Archiwa tagu: Małgorzata Halber

Wszyscy jesteśmy uzależnieni. Pytanie nie „od czego”, ale „po co”?

Całe życie otaczali mnie ludzie uzależnieni.
Na swojej drodze spotykałam narkomanów,
alkoholików, ludzi uzależnionych od seksu,
adrenaliny, marihuany czy telewizji. I zawsze
zastanawiało mnie – dlaczego?

Dlaczego przychodzą do mnie ludzie
uzależnieni od czynności lub substancji,
od których ja uzależniona nigdy nie byłam?

Każdy mój związek, to związek
z osobą uzależnioną. Każde moje zakochanie,
było fascynacją osobą w jakimś sensie uzależnioną.

Jednocześnie też zaskakująco dobrze
rozumiałam uzależnienia przyjaciół i potrzebę
dostarczania sobie czegoś, co ukoi ból,
stępi doznanie, albo po prostu da przyjemność.

W końcu sama robiłam to wiele sposobów.
Poprzez cukier, który sprawiał, że dopamina
skakała do niebotycznie wysokiego poziomu.

Ćwiczyłam fitness do utraty tchu, medytowałam,
oglądałam serial za serialem, czy po prostu
wpadałam w fascynację pięknymi ludźmi.

Tak naprawdę połowę życia spędziłam w
poczuciu „zakochania”, na wiecznym upojeniu
dopaminowym, który był energetyczną benzyną,
w silnikach szarej codzienności.

„Kończyłam” z jednym uzależnieniem,
by zapoznać się z kolejnym.

Wyrzucałam z szafki wszystkie słodycze,
ale zaczynałam ćwiczyć jogę kilka godzin każdego dnia.

Ból mięśni sprawiał, że kończyłam z jogą
i zaczynałam piec. Piekłam tyle, że nie miał
kto tego przejeść, więc zjadałam sama.

Czuję, że zaczęło mnie puszczać dopiero
jakiś czas temu, gdy nauczyłam się
przyzwalać na wszystkie trudne emocje.

Złość przestała złościć.
Smutek przestał być depresyjny,
lęk niepokojący, a ból osobisty.

Była po prostu złość.
Był po prostu smutek.
I lęk. I ból. Nie „mój” ból, lecz ból.

Dobrze było być wolnym.
Ale skłonności nie znikają tak łatwo.

Osoba uzależniona pozostanie nią już
na zawsze. Nawet jeśli będzie „czysta”.

Uzależnieni muszą być w stałym
kontakcie ze sobą. W innym wypadku grozi im
niebezpieczny nawrót i ciąg:

alkoholowy, cukrowy, narkotykowy,
imprezowy, serialowy… Bo przecież tak
łatwo przekroczyć tą cienką granicę przesady.

Niedawno pojawiła się we mnie fascynacja drugim
człowiekiem. Tak potężna, że odebrała
całą uważność. Wpadłam, bo po latach życia
w emocjonalnej trzeźwości zapomniałam już
jak przyjemne mogą być motyle w brzuchu.

Oto nagle, z całym impetem powróciłam do tego,
co tak dobrze kultywowałam przez całe życie.

Amok.

Wyjazd do pracy bez komputera.
Zapomnienie o przekręceniu zamka w drzwiach,
przejście na czerwonym świetle… I haj.
Muzyka w głowie, fantazje i wieczny haj.

Skowronki, motyle, wiosna, koktajl hormonów.
Ludzie naprawdę tak żyją? Wszystkie piosenki,
filmy i książki są właśnie o tym. O życiu na haju.

A takie życie bardzo daleko jest od rzeczywistości.
To jak zabawa w Alicję w Krainie Czarów, która
trafia do króliczej nory, i biegnie przed siebie,
nie wiedząc dokąd. Po prostu goni króliczka.

Tydzień na dopamince dał mi się nieźle
w znaki. Nie spałam, nie jadłam, a energii
miałam za trzy. Aż nadszedł dzień, kiedy
paliwo się skończyło, a ja upadłam z wysokiego konia.

Kojarzy mi się z to uczuciem, gdy narkotyk
przestaje działać, a człowiek uzależniony
zalicza ten charakterystyczny dół: kaca czy detoks.

Powrót do rzeczywistości może boleć.

Kiedyś wykładowca na podyplomówce zapytał
o książkę, która najlepiej nas określa. Bez wahania
podałam tytuł „Najgorszy człowiek na świecie” Małgosi Halber.

Wiesz o czym to książka?
O uzależnieniu.

Od alkoholu.
Od marihuany.
Od muffinek.
Od imprez.
Od jedzenia.
Od odchudzania.
Od cudzej oceny.
Od miłości.
Od aprobaty.
Od katastroficznych myśli.

Z resztą nieważne „od czego”.

Bo nigdy nie chodzi o czynność lub substancję.
Chodzi o to, dlaczego i po co. Jaki ból to ma ukoić?
Jakie pytania zadusić w zarodku? Przed czym pragniesz uciec?
A przede wszystkim- czego nie chcesz czuć?

Dobrze było zaliczyć ten dół pełen smutku,
oczyszczających łez, odrzucenia i opamiętania.
Bo znów poczułam się blisko zarówno siebie
jak i całego świata. Pełna tkliwości dla swojego serca,
pełna czułości dla wszystkich cierpiących ludzi.

Ostatnie tygodnie spędziłam na jakimś
autopilocie, w stanach psychotycznych –
przemieszczałam się z punktu A do punktu B
nawet nie wiedząc jak. Ludzie naprawdę tak żyją?

Czasem z ciekawości biorę w rękę
talię kart – żeby usłyszeć, co podświadomość
ma mi do powiedzenia, a czego jeszcze nie zobaczyłam.

Dziewiątka.
Pustelnik.
Eremita.
Mnich.

Przyjęłam wiadomość.

Najzwyklejsze, szare stany
bez porywów serc też potrafią być piękne,
bo prawdziwe. Myślę, że to w nich mieszka
najwięcej życia. Wystarczy tylko
uważnie się przypatrzeć.

Usłyszeć.
Zobaczyć.
Odkryć.
Nie uciekać.
Zostać.
Wytrzymać.