Archiwa tagu: ksiażki

Puść ten zacisk i choć się przytulić

Mój przyjaciel opowiedział
mi niedawno pewną piękną historię.

„Ktoś przyszedł do buddyjskiego
Mistrza i zapytał:

-Mistrzu. Co to jest oświecenie?

Na co mistrz odparł:

-Widzisz to? – zacisnął mocno pięści
i zaciskał je tak mocno, aż na twarzy zrobił
się czerwony, a całe ciało zdrętwiało.

-Zrób tak samo – powiedział do ucznia.

Uczeń posłuszny poleceniom
zacisnął mocno pięści i zaciskał
je tak długo, aż cały opadł z sił.

-A teraz puść!- krzyknął Mistrz.

Gdy uczeń puścił zacisk, Mistrz dodał:
-To jest właśnie oświecenie!” 🙂

***

Zacisk dla każdego z nas będzie czymś innym.
Dla jednych będzie wieczną potrzebą kontroli.
Dla innych analizą czy wewnętrznym spięciem.

Doskonale znam ten stan zacisku.
Bo do tej pory zdarza mi się żyć w głowie.

Dużo myślę,
analizuję i rozważam.
Najczęściej mimowolnie.

Tak jakby samo się działo
i samo się myślało, bez mojego
świadomego udziału.

Potrafię komplikować to, co proste.
I utrudniać to, co może być
z natury przyjemne.

Nic dziwnego, że imponują mi osoby,
które wydawały się być moim przeciwieństwem.

Wyluzowane.
Wyciszone.

Tak zwane „Wolne Duchy”,
które żyją pełnią sił, ale również stoją
mocno na ziemi.

Można na nich polegać.
I można z nimi kraść konie.

Sprawiają wrażenie, jakby
puściły ten wewnętrzny zacisk
i pozwalały sobie na bycie sobą.
z całym wewnętrznym bałaganem.

Łatwo ich rozpoznać.

Ja rozpoznaję po ciele.
Dobrze się w nim czują,
– są z nimi w głębokiej relacji.

Mają oparcie w nogach,
a ich emocje mieszkają w brzuchach.

Nie brzuchach wciągniętych.
Nie przesadnie umięśnionych.
Lecz naturalnie wypukłych,
gdzie mieści się Wszechświat.

Bo Wolnym Duchom daleko do ideałów.

Ich piękno przypomina Przyrodę.
Chaos przeplata się
z symetrią,
śmierć z życiem,
a zdrowie z chorobą.

Wolne Duchy więcej czują niż myślą.
Częściej doświadczają niż analizują.

Gdy gra muzyka, tańczą.
A gdy coś ich rozbawi śmieją się na głos.

Wyczuwają ludzkie emocje,
bo sami mają ich bez liku.
Z niejednego pieca chleb jedli
i niejedno w życiu widzieli.

Dziś bardzo szybko odnajduję ich w tłumie.

Pewnie dlatego, że sama mam
potrzebę ukochać w sobie
tę wyluzowaną część.

Część, która żyje pełnią.

Bez narzuconych sobie samemu reżimów,
sztucznych zasad
czy nienaturalnych sytuacji.

Mam takie szczęście,
że ostatnio spotykam tych,
którzy biorą mnie za rękę
i ciągną właśnie w tym kierunku.

Może to kwestia
mojego otwarcia?
A może przyciągania?

Gdy na nich patrzę (choć częściej na NIE,
bo to zwykle kobiety) chłonę to, kim są.

Podziwiam.
Patrzę.
Słucham.
Inspiruję się,
Uczę.

A potem, tak zainspirowana
próbuję trochę sobie odpuścić.
Wcielić naukę z ich ciał w swoje życie.

Wydycham powietrze.

Nie zawsze musi być posprzątane.
Nie zawsze musi być zrobione.
Celowo.
Idealnie.
Instagramowo.

Gdy moja starsza koleżanka rok temu
poradziła mi:

„Poczuj to brzuchem”,

Nie rozumiałam o co chodzi.
Bo żyłam głową. Myślami.
Mózgiem. Rozumem.

Rozkładałam na czynniki pierwsze,
z czucia rezygnując.

Biorę wdech.

I pozwalam sobie być niepoprawna,
ekspresyjna, nieuporządkowana,
smutna, lękliwa i radosna.

Czasem jednocześnie.

Odpuszczam trzymanie brzucha.
Odpuszczam ładne chodzenie.
i wstrzymywanie ruchów ciała,
bo są zbyt na wyrost, lub „nie pasują”.

To wcale nie jest łatwe.
Luz nie jest łatwy.

Bo czasem trudno
znaleźć balans, bez popadania w skrajności.
Każda skrajność jest przecież tym
metaforycznym zaciskiem.

Uczę się przez dotyk.
I przez dopuszczanie uczuć.

Poznaję przez czucie.
Przez patrzenie w oczy.
Przez słuchanie w otwartości.
Przez bycie i przez dotyk.

Nie przez słowa.

Słowa przychodzą później.
I jest ich mniej.

Kiedy słucham,
to jestem słuchaniem.

Kiedy tańczę, to jestem tańczeniem.
I kiedy śpiewam to jestem śpiewaniem.

A kiedy jestem z drugim człowiekiem
to porzucam „JA/MNIE/MOJE”.

Tylko jestem.

Kochanie.
Jestem tu dla Ciebie.

Bez porad
Moich wniosków.
I rozmyślań.

Czuję cię.
Słyszę cię.
Widzę.
Jestem.

 

.

 

Reklamy

Taka jest cena życia w prawdzie

Czy potrafisz żyć w prawdzie?
Absolutnej, takiej która wymaga
bycia autentycznym w każdej sytuacji,
również wobec siebie?

Wydaje się, że to proste.

Bo przecież kłamstwa wymagają
kombinowania i wymyślania, a
prawda przychodzi łatwo. Czyż nie?

Otóż nie.

Prawda bywa bolesna.
Niewygodna.
Cierpka.
Niepoprawna politycznie.
Trudna do zaakceptowania.

W związku z tym czasem zrobisz
wszystko, żeby jej nie poznać.

W zasadzie, byliśmy karmieni nauką,
że prawda nie leży w naszym interesie.

Przez lata uczyliśmy się ukrywać,
koloryzować, upiększać i zwodzić.
Bo tak jest prościej i dzięki temu
wszyscy są po naszej stronie.

STOP. Ja tak nie chcę.

Jakiś czas temu, gdy tak skrzętnie
budowany (na piasku) dom rozpadł
się na kawałki, powzięłam decyzję, że
albo teraz albo nigdy.

Czas stanąć po swojej stronie.
Po stronie prawdy.

Przestać udawać.
Mówić, że lubię,
gdy nie lubię.

Mówić, że chcę,
podczas, gdy w ogóle nie
mam na to ochoty.

Uśmiechać się, gdy
w sercu smutek.
I hamować się, gdy
na usta ciśnie się muzyka.

Przez pół roku życia w prawdzie
sporo się o sobie dowiedziałam.

Ale również o innych ludziach.

Bo niektórzy wcale nie chcą, byśmy
byli w prawdzie. I zazwyczaj z
tych samych powodów, dla których
oszukiwaliśmy samych siebie.

Więc kiedy zaczęłam być absolutnie
szczera i mówić to, co myślę, odeszli
ode mnie niektórzy ludzie

Bo „FE! Kama, tak nie wypada!”

Nie wypada mówić, że cesarz jest nagi.
Róbmy jak zawsze. Przymykajmy oczy i
idźmy dalej!

Odeszła osoba.
A potem kolejna.

Ale przyszli też nowi ludzie.

Bardziej podobni to mnie.
Wrażliwi. Tacy, których główną
wartością jest życie w autentyzmie.

Mój wniosek jest więc taki, że
mówienie prawdy jest jak najlepsza
miotełka, która odkurza życie
z tego co, toksyczne i „nie nasze”.

Ale nie to jest najtrudniejsze.
Nie to, że prawda wymaga odwagi,
a wymaga nie lada.

Najtrudniejsze jest bycie
szczerym ze sobą.

Absolutnie, bez przekrętów,
i dopowiedzeń czy ubarwień.

Bez tych wszystkich malutkich oszustw,
które nakładają milion iluzji
na oczy i uszy.

Czasami życie stawia nam na drodze
kogoś, kto mniej lub bardziej
bezpośrednio pokaże nam gdzie jesteśmy
i czy wciąż żyjemy wg własnych zasad.

A przede wszystkim czy nie
mijamy się z prawdą. 

Czasem ten ktoś lub coś
pojawia się jak przebłysk.

Kilka dni temu tak miałam.

Spotkałam kogoś,
kto dał mi do myślenia.

Kto pokazał, że trochę się opuściłam
we własnym procesie.

Nic dziwnego, że narzekałam, że wszystko
tak wolno idzie – spojrzałam prawdzie
w oczy – ja po prostu stałam.

Bo wygodnie!

Bo się nie chce.
Bo boli.
Bo wymaga potu.

Ten ktoś pokazał, że „kleję” się
do starych schematów.

Że wpadam w mechanizmy, które wpadałam
przez dwadzieścia lat, zamiast w końcu
je zrozumieć i przepracować u podstaw.

W tej jednej chwili ujrzałam
własne odbicie.

Zobaczyłam jak bardzo potrzebuję zachwytów,
uniesień i ekscytacji. I jak często ich sobie skąpię.

Zamiast dawać je sobie sama,
wciąż zjadam cudze.

A te przecież są:
uwarunkowane,
przemijające,
nietrwałe.

Zrobiłam więc dwie rzeczy:
przypomniałam sobie zobowiązania
jakie podjęłam wobec siebie w sierpniu
ubiegłego roku. Spisałam je i raz jeszcze
odczytałam na głos.

A potem kupiłam sobie kwiaty.
Cały wielki bukiet żółtych tulipanów.

Z zachwytem, podziwem i szacunkiem
podziękowałam sobie za powolny
rozwój, który trwa siódmy miesiąc.

A przede wszystkim, za życie w prawdzie.

W stosunku do siebie, do innych ludzi
i do całego świata.

Wierzę, że to wierność sobie i swojemu sercu
jest jedną z najpiękniejszą z dróg. Bo tylko
w ten sposób masz szansę być z sobą
w prawdziwym kontakcie.

Czy wiesz co się wtedy dzieje?
Wszystko zaczyna do siebie pasować.

Mówię prawdę i wcale się przy
tym nie upiększam. Temu, co
brzydkie też pozwalam być.

Jeśli zdarzyło mi się skłamać,
żeby kogoś nie urazić, lub
żeby samej uszczknąć,
przynajmniej się przyznaję.

Nie da rady inaczej – zobowiązania
wobec siebie właśnie tak działają,
że gdy się mijasz z prawdą, to nagle
zaczyna coś mocno uwierać.

Od kilku dni znów się pilnuję.

Pomyślę, zanim powiem.
Wsłuchuję się w serce i pytam.

Czy to jest prawdą?

Wiesz co się stało? Świat odpowiedział
ludźmi, zjawiskami i „przypadkami”.

Spotykam ludzi z mojej bajki.
Z którymi rozumiem się bez słów.

Klik.

Znajduję się w miejscach, w których
mam być, choć sama nie wiem czemu.

A potem nagle wszystko się wyjaśnia!
I wiem już, że to, co się dzieje, jest przejawem czegoś
większego – jakiejś kosmicznej energii.

Wszystko zaczyna klikać. Pasować do siebie
idealnie i dzieje się to poza moją kontrolą.

Klik.
Klik.
Klik.

Oto nagle z niepasującego puzzla
staję się częścią ogromnej, misternej
układanki, którą Wszechświat
stworzył dla każdego z nas.

KLIK.

 

 

 

 

Kawiarnia dla mola

zbrodniawbibliotece

W ostatnim poście wspominałam o dwóch miejscach, które urzekły mnie specyficznym i melancholijnym klimatem a napisałam tylko jednym. Dlaczego? Bo szkoda było nie podzielić tekstów na dwie części; warto zająć się każdym z miejsc osobno. Bo choć oby dwa są niepowtarzalne to jednak mają swoje zasadnicze różnice.


Jedno, co łączy antykwariat i kawiarnię o wdzięcznej nazwie Bookarnia, to oczywiście książki. Mam do nich słabość i uwielbiam je w każdej postaci. Bookarnię znalazłam dość przypadkowo, kiedy to przechodząc sopockim Monciakiem, zobaczyłam drogowskaz z wizerunkiem parującej kawy i nazwą kawiarnii. Nie trzeba być Einsteinem, żeby się domyślić, że Bookarnia oznacza kawiarnię książkową. Podążając za znakami, uliczką pełną słodkich kawiarenek, w końcu odnalazłam cel.

Miejsce wewnątrz przypomina skandynawską księgarnię- z małymi stolikami, miękkimi ale praktycznymi sofami oraz ścianami z półek pełnymi nowości książkowych, które są podzielone na odpowiednie działy (dział fantasy był również, a jakże).

bookarnia

Zdecydowanym plusem miejsca jest piętro, które pozwala na odizolowanie się, gdy chcecie popracować przy laptopie, porozmawiać w ciszy lub poczytać jedną z książek, które są na wyciągnięcie ręki. Dwie dziewczyny parzące kawę, służą poradą odnośnie tytułów literackich. W razie potrzeby opowiedzą o nowościach wydawniczych lub zaprowadzą na odpowiedni dział. Jednocześnie nie narzucają się i zostawiają klientów samym sobie, gdy ci tego potrzebują, zatopieni w świecie bohaterów książkowych.

Miejsce służy nie tylko spotkaniom towarzyskim. To również ośrodek spotkań autorskich, gdzie goszczono pisarzy i inne znane osobistości związane w pośredni sposób ze światem literackim.
Spotykają się tam zatem wszyscy pasjonaci książek i wydarzeń ze świata kultury, którzy dzielą się opinią a także poszukują inspiracji do własnej twórczości.

qulturka

Bookarnia to nie tylko książki, ale również smaczne słodkości (polecam ciasto marchewkowe przekładane kremem), herbata parzona w eleganckim, kanciastym imbryku oraz kawa i gęsta, pachnąca czekolada. Smaku temu dodaje spokojna muzyka sącząca się z głośników. Jest ona jednak ledwie delikatnym tłem, bo podobnie jak w antykwariacie przy ul. Kowalskiej, w miejscu tym mieszka cisza, tak ukochana przez moli książkowych szukających prywatności.

Odwiedź Bookarnię w internecie: http://www.bookarnia.pl

Zdjęcia:
1). http://www.zbrodniawbibliotece.pl
2). http://www.facebook.pl
3). http://www.qulturka.pl