Archiwa tagu: spełnienie

Znajdź sobie mentora!

brendon-burchard-total-product-blueprint

Nie namawiam was do zapisania się do żadnej sekciarskiej grupy, ale szczerze zachęcam, by każdy z was znalazł sobie mentora. Kogoś za kogo radami podążycie do czasu aż staniecie się samodzielni, niezależni i rozwiniecie w 100% własny potencjał.


Po co nam „guru”? Po to by móc się na kimś wzorować. Nic tak nie podnosi naszej motywacji i produktywności jak podążanie za dobrym autorytetem. Wzorowanie się na drugim człowieku, który osiągnął to, do czego sami dążymy, pozwala nam uniknąć wielu błędów na ścieżce do celu. I co najważniejsze- skraca drogę. Dobry mentor potrafi wzbudzić entuzjazm do pracy, motywuje do wysiłku i jest najlepszym przykładem, że stosując polecane przez niego metody, osiągniemy sukces. 

Możecie mieć jednego mentora, ogólnożyciowego. Możecie też mieć kilku, w zależności od potrzeb. Wszystko co doprowadzi was do celu i będzie jednocześnie przynosić wam radość, będzie dobre. Jak poznać dobrego „guru” i kto to właściwie mógłby być?  Dobry „guru”, to taki, który współgra z waszymi właściwościami. To ten, z którym łatwo wam jest się utożsamić. To ten, z którym jest „chemia”. Jeżeli czujesz radość i entuzjazm w jego obecności, czytając jego książki, czy słuchając jego rad, a jednocześnie masz pewność, ze człowiek ten zrealizował to o czym mówi, to wiedz, że to właściwa osoba za którą możesz pójść.

Nie każdy potrzebuje mentora. Niektórzy z was są już zapewne tak bardzo rozwinięci, że nie potrzeba wam nikogo, za kim mielibyście podążać. Mentor, to dobre rozwiązanie do czasu aż zrealizujemy siebie, aż staniemy się szczęśliwi i będziemy w stanie samodzielnie wykorzystywać własny potencjał. Nie potrzebujemy nikogo poza sobą by być szczęśliwymi ludźmi. Ale by być szczęśliwymi, musimy mieć zaufanie do własnego umysłu- do naszego potencjału, zdolności i kompetencji i co chyba ważniejsze- musimy wiedzieć jak te kompetencje wykorzystać aby przyniosły oczekiwane rezultaty.
Nie każdy jest jednak takim szczęściarzem, który wie jak z punktu A dojść do odległego punktu B. Ale dobrą wiadomością jest to, że dzisiejszy rynek psychoterapii i coachingu oferuje całą paletę możliwości osobistego rozwoju. Gorąco zachęcam was, do coachingu. Znajdźcie sobie dobrego coacha, odpowiedzcie sobie na najważniejsze pytania i przy pomocy mądrych i doświadczonych ludzi idźcie prostą drogą do celu.

Na filmie widzicie Brendona Burcharda. Człowieka, który mnie fascynuje, całkowicie przekonuje i popycha do efektywnego działania. 

Zatańcz w deszczu!

dance

Ile razy nie zrobiłeś czegoś w obawie przed konsekwencjami?  Ile razy wcisnąłeś pedał hamulca w strachu przed oceną ze strony świata?  To nie świat cię hamuje, robisz to ty sam.


Znasz zapewne to uczucie, że bardzo czegoś pragniesz, ale powstrzymujesz się przed działaniem, z powodu paraliżującego lęku związującego dłonie niczym mocny sznur sztywnych koncepcji i nieprzyjemnych opinii?
Boimy się ludzi, ich wolności wypowiedzi, szorstkich słów i krzywdzących opinii. Nie tańczymy w deszczu, bo nie chcemy być postrzegani jak wariaci czy ludzie z marginesu.  A margines to gruba kreska oddzielająca zdrowe społeczeństwo od nieakceptowanych wyrzutków.

Zastanów się jednak-kto wyznacza granice? Kto narysował margines? Czyż to nie ty sam siebie oceniasz?  Moje osobiste doświadczenie podpowiada mi, że nikt tak bardzo nas nie ocenia jak my sami siebie. Jesteśmy największym prokuratorem i jednocześnie robimy z siebie najgorszą ofiarę. Zakazujemy sobie marzeń i działań. Nie tańczymy gdy inni patrzą, prostujemy się w restauracji przy obiedzie, przestajemy śpiewać, gdy ktoś pojawia się w pokoju.

Mam dobrą wiadomość dla ciebie ale kiepską dla świata jako społeczeństwa- ludzie widzą zawsze czubek własnego nosa. Nie mają czasu ani cię oceniać, ani o tobie myśleć, bo wolą myśleć, co zjedzą na kolację lub gdzie mogą zarobić duże pieniądze.  Nie jesteś centrum wszechświata! Nikt nie żyje twoim życiem i nikomu nie zaprzątasz głowy.

Wniosek jest następujący- sami i z własnej nieprzymuszonej woli zakładamy gorset ocen i osądów, projektując to jednocześnie na wszystkich, których spotykamy na drodze życia. Oceniasz innych? To znaczy, że oceniasz sam siebie. Myślisz, że ludzie o tobie mówią? Nie, to ty tworzysz fantazyjne iluzje. Ludzie są gniewni? A co ty innego możesz mieć w umyśle jak nie tę właśnie emocję? Zastanów się- kiedy mówisz ludziom, że ich kochasz? Tylko w momencie kiedy kochasz samego siebie i dobrze się ze sobą czujesz. Wszystko zawsze sprowadza się do umysłu a ludzie są naszym najwierniejszym odbiciem. Widzimy w nich to, co mamy w głowie i na odwrót. Jeżeli ktoś nas ocenia, lub mówi o nas w negatywach, oznacza to, że ocenia sam siebie i kiepsko się dziś czuje we własnej skórze. Cóż więc innego pozostaje ci zrobić, jak zapomnieć, porzucić tę myśl, przestać karmić ją własną uwagą?

Puść więc grube sznury, rozwiąż gorset kiepskich pomysłów na swój temat, weź głęboki oddech i zatańcz jak wariat. W deszczu, na stole czy przed lustrem. Zatańcz siebie bez koncepcji. Jedyne co może nadejść, to pełnia radości i dzikość która tętni w żyłach od czasu twych narodzin.

 

Hipokryzja umysłu

heajocker

Stare hiszpańskie przysłowie brzmi: „Bierz co chcesz i płać za to”. To krótkie zdanie doskonale oddaje ideę prawości – czyli uczciwości wobec samego siebie.


Prawość jest ostatnim filarem poczucia własnej wartości, lecz nie najmniej istotnym. Rzadko używam słowa „prawość”, bo dla mnie jest to określenie które ma zbyt religijne powiązanie. Wolę określenie „uczciwość” lub „szczerość”.

Kiedy pierwszy raz w ręku trzymałam  „6 filarów poczucia własnej wartości” Brandena, miałam wrażenie, że rozdział o „prawości” będzie najnudniejszym- zwłaszcza dla człowieka, który ma sporo hedonistycznych skłonności. Nic z tych rzeczy. Dopiero po głębokim przestudiowaniu rozdziału zdałam sobie sprawę jak istotny jest to punkt w budowaniu wysokiej samooceny.  Uczciwość wobec samego siebie to życie według własnego systemu wartości, który jest zgodny z naszymi doświadczeniami i właściwościami. 

Zdrada własnego systemu wartości objawia się  poczuciem wstydu i głębokiej winy. Nikt nas tak bardzo nie osądza jak my siebie samych. Nasze kłamstwa, nieuczciwość czy hipokryzja działań mogą zostać nieodkryte przez bliskich i znajomych, ale nasz umysł będzie znał całą prawdę zawsze i wszędzie. Siłą rzeczy, rozliczymy siebie z tego czy mówimy jedno a robimy drugie; czy wywiązujemy się z obietnic; czy mówimy prawdę; czy żyjemy według wartości które cenimy. Jeżeli nie, samoocena ulegnie destrukcji. Skoro nie możemy sobie ufać, bo zdradzamy system własnych przekonań, jak możemy mieć szacunek do samego siebie? Jak możemy uważać się za wartościowych ludzi? Czy cenimy ludzi, którym nie ufamy? Więc jak możemy cenić siebie, gdy zdradzamy własną moralność?

Jestem daleka od przybierania zbyt poważnego tonu i wygłaszania wykładów o moralności. Chcę tylko pokazać wam to, co dla mnie było absolutnie odkrywcze i oczyszczające- że poczucie winy bierze się ze zdrady samego siebie. Że pozbycie się poczucia winy może się udać dopiero w momencie kiedy przyznamy się sami przed sobą, że popełniliśmy świadomie błąd a teraz płacimy uczuciem nieufności do własnego umysłu. Kolejnym krokiem jest naprawa błędu lub jeżeli nie jest to możliwe- wysyłanie jak najlepszych życzeń w umyśle do osób, które zraniliśmy i determinacja, że od tej chwili będziemy podejmować tylko działania, które są zgodne z tym co mamy w sercu.

A teraz zostaw za sobą ten ciężki balast krzywdy i idź naprzód! Samo przyznanie się, że zrobiliśmy coś nie tak, ma właściwość wyzwalającą. Uczciwość wobec siebie zaczyna się od przejęcia odpowiedzialności za wybory. Zapłać więc rachunek i wejdź na drogę budowania dobrej i szczerej relacji ze swoim najlepszym przyjacielem. Ze sobą.

 

 

Dlaczego warto pracować mniej?

???????????????????
Bo jesteś efektywniejszy. Bo jesteś lepiej zorganizowanym pracownikiem. Bo czujesz się szczęśliwszy i pełen energii. Bo możesz zainwestować czas w inne źródła rozwoju, które zaowocują nowymi umiejętnościami w twojej pracy. Bo w krótszym czasie możesz zarobić więcej.


Od przynajmniej sześciu lat jestem przeciwniczką pracy na pełen etat- czyli od momentu kiedy podjęłam pierwszą pracę. W zasadzie, jestem przeciwniczką pracy dla kogokolwiek innego niż dla samego siebie. Niestety przy obecnych warunkach, niektórzy z nas zmuszeni są poddać się schematowi, który powiela kilkanaście milionów Polaków, mimo iż wcale nie czują się do tego powołani. Schemat jest prosty-  podpisujemy umowę na 1.500-2.000 netto by żyć od pierwszego do trzydziestego, mając czas jedynie na pracę, sen i drobne sprawy organizacyjne.

W moim stażu pracy na ogół są umowy o dzieło i umowy zlecenie, popularnie nazywane dziś „śmieciówkami”. Przyznam szczerze- na ogół był to mój własny wybór. Wybierałam umowę zlecenie, która obligowała mnie do pracy 5 lub 6 godzin dziennie, zamiast etatu, którego wymogiem był pełny wymiar czasu pracy. Mówiąc o tym znajomym, zwykle słyszałam, że jestem leniwa i że nie mam pojęcia na czym polega życie. Racja. Nie mam pojęcia na czym polega życie- osób komentujących moje wybory. Wiem jednak na czym polega moje życie. Na życiu. Na tym, by być szczęśliwym. By spełniać marzenia i realizować się na wielu płaszczyznach, nie tylko zawodowej, choć wcale jej nie wykluczam. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dobrze zorganizowane życie zawodowe może przyczynić się do poczucia ogólnej satysfakcji życiowej, pod warunkiem że nie przysłoni nam całego świata. Co innego jest poświęcać tyle czasu zarabianiu pieniędzy, ile nam będzie odpowiadać (przecież każdy ma inne zasoby energii), a co innego jest musieć pracować tyle ile zadeklarowaliśmy w pakcie podpisanym własną krwią.

Bez pracy, nie ma kołaczy. Oczywiście. Uważam, że spora inwestycja energii w pracę ma sens. Ale tylko w momencie gdy jest źródłem radości i kiedy widzimy cel. Tak jak programiści muszą poświęcić mnóstwo czasu w naukę języka html, a operatorzy kamery w naukę doskonałego montażu, tak każdy z nas ma prawo samemu zdecydować do czego dąży i sięgnąć po narzędzia umożliwiające dojście z punktu A do punktu B. Właśnie dlatego pracuję na niepełny etat. Bo potrzebuję czasu na samorealizację, którą odnajduję poza murami korporacji. Również dlatego, że szkoda mi życia. Czasem wydaje mi się, że ludzie mierzą swoją wartość osiągnięciami zawodowymi, nie myśląc przy tym czy faktycznie jest to dla nich źródłem szczęścia. Po prostu żyją w taki sposób, w jakich ich nauczono. Skończyć szkołę, dostać dobrze płatną pracę, założyć rodzinę, zapłacić podatki, umrzeć. Ot, wielki sens życia. To przykre, że wiele osób wciąż nie dostrzega tkwiącego potencjału w nich samych a także w pozornie prostych sytuacjach życiowych. Osoby szczęśliwe to osoby z elastycznym umysłem, które widzą możliwości tam, gdzie inni ich nie dostrzegają. To osoby, które żyją według priorytetów ustalonych przez siebie samych, a nie narzuconych przez system, państwo, rodzinę, społeczeństwo (sam wybierz).

A Ty? Jak żyjesz? Ile wart jest twój czas? Mój przynajmniej milion złotych. Jednocześnie jest też wartością niepodlegającą dyskusji. Nie zamierzam się targować.

Jak ugryźć korpo?

lew

Nie myślcie, że wam odpowiem na to pytanie. Nie mam pojęcia jak ugryźć korpo. To raczej ja oczekuję waszej podpowiedzi, bo sama nie mam pomysłów co zrobić by pracując w wielkiej, międzynarodowej firmie, nie zwariować. A mam uczucie, że wariuję każdego dnia po trochu, oddając każdej mniejszej czy większej korporacji cząstkę ja, która woła o przestrzeń. Czy jest w ogóle możliwe polubić korpo?


Wiecie dlaczego nie lubię korporacji? A nie mówię tego na bazie jednodniowego szkolenia pracowniczego, lecz czerpię z kilkuletniego doświadczenia. Nie lubię korpo, bo jest dla mnie więzieniem. Ograniczeniem. Czymś w co muszę się idealnie wpasować, bo jeśli się nie wpasuję, będę odstawać od jednolitej grupy. To nieprawda, że korporacje angażują w pracę wszystkie typy charakterów. Ja zauważam tylko dwa. Dominatorów-liderów-kierowników oraz elastycznych-oportunistów, którzy z łatwością plasteliny dostosują się pod każde dyktando. I jak tu być sobą, skoro jest tak mało opcji do wyboru? Większość idealnych pracowników powinna być zaangażowanymi społecznie ekstrawertykami z wysokim mniemaniem o sobie. Introwertycy, osoby ciche, łagodne lub niewyróżniające się z tłumu szybko stają się popychadłami, o ile na dłużej zatrzymują się w dynamicznej firmie, która stawia niekiedy nierealnie wysokie wymagania pracownikom za (nie oszukujmy się),niewielkie pieniądze- porównując zarobki polskie a innych krajów UE.

A dlaczego tak wielu z nas pracuje w korpo? Bo nie mamy wyboru. A jeśli mamy to bardzo niewielki. Nieliczni pracują w małych, rodzinnych firmach, gdzie przyjaźń i obopólne zainteresowanie jest naturalnym procesem w relacji pracodawca-pracownik.  Na skalę krajową jednak takich firm jest wciąż niewiele by mogły zapewnić zatrudnienie dostatecznej liczbie zainteresowanych.  Mamy jeszcze dwie inne opcje, z których jedna nie wygląda zachęcająco- budżetówka, do której ciężko jest się dostać, bo w urzędach i szpitalach panuje polityka krwi i więzi rodzinnych; i są jeszcze własne, małe przedsiębiorstwa. Niewielu decyduje się na ten krok, głównie z  powodu pieniędzy. Wciąż jest zbyt mały krajowy budżet na dotacje do małych przedsiębiorstw. A jeżeli kreatywni, zdeterminowani ludzie je otrzymują, to firmy często i tak upadają po roku lub dwóch z powodu niszy, która przynosi ostatecznie tylko stratę zamiast zysku.

Firmy międzynarodowe zdominowały rynek. A musząc żyć i opłacać rachunki, musimy również stać się częścią tego wielkiego, jednolitego świata korporacji. I podjąć decyzję , by zacisnąć zęby i pozwolić swemu prawdziwemu ja (kochającemu wolność i samodzielność w organizacji czasu pracy) żyć tylko po wyjściu z klimatyzowanego, zimnego budynku. Można się przeciwstawić, jasne. Można zobojętnieć na dress code, grafiki przerw itp. (zawsze to czyniłam), ale za to być nieustannie na widocznym, czerwonym świetle jako ten, kto odstaje. Jak zatem ugryźć korpo by nie smakowało goryczą?

Miał być wpis o trzecim filarze poczucia własnej wartości, ale będzie jutro.

Metoda małych kroków

Postanowiłam, że moje życie będzie lepsze.
To nie jest tylko postanowienie.
To deklaracja działania.


Korzystając z porad doświadczonej Pani Coach oraz mojego przyjaciela zajmującego się prowadzeniem ludzi na ścieżce kariery, postanowiłam, że czas zacząć żyć. Zdynamizować marzenia, zaktywizować własny potencjał.Rozmowy ze znajomymi, którzy są terapeutami i doradcami zawodowymi prowokują do wewnętrznego dialogu i stawiania sobie pytań, czym jest szczęście i jak wieść bardziej satysfakcjonujące życie. To z kolei doprowadziło do tego, że osobista biblioteka powiększyła się o ciekawe tytuły- „Szczęście to nie przypadek”, „6 filarów poczucia własnej wartości”, „Asertywność- umiejętność skutecznej stanowczości”, „Droga do bogactwa” oraz wiele innych. Wymienione pozycje pobudzają do kreatywnego myślenia i wprowadzania myśli w czyn. Osobiście zachwyciłam się książką Nathaniela Brandena o tym jak podnieść poziom poczucia własnej wartości, bo lektura rozwija emocjonalną i psychiczną świadomość własnych nawykowych działań, prowokująch do autosabotażu ludzkich marzeń i konstruktywnych planów. Będąc swoim własnym wrogiem, nie zajdziemy daleko. Na pierwszym coachingu zapytano mnie, co chcę robić w życiu.
-Nie wiem- odpowiedziałam- może opiekować się starszymi ludźmi. Albo pracować w jakimś biurze-mówiłam bez przekonania.
-Słabe- odparła moja Pani Coach- stać cię na więcej. Na wiele więcej. A teraz zadam ci kolejne pytanie.Co lubisz robić i co przyniosłoby ci satysfakcję, niezależnie od pieniędzy?
-Pisanie- odparłam intuicyjnie.
-Dobrze. Więc na tym się skupmy.

I tak się zaczęło.
Przyszły pytania o cel i drogę, po jakimś czasie przyszły inspirujące odpowiedzi, potem książki o drodze do sukcesu i wreszcie działania metodą małych kroków. Wysłałam kilka opowiadań do pisarza avant popu z prośba o konstruktywne porady, odświeżyłam kontakty z czasów studiów dziennikarskich, dzwoniłam również do starych znajomych pracujących w mediach co ostatecznie zaowocowało drobną(narazie) współpracą z niezależną telewizją internetową na zasadzie non profit. Udało mi się również zmienić pracę na taką która daje więcej wolności i swobody przy jednoczesnych, stałych zarobkach. Zaczynam w poniedziałek. A we wtorek mam szkolenie z operowania kamerą.

Naprawdę mamy wpływ na własne szczęście. Grunt to uparte i skuteczne działanie metodą małych kroków z jednoczesnym zachowaniem dostatecznej ilości przestrzeni w umyśle na wszystko co nowe i nieznane.
Podjęłam wyzwanie by zbudować sobie możliwości na sukces.
I nie mówię o pieniądzach, choć bywam materialistką.
Mówię o wewnętrznym poczuciu bycia zadowoloną istotą.