak Ty to widzisz Kobieto?
Czy utożsamiasz się z którąś z bogiń?
Czy odnajdujesz cechy wspólne?

Często, jeśli nie wiemy którą boginią jesteśmy,
wystarczy spojrzeć na otoczenie. Czego jest
dużo? Jakimi ludźmi się otaczasz?
Co przychodzi ci łatwo? Jak spędzasz czas?
Co Cię niepokoi, a co daje siłę?

W kolejnym poście opiszę ostatnie boginie.
Będą to boginie alchemiczne: Afrodyta i Hekate.

Boginie w każdej kobiecie. Sprawdź, którą jesteś!

Po ostatnim poście o archetypach
dostałam od Was mnóstwo wiadomości.

Pytałyście, czy pożyczę Wam książkę,
gdzie można ją kupić i kim jest autorka.

Prosiłyście też o informację na temat
innych bogiń, o których w poście nie napisałam.

Tak oto narodził się pomysł na szczegółowy artykuł
o boginiach w każdej kobiecie.

Najwyraźniej identyfikowanie się
z archetypami jest nam bliskie i pozwala
przejść konkretny proces indywiduacji.

Może dlatego, że archetyp to tożsamość zmienna.
Możemy go ubrać jak piękną sukienkę,
a potem odłożyć do szafy i przymierzyć coś
zupełnie innego – bo nas pociąga, albo niepokoi.

Co ważniejsze – z konkretnym archetypem nie musimy
identyfikować się przez całe życie, nie ma też takiej potrzeby.

Mityczny archetyp to doskonała persona
na chwilę obecną. Czasem towarzyszy nam
przez tydzień, niekiedy przez miesiąc, czy rok.

Bo przecież zmieniamy się.

Tak jak nasze nastroje, role, pragnienia
i potrzeby, tak i my ewoluujemy, rośniemy,
a czasem się kurczymy do środka.

W zależności od nastroju i emocji
w jednej chili możemy czuć się
waleczną Artemidą, by na drugi dzień
z łatwością odnajdywać w sobie cechy Hestii.

GRECKIE BOGINIE

Zacznę od tego, że autorka książki
„Boginie w każdej kobiecie” (Jean Shinoda Bolen)
jest  psychoanalityczką i przyjaciółką Clarissy
Pinkoli Estes, autorki „Biegnącej z wilkami”.

Obie panie wywarły na siebie duży wpływ, choć
Jean Shinoda Bolen napisała książkę znacznie wcześniej.
Pinkola natomiast korzystała z jej prac,
pisząc swoje baśniowe opus magnum.

„Boginie w każdej kobiecie” zrobiły
furorę w latach 80. i 90.

Potem wielokrotnie byłe wznawiane przez
światowe wydawnictwa psychologiczne, bo
po 35 latach od daty premiery nic nie utraciły
na swojej aktualności. Na tym polega potęga mitu.

Autorka „bogiń” podzieliła je trzy kategorie:

1. Dziewicze/Samotne/Niezależne
2. Zależne od innych/ Bezbronne
3. Alchemiczne/Inicjujące przemianę

Dziś napiszę o tych pierwszych.
Należą do nich: Artemida, Hestia i Atena.

Z tym typem kobiet, zawsze najłatwiej było
mi się identyfikować, bo nie potrzebowały
do życia mężczyzn. A już na pewno nie
określały swojej wartości przez pryzmat
bycia w związku lub nie.

Jeśli kiedykolwiek spotkasz kobietę,
która powie, że „mężczyzna jest jej
potrzebny tak jak rybie rower”, to wiedz
że masz do czynienia z Artemidą, Hestią lub Ateną.

BOGINI ARTEMIDA

20191201_111909

Świat filmowy z uwielbieniem
korzysta z archetypu silnej,
odważnej i walecznej kobiety.

Bo Artemida to wzór epickiej bohaterki.
Walczy o siebie, skupia się na celu niczym
światło lasera, jest nieustraszona i pełna mocy.

Diana z filmu „The Wonder Women”
była wzorowana na Artemidzie.
Podobnie jak Xena, wojownicza księżniczka,
Animowana Merida Waleczna czy Lara Croft.

Kochałam je wszystkie, a moje serce zawsze
mocniej biło, gdy widziało je na ekranie.

Ale to nie tylko wojowniczki, które
chodziły z mieczem u boku.

To również aktywne feministki, które biorą udział
w marszach na rzecz równości kobiet.
To one stukały parasolkami w okno
Piłsudskiego domagając się praw wyborczych.

Współcześnie organizują Czarne Protesty,
Kongresy Kobiet i Marsze Równości. To idealistki.

Ich dominującą emocją jest gniew, który
o ile jest dobrze przekształcony bywa energetycznym
paliwem, który napędza do działania.

Artemida jest aktywna, ciekawa świata,
zdeterminowana i przebojowa. Kocha
zwierzęta i naturę, oraz wspiera siostrzeństwo.

W greckiej mitologii przedstawiano ją z łukiem i strzałą,
co oznacza, że jeśli postawi sobie jakiś cel,
zawsze go osiągnie.

Lubi dzieci, ale starsze – takie, z którymi
można się pobawić. Sama natomiast
często bywa bezdzietna z obawy
o utratę niezależności – kocha przecież
wolność i autonomię.

Jeśli myślę o znanych
Artemidach, to widzę:

Martynę Wojciechowską,
Beatę Pawlikowską,
Maję Włoszczowską,
Elżbietę Dzikowską.

BOGINI HESTIA

20191201_111820

Bardzo mi bliska. Od zawsze
intuicyjnie czułam, że jestem
przede wszystkim nią.

Kobietą Domowego Ogniska.

I choć czasem życzyłabym sobie mieć
więcej cech Artemidy, to jednak zawsze szala
zdecydowanie przesuwała się w stronę Hestii.

Hestia to spokojna, cicha i niewidzialna
bogini. Introwertyczka, której nadrzędną
wartością jest skupienie do środka.

Hestia nie wyobraża sobie życia bez
medytacji czy kontemplacji duchowej,
a wszystko czym się kieruje ma
pomóc jej w rozwinięciu Jaźni.

W mitach zwykle przedstawiano
ją jako okrągłe  palenisko w środku świątyni.

To kapłanka, wiedźma i stara kobieta.

Ona nie potrzebuje być w centrum uwagi.
Jest małomówna, nad wyraz ceni ciszę i
rytuały. Hestia to bogini wszystkich mniszek
i kobiet, które traktują dom jak świątynię.

Poznasz ją po tym, że w jej domu
zawsze jest posprzątane, upieczone,
ozdobione i dopieszczone.

Ma zioła w doniczkach, mnóstwo
książek i kocha zwierzęta.

Gdy zaprosi Cię do siebie, wiedz, że zadba
o ciebie z miłością, ciepłem i życzliwością.
Obejmie cię uwagą i wysłucha przy herbacie.

To kobieta, która wyznaje zasadę „Hygge”.

Ma być ciepło, przyjemnie i bezpiecznie.
Jej dom bywa schronieniem od zgiełku świata
i bez problemu przeznacza na to pieniądze.

A to dokupi kwiatka.
A to ciepły koc, obraz na ścianę
czy pachnące olejki i świece.

Nie sądźcie jednak, że to typ „domowej kury”.
Hestia jest bardzo samodzielną boginią.
Kocha samotność, a dbanie o dom jest
dla niej jak praktyka mindfulness.

Robi to z radością i zaangażowaniem,
a prace domowe pomagają jej w
kontemplacji chwili obecnej.

To kobieta, w typie „dobrej ciotki”,
która zawsze chętnie cię wysłucha,
otuli kocem, nakarmi ciastem i pyszną kawą.

Bywa słuchaniem, ciepłą obecnością
i żywą, serdeczną uwagą. Jest przy tym
nieabsorbująca, czasem niedostępna,
bo skierowana do siebie.

Jest jak przestrzeń.

Gdy myślę o Hestii, to wyobrażam sobie:

Pemę Cziedryn,
Olgę Tokarczuk,
Grażynę Błęcką-Kolską
czy Emily Dickinson.

Historia i filmy często ją pomijają, bo nie jest tak zjawiskowa
jak Artemida. Pamiętajmy jednak, że to
bardzo wrażliwa i mądra kobieta, która wie.

A kobieta, która wie, nigdy
nie musi rozpychać się łokciami.

BOGINI ATENA

20191201_111838

Zawsze fascynowało mnie jej zimne jak
lód oblicze i ciężka zbroja na ciele. Jako
dziecko lubiłam czytać o niej w mitach, bo…
przypominała chłopaka w spódnicy.

I tak właśnie można byłoby ją określić.

Bo Atena jest kobietą, która uwielbia
mężczyzn tak bardzo, że często ich naśladuje.
Cechuje ją logika, racjonalność, konkret,
rozsądek, przedsiębiorczość i zadaniowość.

Atena to współczesna bizneswomen, która
pnie się w górę po wszystkich szczeblach kariery.
Ale bywa też oschła i niewrażliwa jeśli chodzi
o ludzkie uczucia, bo sama bywa od nich odcięta.

Atena to profesjonalistka,
perfekcjonistka i organizatorka.

To, co odróżnia ją od Artemidy to
brak impulsywności, zakotwiczenia
w ciele i zgoda na patriarchat.

Podczas, gdy Artemida często poświęca życie
na walkę o równouprawnienie, o tyle Atena
naprawdę sądzi, że mężczyźni są lepsi. Przyjaźni
się z nimi, choć często czuje się gorsza.

Ale Atena to również błyskotliwa inteligencja,
umysł ścisły i wielkie ambicje.

To kobieta, która z powodzeniem realizuje cele
i dąży „po trupach do celu”. Lubi konkrety i
jasne komunikaty.

Ateny często zostają politykami, bo lubią władzę.
Bywa też, że zaciągają się do wojska lub innej służby
publicznej, która wymaga nerwów jak ze stali.

Jeśli myślę o Atenie, to widzę:
Angelę Merkel,
Królową Elżbietę,
lub Beatę Szydło.

Czy odnajdujesz się w którejś z nich?

Czuję, że mam w sobie ok. 70% Hestii
i 30% Artemidy. Ale bywają też dni,
gdy dostrzegam w sobie Demeter
czy Persefonę, choć rzadko i na chwilę.

Myśl o tym, jak dużo mam w sobie Hestii
przyszła do mnie, gdy pojawiła się nadwyżka
pieniędzy. Zupełnie zapomniałam, że chciałam
wyjechać do Meksyku.

Zamiast odłożyć pieniądze na konto kupiłam
duży kwiat doniczkowy, książki i piękną skandynawską
girlandę z lampek. „Żeby w domu było miło”.

Najwyraźniej Artemida jest młodszą siostrą
Hestii i dopiero dojrzewa, nie domagając się
jeszcze równych praw czy uznania.

W kolejnym poście zamieszczę informacje
o boginiach zależnych i bezbronnych,
a więc takich, dla których relacja z drugą osobą
jest centralną osią jej życia. Będą to:

Hera, Demeter i Persefona.


Główne zdjęcie:  Joy Marino from Pexels

Eros. Porozmawiajmy o przyjemności

Dziś będzie temat, który od dawna
odkładałam na półkę.

I choć kilka razy przeszło mi przez myśl,
żeby poruszyć ten wątek, ostatecznie
zawsze rezygnowałam.

Bo:

nie wypada
nie dotyczy mnie
nie jestem zainteresowana
to głupie/śmieszne/nie na miejscu.

Seks.

Jakiś czas temu zostałam zaproszona
do grupy na Facebooku, którym tematem
przewodnim jest „seks bez wstydu”.

Ale nie sądźcie, że to grupa zwykłych
dziewczyn, które dzielą się sztuczkami
w stylu kolorowych poradników.

Nic z tych rzeczy.

EROS I INNE PRZYGODY MIŁOSNE

Grupa „Sex and Love” została założona
przez dojrzałe, świadome siebie
Kobiety Mocy, które wiedzą, jak wiele
mitów i wstydliwych historii zawiera
życie każdej z nas.

Bo uwierzyłyśmy w to, co wpajano
nam od dziecka. Albo nas karano –
za śmiałość. Lub zawstydzano – za nagość.

Ileż to razy nasłuchałyśmy się, że
mamy robić, to czego chcą mężczyźni,
bo inaczej odejdą?

Ileż to razy przekraczałyśmy własne
granice smaku i zadowolenia,
żeby tylko zadowolić cudze potrzeby?

A ile razy rezygnowałyśmy z czegoś,
bo nie wypada/ bo co o mnie pomyśli?
Bo dziwka. Bo mama potępi.

A ile razy chciałyśmy o czymś
porozmawiać w kobiecym gronie,
ale się wstydziłyśmy, bo to tabu?

Jest nas MNÓSTWO.

A świadczy o tym grupa, do której
przyjęłam zaproszenie.

I choć nigdy sama nie podzieliłam się na
facebookowym forum osobistą historią,
to przecież mogłabym się  podpisać, pod wieloma
opowieściami kobiet, które piszą tam codziennie.

Za brzydka, za gruba, za chuda.
Za spokojna, za mało wyuzdana,
zbyt szalona, odważna, nieśmiała…
Za mały biust, za duże biodra, za dużo,
za mało, za wolno, za szybko.

A w tym całym pudełku nazw i określeń,
MY – człowiek, czująca istota, pragnąca
bliskości, odrobiny ciepła, przyjemności,
niekiedy zapomnienia, ekstazy a czasem radości.

WSTYD

Seks nie istniał w moim życiu
od kilku lat. Dlatego moją pierwszą
myślą na zaproszenie grupy było:

To mnie nie dotyczy.

A jednak dołączyłam. I każdego
dnia czytałam kolejne wzruszające
historie kobiet, które pragną spełnić
swoje fantazje i kochać się bez wstydu.

Wstyd.

Znasz go? Ja idę z nim za rękę przez
całe życie. Wciąż zawstydzam się
własną kobiecością.

Jako młoda dziewczyna wstydziłam się, że
ktoś na mnie spojrzał w ten charakterystyczny
sposób. Wstydziłam się, że ktoś chciał mnie dotknąć,
pocałować, zatańczyć.

LOLITKA

Dopiero na studiach odkryłam, że uroda plus seksapil
mogą być fantastycznym środkiem do:

a) manipulowania
b) otrzymywania „miłości”
c) bycia na topie
d) posiadania władzy

Był okres, kiedy wykorzystywałam
urodę Lolitki, by przez chwilę poczuć
się adorowana.

I to nie tak, że doprowadzałam rzeczy
do końca. Co to, to nie. Wystarczyło mi, że
mężczyzna oszalał na moim punkcie.

Brałam torebkę i zatrzaskiwałam drzwi:
„Było fajnie! Trzymaj się!”

A oni potem dzwonili, esemesowali,
gdzie jesteś? czemu tak uciekłaś?
Im bardziej szaleli z niewiedzy,
tym bardziej ja szalałam z radości.

Byłam na górze. Wygrywałam.
Piłeczka po mojej stronie.
JESTEM WAŻNA.

Nigdy nie weszłam dalej.
Bo a nuż się zakocham.
A nuż zostawią, odejdą,
skrzywdzą, zdradzą, upokorzą.

Nie zniosę odrzucenia.

KOBIETA LODU

Dorosłam. I zaczęłam wchodzić
w poważne związki. Nagle z
uroczej Lolitki zmieniłam się
w Kobietę Lodu.

Nie wolno, nie można, muszę,
obowiązki, nie przesadzaj,
rano do pracy, oszalałeś?!

Aleksander Lowen nazwał
takie kobiety „Posągami”.
Wiesz ile życia jest w posągach?

Wcale.

Przez bycie Posągiem
zakończyła się moja pięcioletnia
relacja. Bo nie miałam ochoty na zabawę.

Nie z tym konkretnym partnerem.
Po prostu byłam zamrożona i odcięta
od własnych życiowych impulsów.

Uzdrowienie mogło przyjść tylko
przez dojście do ściany i uderzenie głową w mur.

Minęło 1,5 roku.

Gdy spotykam naszych starych znajomych
pytają mnie: masz kogoś?

Nie. Jestem sama.

„Ach, singielka! To pewnie nieźle
szalejesz” – słyszę w odpowiedzi,  a ich
ubawiony wzrok zdradza niezwykłe
pomysły w głowach. A tymczasem…

MNISZKA/ ARTEMIDA

Wewnętrznie byłam ascetyczną,
zdyscyplinowaną, uporządkowaną… Mniszką.

Seks nie istniał.

Przede wszystkim we mnie. Tak jakby,
ktoś wyciął funkcję ciała i mózgu odpowiedzialną
za ten aspekt życia. Nawet jak ktoś zwracał
na mnie uwagę, udawałam, że nie widzę.

Przez długi czas sądziłam,
że to stało się samo.

A przecież to ja przestałam się bawić i robić
rzeczy przyjemne. Moja dzienna lista zawierała
tylko ważne obowiązki i pilne potrzeby.

Śniadanie, praca, pisanie, dom i spać.

„Kama, może tańce?”
NIE.

„To chodźmy do teatru!”
NIE.

„Jedziesz ze mną w góry?”
NIE.

„Zrobiłam prawko na motor.
Przewieźć cię?”

O Boże. N-I-E!

W tym okresie wyszły na wierzch wszystkie rzeczy
i naleciałości z przeszłości. Wszystkie nierozwiązane
konflikty, mity, wspomnienia okraszone etykietami,
z którymi nigdy się nie zmierzyłam wprost.

Patriarchalne- trzeba i nie wolno.
Feministyczne- nie dotykaj mnie.
Dziecięce – niech ktoś mnie pokocha.
Jedynacze – nikogo mi nie trzeba.

W tym okresie bardzo często towarzyszyła
mi jedna emocja. Gniew. Chciałam walczyć
i walczyłam. Bywały dni, że agresja się ze
mnie wylewała. Na tapecie laptopa miałam
wikingów, nad biurkiem postać Artemidy.

Dopiero jakiś czas później zrozumiałam,
co łączy wszystkie te postacie: Mnicha,
Wikinga i Artemidę: zbroja.

I dlatego nawet, gdy coś bardzo
chciało do mnie dotrzeć, zbroja
była skutecznym antidotum.

Żadnych przyjemnych impulsów.
Zostawcie mnie. Jestem na wojnie.

ARCHETYP GŁUPCA

Archetyp Mniszki/Artemidy był mi do czegoś potrzebny.
Przede wszystkim do tego, żeby w końcu zostać
pokonaną i rozpaść się na kawałeczki. Przyznać się:

Chcę.
Pragnę.
Cieszę się.
Kocham.

Schowałam go do pojemnego kartonu.
Może kiedyś się przyda.

Dziś pozwalam sobie na bycie Głupcem.

Ten, kto miał kiedykolwiek styczność
z Tarotem, wie, co oznacza. Wróciłam do „startu”.

Nic o sobie nie wiem.
Nie wiem co lubię,
ani czego chcę,
ani czego nie chcę.

Weryfikuję na nowo. Jak młoda dziewczyna,
która po raz pierwszy w życiu opuszcza
rodzinny dom i uczy się uwodzić świat.

Czuję podekscytowanie. Czuję radość.
Niepewność i wdzięczność. Kto przyjdzie?
A może to ja przyjdę do kogoś?

A może nie wydarzy się i nic
i będę samotną tancerką
na parkiecie osobliwości?

Byle dawało radość.

Jest mi dobrze, bo odkrywam.
Zmieniam się. Wyjmuję z szafy
kolejną personę – zwiewną, kobiecą, dziką
i przyglądam się jej z zaciekawieniem.

Bardzo spodobał mi się cytat z książki
Liz Gilbert „Wielka Magia”: Kiedy nie wiesz
dokąd iść, idź za ciekawością.

Idę zatem. Z mądrością Kobiety Lodu,
z odważnym sercem Artemidy
z wielką ciekawością słodkiej Lolity.

Idę z radością na parkiet ❤

 

 

Wiek średni: urodziny, a może ponowne narodziny?

12 października będę obchodziła
34. urodziny. Czy to już
podpada pod wiek średni?

Taki półmetek życia, przy sprzyjających
wiatrach. Choć nigdy niczego nie można
wykluczyć. Może to końcówka, a może
dopiero początek pięknej drogi?

Musicie wiedzieć, że nigdy
nie lubiłam swoich urodzin.

To w ten dzień zwykle następowało
apogeum smutku i poczucia samotności.

W ubiegłym roku na urodziny
dostałam dwa smsy z życzeniami.

Jeden od rodziców, a drugi od
byłego chłopaka. To było jak
uderzenie łopatą w głowę.

Bo ewidentnie świadczyło
o jednym:

nie zadbałam o relacje.

Dobrym pozwoliłam
odejść, złe odeszły same, a nowe
nie przyszły, bo niby jak? Skąd?

Pamiętam, że dokładnie rok
temu miałam uczucie, że wszystko
czemu poświęciłam swój czas…

…zawiodło.

Bo przecież szczęście i spełnienie można
zmierzyć tylko jednym: jakością relacji.

Ja nie miałam żadnych.

To wszystko, co miało wypełnić
wewnętrzną pustkę działało tylko
przez chwilę, a potem następował
weekend, urlop i…. konfrontacja z
wewnętrzną dziurą głęboką jak ocean.

Gdybym miała umrzeć w tamtej
chwili, nic co zdobyłam i zgromadziłam
nie miałoby żadnego znaczenia.

Bo nie było ludzi.
I doprowadziłam do tego sama.

Pamiętam, że kilka tygodni później
zapytałam rodziców, czemu tamtego
ważnego dla mnie dnia wysłali SMSa
zamiast po prostu zadzwonić.

Odpowiedzieli: wiedzieliśmy że
się bawisz lub spędzasz czas z
przyjaciółmi. Nie chcieliśmy przeszkadzać.

A ja byłam w otchłani rozpaczy.

Jak wiele zmieniło się od ostatniego roku.
Przewartościowałam swoje życie, raz jeszcze
ustaliłam priorytety, odpuściłam wszystkie
pożalsięboże ścieżki duchowe mające
prowadzić do oświecenia, ale
izolowały od społeczeństwa.

Ostatecznie one wszystkie konfrontowały
z pytaniem ile w tych ścieżkach jest życia?

Bo przecież tyle życia, ile bliskości
ze światem i drugim człowiekiem.

Na przełomie lutego/marca samotność
była już tak nieznośna, że stwierdziłam,
że nie dam rady.

Że albo coś zmienię, wyjdę z domu,
porzucę pozorny komfort i
wpuszczę trochę powietrza…

albo po prostu stanę się bardo starym
i zgnuśniałym człowiekiem.

Oświeconym ale cholernie
samotnym człowiekiem…

Zmieniło się. Dzięki mojej decyzji
i świadomie wypowiedzianej intencji
przestrzeń zaczęła wypełniać lukę.

Pojawiły się kobiety. I ta jedna, która
wytrwale o mnie walczyła, tak długo, aż
wzbudziła we mnie siostrzane uczucia.

Otworzyłam drzwi. 

Nie tylko własnego serca, ale
również te od domu.

Nareszcie pojawił się ktoś, kto chciał zjeść
zupę, wypić kawę według 5 przemian
i nacieszyć się wegańskim ciastem.

Po raz pierwszy od dawna
poczułam się spełniona.
Szczęśliwa.
Żywa.

Nie sądźcie jednak, że jestem
wesołym motylem, co lata teraz
metr nad ziemią. Bywają cudowne
chwile, ale są i spadki nastroju.

Bo przecież stare nawyki wciąż czasem
łapią za chabety i napełniają
gorzkim lękiem.

Stare demony wołają do powrotu.

Sprawiają, że znów
naciskam pedał hamulca.

Spotkanie? Nie mogę. Mam dużo pracy.
Tańce? Nie mogę. Jestem zmęczona.
Wspólny spacer po plaży? Nie mogę, medytuję,
piszę, sprzątam, pogoda nie ta, boli brzuch…

Otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Nie jako analiza, ale jako uczucie.

Odrętwienie ciała. Smutek. Zmęczenie.
Brak siły i energii. Oddzielenie od całości.

To jest dobry moment na zadanie sobie
kilku ważnych pytań:

„Dokąd idziesz?
Czy to dobra droga?
Co czujesz?
Z czego
rezygnujesz?
Czego się boisz?”.

Myślę, że to cholernie ważne
w dzisiejszym czasach:

być usłyszanym,
być zobaczonym,
przyjętym,
zaakceptowanym.

Mieć komu spojrzeć w oczy, mieć kogoś,
kogo można dotknąć.

I nie mówię o relacjach miłosnych.
Mówię o byciu w społeczności
– o prawdziwym spotkaniu z drugim człowiekiem.

Nie poprzez esemsy.
Nie przez Facebooka, czy Instagrama.
Nie poprzez bloga, czy firmowy komunikator.

Mówię o prawdziwym spotkaniu, które wymaga
dania czegoś od siebie.

Czasu, energii, akceptacji,
wysłuchania. Zobaczenia.
Wyjścia z klatki umysłu.

W moim życiu zawsze pojawiały się wilki.

Przychodziły do mnie w formie książek,
obrazów, wisiorków, programów i filmów,
w kartach mocy, w ludzkich wołaniach.
Niektórzy do dziś mówią do mnie „Wilczyco”.

Wilki są wielkimi indywidualistami.
Jednocześnie bez watahy popadają w
dziki obłęd lub po prostu umierają.

Jakże to piękna metafora na moje życie
i na to kim się czuję.

Wilk jako symbol łączenia potężnego
indywidualizmu z potrzebą przynależności.

Jest dla mnie wielkim
nauczycielem na ścieżce życia.

Im jestem starsza, tym coraz
wyraźniej widzę co jest ważne.

Pieniądze, prestiż, ambicje, tytuły,
stanowiska, kariera, osiągnięcia, komercyjny sukces,
idea oświecenia… Wszystko przestaje mieć
tak wielkie znaczenie.

Czuję, że pod koniec życia tylko to
będzie miało znaczenie jak blisko
ludzi będziemy.

Tyle w nas prawdy i tyle w nas życia,
ile miłości i otwartości na innych.

Opowieści z Sopockiego Wzgórza

Choć data w kalendarzu wskazuje,
że lato wciąż trwa, to mam wrażenie,
że tylko umownie.

Świat o szóstej rano jest bowiem
otulony rudobrązowym
płaszczem Pani Jesień.

Czułam to już pod koniec sierpnia.

W powietrzu, które było inne.
Chłodne, rześkie, pachnące mokrą
ziemią i suchymi liśćmi, które
opuściły korony drzew.

Z ust zaczęła wydobywać się para.
Energia świata zwolniła, uspokoiła się,
i nawet ptaki nieco uciszyły swoje trele.

Tak jakby planeta przygotowywała nas
do głębokiej introspekcji.

Wejścia w siebie, by usłyszeć to,
co niewyraźne, co intuicyjne
i pełne zdrowej refleksji.

Czas zebrać owoce, które nagromadziłyśmy
od marca. Co to będzie?

Mądrość?
Cierpliwość?
Otwartość?
Szczerość?

A może gorzka prawda, że znów
przegapiliśmy coś ważnego?

Że znów za szybko.
Zbyt beztrosko,
z dala od intuicji, kreatywności i
własnych marzeń?

Teraz zobaczysz to
wyraźnie – kim się stałeś.
Kim jesteś i po co.

Kocham Jesień.
Czuję, że jestem Jesienią
i byłam nią od zawsze.

Tak. Gdybym miała być jedną
porą roku, zdecydowanie
byłabym właśnie nią.

Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego
ludzie świętują nadejście Wiosny,
ale nigdy Jesieni.

Przecież to tak doskonały czas.
Tak piękny i potrzebny.

Czas jabłek.
Czas gruszek.
Czas śliwek.

Okres barw pełnych dawnego słońca.
Czas chłodu, który ożywia i kurczy.

Może dla mnie to oczywiste, że
witam Jesień z otwartymi ramionami, bo
refleksja, cisza i „powolność” są mi bliskie.

Są czymś, co znam od dziecka.

Melancholia jest piękną muzyką,
która łagodzi nerwy i emocje.
Jak kołyska z miękką kołderką,
która napełnia poczuciem bezpieczeństwa.

 

20190904_082416

Czasem słyszę ludzkie narzekania.

Że przyszła Jesień. Że jest mniej słońca,
pada deszcz, a im nic się nie chce i
najchętniej spędziliby miesiące pod kocem.

Cóż, może właśnie po to jest Jesień?

Żeby wrócić do siebie.
Do tego kim jesteśmy naprawdę i
jaka jest nasza prawdziwa natura.
Bo pęd nią nie jest na pewno.

Ja sama robię się melancholijna
i powolniejsza. I wspaniale mi z tym,
bo czuję, że nareszcie mogę przestać walczyć.

Nareszcie jestem sobą.

Refleksyjną. Nieco zamyśloną.
Niekiedy smutną, niekiedy rozmarzoną.

Roztańczoną w tej wspaniałej,
pachnącej deszczem błogości.

Świat cichnie. Pustoszeje.
Idzie do środka. Nareszcie
możemy się spotkać.

Wychodzimy z Luną
rano na spacer.

Jest mokro i spokojnie.
A pod naszymi stopami
Pani Jesień rozkłada złoty
kobierzec z liści topoli i brzóz.

Wciąż zdejmuję buty i wędruję
przez kwadrans na bosaka.

Ziemia jest chłodna, wilgotna
i ciepła jednocześnie.

Pełna życia, nasiąknięta wszystkimi
życzeniami, które ludzie posyłali
latem w jej stronę. Oto w końcu modlitwy
zostały wysłuchane i pełna jest wody.

Mogę tak chodzić godzinami.
Pasuję tu idealnie. A gdy wracam do domu,
Jesień wciąż mi towarzyszy.

W szyszkach które znoszę,
w żółtych liściach, które wkładam do
ulubionych książek.
W deszczu stukającym za oknem.

Otwieram okno, by poczuć ten mokry zapach,
zapalam świeczkę, zaparzam herbaty i otwieram
słoik śliwkowych powideł.

Piszę.
Śpiewam.
Otulam
się kocem.

I patrzę za okno, dając się ponieść tej
błogiej kontemplacji, że wszystko jest po coś.

Że smutek i radość, narodziny i śmierć
bycie i przemijanie, wzrost i marność są tym czym są.
Ot naturalny rytm życia w ruchomym kole egzystencji.

Cykliczność. Coś co bliskie jest
każdej kobiecie.

Przychodzimy na chwilę, by stać się najlepszą
wersją siebie- utkaną z marzeń, lęków i pragnień.
A potem odchodzimy ustępując miejsca kolejnym.

Ale przecież w Przyrodzie nic nigdy nie ginie.
Po Zimie nadchodzi Wiosna.
Po śmierci, odrodzenie.

20190908_124036.jpg

Indywidualizm vs. Wspólnota. Jak to pogodzić?

Zupełnie niedawno uczestniczyłam
w wyjątkowym wydarzeniu przygotowanym
dla jednej z naszych kręgowych kobiet.

Ola już za kilka tygodni po raz
pierwszy  zostanie mamą.

Żeby móc celebrować ten magiczny czas
spotkałyśmy się w przy ognisku – każda z
podarkiem i życzeniami na nową drogą życia.

Bo przecież dla kobiety to swoista brama.
Oto kończy pewien etap.

Jakaś część niej umiera i zaczyna się nowa.
Kolejny etap życia z którego nie ma powrotu.

Teraz zmieni się wszystko i będzie trzeba
uczyć się siebie i świata na nowo.

Macierzyństwo. Etap, w którym była większość
kobiet, a jednocześnie przestrzeń, w której trzeba
poruszać się po omacku, bo w tej nowej roli często
zostajemy zupełnie same.

SIŁA WSPÓLNOTY

Podczas tych kilku godzin spędzonych na łonie natury
przy ognisku, wśród kobiet z którymi spotykam się
od kilku miesięcy zobaczyłam Olę raz jeszcze.

Spokojną.
Szczęśliwą.
Wdzięczną.
Wzruszoną.
Bezpieczną.

Gdy na drugi dzień rozmawiałyśmy
przez telefon, powiedziała:

„Czułam się tak, jakbym
miała drugie wesele”.

To jest właśnie siła Siostrzeństwa.
Siła Wspólnoty.
Moc bycia częścią większej całości.

To dla mnie nowość, bo od
dziecka unikałam wszelkich grup.

W dorosłym życiu po raz pierwszy
odkryłam w sobie potrzebę przynależności,
dopiero gdy przekroczyłam próg 20 lat.

Wtedy po raz pierwszy zaczęłam doceniać to,
co daje wspólnota.

Nareszcie mogłam wziąć
na siebie jakąś rolę –

być potrzebna.
Ugotować.
Zaparzyć herbaty.
Stworzyć przestrzeń.
Lub po prostu być obecna.

Szybko jednak odchodziłam
bo zawsze coś mi nie pasowało,
czegoś brakowało, coś zgrzytało.

Dopiero niedawno
zrozumiałam co to jest.

Silny indywidualizm.

Olbrzymia chęć stanowienia odrębności.
Nie boję się tego napisać – również egoizm.

Pojawił się wewnętrzny konflikt.

Bo jak pogodzić potrzebę bycia sobą
i dawać sobie to, co JA potrzebuję, gdy
często stoi to w opozycji do NAS?

POTRZEBA SAMOTNOŚCI

Ten kłopotliwy konflikt wyraźnie zarysował się
w trakcie Zgromadzenia Wszystkich
Kręgów Kobiet na Śląsku.

Spędziłam tam pięć dni i pięć nocy.

W kilkuosobowym pokoju. Na wydarzeniu,
w którym brało udział 60 kobiet, na grupowych
warsztatach, jedząc posiłki we wspólnym towarzystwie.
Od wczesnego rana do późnej nocy – kobiety.

Nie było dokąd uciec, choć
chęć ucieczki pojawiała się kilka
razy na dobę.

Gdy było trudno,
po prostu oddychałam.

Wytrzymywałam.
A czasem nie.

I wtedy chodziłam przez godzinę sama
po wielkim lesie, żeby nabrać dystansu
i naładować nawykowe baterie,
które pragnęły samotności.

Po powrocie, o dziwo
nie mogłam się odnaleźć
w pustym mieszkaniu,
gdzie mieszkam tylko z psem.

Gotowałam, choć nie miałam
kogo karmić. W wielkim imbryku
stygły litry herbaty, a blaszkę jabłecznika
rozdałam sąsiadom.

KONFLIKT

Myślałam, że wrosłam w społeczność.
I że będzie już tak zawsze

Ale nie. Konflikt znów się pojawił
na przedporodowym kręgu Oli.

Mijała trzecia godzina wspólnego
wydarzenia. Zaczęłam się wiercić.

Że już czas na mnie.
Że jestem zmęczona
bo nie spałam cztery noce.

Że chętnie bym wstała i poszła,
no ale nie mam latarki,  a trzeba
przejść przejść przez ciemny las.

Poza tym dziewczyny mnie nie lubią.
Przecież widzę jak na mnie patrzą.
Z jakąś pogardą. Antypatią.

Zauważyła to jedna z Kobiet.

Akurat ta siostra widzi znacznie więcej niż
chciałoby się pokazać.

„Czuję w tobie jakiś zgrzyt – powiedziała –
To jakieś pęknięcie między twoją
indywidualnością, a potrzebą bycia w grupie”

Trafiła w samo sedno.
Wyprojektowałam uczucia
na inne kobiety, przypisując im:

nieakceptację
antypatię
gniew.

Zdanie sobie z tego sprawy
przerwało błędne koło.
Mogłam się rozluźnić.

Owszem, jest we mnie konflikt, który
być może nie da się rozwiązać nigdy.

Niech sobie więc będzie w tle, a ja nadal
będę robić swoje.

Będę chodziła na kręgowe spotkania kobiet.
Będę jedną z tych, w której inne będą mogły się
przejrzeć, by zobaczyć własne zgrzyty i konflikty.

I pewnie po to tam jestem.

Nic nie jest bardziej
rozwijające niż bycie we wspólnocie.

Tu nie ma miejsca na ego.
Tu liczy się dobro kolektywne.

Żeby coś pomogło NAM,
a nie tylko mi. Żeby coś karmiło NAS, a
nie wyłącznie moje potrzeby.

Owszem, będę zdarzały się chwile, że
przez to zjem mniej. Dostanę mniej.
Nie wyśpię się. Zabraknie mi.  Będzie mi
niewygodnie i nie po mojej myśli.

vin

PATCHWORK

Bo skoro grupa będzie miała więcej,
i lepiej, to i ja nie mogę przegrać.

Bo przecież jestem jej częścią – jedną z
miliona komórek w jednym, wspólnie
oddychającym organizmie.

Kojarzycie taki film z Winoną Ryder,
o tytule „Skrawki życia”?

Symbolicznym motywem
przewodnim i tłem opowieści był
patchwork robiony
przez kilka pokoleń kobiet.

Patchwork to wielka narzuta na łóżko uszyta
ze skrawków całkowicie różnych materiałów.

Jego tworzenie często pełni rolę
kobiecego rytuału.

Kobiety w różnym wieku i w różnych etapach życia
zasiadają w kręgu i każda dokłada własny skrawek –
doszywa go do pozostałych, tworząc mozaikę
faktur i kolorów.

To taki symbol jedności.

Każda z nas jest inna, każda ma własny,
niepowtarzalny charakter, wady i zalety.

Każda ma własne doświadczenia, obawy
i pragnienia. Mimo to, a może właśnie dlatego –
dokłada własny skrawek, tego kim jest.

Może nieco postrzępiony.
Może nadto wytarty, brzydszy
od pozostałych.

Ale jakie to ma znaczenie?

W końcowym rezultacie będzie tylko
kolorową łatką w wielkiej patchworkowej narzucie,
która spełni swoją rolę. I będzie pasować idealnie.

KOLEKTYWIZM VS. INDYWIDUALIZM

Kiedyś myślałam, że duchowość polega
na życiu w pojedynkę. Na odosabnianiu się,
by spełnić potrzeby głębokiej introspekcji.

Teraz myślę o tym zupełnie inaczej.

Dziś widzę samotność jako drogę ucieczki
i karmienia ego, tym co wygodne
a przede wszystkim bezpieczne.

Nie mówię, że samotność
nie jest potrzebna. Bo jest.

Czasem dobrze jest odejść,
by nabrać dystansu i pogadać ze sobą.

Ale dziś myślę, że prawdziwy rozwój
wydarza się we Wspólnocie.

W tym, że w drugiej kobiecie widzę,
co u mnie zgrzyta, lub wymaga przepracowania.

W nauce pojednania i wybaczania mimo
totalnej odmienności czy różnych zdań.

W grupie znajduję w sobie te cechy,
które miałam głęboko wyparte w
nieświadomości, a które
zachwycają/denerwują
mnie w innych osobach.

Poza tym niesamowite jest to,
jak bycie częścią jednej z grup
wpływa na bycie częścią wszystkich
pozostałych wspólnot.

Rodzinnej.
Zawodowej.
Duchowej.

I jak kontakt i praca z kobietami
w obrębie tej jednej wspólnoty uzdrawia
kobiecość i relacje z innymi kobietami.

Babcią, która krzyczała.
Mamą, która nie akceptowała.
Siostrą, która unikała.
Terapeutką, która wkurzała.
Koleżanką, która o mnie zapomniała.

To taki efekt domina.
Naprawa relacji z jedną osobą
która pełniła rolę archetypu
przewraca kolejne cegiełki.

I wtedy zadziewa się zmiana.

 

Tak zwany chaos. Czyli czas (prawdopodobnie) wielkich zmian

„Martwię się o ciebie” – powiedział kolega
z pracy, z którym nie widzieliśmy się przez kilki dni.

Nie miałam potrzeby dopytywać, dlaczego
się martwi.

Wiedziałam, że on wie,
że widzi,
że czuje.

Bo należy do typu „szczęśliwych”
wrażliwców, którzy wyłapują z przestrzeni
znacznie więcej niż by chcieli.

Poza tym, ja sama od jakiegoś czasu martwię
się o siebie nieustannie.

I trochę sobie współczuję –
tej ponownej potrzeby surfowania
po falach chaotycznych emocji
i  bycia w miejscu, do którego
wcale nie chciałam wracać.

Jest to miejsce pełne wewnętrznych sprzeczności,
konfliktów wewnętrznych, pytań bez odpowiedzi oraz
konfrontacji z rezultatami własnego rozwoju.

A sprawy wyglądają tak:

Marzenia: Kilkukrotnie ostatnio sprzeciwiłam się
głosowi własnej intuicji. Wybrałam to, co
prostsze od tego, co trudne i rozwojowe, a czego
teraz konsekwencje ponoszę.

Praca: Wciąż pracuję w miejscu, które nie daje mi
ani spełnienia, ani pieniędzy, ani dobrych relacji.

Kasa na koncie oszczędnościowym:
Zero. Minus nawet.

Kobiece przyjaźnie: Brak.

Książka: Piszę po jednym zdaniu dziennie.
Czasem dwa. A potem odkładam na tygodnie,
bo nie mam ani weny ani pomysłu.

Mapa marzeń: Na jednej kupce
wciąż leżą niepoukładane wycinki z gazet,
a na drugiej stoją sterylne brystole i mazaki.

Czyli dupa.

Joga: Okazało się, że przez ostatnie dwa lata
była mi ucieczką. A wiem, bo ciało powiedziało „dość”.
A raczej wykrzyczało potężnym bólem.

(Zdrowie): Zapalenie mięśni biodrowo-krzyżowych
i nadwerężone lędźwie i smutny wniosek, że joga
zamiast być „praktyką uważności”
była odwracaniem od siebie uwagi.

Jakby tego było mało, w tym wszystkim
zaczęłam nieustannie popełniać błędy.
Milion błędów. W pracy. W relacjach.
w wydatkach, w żywieniu nawet.

I wszystko pogorszyło się
jeszcze bardziej.

Oto doszłam do ściany.

Pojawiła się pustka, bezcelowość,
niechęć i lęk jak góra. Tak. W tym stanie,
to właśnie lęk jest najbardziej namacalny.

I właśnie teraz, jak nigdy znów mam okazję
sprawdzić, czy kocham siebie ciut mocniej,
czy może jednak wciąż krzyczę, potępiam
i jedynie wymagam zamiast po prostu przytulić.

Jalaja Bonheim napisała kiedyś:

„Paradoksalnie, dochodzimy do pełni, tylko
akceptując to, co w nas najbardziej delikatne,
a czasami również to, co złamane.”

Widzę w tym prawdę i jej słowa bardzo ze
mną rezonują na ten moment życia właśnie.

Bo ten czas weryfikuje, czy rok bycia samej
czegoś mnie nauczył.

Czy stałam się dla siebie wsparciem i przyjacielem?
Czy potrafię akceptować siebie z mrokiem,
słabością i wadami? Czy może jednak lubię,
siebie tylko gdy wiatr wieje mi w żagle?

Choć bywają dni, że najchętniej schowałabym się
pod koc i tam przeczekała gorszy czas (i bywa, że
sobie pozwalam), to jednak z miłością dobrej matki
też popycham delikatnie do przodu.

Nie na siłę. Nie z przemocą.
Lecz z miłością. 

„Jedź na ten kurs dla kobiet w Tarnowskie Góry”,
mówię sobie.

„Wiem, że się boisz, bo nikogo
nie znasz, obce miejsce, finanse leżą, pustka
w środku, to nieważne. Jedź. Tak bardzo chciałaś”.

Więc, choć boję się, to jadę. Mam już bilet.
I miejsce w drewnianym domku.
Świadomie zrezygnuję przez tydzień z
dostępu do komputera, internetu i telefonu.

Tylko po to, by być naprawdę.
Ze sobą i z innymi kobietami.

Boję się.

Bo z tego miejsca nie ucieknę –
jest w głębokiej dziczy. Będzie niewygodnie,
będzie niekomfortowo i jeszcze bardziej przyjdzie
mi spotkać siebie.

Lękliwą. Samotną. W emocjach.

Mimo to, jadę. Robię inaczej niż robiłam
zwykle w takich chwilach. Bo moją normą
jest się chować i przeczekiwać.

Zawężać świat i umysł, zamiast poszerzać.
Ograniczać, zamiast wychodzić z szuflady.

A więc jednak coś mi dał ten rok bycia samej.
A jego zwieńczeniem będzie właśnie wyjazd.

Bo przecież rok temu bym nie pojechała.
Kupiłabym kilogram ciastek, zaciemniła okna
obejrzała głupi film a potem zapadłabym się
w kilkudniowy depresyjny letarg.

A teraz robię inaczej.

Minął okrągły rok,
kończy się symboliczny proces, więc jadę.

Bo przecież każda inicjacja
wymaga rytualnego finału.

Zaobrączkowania się.
Przyjęcia nowego imienia.
Odkrycia w sobie nowych cech.
Zrobienia odwrotnie. Jadę.

W bólu. Smutku. Niewiedzy.
Chaosie, Lęku jak góra. Wewnętrznej pustce.
Niepewności i rozedrganiu emocjonalnym-
jadę.

Nie dokądś. Ale do siebie jadę.

„Dzisiaj
Zrezygnowałam
Z uzdrawiania mojej traumy
Zrezygnowałam
Z praktykowania umiejętności
Stania się całą.
Dzisiaj zrezygnowałam
Z ewoluowania
W tą wiecznie nieuchwytną
Lepszą wersję siebie.
Dzisiaj poddałam się
Ranie miłości.
Przestałam wskazywać na nią
Patrzeć na nią
Łagodzić ją
Szczypać ją
Naprawiać ją
Wysubtelniać ją
Ukrywać ją
Wygładzać ją.
Zatrzymałam tą grę oddzielenia.
Wczołgałam się do jej wnętrza
I rozłożyłam ją w otwartość.
Zadecydowałam nosić ją jak suknię.
Zaakceptowałam moją totalną i całkowitą
Porażkę
Bycia czymkolwiek innym
Niż ja sama.”

~Maya Luna