Archiwa tagu: szczęście

Nie słodź mi, Kochanie

CAM00813


Uwielbiam Kasię Miller.
Jej książki wyleczyły mnie z wielu toksycznych pomysłów.
Na przykład z pomysłu, że kobieta może być szczęśliwa tylko wtedy, kiedy jest w związku.

I w ogóle z koncepcji, że kobieta MUSI mieć mężczyznę.
Bo nie musi. Choć fajnie jak ma.

Nie dlatego, że tak trzeba.
Nie po to, by udowodnić sobie, że jest coś warta.
Lecz dla miłej zabawy, satysfakcji i obopólnej radości.

Bo Kasia Miller przekonuje, że jesteśmy coś warte tylko dlatego, że JESTEŚMY.
Ze wszystkimi uczuciami, dołkami, łzami
i perwersyjnym śmiechem w publicznych miejscach.

Grube czy chude,
rude czy czarne,
płaskie czy biuściaste,
zgrabne czy koślawe.
Jesteśmy fajne!

Na pierwszy rzut oka, brzmi to jak tania psychologia
z wątpliwych poradników, prawda?
Lecz nic bardziej mylnego.

Psycholożka w swej czterdziestoletniej karierze zbudowała nie lada doświadczenie poparte przykładami klientów, którzy z jej pomocą wyszli na prostą.

Pracowała z alkoholikami,
kobietami skrzywdzonymi przez mężczyzn
prowadziła grupy wsparcia i warsztaty rozwojowe,
a także terapie indywidualne dla tych co chcą dotrzeć do własnej jaźni czerpiąc z jungowskiej psychoanalizy.

Gorąco popiera wszelką aktywność, wdzięczność i afirmację życia.
Zachęca kobiety, by były samodzielne i bezczelne.
By robiły to co, na co mają ochotę, łamiąc w ten sposób wszystkie zatęchłe, katolickie stereotypy „dobrych żon” i „cierpiętniczych matek”.

Jej książka „Bez cukru, proszę” burzy wiele mentalnych koncepcji.
Bo w niej, psycholożka odkrywa się całkowicie.

Pisze o swojej słabości do jedzenia i mężczyzn,
opisuje trudne życiowe zakręty, aborcję i próbę samobójczą,
jednocześnie zachwalając życie w całej jego prostocie.

Panią Miller można kochać lub nienawidzić.
Ona sama zdaje sobie sprawę jak różne uczucia wywołuje.
U osób skrajnych i kategorycznych nie wzbudza sympatii,
a u otwartych wyzwala lawinę miłości.

Bo czyż żywy przykład spełnionej choć jakże niedoskonałej kobiety nie jest nam najbardziej potrzebny? 

Od dziecka jesteśmy wychowywane w kulturze konsumpcyjnej, w której same często pełnimy rolę produktu:

piękne, z jedwabistym włosem,
opaloną cerą, w markowych butach,
zawsze gotowe, by mężczyzna nas pokochał i zaopiekował się nami.

I oto nagle mamy kogoś, kto przeczy wszystkim polskim stereotypom
bo udowadnia, że można być grubą, średniej urody,
pyskatą, bezdzietną i niezamężną
a jednocześnie szczęśliwą i spełnioną.

Życzę sobie i koleżankom więcej takich kobiet.
Terapeutek i terapeutów, którzy będą uczyć pacjentów zdrowego podejścia do siebie i życia.

Życia pełnego akceptacji na to, że JESTEM JAKA JESTEM.
I że to wystarczy bym siebie kochała.

A świat i inni ludzie? Nie muszą.
W pierwszej kolejności jestem dla siebie, potem dla całego świata.
Tak zaczyna się zdrowa relacja.

Kilka dni temu, gdy byłam w trakcie lektury, „Bez cukru, proszę”, pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale zobaczyć Kasię Miller u Łukasz Jakóbiaka.

Lubię jego „20 metrów kwadratowych”.
Gościem programu był już terapeuta Rutkowski,
więc może warto byłoby mu wysłać prośbę o Miller?

O swoim pomyśle wkrótce zapomniałam,
a dziś logując się na youtube, dostałam miłą niespodziankę.
Kasię Miller u Łukasza w programie!

I jak tu nie wierzyć w to, co Jung nazywał podświadomością zbiorową?
Najwyraźniej te same potrzeby i pomysły mieszkają w wielu głowach
a wspólna przestrzeń pozwala je zrealizować.

Reklamy

Matka psychicznych dzieci

NIEWYGODNA PRAWDA

Wczorajszy dzień Matki obchodziłam jako córka.
Własnych dzieci nie mam i nigdy nie czułam potrzeby ich posiadania.
Mówiąc to, często narażałam się na szykany i komentarze pod własnym adresem.
Że jestem samolubna, że sprzeciwiam się biologii, że moje życie będzie puste i pozbawione wartości.

Żadna odpowiedź nie zadowalała rozmówców, więc nauczyłam się milczeć, gdy ktoś próbuje wejść ze mną w słowny konflikt. Bo co ja będę tłumaczyć, że każdy ma prawo żyć według własnych zasad i potrzeb, kiedy przeciwnik potrafi uznawać tylko własną prawdę.

Zawsze podziwiałam psycholożkę, Kasię Miller, która otwarcie powtarza, że odkąd skończyła trzy lata, wiedziała że nie chce zostać mamą. Że o swoim ciele powinna decydować wyłącznie kobieta. I że Matką można być na różne sposoby i dla różnych istot jednocześnie.

Można być Mamą kwiatów w doniczce i zielonych warzyw w przydomowym ogrodzie.
Można być też Mamą dla psa i kota; przyszywaną Mamą bratanków i dzieci przyjaciółek.
W końcu można a nawet trzeba nauczyć się być Mamą dla samego siebie.

DZIECKO, RODZIC, DOROSŁY

Wszyscy nosimy sobie trzy aspekty osobowości. Są nimi: Wewnętrzne Dziecko, Rodzic i Dorosły. Każdy z nich jest nam potrzebny. Dziecko wyraża miłość, zachwyt i pobudza do kreatywnej zabawy, Rodzic pilnuje by nic nam się nie stało a od czasu do czasu skomentuje nasze dokonania. Dorosły natomiast czuwa nad harmonijnym rozwojem i pilnuje zdrowej równowagi między twórczą zabawą a potrzebną krytyką.

I myślę sobie, że Wewnętrzna Matka, którą nosimy w sobie jest kolażem trzech aspektów.
Jest Rodzicem, który nas karmi i całuje w głowę. Jest Dorosłym, który popycha do rozwoju. To ona szepce nam do ucha: zrób to, odważ się, idź! Wewnętrzna Matka ma również cechy dobrze rozwiniętego Dziecka. Jest głosem intuicji; jest zdrowym instynktem i najgłębszą psychiczną mądrością.

Uczę się dostrzegać ją w moim życiu i rozwijać jej właściwości. Widzę jak pomimo wieku nadal potrzebuję czułej opieki, konstruktywnie spędzonego czasu i miłości. Daję więc to sobie. Twórczo się bawię, niekiedy chodzę na ckliwy film do kina, kupuję pastelowe kredki i zabieram siebie na dobry obiad. Czyż to nie rola matki właśnie?

NAUCZ SIĘ SŁUCHAĆ

Bywają dni, że miewam paskudny humor. Czasami płaczę z bezsilności.
I wtedy powołuję ją do życia. Proszę by mnie gdzieś zabrała, zrobiła prezent, pomasowała, przytuliła. Pozwalam sobie być dzieckiem i matką jednocześnie. Nie mam już siedmiu lat, nie mam w nawyku dzwonić do rodzonej mamy żaląc się, że życie jest niesprawiedliwe. Już dawno przecięłam pępowinę. Jestem dorosła. Mam własne życie, własne problemy i własne rozwiązania.

Często zadziwia mnie, jak koleżanki z łatwością wyciągają z torebki telefon i dzwonią wyżalić się matce. Czyżby nie miały swojej- Wewnętrznej? Czyżby nie wiedziały że mogłyby poradzić sobie ze wszystkim, gdyby tylko pozwoliły by uruchomiła się w nich wewnętrzna mądrość i intuicja?

Raz w tygodniu robię sobie artystyczną randkę.
Wychodzę z domu. Czasami zabieram siebie na spacer, niekiedy biorę przyjemną książkę i idę posiedzieć na ławce w parku. W deszczowy dzień jest kino, lub wyszywanie. Czasem po prostu herbata i ciepły, wełniany koc. Zajmuję się sobą, kocham, rozpieszczam. Bywam nadopiekuńczą Matką ale takiej właśnie czasem potrzebuję.

Zwykle jako dorosłe istoty, żyjemy na pełnych obrotach, w trybie zadaniowym poniedziałek-piątek.

Ale pozwólcie by weekend był dla Was, niczym weekendy z ukochanym rodzicem, który zabiera Was na plac zabaw. Już dawno wyszliśmy z rodzinnego domu i naszym obowiązkiem wobec siebie jest powołanie do życia tej części siebie, która pozwoli nam wzrastać w poczuciu miłości i bezpieczeństwa.

Nie trzeba być prawdziwym, pełnoprawnym rodzicem. Choć można.
Wystarczy być nim dla siebie, a od bycia własną Wewnętrzną Matką zaczyna się
bycie Matką w ogóle. Pamiętajcie o tym dziś i każdego dnia, w którym czujecie się odrobinę gorzej. Każda chwila jest dobra, by zadbać o siebie.

Zaadoptuj trzylatka

CAM00504


Ostatnie dni spędziłam u rodziców na wsi.
Z okazji jubileuszowej imprezy
zjechali się wszyscy z rodziny, nawet krewni zza granicy.
To był dla mnie moment powrotu do przeszłości.
Niektórych zobaczyłam po czterech latach przerwy,
innych po dziesięciu.

Przybyło zmarszczek, dzieci, kilogramów.
Ale nie ubyło pogody ducha, której krewniakom nigdy nie brakło.
Kiedyś, gdy byłam szkrabem, zjazdy rodzinne były cotygodniową normą,
A potem…
Dzieci dorosły, wnuki rozjechały się po świecie i jedyną okazją do uśmiechu
stały się kolorowe kartki wręczane przez listonosza.

Pamiętam, że co niedziela jeździliśmy do babci.
Na obiad były kartofle, mięso, buraczki i kompot z gruszek.
A gruszki rosły na podwórku.
Po obiedzie był deser. Wielki tort, który babcia wnosiła do salonu.
Kulinarny majstersztyk, którego nie powstydziłaby się sama Nigella.
Kto chciał rozmawiał, kto nie chciał, milczał.
Były zabawy, dziadek robił nam „samolota” a dorośli siorbali kawę.

Wykorzystałam tę okazję rodzinnego zjazdu, by skonfrontować się z przeszłością.
I w dniu po uroczystości odnalazłam w starych szafach albumy i kartony pełne zdjęć.

Znalazłam siebie, małą pyzę w długich lokach i siebie nastoletnią, chudą i przestraszoną.
Już jako trzyletni brzdąc byłam nieśmiała i zamknięta, a jako nastolatka uszczelniłam się jeszcze bardziej. Pamiętam tamte kompleksy chudych ramion i brzydkiej cery.
Pamiętam, że na dyskotekach podpierałam ściany.
I pamiętam że wiecznie się bałam.

Gdybym mogła teraz- jako dorosła- odwiedzić siebie tamtą, dziewczynę która biegała po łąkach i pisała wiersze, to przytuliłbym się mocno i powiedziała, „hej Kam, wyrośniesz na fajną kobietę i spotka cię wiele dobrego”. I choć wiele z dziecięcych marzeń nigdy się nie spełniło, to w zamian doświadczyłam wielu ważniejszych rzeczy.

Nie było białej sukienki, ale poznałam smak wyzwalającej miłości.
Nie zbudowałam drewnianego domu, ale jest metaforyczna przystań, w której ktoś zawsze czeka.
Nie ma satysfakcjonującej pracy, ale jest pasja życia, która rośnie po pracy.
Nie ma tuzina przyjaciół, ale są dobrzy ludzie wokół, na których zawsze mogę liczyć.

Przygarnęłam  z kartonu jedno zdjęcie.
I pamiętam moment, kiedy zostało zrobione.
Mam trzy lata i nie wiem dokładnie co się dzieje, ale widzę pluszowego psa.
A psy kocham od urodzenia.

„Śmiało, usiądź na nim”, zachęcają rodzice a fotograf macha ręką.
Nie wiem o co chodzi, ja widzę tylko wspaniałego, pluszowego psa.
„Mogę zabrać?”
„Nie, to dla innych dzieci”.
To była pierwsza nauka kolektywizmu i nie przywiązywania się.

Wzięłam zdjęcie, by mi zawsze przypominało, że nic się nie zmieniło.
Że wciąż jestem wewnętrznie małym szkrabem, które kocha psy i choć
czasem się gubi, to tylko dlatego że szuka własnej drogi do szczęścia,
lub drogi, która będzie szczęściem.

Zawsze gdy będę dla siebie niedobra, gdy będę mieć poczucie winy czy lęk, spojrzę na tą małą dziewczynkę. Cóż ona może chcieć? Cóż jej pomoże?
I przytulę się do siebie wewnętrznie i powiem „kocham cię”.
Kocham cię każdą. I trzyletnią na psie i mało urodziwą nastoletnią i
dwudziestoletnią naiwną.

Teraz ja jestem swoim rodzicem.
I mamą i tatą, dzieckiem i dorosłym.
Więc po ludzku i zdrowo dam sobie
miłość i akceptację, których niegdyś sobie skąpiłam.

Dla kogo chcesz być ważny?
Zawsze zaczynaj od siebie.

Pozwól sobie pomarzyć

Parę dni temu umówiłyśmy się z koleżanką na wymianę marzeń. 
Ona wypisała swoje, a ja w zamian zaserwowałam jej wizję własnego życia. 
Potraktowałyśmy to rytualnie, celebrując ten wieczór. 
Zapaliłyśmy kadzidła, włączyłyśmy muzykę, ubrałyśmy fikuśne kolczyki…
Raz na jakiś czas każdy z nas powinien odbyć randkę z marzeniami. 

zgoda


Mnóstwo ludzi nie zna siebie i nie wie dokąd zmierza.
Może Ty także?
Owszem, mamy mglistą wizję przyszłości,
często jednak jest zbyt mało konkretna, byśmy mogli ją urzeczywistnić.

Rozmowa z zaufanym przyjacielem o marzeniach lub
wypisanie ich z najdrobniejszymi szczegółami pozwala lepiej siebie poznać.
Kiedy obcujesz z białą kartką papieru, to jesteś zmuszony zapytać:

O czym marzę?
Co chciałabym osiągnąć?
Jakim chcę być człowiekiem?
Co jest dla mnie ważne?
Gdzie widzę siebie za pięć i dziesięć lat?

Czasami decydujemy się iść utartym szlakiem,
którym podąża reszta.
Niekiedy idziemy na oślep przed siebie, nie pytając
czy to dobry kierunek.

A przecież życie jest jest zbyt krótkie, by żyć cudzymi marzeniami.

Nawet jeśli nie jesteś gawędziarzem czy pisarzem spróbuj stworzyć historię.
Bądź własnym bohaterem i napisz krótką opowieść o sobie za pięć lat.
Bądź konkretny i szczegółowy.
Gdzie mieszkasz? Co masz? Czy masz dzieci? A może zwierzęta?
Co robisz? Jak pracujesz? Jakie masz plany?

Najtrudniej jest zacząć.
Nie zwracaj uwagi na krytyka, tylko płyń, bo to lubią marzenia.
Ja stworzyłam własną historię i wysłałam ją sobie na maila.
Oflagowałam, by pamiętać, że to ważna treść.
Kamila życzy Kamili i śle mnóstwo miłości.

Stworzona historia była zaskakująca, bo myślałam, że jestem inna i pragnę innych rzeczy.
A przecież z roku na rok, zmienia się nie tylko nasz wygląd, ale także potrzeby, plany, marzenia i priorytety. Niech Cię zatem nie zdziwi, że podróż do Nepalu przestała być numerem jeden. Nie bój się, że teraz pragniesz innych rzeczy, miejsc i wartości. Takie jest życie. Gdy odpuszczasz jedno, drugie przychodzi.

Może prostsze,
może głupsze,
nie oceniaj.

Wypowiedzenie na głos lub opisanie swoich marzeń to jak pakt.
Oto zobowiązujesz się, by zadbać o siebie i swoje życie.
Puszczasz marzenie w świat.
Niech przestrzeń działa, a Ty mu pomagaj.
W końcu Twoje marzenia, to najlepszy system wartości Twojego życia.

Więc umów się na randkę.
Spotkaj się z przyjacielem i powiedz mu na głos o czym marzysz.
Zamknij się w pokoju, zapal świecę i pisz.
Tu nie nie ma złych odpowiedzi.
Potrzebny jest tylko konkret.

Zapisałeś? Zostaw i rób swoje.
I obserwuj co się wydarzy.

12-tygodniowy kurs kreatywności

Po półtora roku przerwy, znów chwyciłam „Drogę Artysty”. To niesamowite narzędzie stworzone przez Julię Cameron nie bez powodu święci triumfy na całym świecie. Wydobywa z ludzi głęboko ukrytą kreatywność, odblokowuje twórców, pomaga odkryć zagubione Wewnętrzne Dziecko a w swej najprostszej formie, uczy ludzi dobrze się bawić. 

CAM01667


Książka jest podzielona na dwanaście rozdziałów, które przerabia się jako 12-tygodniowy kurs kreatywności. Samo przeczytanie książki to za mało. Cała zabawa polega na tym, by kiepskie nawyki zastąpić nowymi, lepszymi a to przecież wymaga czasu i regularnej praktyki.

Autorka metody uważa, że kreatywność mieszka w każdym człowieku. I że dobrze ukształtowana, prowadzi do lepszego życia. Harmonijnego i spełnionego, w którym nareszcie możemy się realizować. Julia Cameron powtarza co rozdział- że nigdy nie jest za późno by robić to, o czym się marzyło przez całe życie. To tylko kwestia zmiany myślenia i wprowadzenia kilku pomocnych praktyk do codzienności.

A cóż to za praktyki?
Otóż nic tajemniczego i groźnego.
Pierwszym i podstawowym zadaniem odradzającego się twórcy jest pisanie dziennika każdego dnia przynajmniej przez okres dwunastu tygodni. I nie chodzi tu o jakiekolwiek pisarskie umiejętności. Zadaniem kursanta jest siadać co rano przy biurku i spisywać nieprzerwany strumień świadomości. Zapisać każdą pojawiającą się myśl, każdy niepokój, złość i smutek. Uczucia przelane na papier stają się nieszkodliwe. Tak jak u terapeuty, dopóki nie wypowiemy ich na głos, te będą zjadać nas od środka i hamować swobodny rozwój.

CAM01671

Drugim zadaniem jest cotygodniowa randka z samym sobą.
Jak to z samym sobą? Zapytasz.
Dbamy o relacje z partnerami, znajomymi czy rodziną a często zapominamy o tym, by dopieszczać samych siebie. Artystyczne randki prowadzą do lepszego poznania własnej duszy. To szansa zadania sobie kilku ważnych pytań. Co lubię? Czego nie znoszę? Po co jestem? Gdzie dążę? Być może w ferworze obowiązków nigdy nie mieliśmy okazji zadać sobie tych kilku, ważnych pytań, a skutkiem tego jest nieznajomość siebie i własnych pragnień.

Randki to doskonały czas na odkrycie siebie samych. Ja podczas swoich zrozumiałam, że prawdziwe ukojenie przynosi mi spotkanie z przyrodą. Matka Natura zainspirowała mnie do napisania większości tekstów, które posiadam; każdy spacer skutkował nowym tekstem i tysiącem nowych pomysłów. Podczas randek odkryłam także, że lubię rysować pastelami a największe wzruszenia przynosi mi Mozart. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia! Pastele? Owszem, rysowałam gdy miałam 12 lat. Potem misie, książki o Muminkach, kredki i plakatówki poszły w odstawkę. Przecież byłam dorosła.

W kursie kreatywności chodzi właśnie o to by powrócić do własnego Wewnętrznego Dziecka. Większość z nas doskonale wie jak być świetnymi rodzicami i metodycznymi dorosłymi ale zupełnie zapomina jak wspaniale być dzieckiem. I że pozwalanie sobie na zabawę przynosi spontaniczną radość, prowadzi do zdumiewających odkryć i napawa odświeżającą wdzięcznością.

I choć może wydawać się, że zmierzamy w stronę pisania, to dzięki książce i metodom w niej zawartym odkryjemy, że pragniemy również innych form kreatywności. Może zatęsknimy za posiadaniem własnego ogrodu? Może chwycimy za sztalugi? A może zaczniemy piec wymyślne ciasta lub robić na szydełku? Twórczym można być na każdym etapie życie i w każdej sferze. Również w pracy i podczas domowych obowiązków. A im częściej będziemy sobie na nią pozwalać, tym większa szansa na częstsze odczuwanie radości.

Każdy pojedynczy rozdział kończy się zadaniami do odrobienia. Prowadzenie dziennika i chodzenie na randki, to tylko podstawa, natomiast prawdziwie rozwijające są nietypowe, kreatywne zadania, które jeśli tylko oddamy im serce, zakiełkują w nas i wyrosną na piękne kwiaty.

Spodziewajcie się więc rysowania, wycinanek i robienia kolażu, ale także wielu szczerych rozmów z samym sobą, które na psychologicznym poziomie mają moc przekształcania rzeczywistości.

Byłam dziś rano na swojej cotygodniowej randce.
Pożyczyłam psa na długi spacer, poprzytulałam się w lesie do kilku drzew, a potem wracając z przechadzki zaszłam do Wegestacji po zupę z gruszki i z pietruszki (skusiłam się na nią, bo to zabawne połączenie). W papierniczym kupiłam modelinę i ulepiłam pączka, tort, hamburgera i różowego psa.

CAM01657 (1)

Musiałam przy tym stwierdzić, że lepienie z tego materiału jest trudniejsze niż zabawa plasteliną. Zrobiłam co potrafiłam, a potem wrzuciłam wyroby na dziesięć minut do wody na małym gazie. Teraz dokupię tylko kilka małych magnesów i porozdaję znajomym kolorowe magnesy na lodówkę. Mam nadzieję, że macie na swojej miejsce. Kolorowych wyrobów przybędzie. Bo kto kreatywnemu  zabroni? 🙂

 

Cicha wędrówka do korzeni

Zawsze zadziwia mnie ile szczęścia mogą dać najprostsze rzeczy i czynności. A odkąd czytam „Biegnącą z wilkami” do tego, co najprostsze zaczynam powracać z wielką wdzięcznością i otwartym umysłem.

ścieżka1


Pamiętam jak będąc jeszcze małym skrzatem niewiele potrzebowałam do szczęścia. Odrobinę swobody i rodzicielskiego zaufania oraz łąki i kontakt ze zwierzętami.

Zwykle tak spędzałam każde lato- biegałam z psem po nadwiślańskiej plaży, wchodziłam we wszystkie chaszcze w poszukiwaniu saren, obserwowałam z ukrycia czaple i bażanty. Najbardziej interesowały mnie jednak te polany na których konie i źrebaki biegały samopas. To było idealne miejsce by skonfrontować się z dziką naturą. Dotknąć jeszcze nieoswojonego źrebaka, poczuć jego szorstką, długą sierść pod dłonią, pozwolić mu do siebie podejść w odpowiednim czasie.

O zachwyt nie było trudno. Zachwyt mieszkał w moim sercu a to czyniło mnie spełnioną. I oto pozwoliłam powrócić zachwytowi do mojego serca, bo tu jest jego miejsce. To on czyni nas na powrót dzieckiem- wdzięcznym, otwartym i całkowicie ufnym. Dzieckiem które kocha to, co widzi i słyszy bo nie sprzeciwia się rzeczywistości. Żyje w niej. Jest blisko Matki Natury.

morze3

A ona jest czymś więcej niż kilkoma drzewami i śpiewem ptaków. Jest naszym oddechem i ziemią po której chodzimy. Jest ciepłem i zimnem, pokarmem i serdecznym uściskiem.

Kiedy ostatni raz byłeś na długim, wielogodzinnym spacerze? Takim bez pospiechu?

Od tygodnia pozwalam sobie na powrót do dzikich korzeni. Otwieram szeroko oczy, wpuszczam do serca kroplę wdzięczności i udaję się na długie, nieśpieszne wędrówki. Odwiedzam las a w nim przytulam się drzew. Jeżeli masz na tyle odwagi i otwartości, zrób to również. Wybierz drzewo które cię woła, zdejmij wełnianą rękawiczkę i poczuj chropowatość jego kory a potem przyłóż do niej policzek. Stój tak chwilę w bezruchu. Nie myśl o niczym a już na pewno nie myśl, że to głupie. Po prostu pozwól sobie na chwilę ciszy. Może usłyszysz w niej słowa. Może śpiew ptaka. Stukot dzięcioła. A może bicie drewnianego serca?

napis

Gdy poczujesz, że jesteś pełen miłości idź z tym w świat a zobaczysz, że zaczną się spełniać życzenia. Nielogiczne? Ależ przeciwnie! To z wdzięczności i z zachwytu biorą się wszystkie prezenty Wszechświata.

Ja na przykład marzę o psie. A gdy mam zachwycone serce, te same mnie znajdują. Wyrywają się właścicielom, podbiegają, liżą ręce, skaczą na kurtkę. Dziś w lesie na zakręcie spotkałam huskiego, który biegł z taką szybkością, że nie zdążył wyhamować i wpadł na mnie zdziwiony z całym impetem. Chyba nawet powiedział „o przepraszam najmocniej”, ale nie jestem pewna bo pobiegł dalej dotrzymać kroku właścicielce uprawiającej jogging.

Nie jesteś mną, Twoją radością może być cokolwiek innego, cokolwiek co czyni Cię rozbawionym dzieckiem. Może twórczość? Może szycie sukienek? Kolorowanki? Gotowanie? Cokolwiek to jest, pozwól temu wrócić do własnego życia i oddaj mu należne ważne miejsce. Zachwyć się i idź w kierunku własnego zachodzącego słońca; bądź sobą i pozwól sobie na życie jakiego zawsze pragnąłeś. Wszyscy o czymś marzyliśmy będąc dziećmi, lecz przytłoczeni dorosłością, wiele z pragnień zagubiło się po drodze. Wciśnij zatem wsteczny i podejmij wędrówkę do własnego domu. Do korzeni.

 

 

Dzień Świstaka

Pamiętacie Dzień Świstaka z Billem Muray’em? Od niedawna czuję się jak Phil, główny bohater filmu Harolda Ramisa, który utknął w jednym dniu; mam dojmujące poczucie zatrzymania się w czasoprzestrzeni. Zwariowałam czy może mam przedwczesny kryzys wieku?

Dzień-świstaka


 

Każdy dzień do złudzenia przypomina poprzedni. 5.40 pobudka, 6.30 śniadanie, 7.30 wyjazd do pracy, o 16.00 powrót do domu, zakupy, zmywanie, pisanie, bułka z masłem orzechowym, godzina dobrej lektury przed snem i powrót do łóżka, które (mam wrażenie) jakbym dopiero co opuściła.

Zaczyna być niepokojąco. Niepokojąco nudno. Czyżbym miała za mało spontaniczności w życiu? A może za mało przystanków z napisem STOP? Brak refleksji dokąd i po co zmierzam oraz zbyt rozmyta wizja celów odbierają całą zabawę z życia. Zaczęłam sobie zadawać pytanie: jak odczuwać radość żyjąc każdego dnia podobnie? Bo przecież rutyna jest nieunikniona. Myślę, że sporo ludzi pracujących na etacie, uczących się czy posiadających rodziny mierzy się z podobnym pytaniem. Jak ukochać naszą codzienność, która jest odmienna od pasjonujących życiorysów gwiazd, jednostek wybitnych czy freelancerów? Jak żyć rutynowo a jednak kochać to, zachowując pogodę ducha?

Do głowy przychodzą mi trzy odpowiedzi: ciekawość, rozwijanie zainteresowań i wdzięczność. 

W książce Macieja Bennewicza, Coaching. Tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości odnalazłam inspirację, którą spisałam zielonym długopisem na kartkę i powiesiłam nad biurkiem: Mamy we krwi poszukiwanie. szukanie jest najstarszym i najsilniejszym ewolucyjnym mechanizmem prowadzącym do radości (…) Szukanie wiedzy, informacji, rozwiązań, zwiedzanie, odkrywanie.

Faktycznie, ciekawość świata i ludzi wymaga odwagi, a wydobyta odwaga podnosi ciśnienie krwi i poziom hormonów szczęścia. Poznając to, co nowe zmuszamy szare komórki do pracy, zdobywamy się na większy wysiłek, ekscytujemy się i pozwalamy zainspirować. Inspiracja jest nieodzowna, by chciało się żyć. Bez niej, wszystko staje się szare i matowe. Nie musimy od razu wykupywać biletu na koniec świata; wystarczy wyjść z domu i pójść w nieznanym kierunku, odwiedzić obce miasto, poznać nowe osoby, zamiast bezpiecznego kina, wybrać filharmonię, zamiast ukochanej klasyki skusić się na Dukaja. (Lub zamiast masła orzechowego, spróbować pasty ze słonecznika).

Rozwijanie zainteresowań  jest natomiast robieniem tego, co sprawia radość.Możecie nazwać to również posiadaniem życiowej misji, lub odkrywaniem własnej pasji. Choć, co bardzo ważne- nie musimy mieć pasji. Od paru lat zewsząd jesteśmy bombardowani przymusem jej posiadania i wmawia się nam, że jej brak świadczy o jałowym życiu. Nie zgadzam się z tym. Nikt z nas nie musi być wizjonerem czy pasjonatem. Wystarczy, że będziemy czymś zainteresowani, choćby i prostymi rzeczami: dobrą książką, uczestnictwem w Dyskusyjnym Klubie Filmowym, pisaniem, malowaniem, blogowaniem, pieczeniem muffinek czy spacerami. Jeżeli nieustannie będzie nam przy tym towarzyszyła ciekawość, z pewnością do tych paru zainteresowań dojdzie jeszcze kilka istotnych (lub mało ważnych). Bo przecież chodzi o to, by robić to co się lubi, co zamiast męczyć, sprawia zwykłą ludzką radość. Ot cała filozofia.

Odczuwanie wdzięczności, pozwala z kolei zabezpieczyć cały zgromadzony nadmiar psychiczny, powstały dzięki ciekawości i rozwijaniu zainteresowań. Myślę, że wbrew pozorom to najtrudniejszy obszar. Dla mnie bynajmniej wciąż obcy. Uczę się go, choć bardzo powoli. Zauważyłam też, że porównywanie się do innych zabija każdą wdzięczność. Bo inni mają lepiej, są piękniejsi, zdrowsi, lepiej sytuowani, bo mają ciekawsze zainteresowania i więcej talentu. Więc proszę nie powtarzajcie mojego błędu i nie porównujcie się z nikim. Porównywanie się zaburza obraz nas samych, przez co widzimy swoje właściwości jak w zniekształconym lustrze.

A wdzięcznym można być niemal z każdej napotkanej sytuacji. Można być wdzięcznym za empatycznego partnera, za herbatę podarowaną przez kolegę, za niespodziewany e-mail w skrzynce odbiorczej, za dobrą pogodę, mewę na parapecie i możliwość robienia tego, co lubimy, bo to przecież luksus. Nikt nam nie obiecał życia w kraju, w którym nie ma działań wojennych, nikt nie obiecał, że przyjdzie nam dożyć wieku w którym jesteśmy. A jednak mamy to wszystko, jako podarunek i za to warto być wdzięcznym, podobnie jak za całą resztę, którą zdobyliśmy sami. Bo sprzyjały nam warunki, bo spotkaliśmy właściwe osoby, bo zdrowie pozwoliło siedzieć po nocach nad książkami. Rzeczy nie są tak oczywiste jak nam się wydaje. Są oczywiste, gdy się do nich przyzwyczajamy. Dlatego i w tym obszarze bądźmy otwarci, ciekawi i zadziwieni, a wdzięczność początkowo sztuczna i wymuszona stanie się stałym elementem każdego poranka.  Nikt nie wie, czy przyjdzie kolejny.


 

Zdjęcie: kadr z filmu Dzień Świstaka (1993), reż.: H. Ramis