Archiwa kategorii: znajdź swoją drogę

Wiek średni: urodziny, a może ponowne narodziny?

12 października będę obchodziła
34. urodziny. Czy to już
podpada pod wiek średni?

Taki półmetek życia, przy sprzyjających
wiatrach. Choć nigdy niczego nie można
wykluczyć. Może to końcówka, a może
dopiero początek pięknej drogi?

Musicie wiedzieć, że nigdy
nie lubiłam swoich urodzin.

To w ten dzień zwykle następowało
apogeum smutku i poczucia samotności.

W ubiegłym roku na urodziny
dostałam dwa smsy z życzeniami.

Jeden od rodziców, a drugi od
byłego chłopaka. To było jak
uderzenie łopatą w głowę.

Bo ewidentnie świadczyło
o jednym:

nie zadbałam o relacje.

Dobrym pozwoliłam
odejść, złe odeszły same, a nowe
nie przyszły, bo niby jak? Skąd?

Pamiętam, że dokładnie rok
temu miałam uczucie, że wszystko
czemu poświęciłam swój czas…

…zawiodło.

Bo przecież szczęście i spełnienie można
zmierzyć tylko jednym: jakością relacji.

Ja nie miałam żadnych.

To wszystko, co miało wypełnić
wewnętrzną pustkę działało tylko
przez chwilę, a potem następował
weekend, urlop i…. konfrontacja z
wewnętrzną dziurą głęboką jak ocean.

Gdybym miała umrzeć w tamtej
chwili, nic co zdobyłam i zgromadziłam
nie miałoby żadnego znaczenia.

Bo nie było ludzi.
I doprowadziłam do tego sama.

Pamiętam, że kilka tygodni później
zapytałam rodziców, czemu tamtego
ważnego dla mnie dnia wysłali SMSa
zamiast po prostu zadzwonić.

Odpowiedzieli: wiedzieliśmy że
się bawisz lub spędzasz czas z
przyjaciółmi. Nie chcieliśmy przeszkadzać.

A ja byłam w otchłani rozpaczy.

Jak wiele zmieniło się od ostatniego roku.
Przewartościowałam swoje życie, raz jeszcze
ustaliłam priorytety, odpuściłam wszystkie
pożalsięboże ścieżki duchowe mające
prowadzić do oświecenia, ale
izolowały od społeczeństwa.

Ostatecznie one wszystkie konfrontowały
z pytaniem ile w tych ścieżkach jest życia?

Bo przecież tyle życia, ile bliskości
ze światem i drugim człowiekiem.

Na przełomie lutego/marca samotność
była już tak nieznośna, że stwierdziłam,
że nie dam rady.

Że albo coś zmienię, wyjdę z domu,
porzucę pozorny komfort i
wpuszczę trochę powietrza…

albo po prostu stanę się bardo starym
i zgnuśniałym człowiekiem.

Oświeconym ale cholernie
samotnym człowiekiem…

Zmieniło się. Dzięki mojej decyzji
i świadomie wypowiedzianej intencji
przestrzeń zaczęła wypełniać lukę.

Pojawiły się kobiety. I ta jedna, która
wytrwale o mnie walczyła, tak długo, aż
wzbudziła we mnie siostrzane uczucia.

Otworzyłam drzwi. 

Nie tylko własnego serca, ale
również te od domu.

Nareszcie pojawił się ktoś, kto chciał zjeść
zupę, wypić kawę według 5 przemian
i nacieszyć się wegańskim ciastem.

Po raz pierwszy od dawna
poczułam się spełniona.
Szczęśliwa.
Żywa.

Nie sądźcie jednak, że jestem
wesołym motylem, co lata teraz
metr nad ziemią. Bywają cudowne
chwile, ale są i spadki nastroju.

Bo przecież stare nawyki wciąż czasem
łapią za chabety i napełniają
gorzkim lękiem.

Stare demony wołają do powrotu.

Sprawiają, że znów
naciskam pedał hamulca.

Spotkanie? Nie mogę. Mam dużo pracy.
Tańce? Nie mogę. Jestem zmęczona.
Wspólny spacer po plaży? Nie mogę, medytuję,
piszę, sprzątam, pogoda nie ta, boli brzuch…

Otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Nie jako analiza, ale jako uczucie.

Odrętwienie ciała. Smutek. Zmęczenie.
Brak siły i energii. Oddzielenie od całości.

To jest dobry moment na zadanie sobie
kilku ważnych pytań:

„Dokąd idziesz?
Czy to dobra droga?
Co czujesz?
Z czego
rezygnujesz?
Czego się boisz?”.

Myślę, że to cholernie ważne
w dzisiejszym czasach:

być usłyszanym,
być zobaczonym,
przyjętym,
zaakceptowanym.

Mieć komu spojrzeć w oczy, mieć kogoś,
kogo można dotknąć.

I nie mówię o relacjach miłosnych.
Mówię o byciu w społeczności
– o prawdziwym spotkaniu z drugim człowiekiem.

Nie poprzez esemsy.
Nie przez Facebooka, czy Instagrama.
Nie poprzez bloga, czy firmowy komunikator.

Mówię o prawdziwym spotkaniu, które wymaga
dania czegoś od siebie.

Czasu, energii, akceptacji,
wysłuchania. Zobaczenia.
Wyjścia z klatki umysłu.

W moim życiu zawsze pojawiały się wilki.

Przychodziły do mnie w formie książek,
obrazów, wisiorków, programów i filmów,
w kartach mocy, w ludzkich wołaniach.
Niektórzy do dziś mówią do mnie „Wilczyco”.

Wilki są wielkimi indywidualistami.
Jednocześnie bez watahy popadają w
dziki obłęd lub po prostu umierają.

Jakże to piękna metafora na moje życie
i na to kim się czuję.

Wilk jako symbol łączenia potężnego
indywidualizmu z potrzebą przynależności.

Jest dla mnie wielkim
nauczycielem na ścieżce życia.

Im jestem starsza, tym coraz
wyraźniej widzę co jest ważne.

Pieniądze, prestiż, ambicje, tytuły,
stanowiska, kariera, osiągnięcia, komercyjny sukces,
idea oświecenia… Wszystko przestaje mieć
tak wielkie znaczenie.

Czuję, że pod koniec życia tylko to
będzie miało znaczenie jak blisko
ludzi będziemy.

Tyle w nas prawdy i tyle w nas życia,
ile miłości i otwartości na innych.

Reklamy

Uniwersalizacja społeczeństwa. Dobry powód, by w końcu się zbuntować

Choć do swojej kawalerki wprowadziłam się
pod koniec lutego, to wciąż jeszcze jest
trochę do zrobienia. Ale bez presji.

Bez pośpiechu. Powoli.
W miarę możliwości.

Dwadzieścia cztery przeprowadzki
w życiu nauczyły mnie jednego:

gromadź jak najmniej.

Pozbywaj się na bieżąco tego,
czego nie potrzebujesz.

Rozdawaj,
dziel się,
utylizuj.

Dbam o przestrzeń.
Bo lubię mieć miejsce.

Zarówno w mieszkaniu jak i
w sobie i w życiu w ogóle.

Na relacje, na kwiaty,
na sztukę, na pomysły
lub na to co nieprzewidziane.

Niech idee oraz emocje wiedzą, że
zawsze znajdzie się tu dla nich kąt.
Bez dopychania butem, bez uciskania
w już i tak pełnej szafie.

Jakiś czas temu napisałam,
że kocham minimalizm i powoli
wprowadzam go w życie.

Z niepokojem jednak obserwuję,
że bywa opacznie rozumiany.

Bo oto co się zadziewa, gdy wpisuję
w pasek Googla zwrot: kawalerka
w minimalistycznym stylu:

Szarość
biel,
brąz,
szarość

..nuda…

I jeszcze raz szarość. Na ten widok
wszystko się we mnie buntuje.

szare

Minimalizm to nie uniwersalizm.
Bo być indywidualistą w minimalizmie
wciąż jest możliwe.

Nurtuje mnie pytanie:
skąd w ludziach taka potrzeba…

Ujednolicania?

Chcielibyście każdego dnia wracać po
pracy do szarych ścian?

Wystarczyło bym przykryła
kanapę nową, „srebrną” narzutą.

Wytrzymałam godzinę. Po
tym czasie miałam dość
odwracania wzroku.

Bo oczy szukały koloru. Radości.
Życia pełną gębą.

Istnieje przeświadczenie, że skoro
masowa popkultura jest głośna i
jaskrawa,to potrzebujemy
jej przeciwieństwa.

Czy na pewno?

galeria4

Moim zdaniem to najszybsza
ścieżka do polaryzacji
i życia w wiecznym konflikcie.

To jak próba zmieszczenia w jednym pokoju
mnicha i hedonisty.
Nie może wyjść dobrze.

A chodzi o drogę środka.

Ani o „za dużo”
Ani o „za mało”.

Ostatecznie, jakby nad tym dłużej się
zastanowić, to masowa popkultura też
jest efektem ciągłego ujednolicania.

Mam wrażenie, że większość filmów
serwowanych w multipleksach niczym się
od siebie nie różni. Zmieniają się tylko tytuły.

Tak samo jest  z modą.

Na ulicy wszyscy wyglądają
dobrze, ale… tak samo.

W końcu też i projektanci wnętrz chcą nam
zrobić z mózgu szarą papkę i ładują szarość
wszędzie gdzie się da. Bo tak jest bezpiecznie.

Jakim wielkim prezentem i radością
jest więc odwiedzić kogoś, kto idzie pod prąd.

Kto wyprowadził się z głośnego miasta na wieś
i zbudował chatę z całym tym wiejskim
przynależnym jej folklorem.

galeria3

Mariusza znam od wielu lat.
Był przyjacielem mojego
ówczesnego partnera

Bardzo szybko wpadłam w ich świat
I zostałam nawet gdy z dawnym partnerem
niewiele mnie już łączyło.

Iza malowała na szkle, a Mariusz angażował
lokalnych artystów do wspólnych inicjatyw
artystycznych. Dziś,po wielu latach z podziwem
obserwuję, jak wszystko pięknie urosło.

Mariusz stał się nicią, która zszyła społeczność
w jedną piękną tkaninę, choć tak różnorodną,
połataną, pstrokatą.

Wiejska galeria, dla której znalazł
miejsce we własnym domu oddycha
estetyką lokalnych twórców.

Jest tu wszystko.

Witraże.
Obrazy.
Szmaciane laleczki.
Wiklinowe plecionki.
Wełniane skarpety.
Dziergane poduszki.
Kolekcja ziół z pobliskiej łąki.
Konfitury, powidła.
Książki z aniołami.
I piękne szklane wisiorki.

Bez ujednolicania.
Bez nudy i szarości.

Każdy przedmiot ma duszę
i własną historię. Podobnie jak ich
twórcy. Poznałam kilkoro na święcie
żegnania lata.

Gdy miałam okazję, patrzyłam im w oczy.
Słuchałam. Pobyłam w ich obecności.
Przytuliłam na pożegnanie.

Tym jest dla mnie
prawdziwa sztuka.

Autentyzmem.
Niebanalną prostotą.
Folklorem.
Historią.
Kolorem.
Rewolucją.

A przede wszystkim zapisem
ludzkich emocji.

galeri6

Ok, ale jak się ma sztuka ludowa
do minimalizmu? Już mówię.

Życie na wsi wymaga współpracy.
Nie tylko sąsiedzkiej, ale również z Naturą,
żywiołami, ogrodem, z tym co jest.

Tak jest w domu moich rodziców:
nic się nie marnuje. A jak zaczyna się
marnować, to należy to szybko przetworzyć.

I tak samo jest ze sztuką ludową,
korzysta ze wszystkich dostępności
zamiast z tego, co jest oczekiwane.

Jest przez to niepowtarzalnym tworem-
wykonanym w sposób unikatowy i
często niedoskonały, a przez to tak
wyjątkowy właśnie.

I to, co kocham najbardziej –
sztuka ludowa bardzo często
przetwarza stare.

Daje przedmiotom drugie życie- wszystko za sprawą
pomysłu, farb, szlifu i demontażu.

Czy to nie wspaniałe, że zamiast
dokładać, do i tak już świata
pełnego przedmiotów, można
odmłodzić dawne?

W ten sposób eksponuje się historię.
Oto opowieść o przodkach zamknięta
w intencyjnie wykonanym przedmiocie.

Dom Mariusza, powstał na kaszubskiej
ziemi przed paroma laty. Ale nie jest
nowym domem.

Pierwotnie stał w Beskidzie Niskim.

Tam go rozebrano, a potem przewieziono
do Czapielska. Mariusz zbudował
go raz jeszcze odtwarzając pierwowzór
w skali 1:1.

Historia została nienaruszona. W tych stuletnich
murach wciąż mieszkają opowieści.

czapielsk123

***

Na kolejne urodziny, ku zaskoczeniu
najbliższych zrobiłam sobie artystyczne
zamówienie: obraz z akwareli.

„Ale jak to? Przecież potrzebujesz
nocnej lampki? Ale biurko ci się sypie…
Ale kuchnię trzeba wyremontować.”

Ja jednak czekam na okazję.
Na to aż znajdę starą maszynę
do szycia i skompletuję stary blat.

A lampka? Hmm. Może
sama pojawi się pod moim domem.
Kuchnia? Ma się całkiem dobrze,
nic nie przecieka 🙂

Mogę sobie pozwolić zarówno
na oczekiwanie i powolność jak
i na przygarnięcie tego, co unikatowe.

Bo daje  mi znacznie więcej niż
powierzchowna estetyka, która
dopóty jest „ładna”, dopóki jest modna.

Najważniejsze, że mam miejsce.
Po to właśnie jest minimalizm.

Wszystkie religie są wtórne, a Ty pierwotna…

Duchowość zawsze była dla mnie
kluczowym aspektem życia.

I choć nigdy „religijnej” otoczce
nie nadawałam większego znaczenia,
to zawsze czułam się głęboko połączona
ze wszystkim naokoło.

Dziś myślę, że właśnie dlatego –

bo „religijność” nie miała
większego znaczenia.

W tej całkowitej łączności ze światem,
naturą i ludźmi spędziłam pierwsze
lata mojego życia na wsi.

A potem zaczęłam
kombinować.

W szkole pojawiła się religia
i nauka katechizmu. I odezwał
się mój racjonalny, wiecznie
czegoś szukający umysł.

Problem „oddzielenia”
pojawił się niedługo potem.

Coraz bardziej skupiałam się na
zewnętrznych formach praktyk,
niż na prawdziwej głębi.

Formułki zamiast modlitwy z serca.
Kościół i „wyjazdowe oazy” zamiast
biegania z psem po wysokich trawach.

I głęboka pustka…

Dość szybko zrozumiałam, że
w tym całym katolicyzmie coś
mi nie gra. A w coś wierzyć
trzeba, „bo bez Boga wszystko
jest bez sensu…”

Bóg. Czyli Kto? Lub Co?

Pojawił się deizm. Agnostycyzm.
Hinduizm. Buddyzm.

A każdy z nich ostatecznie
doprowadzał mnie do ściany.

Ściany zwanej poczuciem beznadziei i
braku połączenia z czymś poza mną.

W końcu, po trzydziestce
doszłam do punktu, w którym
poczułam się zbyt zmęczona, by dalej to robić.

Szukać,
czytać,
poznawać,
rozpoczynać dziwne praktyki,
które oddalają od meritum zamiast do
niego zbliżać.

Wróciłam więc do początku.
Zaczęłam żyć prosto. 

CAM00977

Odrzuciłam pisane zasady.
I skupiłam się na etyce własnego serca.
Serca, które z natury chce dobra i miłości.

Bo wierzę, że naprawdę każde
serce tego właśnie chce.

Wróciłam do swojego ciała,
które leżało porzucone, niczym
brudny parobek niewart uwagi
„uduchowionej” arystokracji.

Pomogła w tym joga. Pomógł Lowen. Pomogły
zajęcia ruchowe oraz warsztaty pracy z ciałem.

Ale, choć pomocne, to nie one były celem,
tylko palcem wskazującą na furtkę.

Porzuciłam więc wszystkie religie
i filozofie na rzecz życia.

Doświadczania.
Próbowania.
Pytania.
Dociekania.

Dawania sobie prawa do przyjemności.
Cieszenia się z najprostszych rzeczy.

Słońca na twarzy.
Zapatrzenia się na łąkę pełną kwiatów.
Głębokiego oddechu.
Chodzenia boso po lesie.

Kontakt z Naturą zawsze
mnie uzdrawiał.

Wyleczyłam się z choroby
nie przyjmując ani jednej tabletki.

W przeciwieństwie do wszystkich religii,
natura, cykliczność, śmierć i rodzenie
zawsze były pierwotne.

PIERWOTNE.

Natomiast każda
filozofia i religia – WTÓRNE.
I dlatego prowadziły donikąd.

Kiedyś znalazłam w sieci anonimowy cytat,
który mógłby posłużyć za moje życiowe motto:

„Natura jest moją religią,
a Ziemia moją świątynią”.

Tak czuję. Że gdy jeszcze nie było niczego:

człowieka, ani jego religii czy pomysłów na to,
jak żyć, Natura była zawsze.

Narodziny były zawsze.
Śmierć była zawsze.
Zmiana była zawsze.

Ziemia rodziła.
I Ziemia zabierała.
Karmiła i wysuszała.

Okazuje się, że najbardziej
uduchowionymi byli ci najbardziej
ukorzenieni, ci najbliżej Ziemi.

Ci najbardziej prości.

„Prymitywni”, których nazywano
ciemnym ludem –

Poganie. Szamanie.
Wiedźmy. Wiejscy Prostacy.
Uzdrowiciele. Szeptuchy.

Niestety, do dziś historia
przedstawia ich jako nieświadomych
ludzi, którzy wierzyli/wierzą w zabobony.

Ja to widzę inaczej.

Życie blisko Natury, z poszanowaniem
cykli i uważanie żywiołów za bogów,

to nic innego jak pokora
i mądrość doświadczenia.

To świadczy o zrozumieniu czym jesteśmy
wobec potęgi Matki Ziemi.

Bo jesteśmy tylko pyłkiem
i tylko na chwilę.
Przynajmniej w tych ciałach.

Szamani, uzdrowiciele, poganie
potrafią dostroić się do tego, co większe
od nich samych. I widzą jak działają cykle.

Kiedyś człowiek nie mógł inaczej.
Oddzielenie od Natury oznaczało
rychłą śmierć.

Trzeba było nauczyć się tego dzikiego tańca
z ogniem, wodą, deszczem i błotem.

Trzeba było poznać, zrozumieć i pokochać
cykliczność, zmianę, pogodę i niepogodę.

Nie chcę nazywać tego religią.
Ani nie chcę tego nazywać jakkolwiek.

Wiem że każda nazwa porusza się
po relatywnym poziomie tego, co widzialne,
podczas gdy zjawiska i połączenie
są czymś „ponad to” – absolutnym.

Bo choć są praktyki szamańskie,
które intencjonalnie wzmacniają
łączność z Ziemią, są pieśni i medycyny roślin,

to jednak wciąż uważam, że wszystko
jest tylko środkiem do celu.

A celem jest bycie jednością.
Być połączonym.

Ze sobą.
Ze swoim sercem.
Z drugim człowiekiem.
Z tym co karmi, co rodzi,
co uśmierca i przyjmuje
do siebie z powrotem.

Jeśli też w to wierzysz,
to czy tego chcesz czy nie,
jesteś Szamanem.

Ktoś mnie niedawno zapytał,
jak weszłam na tę drogę.

Próbowałam znaleźć odpowiedź
– jeden punkt, który do tego etapu
doprowadził. Nie znalazłam.

Bo choć przez kilka lat
mieszkania w betonowych blokach
trochę zapomniałam o tej głębokiej
prawdzie, to jednak powrót był naturalny.

W końcu odchodzenie i powroty
to też część tego naturalnego procesu.

To część Natury.

Czy to zaprzeczenie duchowości?
Nie. Bo ciało i duch, niebo i ziemia
śmierć i narodziny to zawsze dwie
strony tej samej monety.

Rewers i awers.

Chodzę boso po lesie.
Głaskam drzewa, mówię do ptaków,
wdycham powietrze. Siadam na zwalonym
pieńku i patrzę na łąkę usianą kwiatami.

Niczego nie muszę.

Żadnych zasad, żadnych praktyk,
czy wyuczonych regułek.

Tylko cisza.

Ziemia pod nagimi stopami,
która uzdrawia to co chore i
karmi to, co głodne.

Pasuję idealnie i jestem pełna.
Zdrowo nakarmiona
sensem i miłością.

 

 

Urok małego. Ciasne ale własne

Całe życie marzyłam o domu z ogrodem.

Wiecie, takim jak w książkach
z gatunku”sielski obyczaj”.

Drewniany, ze spiczastym dachem.
Miał mieć kilka przestronnych pokoi,
piętro, dużą kuchnię i ceglany kominek.

Przy domu miał być ogród z warzywniakiem oraz
zagroda pełna przygarniętych zwierzaków.

siedlisko

Życie jednak potoczyło się
trochę inaczej.

I nie tylko życie, ale i myśli,
i poglądy i marzenia.

Wszystko ewoluowało i zmieniło się
o sto osiemdziesiąt stopni.

Dokonałam innych wyborów,
a niektórych zaniechałam.

Więc zamiast wielkiego domu na wsi,
mam  30-metrową kawalerkę w Sopocie.
Pachnącą lasem, gdy tylko otworzy się okno.

20190310_122843

Jak to się stało?

Zaczęło się od rozstania
i przymusu wyprowadzki.

Po raz dwudziesty trzeci
zmieniałam miejsce zamieszkania.

Byłam zmęczona.

Potrzebowałam wrosnąć gdzieś
korzeniami i poczuć się bezpiecznie.

Na początku miałam
wielkie oczekiwania.

Szkoda, że nie przewidziałam, że
to wszystko kosztuje 🙂

Bo owszem, były mieszkania,
które spełniały wymogi, ale:

za wielkie pieniądze, których nie miałam
albo w najgorszych dzielnicach Trójmiasta.

Najgorszych – bo daleko od centrum.

Ale zaraz zaraz…
Przecież chciałam z dala od miasta…
Czyż nie?

Jestem kobietą bez samochodu,
a pracę mam w mieście.

Dojazd autobusami w korkach
zajmuje godziny.

Poza tym, nie oszukujmy się.

Dzielnice na obrzeżach Gdańska
wciąż wyglądają jak plac budowy.

Zamiast lasu za oknem jest
wykarczowane pole, a na polu

wiercenie, stukanie i buldożery.

A w perspektywie
dziesięciu lat, nowi,
betonowi sąsiedzi.

Tak więc szukałam dalej.

I przebierałam w ofertach.
Och przebierałam okrutnie
i powiem wprost:

byłam zmorą dla pośredników
od nieruchomości.

Mieszkania blisko pracy, morza i
ukochanego parku były jak klitki bez światła.

Wchodziłam tam, patrzyłam na
mizerne okienko i wychodziłam.

„Podziękuję!” – mówiłam pośrednikom,
przerywając ich litanię zalet małego lokum.

Bo przecież pies musi widzieć świat.

Co to za życie, zostawać na kilka godzin
samemu w domu i nie móc widzieć świata?

20190330_101034

Bywały też mieszkania jak marzenie.
Duże i przestronne.

Ale zanim tam dojechałam z dwoma
przesiadkami to już wiedziałam,
że nie dam rady.

Bywały też mieszkania do generalnego
remontu. I ładnie urządzone kawalerki,
ale połączone z aneksem.

Bywały mieszkania przy samej ulicy.

Z dala od morza,
z dala od parków
z dala od lasów.

Miałam też chwile, w których myślałam, że
wrócę na wieś.

Widziałam tanie i duże
mieszkania w małych
kaszubskich mieścinach.

Mieszkania w starych bliźniakach,
z własnym zielonym zagonkiem.
Stare kamienice z wysokim sufitem
i z drewnianym tarasami.

I choć serce się wyrywało to
intuicyjnie czułam, że musiałabym
przeorganizować całe życie.

Dosłownie „całe”.

I ludzie tak robią,
ale u mnie…

Chyba jeszcze nie czas.

Aż nagle spędzając święta u rodziny
Włączyłam komputer.

Ogłupiona wiejskim powietrzem
i dobrym jedzeniem
zapomniałam przefiltrować ogłoszenia.

Więc zamiast „tylko Gdańsk”
wyszukałam mieszkania w kategorii
„całe Trójmiasto”.

I tak wyskoczyło mi okno:
„Zamieszkaj w Sopocie”.

Kliknęłam, bo nie szło nie kliknąć, gdy
zobaczyłam zdjęcie urokliwego miejsca
z widokiem na zielone drzewa.

Na jednym z parapetów zobaczyłam
posążek Buddy zdobiący parapet.

„To jakiś znak?”

Kolejne jeszcze bardziej utwierdzały
mnie w przekonaniu, że oto nagle
znalazłam nasz dom.

Nasz DOMEK.

Mały, bo 30 -metrowy. Ale miał
wszystko co chciałam.

Osobą kuchnię.
Francuski balkonik.
Okna wychodzące na południe-zachód.

Widok na las. Kwadrans pieszo do morza.
Drewniany parkiet. Cichą dzielnicę.
W końcu, bliskość to centrum i pracy.

20190402_083019

Zadzwoniłam.

Zapytałam, czy wciąż
aktualne.

I pełna determinacji
powiedziałam:

„Czy mogłabym zobaczyć je jako
pierwsza?”

Po prostu wiedziałam że do
jest nasz DOM.

A potem wszystko potoczyło się
bardzo szybko.

Nie zdążyłam się obejrzeć, a już po raz kolejny
pakowałam kartony i walizki.

Tym razem jednak z całkowitym
spokojem, radością i wyczekiwaniem.

Mieszkanie nie wymagało wielu pracy.

Póki co, tylko odmalowałam
i urządziłam po swojemu.

Wypełniłam własną energią.

Zazieleniło się w nim. Doszły rośliny.
Kiełki. Bazie. Zielone zasłony. Obrazy.
I mnóstwo książek.

Choć jest małe, to jest
w nim miejsce na wszystko.

I na zabawę z Luną.
I na jogę.
I na gości.

A do lasu mamy trzy minuty.
Na trasie spotykamy ptaki, dziki,
wiewiórki i borsuki.

Kiedy ktoś mnie pyta, jak się tu mieszka
odpowiadam, że…

jak w mini-leśniczówce.

Tak, owszem wyobraźnia
mi dopisuje. Ale jak to mawiała
Ania z Zielonego Wzgórza:

„Kiedy nie możesz mieć tego 
o czym bardzo marzysz, zawsze 
możesz nadrobić własną fantazją”.

Więc tak – mieszkam w swojej
małej betonowej leśniczówce.

20190331_163121

Pełno w niej ptaków
i kwiatów, i drzew.

Rano otwieram szeroko balkon.

Zamiast hałasu mam śpiew ptaków,
i zapach sosny, a słońce spędza
tu całe południa.

Nie mam wielkiego domu z ogrodem.
Ale mam swoje małe 30 metrów.

Taką skromną, ale urokliwą namiastkę
marzeń z dzieciństwa.

Bo przecież na tym polega szczęście.

Aby widzieć pozytywy i cieszyć się,
z tego co życie daje.

Przede wszystkim zaś być wdzięcznym,
a nie tylko żądać bez umiaru.

Wierzę, że spotkało nas to,
co mogło być najlepsze
na ten moment, na ten czas.

Leśniczówkę, drewniany domek
wieś i ogród wciąż mam w sercu.

Maluję je, piszę o nich,
i układam piosenki, zasilając
przestrzeń zieloną, liściastą energią.

Czy to nie jest ważniejsze niż
zewnętrzna manifestacja?

PS. Zdjęcie wiejskiej chaty pochodzi
ze strony:  http://www.siedliskosobibor.pl

 

Długa droga pod górę

pexels-photo-48673-large

Wytrwałość.
Słowo dobrze znam znane.
Dla niektórych oznacza ciężką pracę do wykonania.
Dla innych nudną konsekwencję i dyscyplinę.
Jakkolwiek o niej myślimy, jest niezbędna, by odnieść sukces.
A gdy już nadejdzie, wytrwałość pomaga go udźwignąć i nie utonąć w odmętach samozadowolenia.

Zadam Ci teraz ważne pytanie:

Czy jesteś wytrwały?

Wyobraź sobie, że do sukcesu potrzebujesz jedynie wytrwałości, niczego więcej.

To nie pobożne życzenia.
Statystyki dowodzą, że wygrywają wytrwali i zdyscyplinowani.
Nie przebojowi, nie pyskaci i nie ci, którzy posiadają liczne znajomości.

Ba! Nawet nie utalentowani!
Talent, nawet największy jest niczym bez wytrwałości.
To ona go rozwija, to ona posuwa nas naprzód.

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie wykład mojego promotora podczas ostatnich zajęć podyplomowych. Nadszedł czas podsumowań i wygłoszenia inspirującej mowy dla przyszłych specjalistów od zarządzania treścią w krainie social mediów.

Piotr Bucki zachęcał więc do wytrwałości mimo przeszkód.
Do pisania, spełniania marzeń i realizowania celów małymi kroczkami.
Na dowód podawał nazwiska osób, którym się udało.
Pokazywał w internecie ich dokonania.
A przecież jeszcze do niedawna nikt o nich nie słyszał.
Wygrali, bo byli wytrwali.

Eksluzywny Menel, Abstrachuje.pl, Łukasz Jakubiak. 

Czyli byliby dziś tu, gdzie są gdyby nie ich determinacja?
Czy sam talent wyniósłby ich na piedestał?

Jako pasjonatce literatury przychodzą mi też do głowy nazwiska pisarzy.
Utalentowanych, ale i pracowitych, którzy po pierwszych nieudolnych próbach szli dalej.

Katarzyna Bonda, Elizabeth Gilbert, Katarzyna Grochola, Jack London i wielu innych.

Duchowi mistrzowie zwykli mawiać, że oświecenie smakuje potem, krwią i łzami.
Tak samo każdy sukces, zawodowy, osobisty czy partnerski
wymaga poświęcenia i całkowitego zaangażowania,
bo mimo pragnień, wielkie rzeczy nie przychodzą łatwo.

Gdyby tak było, ile mielibyśmy w sobie szacunku i wdzięczności za osiągnięty cel?

Mimo życia w epoce szybkiego zaspokajania nawet wyrafinowanych potrzeb zapomnieliśmy czym jest prawdziwa wytrwałość i dyscyplina. W trudne projekty angażujemy się na pół gwizdka, szukając jednocześnie łatwiejszych i przyjemnych.

I pewnie dlatego tak szybko się zniechęcamy.

Porzucamy dobre pomysły, niedokończone powieści, zamykamy małe firmy, bo wszystkie wymagają od nas zaangażowania i trudnej wiary.

Rozwiązaniem może być powrót do dawnych wartości, w których jakże dziś niemodna dyscyplina była kiedyś osią życia niemal każdego człowieka.

Potraktujmy więc własne pomysły niczym dzieci.

Nawet krnąbrne i szalone, poprzez uważną miłość i czas spokornieją i odwdzięczą się w najlepszy możliwy sposób. Dzięki temu być może uda nam się osiągnąć każdy cel, a w najgorszym wypadku i tak rozwiniemy mentalne skrzydła i umocnimy własny charakter.
Czyż gra nie jest warta całkowitego zaangażowania?

12-tygodniowy kurs kreatywności

Po półtora roku przerwy, znów chwyciłam „Drogę Artysty”. To niesamowite narzędzie stworzone przez Julię Cameron nie bez powodu święci triumfy na całym świecie. Wydobywa z ludzi głęboko ukrytą kreatywność, odblokowuje twórców, pomaga odkryć zagubione Wewnętrzne Dziecko a w swej najprostszej formie, uczy ludzi dobrze się bawić. 

CAM01667


Książka jest podzielona na dwanaście rozdziałów, które przerabia się jako 12-tygodniowy kurs kreatywności. Samo przeczytanie książki to za mało. Cała zabawa polega na tym, by kiepskie nawyki zastąpić nowymi, lepszymi a to przecież wymaga czasu i regularnej praktyki.

Autorka metody uważa, że kreatywność mieszka w każdym człowieku. I że dobrze ukształtowana, prowadzi do lepszego życia. Harmonijnego i spełnionego, w którym nareszcie możemy się realizować. Julia Cameron powtarza co rozdział- że nigdy nie jest za późno by robić to, o czym się marzyło przez całe życie. To tylko kwestia zmiany myślenia i wprowadzenia kilku pomocnych praktyk do codzienności.

A cóż to za praktyki?
Otóż nic tajemniczego i groźnego.
Pierwszym i podstawowym zadaniem odradzającego się twórcy jest pisanie dziennika każdego dnia przynajmniej przez okres dwunastu tygodni. I nie chodzi tu o jakiekolwiek pisarskie umiejętności. Zadaniem kursanta jest siadać co rano przy biurku i spisywać nieprzerwany strumień świadomości. Zapisać każdą pojawiającą się myśl, każdy niepokój, złość i smutek. Uczucia przelane na papier stają się nieszkodliwe. Tak jak u terapeuty, dopóki nie wypowiemy ich na głos, te będą zjadać nas od środka i hamować swobodny rozwój.

CAM01671

Drugim zadaniem jest cotygodniowa randka z samym sobą.
Jak to z samym sobą? Zapytasz.
Dbamy o relacje z partnerami, znajomymi czy rodziną a często zapominamy o tym, by dopieszczać samych siebie. Artystyczne randki prowadzą do lepszego poznania własnej duszy. To szansa zadania sobie kilku ważnych pytań. Co lubię? Czego nie znoszę? Po co jestem? Gdzie dążę? Być może w ferworze obowiązków nigdy nie mieliśmy okazji zadać sobie tych kilku, ważnych pytań, a skutkiem tego jest nieznajomość siebie i własnych pragnień.

Randki to doskonały czas na odkrycie siebie samych. Ja podczas swoich zrozumiałam, że prawdziwe ukojenie przynosi mi spotkanie z przyrodą. Matka Natura zainspirowała mnie do napisania większości tekstów, które posiadam; każdy spacer skutkował nowym tekstem i tysiącem nowych pomysłów. Podczas randek odkryłam także, że lubię rysować pastelami a największe wzruszenia przynosi mi Mozart. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia! Pastele? Owszem, rysowałam gdy miałam 12 lat. Potem misie, książki o Muminkach, kredki i plakatówki poszły w odstawkę. Przecież byłam dorosła.

W kursie kreatywności chodzi właśnie o to by powrócić do własnego Wewnętrznego Dziecka. Większość z nas doskonale wie jak być świetnymi rodzicami i metodycznymi dorosłymi ale zupełnie zapomina jak wspaniale być dzieckiem. I że pozwalanie sobie na zabawę przynosi spontaniczną radość, prowadzi do zdumiewających odkryć i napawa odświeżającą wdzięcznością.

I choć może wydawać się, że zmierzamy w stronę pisania, to dzięki książce i metodom w niej zawartym odkryjemy, że pragniemy również innych form kreatywności. Może zatęsknimy za posiadaniem własnego ogrodu? Może chwycimy za sztalugi? A może zaczniemy piec wymyślne ciasta lub robić na szydełku? Twórczym można być na każdym etapie życie i w każdej sferze. Również w pracy i podczas domowych obowiązków. A im częściej będziemy sobie na nią pozwalać, tym większa szansa na częstsze odczuwanie radości.

Każdy pojedynczy rozdział kończy się zadaniami do odrobienia. Prowadzenie dziennika i chodzenie na randki, to tylko podstawa, natomiast prawdziwie rozwijające są nietypowe, kreatywne zadania, które jeśli tylko oddamy im serce, zakiełkują w nas i wyrosną na piękne kwiaty.

Spodziewajcie się więc rysowania, wycinanek i robienia kolażu, ale także wielu szczerych rozmów z samym sobą, które na psychologicznym poziomie mają moc przekształcania rzeczywistości.

Byłam dziś rano na swojej cotygodniowej randce.
Pożyczyłam psa na długi spacer, poprzytulałam się w lesie do kilku drzew, a potem wracając z przechadzki zaszłam do Wegestacji po zupę z gruszki i z pietruszki (skusiłam się na nią, bo to zabawne połączenie). W papierniczym kupiłam modelinę i ulepiłam pączka, tort, hamburgera i różowego psa.

CAM01657 (1)

Musiałam przy tym stwierdzić, że lepienie z tego materiału jest trudniejsze niż zabawa plasteliną. Zrobiłam co potrafiłam, a potem wrzuciłam wyroby na dziesięć minut do wody na małym gazie. Teraz dokupię tylko kilka małych magnesów i porozdaję znajomym kolorowe magnesy na lodówkę. Mam nadzieję, że macie na swojej miejsce. Kolorowych wyrobów przybędzie. Bo kto kreatywnemu  zabroni? 🙂

 

Po co nam warsztat?

Dobry nawyk drąży umysł niczym regularna kropla wody litą skałę. Tylko kreatywne, choć powtarzalne metody uczynią z nas mistrza we własnym fachu.

CAM01342


Od ponad roku moje poranki wyglądają podobnie. Wstaję około szóstej rano, zaparzam wielki kubek mocnej kawy z cynamonem i zasiadam do dziennika. Zapisuję każdy dzień, wszystkie myśli i pomysły; przelewam wnętrze na zewnątrz. Życzyłabym sobie, by to był mój pomysł, ale niestety. Wymyśliła go Julia Cameron, pisarka, scenarzystka i twórczyni kursu Droga Artysty, dla chcących żyć bardziej świadomie i kreatywnie. Cameron zauważyła, że „wypisując się” z własnego strumienia świadomości rozwiązuje wiele problemów, i inspiruje samą siebie do poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania- co robię? kim jestem? gdzie chcę dojść? po co mi to?

Zaczęłam robić to samo, aż powtarzalna czynność stała się tak oczywista i potrzebna, że zaczęłam zabierać  dziennik na wakacje, na weekendy poza domem, a nawet gdy jechałam w odwiedziny do znajomych i istniał cień szansy, że nie wrócę na noc.

Od kilku dni przeglądając stare posty na blogu odkryłam, że wpisy się zmieniły- są stylistycznie inne, mniej w nich kwiecistości i ogólników, zdania stały się pełniejsze. Skąd ta zmiana? Nie chodziłam na żaden kurs, tekstów nie wysyłałam nikomu do poprawy, a jednak pisze mi się łatwiej, swobodniej, często jakbym dawała proste przyzwolenie palcom na poruszanie się w swoim rytmie. Odkryłam tym samym, że przez rok prowadzenia dziennika, miałam codzienny warsztat pisania. Rozgrzewkę, między kolejnymi postami. Ćwiczyłam własne umiejętności, rozciągałam mentalne mięśnie, budowałam pisarską muskulaturę, która rośnie powoli i niezauważalnie. I dopiero zdjęcie lub tekst sprzed roku udowadniają, że dziś jestem kimś innym, nową formą, własnym tworem ukształtowanym przez metodyczną konsekwencję.

Jedni twierdzą, że wystarczy godzina dziennie, inni, że półtora. Ja jestem zdania, że każdy najmniejszy ruch i czynność szlifująca fach jest konieczna. Pamiętam, jak kiedyś podziwiając jedną z grafik komputerowych kolegi, usłyszałam od niego, że każdego dnia po ciężkiej pracy wraca do domu, siada przed komputerem i tworzy, tylko po to, by się odstresować. -Niektóre prace były do niczego- powiedział. Ale robił je mimo to, bo sama czynność go rozluźniała. Doprowadził w ten sposób warsztat do perfekcji, a wkrótce potem został poproszony o udostępnienie prac na publicznej wystawie w Londynie.

Marzenia są niczym, bez konkretnych kroków. A krokiem jest ćwiczenie umiejętności- zdobywanie warsztatu, który jest konieczny, by się rozwijać i robić nieprzerwany postęp. Oczywiście, czasem zdobycie umiejętności kosztuje, bo bez mistrza powielamy własne stare błędy. Tak jak lekkoatleta potrzebuje trenera, tak i każdy inny zawód musi mieć dostęp do konstruktywnych porad, dobrej i rzetelnej krytyki i słów, które ustawią nas na właściwym torze.

Dobrą wiadomością jest to, że mistrzowie mieszkają tam gdzie chcesz ich spotkać. Pisarze spotykają ich w książkach ulubionego autora, malarze w światłocieniu uchwyconym na płótnie Moneta, a niejeden coach więcej uczy się od klienta niż na drogim, rocznym kursie.

Bo tak naprawdę nie istnieje żadna szkoła czy kurs przygotowujący do szczęśliwego życia czy bycia własnym mistrzem. Marzenia są pięknymi, drobnymi nasionami w umyśle a plony zbierają tylko konsekwentni rzemieślnicy. Książki nie napisze się zrywem natchnienia, grafiki nie stworzy się po mocnej kawie. Droga od marzyciela do mistrza jest długą, żmudną i często nudną drogą na której niewiele się dzieje. Nie gra muzyka, nie słychać w oddali fanfar czy ptaków. Jest cisza. Tak zwykła i pozbawiona złotej oprawy. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się, że rozwój to nic innego jak powolna, metodyczna droga do której często trzeba się przymuszać, tak jak i do każdego innego, dobrego nawyku. Spełnione marzenie jest wtedy prezentem spotkanym przy okazji i po cichu, bez żadnych oklasków.