Archiwa tagu: Kobiety Mocy

Indywidualizm vs. Wspólnota. Jak to pogodzić?

Zupełnie niedawno uczestniczyłam
w wyjątkowym wydarzeniu przygotowanym
dla jednej z naszych kręgowych kobiet.

Ola już za kilka tygodni po raz
pierwszy  zostanie mamą.

Żeby móc celebrować ten magiczny czas
spotkałyśmy się w przy ognisku – każda z
podarkiem i życzeniami na nową drogą życia.

Bo przecież dla kobiety to swoista brama.
Oto kończy pewien etap.

Jakaś część niej umiera i zaczyna się nowa.
Kolejny etap życia z którego nie ma powrotu.

Teraz zmieni się wszystko i będzie trzeba
uczyć się siebie i świata na nowo.

Macierzyństwo. Etap, w którym była większość
kobiet, a jednocześnie przestrzeń, w której trzeba
poruszać się po omacku, bo w tej nowej roli często
zostajemy zupełnie same.

SIŁA WSPÓLNOTY

Podczas tych kilku godzin spędzonych na łonie natury
przy ognisku, wśród kobiet z którymi spotykam się
od kilku miesięcy zobaczyłam Olę raz jeszcze.

Spokojną.
Szczęśliwą.
Wdzięczną.
Wzruszoną.
Bezpieczną.

Gdy na drugi dzień rozmawiałyśmy
przez telefon, powiedziała:

„Czułam się tak, jakbym
miała drugie wesele”.

To jest właśnie siła Siostrzeństwa.
Siła Wspólnoty.
Moc bycia częścią większej całości.

To dla mnie nowość, bo od
dziecka unikałam wszelkich grup.

W dorosłym życiu po raz pierwszy
odkryłam w sobie potrzebę przynależności,
dopiero gdy przekroczyłam próg 20 lat.

Wtedy po raz pierwszy zaczęłam doceniać to,
co daje wspólnota.

Nareszcie mogłam wziąć
na siebie jakąś rolę –

być potrzebna.
Ugotować.
Zaparzyć herbaty.
Stworzyć przestrzeń.
Lub po prostu być obecna.

Szybko jednak odchodziłam
bo zawsze coś mi nie pasowało,
czegoś brakowało, coś zgrzytało.

Dopiero niedawno
zrozumiałam co to jest.

Silny indywidualizm.

Olbrzymia chęć stanowienia odrębności.
Nie boję się tego napisać – również egoizm.

Pojawił się wewnętrzny konflikt.

Bo jak pogodzić potrzebę bycia sobą
i dawać sobie to, co JA potrzebuję, gdy
często stoi to w opozycji do NAS?

POTRZEBA SAMOTNOŚCI

Ten kłopotliwy konflikt wyraźnie zarysował się
w trakcie Zgromadzenia Wszystkich
Kręgów Kobiet na Śląsku.

Spędziłam tam pięć dni i pięć nocy.

W kilkuosobowym pokoju. Na wydarzeniu,
w którym brało udział 60 kobiet, na grupowych
warsztatach, jedząc posiłki we wspólnym towarzystwie.
Od wczesnego rana do późnej nocy – kobiety.

Nie było dokąd uciec, choć
chęć ucieczki pojawiała się kilka
razy na dobę.

Gdy było trudno,
po prostu oddychałam.

Wytrzymywałam.
A czasem nie.

I wtedy chodziłam przez godzinę sama
po wielkim lesie, żeby nabrać dystansu
i naładować nawykowe baterie,
które pragnęły samotności.

Po powrocie, o dziwo
nie mogłam się odnaleźć
w pustym mieszkaniu,
gdzie mieszkam tylko z psem.

Gotowałam, choć nie miałam
kogo karmić. W wielkim imbryku
stygły litry herbaty, a blaszkę jabłecznika
rozdałam sąsiadom.

KONFLIKT

Myślałam, że wrosłam w społeczność.
I że będzie już tak zawsze

Ale nie. Konflikt znów się pojawił
na przedporodowym kręgu Oli.

Mijała trzecia godzina wspólnego
wydarzenia. Zaczęłam się wiercić.

Że już czas na mnie.
Że jestem zmęczona
bo nie spałam cztery noce.

Że chętnie bym wstała i poszła,
no ale nie mam latarki,  a trzeba
przejść przejść przez ciemny las.

Poza tym dziewczyny mnie nie lubią.
Przecież widzę jak na mnie patrzą.
Z jakąś pogardą. Antypatią.

Zauważyła to jedna z Kobiet.

Akurat ta siostra widzi znacznie więcej niż
chciałoby się pokazać.

„Czuję w tobie jakiś zgrzyt – powiedziała –
To jakieś pęknięcie między twoją
indywidualnością, a potrzebą bycia w grupie”

Trafiła w samo sedno.
Wyprojektowałam uczucia
na inne kobiety, przypisując im:

nieakceptację
antypatię
gniew.

Zdanie sobie z tego sprawy
przerwało błędne koło.
Mogłam się rozluźnić.

Owszem, jest we mnie konflikt, który
być może nie da się rozwiązać nigdy.

Niech sobie więc będzie w tle, a ja nadal
będę robić swoje.

Będę chodziła na kręgowe spotkania kobiet.
Będę jedną z tych, w której inne będą mogły się
przejrzeć, by zobaczyć własne zgrzyty i konflikty.

I pewnie po to tam jestem.

Nic nie jest bardziej
rozwijające niż bycie we wspólnocie.

Tu nie ma miejsca na ego.
Tu liczy się dobro kolektywne.

Żeby coś pomogło NAM,
a nie tylko mi. Żeby coś karmiło NAS, a
nie wyłącznie moje potrzeby.

Owszem, będę zdarzały się chwile, że
przez to zjem mniej. Dostanę mniej.
Nie wyśpię się. Zabraknie mi.  Będzie mi
niewygodnie i nie po mojej myśli.

vin

PATCHWORK

Bo skoro grupa będzie miała więcej,
i lepiej, to i ja nie mogę przegrać.

Bo przecież jestem jej częścią – jedną z
miliona komórek w jednym, wspólnie
oddychającym organizmie.

Kojarzycie taki film z Winoną Ryder,
o tytule „Skrawki życia”?

Symbolicznym motywem
przewodnim i tłem opowieści był
patchwork robiony
przez kilka pokoleń kobiet.

Patchwork to wielka narzuta na łóżko uszyta
ze skrawków całkowicie różnych materiałów.

Jego tworzenie często pełni rolę
kobiecego rytuału.

Kobiety w różnym wieku i w różnych etapach życia
zasiadają w kręgu i każda dokłada własny skrawek –
doszywa go do pozostałych, tworząc mozaikę
faktur i kolorów.

To taki symbol jedności.

Każda z nas jest inna, każda ma własny,
niepowtarzalny charakter, wady i zalety.

Każda ma własne doświadczenia, obawy
i pragnienia. Mimo to, a może właśnie dlatego –
dokłada własny skrawek, tego kim jest.

Może nieco postrzępiony.
Może nadto wytarty, brzydszy
od pozostałych.

Ale jakie to ma znaczenie?

W końcowym rezultacie będzie tylko
kolorową łatką w wielkiej patchworkowej narzucie,
która spełni swoją rolę. I będzie pasować idealnie.

KOLEKTYWIZM VS. INDYWIDUALIZM

Kiedyś myślałam, że duchowość polega
na życiu w pojedynkę. Na odosabnianiu się,
by spełnić potrzeby głębokiej introspekcji.

Teraz myślę o tym zupełnie inaczej.

Dziś widzę samotność jako drogę ucieczki
i karmienia ego, tym co wygodne
a przede wszystkim bezpieczne.

Nie mówię, że samotność
nie jest potrzebna. Bo jest.

Czasem dobrze jest odejść,
by nabrać dystansu i pogadać ze sobą.

Ale dziś myślę, że prawdziwy rozwój
wydarza się we Wspólnocie.

W tym, że w drugiej kobiecie widzę,
co u mnie zgrzyta, lub wymaga przepracowania.

W nauce pojednania i wybaczania mimo
totalnej odmienności czy różnych zdań.

W grupie znajduję w sobie te cechy,
które miałam głęboko wyparte w
nieświadomości, a które
zachwycają/denerwują
mnie w innych osobach.

Poza tym niesamowite jest to,
jak bycie częścią jednej z grup
wpływa na bycie częścią wszystkich
pozostałych wspólnot.

Rodzinnej.
Zawodowej.
Duchowej.

I jak kontakt i praca z kobietami
w obrębie tej jednej wspólnoty uzdrawia
kobiecość i relacje z innymi kobietami.

Babcią, która krzyczała.
Mamą, która nie akceptowała.
Siostrą, która unikała.
Terapeutką, która wkurzała.
Koleżanką, która o mnie zapomniała.

To taki efekt domina.
Naprawa relacji z jedną osobą
która pełniła rolę archetypu
przewraca kolejne cegiełki.

I wtedy zadziewa się zmiana.

 

Reklamy

Tak zwany chaos. Czyli czas (prawdopodobnie) wielkich zmian

„Martwię się o ciebie” – powiedział kolega
z pracy, z którym nie widzieliśmy się przez kilki dni.

Nie miałam potrzeby dopytywać, dlaczego
się martwi.

Wiedziałam, że on wie,
że widzi,
że czuje.

Bo należy do typu „szczęśliwych”
wrażliwców, którzy wyłapują z przestrzeni
znacznie więcej niż by chcieli.

Poza tym, ja sama od jakiegoś czasu martwię
się o siebie nieustannie.

I trochę sobie współczuję –
tej ponownej potrzeby surfowania
po falach chaotycznych emocji
i  bycia w miejscu, do którego
wcale nie chciałam wracać.

Jest to miejsce pełne wewnętrznych sprzeczności,
konfliktów wewnętrznych, pytań bez odpowiedzi oraz
konfrontacji z rezultatami własnego rozwoju.

A sprawy wyglądają tak:

Marzenia: Kilkukrotnie ostatnio sprzeciwiłam się
głosowi własnej intuicji. Wybrałam to, co
prostsze od tego, co trudne i rozwojowe, a czego
teraz konsekwencje ponoszę.

Praca: Wciąż pracuję w miejscu, które nie daje mi
ani spełnienia, ani pieniędzy, ani dobrych relacji.

Kasa na koncie oszczędnościowym:
Zero. Minus nawet.

Kobiece przyjaźnie: Brak.

Książka: Piszę po jednym zdaniu dziennie.
Czasem dwa. A potem odkładam na tygodnie,
bo nie mam ani weny ani pomysłu.

Mapa marzeń: Na jednej kupce
wciąż leżą niepoukładane wycinki z gazet,
a na drugiej stoją sterylne brystole i mazaki.

Czyli dupa.

Joga: Okazało się, że przez ostatnie dwa lata
była mi ucieczką. A wiem, bo ciało powiedziało „dość”.
A raczej wykrzyczało potężnym bólem.

(Zdrowie): Zapalenie mięśni biodrowo-krzyżowych
i nadwerężone lędźwie i smutny wniosek, że joga
zamiast być „praktyką uważności”
była odwracaniem od siebie uwagi.

Jakby tego było mało, w tym wszystkim
zaczęłam nieustannie popełniać błędy.
Milion błędów. W pracy. W relacjach.
w wydatkach, w żywieniu nawet.

I wszystko pogorszyło się
jeszcze bardziej.

Oto doszłam do ściany.

Pojawiła się pustka, bezcelowość,
niechęć i lęk jak góra. Tak. W tym stanie,
to właśnie lęk jest najbardziej namacalny.

I właśnie teraz, jak nigdy znów mam okazję
sprawdzić, czy kocham siebie ciut mocniej,
czy może jednak wciąż krzyczę, potępiam
i jedynie wymagam zamiast po prostu przytulić.

Jalaja Bonheim napisała kiedyś:

„Paradoksalnie, dochodzimy do pełni, tylko
akceptując to, co w nas najbardziej delikatne,
a czasami również to, co złamane.”

Widzę w tym prawdę i jej słowa bardzo ze
mną rezonują na ten moment życia właśnie.

Bo ten czas weryfikuje, czy rok bycia samej
czegoś mnie nauczył.

Czy stałam się dla siebie wsparciem i przyjacielem?
Czy potrafię akceptować siebie z mrokiem,
słabością i wadami? Czy może jednak lubię,
siebie tylko gdy wiatr wieje mi w żagle?

Choć bywają dni, że najchętniej schowałabym się
pod koc i tam przeczekała gorszy czas (i bywa, że
sobie pozwalam), to jednak z miłością dobrej matki
też popycham delikatnie do przodu.

Nie na siłę. Nie z przemocą.
Lecz z miłością. 

„Jedź na ten kurs dla kobiet w Tarnowskie Góry”,
mówię sobie.

„Wiem, że się boisz, bo nikogo
nie znasz, obce miejsce, finanse leżą, pustka
w środku, to nieważne. Jedź. Tak bardzo chciałaś”.

Więc, choć boję się, to jadę. Mam już bilet.
I miejsce w drewnianym domku.
Świadomie zrezygnuję przez tydzień z
dostępu do komputera, internetu i telefonu.

Tylko po to, by być naprawdę.
Ze sobą i z innymi kobietami.

Boję się.

Bo z tego miejsca nie ucieknę –
jest w głębokiej dziczy. Będzie niewygodnie,
będzie niekomfortowo i jeszcze bardziej przyjdzie
mi spotkać siebie.

Lękliwą. Samotną. W emocjach.

Mimo to, jadę. Robię inaczej niż robiłam
zwykle w takich chwilach. Bo moją normą
jest się chować i przeczekiwać.

Zawężać świat i umysł, zamiast poszerzać.
Ograniczać, zamiast wychodzić z szuflady.

A więc jednak coś mi dał ten rok bycia samej.
A jego zwieńczeniem będzie właśnie wyjazd.

Bo przecież rok temu bym nie pojechała.
Kupiłabym kilogram ciastek, zaciemniła okna
obejrzała głupi film a potem zapadłabym się
w kilkudniowy depresyjny letarg.

A teraz robię inaczej.

Minął okrągły rok,
kończy się symboliczny proces, więc jadę.

Bo przecież każda inicjacja
wymaga rytualnego finału.

Zaobrączkowania się.
Przyjęcia nowego imienia.
Odkrycia w sobie nowych cech.
Zrobienia odwrotnie. Jadę.

W bólu. Smutku. Niewiedzy.
Chaosie, Lęku jak góra. Wewnętrznej pustce.
Niepewności i rozedrganiu emocjonalnym-
jadę.

Nie dokądś. Ale do siebie jadę.

„Dzisiaj
Zrezygnowałam
Z uzdrawiania mojej traumy
Zrezygnowałam
Z praktykowania umiejętności
Stania się całą.
Dzisiaj zrezygnowałam
Z ewoluowania
W tą wiecznie nieuchwytną
Lepszą wersję siebie.
Dzisiaj poddałam się
Ranie miłości.
Przestałam wskazywać na nią
Patrzeć na nią
Łagodzić ją
Szczypać ją
Naprawiać ją
Wysubtelniać ją
Ukrywać ją
Wygładzać ją.
Zatrzymałam tą grę oddzielenia.
Wczołgałam się do jej wnętrza
I rozłożyłam ją w otwartość.
Zadecydowałam nosić ją jak suknię.
Zaakceptowałam moją totalną i całkowitą
Porażkę
Bycia czymkolwiek innym
Niż ja sama.”

~Maya Luna

 

 

 

Opuść patriarchat mądra kobieto

kobieta


Blog trochę podupadł w swej regularności, czemu winna jestem ja sama, jego autorka. Zaniedbałam stronę- przyznaję- wpisy powinny pojawiać co najmniej raz w tygodniu, wskutek roztargnienia rodziły się jednak rzadziej. Jak to bywa w życiu emocjonalnej kobiety, emocje żądzą jej kruchym życiem, niby właściciel marionetek posłusznie zawieszonych na cienkich lecz długich sznurkach. Toteż poruszały i mną, odwracając uwagę od niektórych ważnych spraw zewnętrznych.

Śpieszę od razu wytłumaczyć, że czas ten nie był czasem lenistwa. Bynajmniej! Był to czas pisania, rozmyślań nad życiowymi celami, pracy terapeutycznej i powrotu do korzeni. Tych rosnących głęboko pod psychiczną, gliniastą ziemią, gdzie zawiera się cała przeszłość i przyszłość jednocześnie.

Książki sprzyjające rozwojowi

Czas sprzyjał czytaniu i poszukiwaniu książek i artykułów o kobietach, matriarchacie, Animusie w kobiecej psychice i rozwoju kobiecości w ogóle. Ze smutkiem muszę jednak stwierdzic, że na temat rozwoju kobiecej jaźni nie poświęcono zbyt wiele uwagi, a jeśli już to pobieżnie i zero-jedynkowo. Oprócz „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes udało mi się jeszcze dotrzeć do „Kobiecości w rozwoju” skandynawskiej analityczki ze szkoły Junga Pii Skogeman oraz „13 pierwotnych matek klanowych” Jamie Sams. Są również książki, które zawierają wszystkie wyżej wymienione elementy, choć ich treść traktuje je wyrywkowo; nie było bowiem celem autorów skupić się na tychże tematach. I na tym bazując mogę dodać:„Drogę Artysty”, Julii Cameron, „Być kobietą i nie zwariować” Katarzyny Miller oraz „Kobietę bez winy i wstydu” Eichelbergera. 

Ku własnej i innych uciesze dowiedziałam się także, że nasza polska Katarzyna Majak pracuje nad książką przedstawiającą portret 29 uduchowionych kobiet, żyjących niekonwencjonalnie, czyli w zgodzie z cyklami Ziemi i Natury a także z dawną starosłowiańską tradycją- obecną niegdyś jeszcze przed chrześcijaństwem i rozwijającą się równolegle, choć nie za społecznym przyzwoleniem.„Kobiety Mocy”, to książka społeczna- powstająca na zasadzie wspólnych wysiłków i zbierania funduszy. Autorka ponadto inwestuje w żywy przekaz- powstają publiczne wystawy zdjęć 29 bohaterek, organizuje warsztaty dla kobiet, które chciałyby bliżej poznać Kobiety Mocy- Czarownice, Pustelniczki, Uzdrowicielki, Zielarki, Indianki i Szeptuchy i dotrzeć do samych siebie- jeszcze nie do końca uświadomionych czarownic, zapomnianych przez lata kultury, która nie sprzyjała rozwoju duchowości.

Bo w istocie, my kobiety, posiadamy te wszystkie cenne właściwości, choć wiele z nas jeszcze nie dotarło do ich prawdziwego, głębokiego źródła, które bije pod gorącym sercem. Wszystkie jesteśmy uzdrowicielkami, marzycielkami, artystkami i mistyczkami. Bardziej niż mężczyźni żyjemy bliżej ziemi i natury, bo ta jest kobietą. Ona rodzi, ona łapie w objęcia, przytula i pozwala umrzeć temu co przyszło. Nikt lepiej niż my nie zrozumie cykliczności, prawa rodzenia i odchodzenia. Jesteśmy intuicyjne a jeżeli dobrze kierujemy wewnętrznym rozwojem i integracją tego co męskie i żeńskie, to również mądre i doświadczone.

Rozwój a społeczeństwo i kultura 

Dla każdej z kobiet głęboki, świadomy rozwój dążący do pełni rozpocznie się w innym okresie życia. Dla jednych będzie to wczesna młodość lub dzieciństwo, o ile kobiecie sprzyjają warunki i kultura, dla innej będzie to wiek średni lub okres menopauzy. Czasem jednak impulsem popychającym do rozwoju własnej kobiecości jest całkowita niezgoda na patriarchat w którym niestety wciąż żyjemy. „Kobiety są dla mężczyzn, kobiety powinny być takie jak życzą sobie mężczyźni, życie kobiety bez mężczyzny jest jałowe i puste”. Pisząc te słowa, obecne w nawykowym myśleniu wielu jeszcze kobiet, rodzi się we mnie głęboki bunt. Bo kobieta nie jest dla mężczyzny i sama w sobie jest całkowita i pełna. Nie umrzemy bez mężczyzny, nie musimy mieć obrączki na serdecznym palcu ani gromady uśmiechniętych dzieci by być spełnioną kobietą.

Niektóre kobiety tak bardzo dotknięte tym schematem, starają się na siłę udowodnić światu że tego nie potrzebują i wykształcają w sobie szereg cech typowo męskich, zapominając o kobiecie w sobie. A nie o to przecież chodzi! Nie w skrajnościach siła, lecz w pełni, równowadze i całkowitej harmonii. Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z wilkami” wielokrotnie zwracała uwagę czytelniczkom, by znaleźć mężczyznę dojrzałego, który rozumie dzikość i kobiece instynkty. „Znajdźcie mężczyznę, który rozumie(…)”, to jeden z pierwszych kroków, by wyrwać się z patriarchatu.

Potrzeba samodzielnego myślenia

Na szczęście są mądrzy mężczyźni, tuż obok nas; mężczyźni dojrzali, doświadczeni, wychowani przez mądre i świadome kobiety. Wojciech Eichelberger w wielu książkach pisze o potrzebie wyrwania się z patriarchatu, wskazując jednocześnie na przykre skutki poddawania się bezmyślnej choć niekiedy bardzo utajonej dyktaturze mężczyzn.  I nie myślcie, że będzie łatwo. Bo ludziom nie na rękę nasze wyzwolenie. Często będziemy postrzegane jako niepokorne buntowniczki, również przez same kobiety, co to inwestują energię i własny potencjał w piękne, wabiące równie pięknych rycerzy powierzchowne zamki, zamiast w Czarownicę żyjącą tuż pod naskórkiem… Ludzie, którzy słuchają (lecz nie slyszą) o czym mówię, myślą, że stałam się feministką, lecz jest to całkowite niezrozumienie i uproszczenie. Bo rozwój kobiety nie jest feminizmem. Feminizm był ledwie zaczątkiem, krzykiem który utknął w martwym punkcie. Pełen rozwój polega na całkowitym zrównoważeniu tego co żeńskie, jak i tego co męskie w sobie samym.

Przeczytaj także:


Zdjęcie: kobieta.wp.pl