Archiwa tagu: uzależnienia

Wszyscy jesteśmy uzależnieni. Pytanie nie „od czego”, ale „po co”?

Całe życie otaczali mnie ludzie uzależnieni.
Na swojej drodze spotykałam narkomanów,
alkoholików, ludzi uzależnionych od seksu,
adrenaliny, marihuany czy telewizji. I zawsze
zastanawiało mnie – dlaczego?

Dlaczego przychodzą do mnie ludzie
uzależnieni od czynności lub substancji,
od których ja uzależniona nigdy nie byłam?

Każdy mój związek, to związek
z osobą uzależnioną. Każde moje zakochanie,
było fascynacją osobą w jakimś sensie uzależnioną.

Jednocześnie też zaskakująco dobrze
rozumiałam uzależnienia przyjaciół i potrzebę
dostarczania sobie czegoś, co ukoi ból,
stępi doznanie, albo po prostu da przyjemność.

W końcu sama robiłam to wiele sposobów.
Poprzez cukier, który sprawiał, że dopamina
skakała do niebotycznie wysokiego poziomu.

Ćwiczyłam fitness do utraty tchu, medytowałam,
oglądałam serial za serialem, czy po prostu
wpadałam w fascynację pięknymi ludźmi.

Tak naprawdę połowę życia spędziłam w
poczuciu „zakochania”, na wiecznym upojeniu
dopaminowym, który był energetyczną benzyną,
w silnikach szarej codzienności.

„Kończyłam” z jednym uzależnieniem,
by zapoznać się z kolejnym.

Wyrzucałam z szafki wszystkie słodycze,
ale zaczynałam ćwiczyć jogę kilka godzin każdego dnia.

Ból mięśni sprawiał, że kończyłam z jogą
i zaczynałam piec. Piekłam tyle, że nie miał
kto tego przejeść, więc zjadałam sama.

Czuję, że zaczęło mnie puszczać dopiero
jakiś czas temu, gdy nauczyłam się
przyzwalać na wszystkie trudne emocje.

Złość przestała złościć.
Smutek przestał być depresyjny,
lęk niepokojący, a ból osobisty.

Była po prostu złość.
Był po prostu smutek.
I lęk. I ból. Nie „mój” ból, lecz ból.

Dobrze było być wolnym.
Ale skłonności nie znikają tak łatwo.

Osoba uzależniona pozostanie nią już
na zawsze. Nawet jeśli będzie „czysta”.

Uzależnieni muszą być w stałym
kontakcie ze sobą. W innym wypadku grozi im
niebezpieczny nawrót i ciąg:

alkoholowy, cukrowy, narkotykowy,
imprezowy, serialowy… Bo przecież tak
łatwo przekroczyć tą cienką granicę przesady.

Niedawno pojawiła się we mnie fascynacja drugim
człowiekiem. Tak potężna, że odebrała
całą uważność. Wpadłam, bo po latach życia
w emocjonalnej trzeźwości zapomniałam już
jak przyjemne mogą być motyle w brzuchu.

Oto nagle, z całym impetem powróciłam do tego,
co tak dobrze kultywowałam przez całe życie.

Amok.

Wyjazd do pracy bez komputera.
Zapomnienie o przekręceniu zamka w drzwiach,
przejście na czerwonym świetle… I haj.
Muzyka w głowie, fantazje i wieczny haj.

Skowronki, motyle, wiosna, koktajl hormonów.
Ludzie naprawdę tak żyją? Wszystkie piosenki,
filmy i książki są właśnie o tym. O życiu na haju.

A takie życie bardzo daleko jest od rzeczywistości.
To jak zabawa w Alicję w Krainie Czarów, która
trafia do króliczej nory, i biegnie przed siebie,
nie wiedząc dokąd. Po prostu goni króliczka.

Tydzień na dopamince dał mi się nieźle
w znaki. Nie spałam, nie jadłam, a energii
miałam za trzy. Aż nadszedł dzień, kiedy
paliwo się skończyło, a ja upadłam z wysokiego konia.

Kojarzy mi się z to uczuciem, gdy narkotyk
przestaje działać, a człowiek uzależniony
zalicza ten charakterystyczny dół: kaca czy detoks.

Powrót do rzeczywistości może boleć.

Kiedyś wykładowca na podyplomówce zapytał
o książkę, która najlepiej nas określa. Bez wahania
podałam tytuł „Najgorszy człowiek na świecie” Małgosi Halber.

Wiesz o czym to książka?
O uzależnieniu.

Od alkoholu.
Od marihuany.
Od muffinek.
Od imprez.
Od jedzenia.
Od odchudzania.
Od cudzej oceny.
Od miłości.
Od aprobaty.
Od katastroficznych myśli.

Z resztą nieważne „od czego”.

Bo nigdy nie chodzi o czynność lub substancję.
Chodzi o to, dlaczego i po co. Jaki ból to ma ukoić?
Jakie pytania zadusić w zarodku? Przed czym pragniesz uciec?
A przede wszystkim- czego nie chcesz czuć?

Dobrze było zaliczyć ten dół pełen smutku,
oczyszczających łez, odrzucenia i opamiętania.
Bo znów poczułam się blisko zarówno siebie
jak i całego świata. Pełna tkliwości dla swojego serca,
pełna czułości dla wszystkich cierpiących ludzi.

Ostatnie tygodnie spędziłam na jakimś
autopilocie, w stanach psychotycznych –
przemieszczałam się z punktu A do punktu B
nawet nie wiedząc jak. Ludzie naprawdę tak żyją?

Czasem z ciekawości biorę w rękę
talię kart – żeby usłyszeć, co podświadomość
ma mi do powiedzenia, a czego jeszcze nie zobaczyłam.

Dziewiątka.
Pustelnik.
Eremita.
Mnich.

Przyjęłam wiadomość.

Najzwyklejsze, szare stany
bez porywów serc też potrafią być piękne,
bo prawdziwe. Myślę, że to w nich mieszka
najwięcej życia. Wystarczy tylko
uważnie się przypatrzeć.

Usłyszeć.
Zobaczyć.
Odkryć.
Nie uciekać.
Zostać.
Wytrzymać.

Mój przyjaciel, psychiatra

Co najmniej 1,5 miliona Polaków rocznie trafia do psychiatry. Większość z nich stanowią kobiety. Tak przynajmniej mówią statystyki. Ja byłam trzy razy. I trzy razy czułam, że popełniam błąd.


Nie twierdzę, że ludzie nie powinni chodzić do psychiatry, bo pewnie niektórzy powinni. Znerwicowani, schizofrenicy, z psychozą maniakalno-depresyjną, niedoszli samobójcy. Ale czasem Ci „lżejszego kalibru” chcąc nie chcąc też potkną się o psychiatrę NFZ. Tacy  jak ja. Z wypłatą poniżej średniej krajowej, których nie stać na płatną poradę.

Czy coś mi dolegało?
To, co każdemu sfrustrowanemu życiem Polakowi.
Niskie poczucie własnej wartości, kompleksy, smutek, lęk.

U pierwszego psychiatry nie było tak źle.
Odwiedziłam go, bo chciałam dostać skierowanie na terapię indywidualną.

Wie pan, w zasadzie to nic mi nie dolega. Po prostu jestem zamknięta w sobie, źle się czuję w towarzystwie większym niż trzy osoby. Jestem nieśmiała. Mam melancholijne nastroje.
-A czy pani to przeszkadza?
-Proszę?
-Czy pani przeszkadza to, że jest pani osobą nieśmiałą, która nie umie funkcjonować w dużych grupach?
-W zasadzie… to nie. Ale innym chyba przeszkadza…
-A to już nie pani problem. 

Lekarz powiedział, że nie może wystawić mi skierowania na terapię indywidualną, bo skończyły się fundusze z budżetu świadczeń NFZ. „Pula została w pełni wykorzystana”

-Ale jak tylko dostaniemy nowe środki od razu do pani zadzwonimy. O tu, w tej rubryce proszę numer telefonu zostawić. A póki co, żeby spokojniej się żyło, mogę przepisać odpowiednie leki.
-To ja już podziękuję.

Wyszłam a oni nigdy nie zadzwonili.

W międzyczasie byłam jeszcze u pewnej pani psychiatry o której wolę nie wspominać, bo nawet nie podniosła na mnie wzroku znad ciasno zapisanego planera … Ale trzeci raz przekonał mnie definitywnie, że wszelkie chęci korzystania z psychoterapii na NFZ są bezcelowe i jałowe.

Otóż za namową koleżanki zapisałam się do psychiatry w Sopocie. To była publiczna placówka z dobrą renomą. Na recepcji upewniłam się, czy aby na pewno to działa tak jak koleżanka powiedziała. Że oto idę na konsultacje psychiatryczne, psychiatra potwierdza, że tak, że terapia indywidualna wskazana i daje świstek a ja z tym świstkiem co tydzień przychodzę do zakładowego terapeuty.
-Dokładnie jak pani mówi– potwierdził uprzejmy pan na recepcji.

Więc oto idę 10 stycznia, odświętnie ubrana, z rozwichrzonym włosem. Siadam w poczekali, trzęsę się i nerwowo macham nogą, czekając na zaproszenie. Otwiera stary, gruby lekarz, twarz nieprzyjemna, jakiś taki zgorzkniały, zmęczony życiem. Mówi:

-Siada pani. Co dolega?
-W zasad
zie to nic takiego. Po prostu chciałabym zacząć chodzić na terapię, bo sobie nie radzę.
-Z czym?
-Mam niskie poczucie własnej wartości, dużo kompleksów…
-W Polsce kompleksy nie są chorobą. Proszę znaleźć sobie terapeutę prywatnie!
-Ale na recepcji zostałam poinformowana, że…
-To pani została źle poinformowana! Daję skierowanie tylko własnym pacjentom w ciężkiej depresji. Pani nie wygląda na chorą!
-Proszę pana. Jak tak można ludzi traktować? Ja byłam umówiona od miesiąca. W pracy sobie wolne specjalnie wzięłam.
-To proszę złożyć zażalenie. A jak pani chce sobie na terapię pochodzić, to znaleźć taką za pieniądze.
-Łatwo panu mówić. Ja jestem zwykły człowiek. Żyję za 1500.
-Pani w Trójmieście spokojnie terapeutę znajdzie 100 zł za godzinę. Nie widzę problemu. Żegnam i proszę wpuścić kolejną osobę.

Nie wymyśliłam tego. Tak się z Tobą obchodzą na NFZ.
I jak tu pracować z emocjami? Jak nauczyć się odrzucać złe nawyki? Jak dostrzegać powtarzalne mechanizmy destrukcyjnych zachowań? Co zrobić z lękami, niską samooceną, co zrobić ze smutkiem?

kama2

Jeżeli masz osobowość neurotyczno-melancholijną albo jesteś nadwrażliwy i nie jesteś przy tym uzależniony od alkoholu/narkotyków/jedzenia/seksu/hazardu to lecz się sam lub za pieniądze.

Bo melancholia to najwyraźniej wymysł Woodego Allena a w Polsce nie ma na to miejsca. Jaka szkoda tych wszystkich wspaniałych ludzi z potencjałem, którzy na całe życie utkną w miejscu, bo sami nie potrafią czegoś przepracować na poziomie psychologicznym. Mi siebie samej jest szkoda. Zostają mi tylko terapeutyczne książki i tysiąc rzeczy, które bardzo chciałabym zrobić, a nie zrobię. Bo ludzie, bo strach, bo melancholia.