Archiwa tagu: znajdź swoją drogę

Dobra marka- znana marka

Marketing jest dziś nieodłączną częścią każdego większego, czy mniejszego biznesu. Bez niego nie pociągniemy długo na rynku, nawet niszowym czy nietypowym, a jeżeli damy radę to w perspektywie czasu nie będziemy rozpoznawalni. A szkoda by było zginąć w gąszczu nic nieznaczących choć krzykliwych marek.

fresh-fruits-and-vegetables1


Podyplomówka z content marketingu zrobiła mi wodę z mózgu, bo oto zaczynam być zawodowo zboczona. A mianowicie, wszędzie tam gdzie widzę dobrą jakość lecz brak odpowiedniego brandingu czy strategii marketingowej zaczynam się poważnie niepokoić. Bo my, konsumenci jesteśmy zewsząd zasypywani reklamą i sprytnie kreowanymi potrzebami na rzeczy chałturnicze i byle jakie, podczas gdy kultura jakości chowa się w szarych okowach. Dlaczego? Przecież tak mało dziś dobrych jakościowo produktów wydobytych z rąk skromnych rzemieślników czy kucharzy, że przecież rynek aż się prosi. Pokaż, zaprezentuj, zadbaj!

Mam tak z kilkoma naprawdę moim zdaniem świetnej jakości produktami żywnościowymi, które niczym nieznane szaraki skromnie czekają na półkach wołając o zauważenie. A dziś doświadczyłam podobnego uczucia odwiedzając wegański bar w Trójmieście.

Bar odwiedziłam już po raz trzeci i kolejny raz miło się zaskoczyłam. Po pierwsze jakością potraw: wszystko jest robione na miejscu (dlatego na potrawy trzeba chwilę oczekiwać- duży plus) z warzyw i produktów zbożowych i strączkowych według własnych pomysłów (bez użycia gotowych półproduktów, jak to się gdzieniegdzie spotyka). Moje wrażliwe kubki smakowe wyczuły, że potrawy doprawiane są oszczędnie- głównie ziołami zamiast nadmiarem soli i pieprzu a właścicielka jest miłą i ciepłą osobą w dodatku pasjonatką. Moje zaskoczenie jest dodatkowo wzmocnione tym, że ów wegański bar nie zadbał jeszcze dostatecznie o markę, dlatego nie jest popularny, a szkoda. Naprawdę szkoda.

Na moje pytanie –czy posiadacie już państwo własną stronę internetową- pani odpowiedziała, że jeszcze nie, natomiast istnieje fanpage.

-Spróbujcie jeszcze z Instagramem. Użytkownicy uwielbiają zdjęcia smacznych potraw- podsunęłam.
-Niestety nie mamy dobrego aparatu a z komórki zdjęcia wychodzą słabo…
Nie szkodzi. W instagramie można na bieżąco edytować i upiększać zdjęcia zrobione najprostszym smartfonem- zachęcałam mimo to.

Czy właścicielka spróbuje? Chciałabym. Dziś odwiedziłam ich fanpge. 161 lajków. Mało. Aż prosi się by o nich zadbać. Dobre jedzenie, zdrowe, ciekawe potrawy, własnoręcznie robione mleko sojowe, wszystko niedrogie a w środku zimno, choć optymistycznie i kolorowo. Takich miejsc powinno być więcej a nasz kraj powinien im sprzyjać, zamiast utrudniać wysokimi podatkami.

Choć nawet gdyby państwo sprzyjało, to i tak bez reklamy czy strategii marketingowej się nie obejdzie. Wegetarianizm mimo iż zdobył w ostatnich latach sporo popularności nadal jest niszą, która wymaga odpowiedniej oprawy i fachowego podejścia. Sama nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki nie poszłam na marketing i nie odkryłam jak wiele jest kanałów dotarcia do odpowiedniego klienta, zaczynając od Facebooka, poprzez Instagram, YouTube, Twitter, Google+ poprzez blogosferę i prasę, ulotki, na bannerach kończąc. A właściwie nie kończąc, bo social mediów i nowych kanałów przybywa z każdym nowym miesiącem.

 

 

Reklamy

Chciwość

Zadaję sobie ostatnio pytanie dokąd zmierza świat. Próby wycinki drzew Puszczy Białowieskiej, „niebezpieczni weganie i rowerzyści”, świat na podsłuchu, żądza, chciwość, restrukturyzacje… Czy świat ostatnio oszalał i zmierza do samozagłady czy było tak zawsze?


Z tą samozagładą to oczywiście lekka przesada, ale w kontekście ostatnich wydarzeń zaczynam się niepokoić nie na żarty. Czy nie można już żyć spokojnie, próbując być prostym i szczęśliwym człowiekiem?

Pracuję w wielkiej firmie, która ostatnio ogłosiła „restrukturyzację”. W jej ramach zostanie zwolnionych około 1780 osób. Możecie zatem sobie wyobrazić co się dzieje. Odprawy są mało realne, a do odstrzału pierwsi pójdą ci, co nie wyrabiają targetu. Nie zawsze go wyrabiam, więc zaczęłam z ciekawości wchodzić na strony z pracą. A tam? To samo- handel, sprzedaż, target, prowizje od sprzedaży, mile widziana umiejętność pracy pod presją czasu i w dużym stresie. Nie dziękuję. Kilka lat życia w ten sposób całkowicie mi wystarczy.

Najtrudniej jednak przyjąć do świadomości, że nie bardzo jest w czym wybierać. Jak to powiedziała mądra biolożka, Jane Goodal światem rządzi chciwość. Firmy zajmują się głównie produkcją na wykreowane przez specjalistów potrzeby, a pośrednicy to sprzedają. W ostatecznym rozrachunku wygląda to tak, że spędzamy życie na nie-życiu, lecz na konsumpcji, zaspokajaniu kolejnych pseudopotrzeb, pracując na kogoś, a nie na siebie. Nieświadomi wzbogacamy wielkie koncerny farmaceutyczne, hodowle przemysłowe i produkcyjnych potentatów, takich jak Monsanto czy Nestle.

Chciałabym powiedzieć, że potrzebujemy świadomości, bo wtedy się zbuntujemy przeciw zachłannym firmom, które rujnują nasze zdrowie, portfele i uzależniają od suplementów i cukru, ale czy to nie jest pobożne życzenie? Ilu jest świadomych obywateli, którzy wybierają produkty eko, czytają etykiety i zamiast chodzić do lekarza zmieniają niszczące nawyki? Niewielu…

The-Big-Short-2

W piątek do kin w Polsce wszedł film Adama McKay’a „Big short” i widzę jak bardzo są nam potrzebne takie produkcje jak i twórcy, którzy kochają prawdę i nie boją się o niej mówić, mimo iż narażą się na krytykę i ostracyzm. Edward Snowden, bohater „Citizenfour” zaryzykował niemal wszystko dla przykrej prawdy o inwigilacji obywateli USA. Rozmowy z nim odbywały się w Hongkongu, bo musiał uciekać.

Sceptycy i konserwatyści będą mówić, że to czysta fikcja lub przerysowana groteska stworzona, by zadowolić ambitnych kinomaniaków. Czyżby? Czyż nie z powodu przekrętów i ludzkiej chciwości w 2008 roku rozpoczął się kolejny kryzys gospodarczy? Czyż możemy mieć absolutną pewnośc, że nasze maile, facebook, smsy są wciąż jedynie naszą prywatnością? Czyż kraje trzeciego świata nie są zadłużone z powodu obżarstwa mięsem krajów wysoko uprzemysłowionych?

Od razu odpowiadam, zanim padną pytania. Nie. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych. Jestem zwolenniczką faktów. Zbyt długo to zgłębiałam, by nie móc teraz powiedzieć, że przez kolejne nowoczesne telefony komórkowe które kupujemy w  salonach, w Afryce jest finansowana jakaś grupa przestępcza która akurat ma dostęp do tantalu. A sięgając po raz kolejny po mięso, zubażamy kraje trzeciego świata o pola uprawne i wodę, o śmierci niewinnych istot, nie wspominając. Banki wcale nie mają ochoty finansować naszych marzeń, chcą się jedynie wzbogacić. Naszym kosztem.

Żyjemy w świecie większych możliwości, ale czy to lepszy świat od tego sprzed wieku, kiedy tych możliwości nie oferował? Czy wciąż z ręką na sercu możemy przyznać, że żyjemy w bezpiecznym świecie? Coraz więcej mam w sobie niepokoju. Jestem niebezpieczna, bo jestem weganką, w dodatku z utopijnymi poglądami. Gdzież tu szczęście, gdzież tu spokojne życie bez pośpiechu, pełne wdzięczności i uważności na codzienne detale, które czynią świat pięknym wizualnie obrazem? Gdzie tu miejsce na głębokie relacje i sensowne, pasjonujące życie? Najzabawniejsze jest to, że statystyczny Kowalski, który właśnie zjada tabliczkę czekolady z tłuszczem palmowym, siedzi na kanapie kupionej na raty za 0%, w zadłużonym mieszkaniu, bezrefleksyjnie ogląda telewizję i cieszy się, że tak mu się w życiu powiodło. Oto Kowalski jest panem swojego życia…

 

Niewolnicy wizerunku

Jak cię widzą, tak cię piszą. To oklepane powiedzenie jest dziś wyjątkowo aktualne, bo wygląd decyduje o sukcesie lub porażce. Zdobycie pracy lub podwyżki, znalezienie partnera, przyjaciół i szacunek wśród klientów, to często mało skomplikowana układanka, z czego centralnym puzzlem jest wygląd.

lipstick


Chciałabym aby tak nie było. Ale tak jest. Wydajemy ostatnie pieniądze na modne ciuchy i snobistyczne gadżety. Zadłużamy się by pójść do salonu fryzjerskiego czy do najlepszego barbera. Karta kredytowa goni kolejną, aż portfel puchnie złotym ciężarem. Myślisz, że nie mówię o Tobie? To spójrz do wnętrza szafy…

Skąd się wzięło tak powszechne dziś ocenianie ludzi po wyglądzie? Oceniamy jednocześnie bojąc się ocen innych, co nie przeszkadza nam ochoczo dokładać własnych cegiełek. Kupujemy kolejny tusz do rzęs, buty Nike i kardigan wplątujący się między kolana. Bo potrzebujemy? Nie. Po prostu nie chcemy odpaść z gry o akceptację. Sprzeciwienie się temu byłoby aktem buntu przeciw normom kierującym światem. A jednak są takie pojedyncze przypadki. Buntownicy, indywidualiści, osoby uduchowiony żyjące na minimalistycznym poziomie i ci wszyscy, którzy nie potrzebują cudzej aprobaty do życia, bo zaakceptowali sami siebie. Oni są dowodem że można opuścić błędne koło napędzane sztucznie wykreowanymi potrzebami i konsumpcją.

Nie lubię tej zasady kierującej światem, że piękno wygrywa. Bo czy na pewno? Piękno jest misterną sztuczką często ukrywającą to co najbardziej wartościowe, lub wręcz przeciwnie, mroczne i niebezpieczne. Myślę, że dlatego cześć osób inwestuje wszystkie środki w wizerunek. Pokażę ci kim jestem, pokażę ci kogo masz widzieć. Mark Twain powiedział kiedyś, że każdy człowiek jest jak księżyc, ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu. Powierzchowność jest łatwo wykreować a dobrze zaprojektowana ukryje każdy deficyt. Niestety nie można zbyt długo budować na tym tożsamości. W końcu starość i choroba zdejmą z twarzy wiecznie przyklejony uśmiech i pokryją twarz mapą zmarszczek, której nie przykryje żaden pokład.

Dlatego kiedy usłyszałam wczoraj od uznanego speca ds. marketingu że należy się otaczać wyłącznie pięknymi przedmiotami, bo tworzą harmonię, to poczułam duży opór. Ok, sztuka karmi zmysły, lecz czy jednak budowanie domu na ruchomych wydmach nie jest syzyfową pracą? Życie jak i śmierć to aspekty jednej monety, podobnie jak piękno i brzydota. Piękno może istnieć tylko dzięki brzydocie, inaczej nie wiedzielibyśmy czym piękno jest; przynajmniej to zewnętrzne. Wizerunek, jak z resztą wszystko co powierzchowne może pęknąć jak mydlana bańka- nieoczekiwanie i z hukiem, ukazując całe spektrum prawdziwie ludzkich cech tak skrzętnie dotąd skrywanych. Czy nie lepiej byłoby zatem zainwestować energię, w coś bardziej wartościowego? Popracować np. nad oczytaniem, poprawną polszczyzną, albo poczuciem humoru? Zainwestować w to, w co inwestować musimy niewiele, bo jest to naszym naturalnym przymiotem, czymś co towarzyszy nam od urodzenia?

Kiedy raz na jakiś czas odwiedzam babcię, wypytuję ją o powojenne lata i PRL. A że babcia to stara gawędziara, to sypie historiami zebranymi z pamięci niczym z albumu pełnego retro fotografii. To od babci dowiedziałam się, że kiedyś żyło się inaczej- trudniej lecz solidarnie ale również samo piękno było pojęciem bardziej elastycznym. „Piękni ludzie”,oznaczali „dobrych ludzi”, „ludzi pomocnych i szczodrych”. A dziś? Praca nad osobistym wizerunkiem zdominowała wielkie miasta, korporacje, uczelnie a nawet zwykłe spotkania towarzyskie, które w mojej opinii powinny rozluźniać zamiast wciskać w kolejne gorsety. Najgorsze jest to, że to matnia bez wyjścia. Odważyłbyś się nie dbać o wygląd? Wyjść w wytartej koszulce i zdeptanych butach z klawiszową Nokią w kurtce? Ja nie potrafię wyjść po bułki bez makijażu, i wszędzie ciągam ten cholerny kardigan mimo, że plącze się między kolanami, Cóż za brak praktycyzmu! Nawet w szeregowej pracy dziewczyny wyglądają jakby wyszły spod ręki stylistek a chłopcy z błyszczącą pomadą na włosach kłują mnie w serce, bo oto mijam mężczyznę, który jest ładniejszy ode mnie i kosmetyków ma pewnie więcej.

Czasami bywam sobą. Porzucam opięte dżinsy na rzecz luźnych, przebieram się w wygodny t-shirt, który z powodzeniem mogłabym pożyczyć chłopakowi. Nie wchodzę do galerii, w gronie znajomych stosuję zasadę, bierzesz mnie jaka jestem, nie stroję się dla mężczyzn a gdy ktoś pyta kiedy założę małą czarną, odpowiadam, wiesz mój drogi, z nami kinestetykami jest taki problem że za bardzo kochamy wygodę, by poddawać się dyktaturze zewnętrznego piękna. Polecam. To zawsze zamyka usta. Nie musimy w tym tkwić tak mocno. Rozwiązaniem w świecie piękna jest rozluźnione podejście do budowania własnego wizerunku, akceptowanie własnego „ja”, które nie ma figury, kształtu czy koloru; budowanie własnego wnętrza i karmienie go wartościową pożywką. Myślę, że ostatecznie tylko ludzie całkowicie akceptujący siebie są naprawdę piękni, choć w sposób nieco odbiegający od tego,co zostało nazwane pięknem.

 

Po co nam warsztat?

Dobry nawyk drąży umysł niczym regularna kropla wody litą skałę. Tylko kreatywne, choć powtarzalne metody uczynią z nas mistrza we własnym fachu.

CAM01342


Od ponad roku moje poranki wyglądają podobnie. Wstaję około szóstej rano, zaparzam wielki kubek mocnej kawy z cynamonem i zasiadam do dziennika. Zapisuję każdy dzień, wszystkie myśli i pomysły; przelewam wnętrze na zewnątrz. Życzyłabym sobie, by to był mój pomysł, ale niestety. Wymyśliła go Julia Cameron, pisarka, scenarzystka i twórczyni kursu Droga Artysty, dla chcących żyć bardziej świadomie i kreatywnie. Cameron zauważyła, że „wypisując się” z własnego strumienia świadomości rozwiązuje wiele problemów, i inspiruje samą siebie do poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania- co robię? kim jestem? gdzie chcę dojść? po co mi to?

Zaczęłam robić to samo, aż powtarzalna czynność stała się tak oczywista i potrzebna, że zaczęłam zabierać  dziennik na wakacje, na weekendy poza domem, a nawet gdy jechałam w odwiedziny do znajomych i istniał cień szansy, że nie wrócę na noc.

Od kilku dni przeglądając stare posty na blogu odkryłam, że wpisy się zmieniły- są stylistycznie inne, mniej w nich kwiecistości i ogólników, zdania stały się pełniejsze. Skąd ta zmiana? Nie chodziłam na żaden kurs, tekstów nie wysyłałam nikomu do poprawy, a jednak pisze mi się łatwiej, swobodniej, często jakbym dawała proste przyzwolenie palcom na poruszanie się w swoim rytmie. Odkryłam tym samym, że przez rok prowadzenia dziennika, miałam codzienny warsztat pisania. Rozgrzewkę, między kolejnymi postami. Ćwiczyłam własne umiejętności, rozciągałam mentalne mięśnie, budowałam pisarską muskulaturę, która rośnie powoli i niezauważalnie. I dopiero zdjęcie lub tekst sprzed roku udowadniają, że dziś jestem kimś innym, nową formą, własnym tworem ukształtowanym przez metodyczną konsekwencję.

Jedni twierdzą, że wystarczy godzina dziennie, inni, że półtora. Ja jestem zdania, że każdy najmniejszy ruch i czynność szlifująca fach jest konieczna. Pamiętam, jak kiedyś podziwiając jedną z grafik komputerowych kolegi, usłyszałam od niego, że każdego dnia po ciężkiej pracy wraca do domu, siada przed komputerem i tworzy, tylko po to, by się odstresować. -Niektóre prace były do niczego- powiedział. Ale robił je mimo to, bo sama czynność go rozluźniała. Doprowadził w ten sposób warsztat do perfekcji, a wkrótce potem został poproszony o udostępnienie prac na publicznej wystawie w Londynie.

Marzenia są niczym, bez konkretnych kroków. A krokiem jest ćwiczenie umiejętności- zdobywanie warsztatu, który jest konieczny, by się rozwijać i robić nieprzerwany postęp. Oczywiście, czasem zdobycie umiejętności kosztuje, bo bez mistrza powielamy własne stare błędy. Tak jak lekkoatleta potrzebuje trenera, tak i każdy inny zawód musi mieć dostęp do konstruktywnych porad, dobrej i rzetelnej krytyki i słów, które ustawią nas na właściwym torze.

Dobrą wiadomością jest to, że mistrzowie mieszkają tam gdzie chcesz ich spotkać. Pisarze spotykają ich w książkach ulubionego autora, malarze w światłocieniu uchwyconym na płótnie Moneta, a niejeden coach więcej uczy się od klienta niż na drogim, rocznym kursie.

Bo tak naprawdę nie istnieje żadna szkoła czy kurs przygotowujący do szczęśliwego życia czy bycia własnym mistrzem. Marzenia są pięknymi, drobnymi nasionami w umyśle a plony zbierają tylko konsekwentni rzemieślnicy. Książki nie napisze się zrywem natchnienia, grafiki nie stworzy się po mocnej kawie. Droga od marzyciela do mistrza jest długą, żmudną i często nudną drogą na której niewiele się dzieje. Nie gra muzyka, nie słychać w oddali fanfar czy ptaków. Jest cisza. Tak zwykła i pozbawiona złotej oprawy. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się, że rozwój to nic innego jak powolna, metodyczna droga do której często trzeba się przymuszać, tak jak i do każdego innego, dobrego nawyku. Spełnione marzenie jest wtedy prezentem spotkanym przy okazji i po cichu, bez żadnych oklasków.

Nadchodzą zmiany…

Czym byłoby nasze życie bez ciągłych zmian i prób ulepszania rzeczy, które tworzymy? Byłoby ledwie przystankiem na którym utknęliśmy. Bo przecież życie wymaga od nas wysiłku, by posuwać się do przodu; by ewoluować łagodnie choć zauważalnie.

Brush mixing paint on palette


Uczucie, że czas najwyższy podjąć konkretne działania towarzyszyło mi już od ponad pół roku. Przez ostatnie miesiące natężyło się i zaczęło nęcić na tyle mocno i skutecznie, że nie było już odwrotu. Dałam się pochłonąć tej dzikiej burzy. Pewnego deszczowego dnia, patrząc w swe odbite w lustrze oczy, powiedziałam- dobrze Kama, czas na zmiany.

Zaczęło się od miejsca zamieszkania- zmiany z jednego pokoju na dwa, być może po to, by nauczyć się rozdzielać dwie ważne sfery na przestrzeń twórczej pracy i relaksu. Pierwsza zmiana ciągnie za sobą kolejne, bo to nieuniknione, że ledwie odkryta odwaga wymaga kolejnych spełnionych marzeń. Od dawna chciałam się przebranżowić, lub mówiąc prościej- zacząć w końcu robić to, co całe życie kochałam, a na co nie pozwalałam sobie w oficjalny sposób. Bo bycie twórcą jest niemodne, jest za trudne i zubaża materialnie.

Ach, gdybym dzisiejszą świadomość mogła mieć dziesięć lat temu, wybrałabym inną  drogę zamiast iść w zgodzie z trendem rankingów. Politologia? Dziennikarstwo? Czy z dzisiejszej perspektywy miały w ogóle jakiś sens? Zdezorientowana własnymi potrzebami i wymogami potencjalnych pracodawców, przez ostatnie miesiące ważyłam, porównywałam, myślałam i kalkulowałam, nie mogąc się zdecydować między drogim kursem psychoterapii a studiami podyplomowymi na wyższej uczelni. Tak jakby wybór miałby być ostatnią życiową decyzją. W takich wypadkach dobrze jest zagrać w kości, rzucić monetą lub zaufać przestrzeni. Świat i tak wie lepiej, co dla nas lepsze i wskaże drogę.

-Jak to, nie wiecie, czy kierunek powstanie?– dopytywałam kobiety, która po serii zadanych mi pytań ostrzegła że szkoła może nie zdecydować się na otwarcie kursu.
-Zgłosiło się za mało ludzi. Jest pani dopiero siódmą chętną, a rekrutacja kończy się lada dzień…

I to był ten złoty drogowskaz mówiący, że psychoterapia to nie ta droga i nie teraz. Kilka dni później otrzymałam informację, że studia podyplomowe na które aplikowałam zostały oficjalnie otwarte a ja- przyjęta. A to szkoła nie byle jaka i kierunek jedyny taki w całej Polsce. Wygrały marzenia, choć początkowo rozsądek brał górę- bo przecież po kursie znajdę nową pracę. Bo przecież zarobię. Bo to na czasie. Bo przecież to lubię. Ale czy lubienie wystarczy?

Tymczasem życie zweryfikowało moją motywację. Rób to, co kochasz, bo tego potrzebujesz najbardziej- mogłoby rzec. Będzie trudno, będzie kosztownie, ale koszty zawsze się zwrócą, nawet jeśli nie pieniężnie, to w formie umiejętności i uczucia satysfakcji. Oczywiście, że mam obawy, a było ich jeszcze więcej przed podjęciem wyzwania. Czy dam radę pogodzić pracę ze studiami? Czy nie padnę ze zmęczenia? Skąd wezmę pieniądze na czesne? Czy introwertyk poradzi sobie na podyplomówce wymagającej zaangażowania i przyjmowania częstej konieczności bycia liderem w grupie? Statystyki przeprowadzone w ramach badań społecznych pokazały, że to czego obawiamy się najbardziej, najczęściej się nie spełnia a pozostaje groźne jedynie w sferze myśli.

Nie umiem już nie tworzyć, nie umiem już nie pisać; słowa czasem same świdrują na liniach papilarnych dłoni i łaskoczą chcąc wydostać się spod skóry. Oczywiście, że będzie trudno. Bycie twórcą wymaga nie tylko kreatywności i twórczego wysiłku, ale również przedsiębiorczości, łapania okazji i rozbudowania sieci komunikacji. Halo, to ja! Tu jestem i robię to, czego oni nie robią! Jestem na studiach które uczą jak pisać, by słowem pisanym trafić do drugiego człowieka w dobie umysłów zalanych wszechobecną treścią.

I dlatego zmieniłam stronę.
Już nie Emocjonalna, lecz Emocjonalnie.
Skończyłam z prostą szarością by dać upust barwom nieprzerwanie tańczącym w skroni.
Dlaczego pędzle z farbami w nagłówku? Bo tym dla mnie jest rozwój osobisty- twórczością, kreatywnym życiem, zabawą i zdobywaniem nowych umiejętności. Zmienił się też adres strony, na szczęście nie musicie o tym pamiętać, WordPress robi to za Was. Po prostu podejmowanie decyzji obliguje do podejmowania coraz większej ilości działań. Własna domena była nie tylko chciana, ale i konieczna. Oby było Wam tu dobrze- tak jak mi w nowym życiu.

Dwie wredne Mordy

Zdołaliście zapewne zauważyć, że wpisów we wrześniu było mniej. Miały na to wpływ dwie rzeczy: cudza krytyka i stres. O tym jak te dwie niesympatyczne Mordy wzajemnie się łączą i na siebie wpływają miałam przekonać się w ciągu minionego miesiąca…

6304602962_4b46a762d2_b


Okej. Krytyka jest nieodłącznym elementem życia; potrafi być budująca i popychać naprzód o ile jest konstruktywna i rzetelna. Ale moja taka nie była, wręcz przeciwnie. Usłyszałam że jestem ZBYT idealistycznie nastawiona do świata, ZBYT łagodna, miła a co najgorsze- subiektywna. O tak! Bycie miłym i mającym swoje zdanie to paskudne cechy charakteru. Miłych ludzi trzeba tępić co by się nie rozmnożyli poprzez pączkowanie.

Za mało mięsa w pani tekstach– usłyszałam od redaktorki znanego internetowego portalu.

Pani jest idealistką a takie idealistyczne, opiniotwórcze teksty brzmią sekciarsko– powiedział redaktor innej strony.

Zainteresowania (wyczytuje redaktorka z mojego CV): wegetarianizm, prawa zwierząt, filozofia Wschodu, dietetyka… Same minusy. Przykro mi.

I wiele podobnych.

Pominę już sam fakt absurdalności zarzutów a skupię się na obserwacji własnej- niezależnie od źródła krytyki i sposobu w jaki zostanie przekazana, nie zdołamy jej udźwignąć jeżeli jesteśmy osobami mało zdystansowanymi, słabymi psychicznie, lub permanentnie zestresowanymi. Niewłaściwie przyjęta i nieprzefiltrowana krytyka będzie po prostu ciężarem uniemożliwiającym dalsze sprawne funkcjonowanie na polu na którym zostaliśmy pokrzywdzeni.

A ja do osób odpornych nie należę i w dodatku nieustannie się stresuję przez co psychiczny system immunologiczny bywa nadszarpywany w nadmiarze. I kiedy tak dzień co dzień czuję przyspieszone bicie serca i niemiarowy oddech, to po trudnym dniu, zasiadając w domu do biurka chciałabym choć przez chwilę poczuć jak odpływam. Zaufać temu, co palce wystukują na klawiaturze- nie oceniać, nie gonić, cieszyć się i trwać w akcie kreatywnego tworzenia. Nawet, jeśli nie jest niczym nowym, nawet jeżeli nie burzy zastanego porządku świata, nawet jeśli jest ckliwe i infantylne, to takie jest bo jest moje.

Po takiej krytyce nie dałam rady. Palce straciły giętkość; buntowały się przeciw choćby krótkiemu zdaniu wypisanemu w twórczym, niemal ekstatycznym szale. Umysł zasnął. Osunął się letarg produkując mechaniczną myśl- jak się nie wychylisz to cię nie zobaczą. A jak nie zobaczą, to jesteś bezpieczny.

Może i jestem wielką idealistką, marzycielką bujającą w niebieskich chmurach. Może nie napiszę dobrego reportażu, bo nie potrafię nie posiadać opinii. Może nigdy niczego nie wydam… Ale może w końcu, kiedy oddzielę cudzą krytykę od samej siebie zdobędę się na wierność i uczciwość względem dziecka, które siedzi w moim sercu. Stres je zabija. Powoli, początkowo niezauważalnie wkrada się do małego pokoju i zjada wszystkie nieładne, szmaciane zabawki. Aż pewnego dnia, nie ma już się czym pobawić. Stres zabija odporność, krytyka pozbawia wiary w talenty i życie nagle zaczyna być wieczną jesienią.

Strzeżcie się Mord, strzeżcie się wrednych Krytyków. Pamiętajcie, że brak wiary w samego siebie często wiąże się ze starą raną zadaną przez realną osobę. Zlokalizujcie ją w myślach a następnie odeślijcie do domu. A jeżeli przeżyliście trudny dzień lub doświadczacie sporo stresu zadbajcie o siebie. Wskazane remedium to ciepły koc, ulubiona herbata ze kolorowego kubka, mała słodycz, spacer, i dobra książka. I nie zapomnijcie siebie przytulić. Nic tak dobrze nie przepędza Mordy jak prawdziwa miłość.


Zdjęcie: Faisal Alrajhi, www.flickr.com

Piękni 30-letni (?)

Kim są dzisiejsi 30-latkowie? Co osiągnęli i jakie stawiają sobie zadania? Czy różnią się od 30-latków, jakimi byli nasi rodzice?

prison


Pokolenie obecnych 30-latków, to ludzie z rocznika 83, 84 a teraz także i 85 (ja sama). Zaczęłam ostatnio obserwować rówieśników, podpytując co robią, kim i z kim są, jak układa im się życie. Czasami nawet nie muszę pytać, wystarczy obserwować ich aktywność na facebooku i uważnie słuchać, by wyłapać to co między słowami i kolejnymi przechwałkami.

A więc kim jesteśmy?

Niestety przykro to przyznać, ale my 30-latkowie jesteśmy pokoleniem telemarketerów. Ludzi z potencjałem, pracujących na umowę o dzieło, umowę zlecenie czy niekończącą się umowę na czas próbny lub określony. Jesteśmy ludźmi o otwartych umysłach i szerokich horyzontach; ludźmi którzy uczą się szybko, bo tego wymaga od nas życie. Jednakże pomimo ogromu pięknych właściwości większość z nas wciąż nie wykorzystuje szans, które kiedyś się skończą. Boimy się wielkich wyzwań i podjęcia trudu, toteż często zaczynamy jako telemarketerzy i na tym stanowisku kończymy. Nie twierdzę też, że nie zdarzają się przypadki ambitnych osób. Zdarzają się i owszem! Wszak Golden line i Linkedin pękają w szwach od menegerów i CEO, lecz i tym nieobce są lęki i uniki, choć może na nieco innym polu niż zawodowym.

Zatem czego się boimy?

Skoro już upieramy się, że jesteśmy otwarci na zmiany i ambitni na tyle, by skakać po szczeblach kariery, to kosztem czego? 30-latkowie, którzy odnoszą sukcesy zawodowe częstokroć są osobami przerażeni wizją stabilności i zastoju. Są to więc niekiedy osoby bezdzietne, bez rodzin, bez stałych partnerów. A jeżeli partnerów mają, to boże broń, by coś im obiecywali, w myśl zasady, że są zbyt „wolni” by ich ujarzmić.

Osoby, które w wieku 26 lat i wyżej zdecydowały się założyć rodziny, są to zwykle osoby w wychowane w tradycyjnym domu, u rodziców na etacie. To są właśnie ci przerażeni zdobyciem tego o czym marzyli, więc pocieszają się wizją sielskiego domku i stałej umowy o pracę. Wszak ta daje możliwość wzięcia kredytu hipotecznego, a gdy już się go ma, to nie w głowie wielkie zmiany i podróże dookoła świata.

families

Zbyt proste?

Myślicie, że stosuję czarno białą kliszę ocen? Być może jesteśmy pokoleniem czarno- białym? Albo kredyt-rodzina-spokój, albo kariera-partnerstwo bez zobowiązań?

Piszę o tym, co widzę, a widzę że przynajmniej setkę znajomych z facebooka mogę właśnie w jednej z owych kategorii umieścić. Kilka moich znajomych z liceum i podstawówki robi zawrotną karierę. Na pytanie o życie osobiste, milkną lub odpowiadają, że nie ma o czym mówić. Wielu z nich wychowało się w bogatych domach; są dziećmi rodziców, którzy wzbogacili się na kapitalizmie i otwartym rynku. Są nauczeni by inwestować w siebie; bywają rozpieszczeni hojnością domu, toteż teraz pewni siebie biorą co chcą, lecz niekoniecznie chcą dawać- zwłaszcza na polu uczuciowym.

Z kolei inni wciąż każą mi oglądać swoje pociechy na tablicy facebooka, informując jednocześnie: „Agnieszka K. i Tomasz Z. zaręczyli się”, lub „Anna J. i Krzysztof F. są w zwiazku małżeńśkim”. Co robią, poza braniem ślubów i rodzeniem dzieci? A no nic szczególnego. Takie tam- nauczycielka po filologii, on w jakiejś dużej firmie budowlanej jako inżynier, stała posada, kredyt we frankach, są śliczne dzieci więc jest dobrze.

Wolni 30-letni

Nieodzowną cechą nas, 30-latków jest umiłowanie wolności o której trąbimy na lewo i prawo. Jesteśmy pokoleniem spuścizny solidarności i walki o wolność. Więc musimy być wolni. Jesteśmy wolni. Jesteśmy zbyt wolni: na kredyt we frankach i zbyt wolni by brać ślub. Jesteśmy zbyt wolni by pracować w korpo i zbyt wolni by pracować na etat, przeto zachwycamy się comiesięcznym przelewem od rodziców, lub stałą pożyczką od przyjaciół, co by nie jeść suchego chleba. Lub, jeśli mamy szczęście i zdolność kredytową, bierzemy kredyt pod inwestycję, która pada w ciągu czterech lat. Jesteśmy zbyt wolni by jadać w sieciówkach i zbyt wolni by wracać na studia i poświęcać czas na to by zmienić swoją teraźniejszość, która ma kluczowy wpływ na przyszłość. Jesteśmy tacy wolni!

Wolność jest cudowną przykrywką lęku. Boimy się zaangażowania i boimy się zamkniętych furtek, które przecież otwierają inne. Wszak wolność mieszka w umyśle a to oznacza, że wolnym można być wszędzie i z każdym. Pytanie tylko, czy samemu damy sobie do tego prawo, czy zrzucimy je na karb zewnętrznych warunków. Jedno jest pewne- trzydziestolatkowie sprzed dwudziestu i trzydziestu lat byli bardziej zaangażowani w życie, przeto i w związki. Mieli bardziej spójny system wartości, który nawet jeśli ulegał zmianie to dlatego, że wymagały tego warunki. My 30-latkowie również jesteśmy elastyczni, a jakże. Może nawet za bardzo. Świat wymaga od nas elastyczności na każdym polu, toteż elastycznie traktujemy życie pozbywając się własnego systemu wartości. A jeżeli go mamy, to bywa niespójny i daleki od prawdziwego życia. Nazywamy go wówczas idealizmem.


Zdjęcia:
1. madworldnews.com
2. www.leicesterpsychotherapyandcounselling.co.uk