Archiwa tagu: emocje

Życie vs Plany 1:0

Jakiś czas temu napisałam posta o byciu singlem.
O tym, że to jest mój wybór na czas procesu,
w którym aktualnie jestem.

I że nie potrzebuję niczego zmieniać
w najbliższej przyszłości.
Bo jest mi dobrze.

Życie jednak lubi płatać figle.

Albo inaczej: daje dokładnie to, czego nam potrzeba,
choć sami mamy o tym zupełnie inne pojęcie.

Bo przecież: „Tego nie było w planach!”.

Przez pierwszy miesiąc
strasznie się buntowałam.
„Nie, nie, nie! Nie tak miało być”.

Bo przecież minęło dopiero dziewięć
miesięcy od czasu rozstania.
A miał być rok samotności.

Dopiero po roku miałam być „gotowa”.

Miałam być wtedy dojrzała,
poukładana, z wielkim sercem
wyciągniętym na otwartej dłoni.

Więc, zaraz zaraz Wszechświecie…
Jeszcze nie minął rok…

Kogo mi tu podrzucasz? Dlaczego?
Miał być długowłosy szaman, co
kocha chodzić boso po lesie.

Dlaczego dajesz mi jego przeciwieństwo?
Serio??? Czyżbym nie wyraziła się jasno?!!

Długo walczyłam.
Wiele razy mówiłam NIE.

Randka? Nie. Podziękuję.
Odebrać telefon? Nie.
SMS? Chyba nie odpiszę.

Bo to przecież nie tak. Nie ten czas.
Nie te właściwości. Nie te cechy charakteru.
I w ogóle nie. No NIE. Słowa układają się w NIE.

A w głowie TAK.
I w ciele TAK!
I w oczach
jedno wielkie TAK!

I ja już w ogóle przestałam ogarniać tym swoim
analitycznym rozumem, co tu się do
jasnej ciasnej wyprawia..?! I dlaczego?

Poddałam się. Odpuściłam.
Przestałam hamować ten przepływ.

Przestałam tak bardzo się spinać, że
dostałam coś, co nie jest po mojej myśli,
bo to takie niepodobne do mnie.

Puściłam plany i kontrolę.

Bo to miał być rok nie tylko samotności,
ale również rok sprawdzania kim jestem
i całkowitej otwartości na to, co życie daje.

Mówienia ludziom i zjawiskom TAK.

No dobrze. Niech będzie. Zobaczymy
dokąd mnie to zaprowadzi.
Bo przecież nie ma przypadków.

Nie bez powodu na naszej drodze
staje właśnie ten, a nie inny człowiek.

I pewnie nie bez powodu
tak bardzo się od nas różni.

A skoro jest tak inny,  od tego co znam,
i co mi bliskie, to znaczy, że mam odnaleźć
w sobie jakąś nieodkrytą jeszcze część.

A następnie: Pokochać ją.  Zintegrować z
całością. Dopuścić do głosu i działania:

Pewność siebie,
odwagę,
zdecydowanie,
siłę,
potężny głos.

To też wielka nauka odpuszczania planów
i pomysłów. Że musi być związek. Bo nie musi.

Albo, że relacja ma zawierać jakiś potencjał.
Error. Też nie musi. Może służyć innym rzeczom.

Przyjemności.
Odkryciu w sobie innych twarzy.
Zabawie.
Radości.

Poznawaniu siebie na nowo,
również w kontakcie z drugim człowiekiem.

Bo inaczej siebie doświadczamy w samotności,
a zupełnie inaczej siedząc na starym pniu
w mokrym lesie obok kogoś, kto
wywołuje w nas urocze wibracje.

A co przecież zaskakuje po latach
nieczucia i bycia skutym w lodzie.

Więc może ten drugi człowiek, który
siedzi na starym pniaku obok mnie
przyszedł właśnie po to – by pomóc
coś odmrozić? By pomóc mnie uzdrowić
i przywrócić do życia?

Może, gdy wykona swoją pracę,
to po prostu odejdzie. Dobrze. Godzę się.

Mam otwartość na to, co życie daje.
I akceptuję, jeśli coś zabiera.

Bo mam głębokie zaufanie,  że Wszechświat
nas kocha i zsyła tylko dobre rzeczy. Nawet jeśli
czasem wydają się być dziwne i groźne, bo obce.

To miał być rok samotności. Rok
nie wchodzenia w żadne relacje.

Ale też rok poznawania własnej natury.
Doświadczania. Podążania za ciekawością.
Rok otwartości na siebie i innych.

Rok sprawdzania.

Kim jestem.
Co lubię.
Czego nie lubię
Dokąd idę.
W co wierzę.
Co jest we mnie.

To rok sprawdzania siebie w ciele
i obok innych – we wszelakich relacjach.

Największą nauką przez te dziesięć miesięcy
było odsianie mitów od prawd.

Myślałam, że wiem o sobie wszystko.

Przez lata nosiłam wiele etykietek
Dziś odklejam jedną po drugiej.

I wiem, że już nic nie wiem. 

Po prostu sprawdzam. Daję się
prowadzić własnej ciekawości.
I to wystarczy.

I czuję, że to jest dobre.
Wiesz czemu?

Bo bywam szczęśliwa jak nigdy.

 

 

Puść ten zacisk i choć się przytulić

Mój przyjaciel opowiedział
mi niedawno pewną piękną historię.

„Ktoś przyszedł do buddyjskiego
Mistrza i zapytał:

-Mistrzu. Co to jest oświecenie?

Na co mistrz odparł:

-Widzisz to? – zacisnął mocno pięści
i zaciskał je tak mocno, aż na twarzy zrobił
się czerwony, a całe ciało zdrętwiało.

-Zrób tak samo – powiedział do ucznia.

Uczeń posłuszny poleceniom
zacisnął mocno pięści i zaciskał
je tak długo, aż cały opadł z sił.

-A teraz puść!- krzyknął Mistrz.

Gdy uczeń puścił zacisk, Mistrz dodał:
-To jest właśnie oświecenie!” 🙂

***

Zacisk dla każdego z nas będzie czymś innym.
Dla jednych będzie wieczną potrzebą kontroli.
Dla innych analizą czy wewnętrznym spięciem.

Doskonale znam ten stan zacisku.
Bo do tej pory zdarza mi się żyć w głowie.

Dużo myślę,
analizuję i rozważam.
Najczęściej mimowolnie.

Tak jakby samo się działo
i samo się myślało, bez mojego
świadomego udziału.

Potrafię komplikować to, co proste.
I utrudniać to, co może być
z natury przyjemne.

Nic dziwnego, że imponują mi osoby,
które wydawały się być moim przeciwieństwem.

Wyluzowane.
Wyciszone.

Tak zwane „Wolne Duchy”,
które żyją pełnią sił, ale również stoją
mocno na ziemi.

Można na nich polegać.
I można z nimi kraść konie.

Sprawiają wrażenie, jakby
puściły ten wewnętrzny zacisk
i pozwalały sobie na bycie sobą.
z całym wewnętrznym bałaganem.

Łatwo ich rozpoznać.

Ja rozpoznaję po ciele.
Dobrze się w nim czują,
– są z nimi w głębokiej relacji.

Mają oparcie w nogach,
a ich emocje mieszkają w brzuchach.

Nie brzuchach wciągniętych.
Nie przesadnie umięśnionych.
Lecz naturalnie wypukłych,
gdzie mieści się Wszechświat.

Bo Wolnym Duchom daleko do ideałów.

Ich piękno przypomina Przyrodę.
Chaos przeplata się
z symetrią,
śmierć z życiem,
a zdrowie z chorobą.

Wolne Duchy więcej czują niż myślą.
Częściej doświadczają niż analizują.

Gdy gra muzyka, tańczą.
A gdy coś ich rozbawi śmieją się na głos.

Wyczuwają ludzkie emocje,
bo sami mają ich bez liku.
Z niejednego pieca chleb jedli
i niejedno w życiu widzieli.

Dziś bardzo szybko odnajduję ich w tłumie.

Pewnie dlatego, że sama mam
potrzebę ukochać w sobie
tę wyluzowaną część.

Część, która żyje pełnią.

Bez narzuconych sobie samemu reżimów,
sztucznych zasad
czy nienaturalnych sytuacji.

Mam takie szczęście,
że ostatnio spotykam tych,
którzy biorą mnie za rękę
i ciągną właśnie w tym kierunku.

Może to kwestia
mojego otwarcia?
A może przyciągania?

Gdy na nich patrzę (choć częściej na NIE,
bo to zwykle kobiety) chłonę to, kim są.

Podziwiam.
Patrzę.
Słucham.
Inspiruję się,
Uczę.

A potem, tak zainspirowana
próbuję trochę sobie odpuścić.
Wcielić naukę z ich ciał w swoje życie.

Wydycham powietrze.

Nie zawsze musi być posprzątane.
Nie zawsze musi być zrobione.
Celowo.
Idealnie.
Instagramowo.

Gdy moja starsza koleżanka rok temu
poradziła mi:

„Poczuj to brzuchem”,

Nie rozumiałam o co chodzi.
Bo żyłam głową. Myślami.
Mózgiem. Rozumem.

Rozkładałam na czynniki pierwsze,
z czucia rezygnując.

Biorę wdech.

I pozwalam sobie być niepoprawna,
ekspresyjna, nieuporządkowana,
smutna, lękliwa i radosna.

Czasem jednocześnie.

Odpuszczam trzymanie brzucha.
Odpuszczam ładne chodzenie.
i wstrzymywanie ruchów ciała,
bo są zbyt na wyrost, lub „nie pasują”.

To wcale nie jest łatwe.
Luz nie jest łatwy.

Bo czasem trudno
znaleźć balans, bez popadania w skrajności.
Każda skrajność jest przecież tym
metaforycznym zaciskiem.

Uczę się przez dotyk.
I przez dopuszczanie uczuć.

Poznaję przez czucie.
Przez patrzenie w oczy.
Przez słuchanie w otwartości.
Przez bycie i przez dotyk.

Nie przez słowa.

Słowa przychodzą później.
I jest ich mniej.

Kiedy słucham,
to jestem słuchaniem.

Kiedy tańczę, to jestem tańczeniem.
I kiedy śpiewam to jestem śpiewaniem.

A kiedy jestem z drugim człowiekiem
to porzucam „JA/MNIE/MOJE”.

Tylko jestem.

Kochanie.
Jestem tu dla Ciebie.

Bez porad
Moich wniosków.
I rozmyślań.

Czuję cię.
Słyszę cię.
Widzę.
Jestem.

 

.

 

Rzeczy, które zawsze chciałam zrobić, ale się bałam

Podczas majówki stworzyłam listę,
która składa się z 26 punktów.

Zatytułowałam ją:
„TO DO”

LISTA RZECZY, KTÓRE ZAWSZE
CHCIAŁAM SPRÓBOWAĆ,
ALE SIĘ BAŁAM.

A wszystko pod wpływem
filmu, który obejrzałam
w jeden z tych wolnych dni:

„Then Came You”.

Główna bohaterka też
miała taką listę.

Zatytułowała ją:

„LISTA RZECZY DO ZROBIENIA
PRZED ŚMIERCIĄ”.

Bo choć miała dopiero 17 lat, jej czas
nieubłaganie się kończył.

To mnie natchnęło.

Bo sama nigdy nie zrobiłam
sobie takiej listy.

A przecież  rzeczy, które
zawsze chciałam zrobić,
ale nie zrobiłam z obaw
lub zahamowań jest wiele.

Na razie uzbierało się ich
26, ale tylko dlatego, że
skończyła mi się kartka.

Poza tym „26” to też dużo. 

Bo przecież nie chodzi o to, by
marzenia tylko spisać.

Chodzi o to, by to ZROBIĆ,
lub przynajmniej spróbować.

Zaczęłam od punktu pierwszego,
który brzmi:

„Śpiewać! Pójść na grupowy warsztat 
uwalniania głosu”.

Poszłam!

I to nie na pierwszy z brzegu,
ale taki, który prowadzi dziewczyna,
która przez kilka lat była częścią
sławnego Laboratorium Pieśni.

I choć ekscytacja poznaniem jej
oraz odkrycia nowych rzeczy
w sobie były oczywiste,

to jednak śpiew przed grupą obcych osób w obcym
miejscu przerażał mnie do tego stopnia, że na chwilę
przed wyjściem z domu zaczęłam kombinować!

Po co ci to?
Nie możesz pójść.
Pada deszcz, a to trzy kilometry rowerem.
Pobrudzisz się.
Zmokniesz.

Spóźnisz się, już nie warto. Poza tym
jesteś już dziś dostatecznie:

zmęczona
poddenerwowana
zestresowana
smutna.

Zobacz jak miło jest siedzieć
na miękkiej kanapie. O, tu jest
poduszka. A obok książka i kocyk.
Czego chcieć więcej po ciężkim dniu pracy?

O nie! Znam ten głos.
To głos lęku.

Towarzyszy mi od dziecka
i powstrzymuje przed życiem.

Nie pozwala doświadczać, tego
co ma być doświadczone.

Odbiera siły fizyczne i pakuje je
w układ nerwowy, który przejawia
się rozedrganiem i niepewnością.

I tak przez całe życie.

Chcę coś zrobić, ale lęk
jest tak wielki, że samo myślenie
o doświadczeniu pozbawiało
mnie resztek energii.

Bo to nie jest taki mini-lęk.
Straszek. czy stresik.

To lęk paniczny.
Taki, który czasem odbiera moc
w nogach.

Taki, który zalewa potem w skali makro,
i w ciągu minuty  mokre mam wszystko.

To taki lęk, że serce bije jak po
dobrym kardio w fitness clubie.

To taki lęk, który ściska żołądek
tak mocno, że czasem wyję  z bólu i jedyne
co mogę zrobić, to zwinąć się w kłębek.

W rezultacie połowę życia
spędziłam na kanapie
pod kocem i z książką w ręku.

Ale ile można sobie odmawiać?
Ile można uciekać przed życiem?

Poszłam.

Owszem, dotarłam po czasie, bo
zabłądziłam. W dodatku mokra
i ubłocona, bo jechałam przez las.

Ale wiecie co? Miałam wrażenie,
że nikt nie zwrócił na to uwagi.

Liczyło się, że jestem.

Że próbuję. Śpiewam. Fałszuję.
Wydaję z siebie „zakazane dźwięki”.
Pianie, chrumkanie, pisk, krzyk, wycie, sapanie.

Wszystkie dźwięki życia złapane
w obszarze brzucha.

W końcu dałam im wolność.

Wczoraj nadszedł czas na kolejne wyzwanie.
Warsztat robienia Łapaczy Snów.

Mój punkt numer 3:

„Zrobić własny
rytualny przedmiot indiański”.

20190511_174557 (1)

 

I znów się bałam, a jakże.
Bo nowi ludzie, obce miejsce
i coś, czego nigdy dotąd nie robiłam.

I ten głos: zostań, nie idź, odpocznij.

Wiem, że dopóty nie wyrobię w sobie
nowego nawyku, tak długo będę walczyć.

Idę/ Nie idę.
Chce mi się/ Boję się.
Mam energię/ Opadam z sił.

Podobno nawyki tworzy się w 21 dni,
o ile powtarza się je codziennie. To
taka optymistyczna wersja.

Inna brzmi, że nawyk musi być
powtórzony co najmniej 10.000 razy…

Grunt, że robię. Że działam.
Że próbuję. Choć bardzo się boję.
Nauczyłam się już, że pomimo
głosu w głowie, muszę działać.

Jest trudno. Więc czasem
z nim gadam. Z lękiem.

Wiem, że się boisz i dziękuję, że jesteś.
Próbujesz mnie chronić i ja to rozumiem.

Zawrzyjmy układ – pójdę na warsztaty, i 
zabiorę cię ze sobą. Zrobię Ci gorącej herbaty
i pozwolę obserwować. Razem raźniej.

Po czymś takim lęk milknie.
Uspokaja się. Nie polemizuje.
Bo wie, że ma swoje miejsce.

Nie wyrzucę go. Nie zaneguję.
Nie uduszę. Po prostu dam mu
miejsce z dobrym widokiem.

A sama pójdę robić, to co jest do zrobienia,
i pognam ku temu , co woła od lat.

Życie.

 

Pozwól sobie pomarzyć

Parę dni temu umówiłyśmy się z koleżanką na wymianę marzeń. 
Ona wypisała swoje, a ja w zamian zaserwowałam jej wizję własnego życia. 
Potraktowałyśmy to rytualnie, celebrując ten wieczór. 
Zapaliłyśmy kadzidła, włączyłyśmy muzykę, ubrałyśmy fikuśne kolczyki…
Raz na jakiś czas każdy z nas powinien odbyć randkę z marzeniami. 

zgoda


Mnóstwo ludzi nie zna siebie i nie wie dokąd zmierza.
Może Ty także?
Owszem, mamy mglistą wizję przyszłości,
często jednak jest zbyt mało konkretna, byśmy mogli ją urzeczywistnić.

Rozmowa z zaufanym przyjacielem o marzeniach lub
wypisanie ich z najdrobniejszymi szczegółami pozwala lepiej siebie poznać.
Kiedy obcujesz z białą kartką papieru, to jesteś zmuszony zapytać:

O czym marzę?
Co chciałabym osiągnąć?
Jakim chcę być człowiekiem?
Co jest dla mnie ważne?
Gdzie widzę siebie za pięć i dziesięć lat?

Czasami decydujemy się iść utartym szlakiem,
którym podąża reszta.
Niekiedy idziemy na oślep przed siebie, nie pytając
czy to dobry kierunek.

A przecież życie jest jest zbyt krótkie, by żyć cudzymi marzeniami.

Nawet jeśli nie jesteś gawędziarzem czy pisarzem spróbuj stworzyć historię.
Bądź własnym bohaterem i napisz krótką opowieść o sobie za pięć lat.
Bądź konkretny i szczegółowy.
Gdzie mieszkasz? Co masz? Czy masz dzieci? A może zwierzęta?
Co robisz? Jak pracujesz? Jakie masz plany?

Najtrudniej jest zacząć.
Nie zwracaj uwagi na krytyka, tylko płyń, bo to lubią marzenia.
Ja stworzyłam własną historię i wysłałam ją sobie na maila.
Oflagowałam, by pamiętać, że to ważna treść.
Kamila życzy Kamili i śle mnóstwo miłości.

Stworzona historia była zaskakująca, bo myślałam, że jestem inna i pragnę innych rzeczy.
A przecież z roku na rok, zmienia się nie tylko nasz wygląd, ale także potrzeby, plany, marzenia i priorytety. Niech Cię zatem nie zdziwi, że podróż do Nepalu przestała być numerem jeden. Nie bój się, że teraz pragniesz innych rzeczy, miejsc i wartości. Takie jest życie. Gdy odpuszczasz jedno, drugie przychodzi.

Może prostsze,
może głupsze,
nie oceniaj.

Wypowiedzenie na głos lub opisanie swoich marzeń to jak pakt.
Oto zobowiązujesz się, by zadbać o siebie i swoje życie.
Puszczasz marzenie w świat.
Niech przestrzeń działa, a Ty mu pomagaj.
W końcu Twoje marzenia, to najlepszy system wartości Twojego życia.

Więc umów się na randkę.
Spotkaj się z przyjacielem i powiedz mu na głos o czym marzysz.
Zamknij się w pokoju, zapal świecę i pisz.
Tu nie nie ma złych odpowiedzi.
Potrzebny jest tylko konkret.

Zapisałeś? Zostaw i rób swoje.
I obserwuj co się wydarzy.

Krótka historia pewnej znajomości

Od jakiegoś czasu prowadzę korespondencyjną znajomość z pewną 34-latką. Znalazłyśmy się cztery lata temu, gdy obie prowadziłyśmy amatorskie, choć pełne pasji blogi, po których zostały jedynie adresy widma.

CAM01579


 

Miałyśmy podobną wrażliwość i kochałyśmy czytać swoje teksty. Z tej wrażliwości urodziły się miłe i pokrzepiające komentarze, które zostawiałyśmy sobie pod postami, aż te nie mogąc już znieść bycia krótkimi formami zamieniły się w kilka maili. Jak to jednak bywa w życiu- zmiana goni zmianę i kiedy wyjechałam do Norwegii zaniedbałam bloga, inwestując czas w pisanie książki i kontakt się urwał.

W pamięci jednak miałam zachowaną wspaniałą energię Agnieszki, więc po jakimś czasie próbowałam odwiedzić jej bloga. Przeglądarka jednak wypluła napis: address does not exist. Hmm? Czyżbym pomyliła adres a może Aga przestała pisać?

Po powrocie z Bergen, jakieś dwa lata temu założyłam kolejnego bloga: emocjonalnie.com, z obietnicą że ten będzie lepszy a już na pewno bardziej profesjonalny. Bo przecież człowiek piszący musi mieć gdzie się wyżyć. Tak więc świadomie wybrałam WordPressa, kupiłam książkę o blogowaniu i przystąpiłam do dzieła. Na pierwszych czytelników nie musiałam długo czekać. Pojawili się nie wiadomo skąd, a jednym z nich była… Agnieszka. „To ty Aga?!”- dopytywałam z niedowierzaniem. „Tak, to ja. Znalazłam cię”- odpisała w komentarzu.

IMG_20151209_132136

Zaczęłyśmy ponownie mailować. Tym razem wiadomości były dłuższe i częstsze. Nie skąpiłyśmy emocji i wspierania się w trudniejszych chwilach. Okazało się, że Agnieszka zaczęła prowadzić profesjonalną stronę i zajęła się masażem. Jej największą miłością jednak pozostało pisanie, więc to jak i wspólna wrażliwość połączyły nas na nowo. Jak to również bywa u jednostek sobie podobnych, oby dwie ukochałyśmy tę samą książkę, „Wielką Magię” Elizabeth Gilbert.

Pewnego razu Aga zapytała mnie, czy kojarzę fragment, w którym Elizabeth opowiada o swojej przyjaciółce pisarce, z którą regularnie korespondowała. Robiły to, by wypisać się ze wszystkich obaw i marzeń związanych z pisaniem. „Może byśmy zrobiły tak samo?”– zapytała Aga- „Piszmy do siebie, żeby wspierać się w tworzeniu”. I tak zawarłyśmy pakt o twórczości. Pisujemy do siebie regularnie, motywujemy do pracy, do wysyłania tekstów do redakcji i wydawnictw i pocieszamy w razie odmowy.

CAM01373 (2)

A musicie wiedzieć, że pisanie to niełatwy kawałek chleba, bo trudno jest tworzyć w całkowitej zgodzie ze sobą. Zwykle wydawnictwa i zleceniodawcy mają własne wymogi, na potrzeby których musimy diametralnie zmieniać teksty. Bo są za długie, bo czytelnicy nie zrozumieją metafor, bo używamy zbyt trudnych słów, bo wszyscy lubią zdania pojedyncze a nie podrzędnie złożone. To jedna z niewielu profesji, która nieustannie wystawia nasze dzieła na krytykę. A uwierzcie mi- ta boli czasem mocniej niż uderzenie pioruna. Nawet jeśli to tylko mały prztyczek w nos, u wrażliwców może zamienić owo drganie w istne trzęsienie ziemi.

Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Kogoś innego niż partner. Kogoś kto patrzy w tym samym kierunku i widzi podobnie. Odczuwa nawet drobne emocje, wspiera, pomaga ciepłym słowem, służy za przykład- bo on już to przeszedł. Niedawno Aga nazwała mnie Czarodziejką. Ja mogę ją nazwać Dobrym Duchem. Mimo, że nigdy się nie widziałyśmy, czuję że jest obecna w tej wspólnej, twórczej przestrzeni. Przestrzeni, która kocha marzycieli, twórców i wszystkich którzy mimo niesprzyjających warunków wciąż przypinają do ramion pierzaste skrzydła.

 

Ciało. Pan czy sługa?

Pomaga lub przeszkadza; niekiedy przyjaciel a czasem wróg; uprzyjemnia noce ale też pogrąża w cierpieniu. Ciało. Nasz pan czy utrapiony niewolnik?

wheel-pose


 

Gdy myślę o samoakceptacji, widzę własne ciało. Poczucie wartości często jest związane z wizerunkiem własnego ciała a nie (jak sądzimy) umysłu, ilorazu inteligencji czy właściwości, które posiadamy. Patrząc w lustro bezrefleksyjnie oceniamy- tego za dużo, tego za mało a gdybym miała dłuższe nogi zdobyłabym złote góry. Skąd pojawia się przekonanie, że wyglądając inaczej szczęście w końcu zapukałoby do drzwi?

Ciało jest tak integralną i podstawową częścią ludzkiej istoty, że nie sposób już myśleć o sobie w oderwaniu od niego. Bo przecież kiedy myślę ja- ty, to widzę siebie i widzę ciebie. Twój kolor włosów, twoje oczy, figurę i wzrost. Przytulamy się do przyjaciół, kochamy z partnerami, czujemy ból, gdy ktoś nieuważnie nas trąci w tramwaju. Choć czasem życzymy sobie, by było inaczej, to jesteśmy swoim ciałem. Przynajmniej na razie. I, im mniej sympatii i szacunku w jego kierunku, tym dalej również do przyjaźni ze sobą. Medycyna chińska widzi człowieka jako całość- ciało nieodrębne od ducha, duch nieoddzielny od formy; dbając o jedno wpływamy na drugie i na odwrót.

Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy mówili, że pracują z terapeutami by siebie poznać i pokochać, a jednocześnie wszystko co robili było aktem jawnej wrogości w kierunku kruchej cielesności. Pili w nadmiarze, słodzili, przejadali się, niedojadali, chodzili spać o drugiej nad ranem, by rano tuszować podpuchnięte oczy. To najszybsza droga do depresji lub życiowej frustracji. Jak tu być szczęśliwym, kiedy ciało jest jak umęczony cierpiętnik? Jest źle karmione, nie dosypia, za mało się rusza, a jednak wymaga się od niego pracy ponad normę i potężnej energii. Przypomina mi to sytuację złej korporacji i szefa który dręczy szeregowych pracowników, tylko dla własnej korzyści. Gdyby szef był mądry, wiedziałby że trzeba zadbać o szczęśliwych pracowników, bo dzięki temu firma lepiej funkcjonuje.

A gdybyśmy zaakceptowali ciało dokładnie takim jest i jakim chce być? Gdybyśmy przestali je w końcu ulepszać i upiększać i pogodzili się z faktem że jest naszym narzędziem ale i wspaniałym przyjacielem, które dźwiga ciężary umysłu? Czy nie brzmi to odprężająco?

Niektóre kobiety potrafią być bliżej ciał, bo żyją cyklicznie. Częściej odwiedzamy lekarzy, raz w miesiącu zwijamy się z bólu w embrionalny kłębek, zachodzimy w ciążę, rodzimy. Dzięki temu jesteśmy bliżej własnych brzuchów, dotykamy się częściej, masujemy, wklepujemy balsamy, tańczymy. Wszystko to, zbliża nas do siebie samych i pozwala nam lepiej siebie poznać-  jesteśmy w ciągłym kontakcie fizycznym. Bez niego nie sposób poznać drugiego człowieka, a co dopiero siebie.

Gdy mój kolega skarżył się niedawno na samotność, powiedziałam mu:
– przytul się.
ale jak?– usłyszałam w odpowiedzi.
I zdziwiłam się, że można nie wiedzieć jak się przytulić. Może kiedyś sama również nie wiedziałam. Może kiedyś podobnie jak on, też żyłam w przekonaniu, że bliskość, czułość i miłość mogą pochodzić jedynie z zewnątrz. Dziś wiem, że jestem całością- ciałem, umysłem, myślami i emocją, a wszystko, choć nietrwałe, to potrzebuje uwagi by rozkwitać i chcieć żyć.

I owszem, będziemy chorować, będziemy się starzeć, nie raz będziemy wyczerpani i obolali, ale wszystko to przyjdzie łatwiej, kiedy uznamy, że to prawa cielesności. To jego rola- żywić się, chodzić, spać, biegać, doprowadzać na szczyty, informować o niepokojących sygnałach. W zamian nie chce wiele. Jedynie uwagi, zdrowego paliwa, długiego snu i miłosnego dotyku. Gdzie mieszkają Twoje emocje? Moje w brzuchu, więc często go głaszczę, zwłaszcza gdy czegoś się boję. To najlepszy sposób na złapanie kontaktu ze sobą i zbudowanie poczucie bezpieczeństwa.

Miasto. Kochać czy nie kochać?

Czym jest dla Ciebie miasto? Czy potrafisz je kochać mimo zgiełku, hałasu i anonimowości?
Przez jednych ukochane, przez innych znienawidzone może być inspiracją i pakietem wspaniałych możliwości. Wybór należy do Ciebie.


city-bike

When you’re alone and life is making you lonely
you can always go Downtown
When you’ve got worries, all the noise and the hurry
seems to help I know, Downtown

(Gdy jesteś sama i życie czyni cię samotną możesz zawsze pójść do miasta. Gdy masz zmartwienia, cały ten hałas i pośpiech wiem, co powinno ci pomóc. ­Miasto. Posłuchaj tylko muzyki miejskiego zgiełku. Przystań na chodniku, gdzie piękne są neony.
Jak możesz zbłądzić?)

Petula Clark śpiewała w latach sześćdziesiątych, że światła neonów miast potrafią ukoić zszargane nerwy. Do niedawna nie wierzyłam. Przecież wieś jest oazą, która wypełnia umysł spokojem i pozwala się odprężyć po tygodniu czy miesiącu wielkomiejskiej gonitwy. I pewnie miałam dużo racji, co nie wyklucza teorii, że w mieście da się żyć, można je polubić, nawet pokochać, nie będąc jednocześnie miłośnikiem betonowego świata.

Moje życie w ostatnim czasie układało się tak, że większość czasu spędzałam w Gdańsku, nawet podczas lata czy wykorzystywanego urlopu. Przeszkody? Nie. Świadomy wybór. W mieście tętni życie; nawiązanie relacji jest tak proste jak zaparzenie czarnej herbaty a samotność jest tylko wyborem. To my decydujemy czy poznamy streszczoną historię życia pani z szorstkowłosym jamnikiem w tramwaju i czy zamiast grubej książki, tym razem oddamy się słuchaniu gwaru, szmerów i śmiechów na przystanku. Hałasu, który nie musi męczyć a może być inspirujący. W ludzkich historiach, opowieściach zamieszkanych w głębokich zmarszczkach i rozbieganych oczach mieszkają ludzkie emocje i gotowe scenariusze na : powieść, obraz, wiersz czy rozwiązanie własnego problemu.

Nie bez powodu większość filmów Woodego Allena rozgrywa się w Nowym Jorku. Reżyser kocha miasto. I choć (jak sam twierdzi) jest neurotycznym samotnikiem, który najchętniej spędza czas we własnym mieszkaniu, to jego miłość jest odwzajemniona. Mimo, iż ostatnimi czasy mistrz stracił formę, bo „Nieracjonalny mężczyzna” czy „Magia w blasku księżyca” nie zachwycają tak jak „Hannah i jej siostry” czy „Annie Hall”, to jednak perspektywa miast widziana oczyma Allena urzeka i przekonuje, że miasto przygarnia wszystkie jednostki, łącznie z tymi trudnymi, neurotycznymi i wiecznie samotnymi, nad którymi chętnie podumaliby Freud i Jung.

I choć przeciwnicy szybkiego tempa życia i wysokich wieżowców (ja sama do niedawna) upierają się, że prawda jest tam gdzie dzika natura, to zadziwiającym faktem jest, że Aborygeni uważają miasta za następstwa energii- jak mówią, powstały ze „śnienia”. Są naturalnym i oczywistym zjawiskiem wynikającym ze skumulowanych energii (bardziej szczegółowo opisał to Arnold Mindell, założyciel szkoły Psychologii Procesu w książce „Śnienie na jawie”).

Jeżeli głębiej się nad tym zastanowić, to trzeba Mindellowi przyznać rację. Z reszta nawet nie trzeba się zastanawiać, wystarczy doświadczyć. Wyjść pewnego popołudnia czy wieczoru z domu. Samemu. I niczym bohaterowie allenowskich komedii, pójść przed siebie, wypić powoli machiatto w małej kawiarni, a potem odwiedzić galerię sztuki i zakończyć wieczór koncertem jazzowym. Przecież miasto zawiera wszystkie możliwości. Uczy nas, rozwija, wkłada w sam środek społecznej spirali w myśl zasady, że przetrwasz albo zginiesz w tym wielkomiejskim świecie. Miasto jest kolażem biedy i bogactwa, kolorów i szarości. Karmi złaknionych wiedzy i rozrywki, podsyła nieoczekiwane spotkania. Gdzież będziemy bliżej sztuki i ludzi jeżeli nie samym środku miasta?

Ja, wychowana na wsi, cicha, spokojna (tudzież neurotyczna) Kamila Gulbicka przyznaję: napisałam odę do miasta. I dobrze mi z tym. Mogę się przeciw niemu buntować, lub mogę je kochać. Każdy wybór przyniesie identyczne w skutkach sprzężenie zwrotne. A przecież łatwiej żyć we wzajemnej miłości. Więc mój drogi, moja droga…

Światła są tu jaśniejsze
Możesz zapomnieć o wszystkich swych problemach, zapomnieć o wszystkich troskach
Więc idź do miasta, gdzie jaśnieją wszystkie światła
Miasto – czeka na ciebie tego wieczoru
W mieście – wszystko będzie już dobrze


Cytaty: „Downtown” Petula Clark. 1964 rok.
Zdjęcie: wallpaperbeta.com