Archiwa tagu: spełnienie

Opuść patriarchat mądra kobieto

kobieta


Blog trochę podupadł w swej regularności, czemu winna jestem ja sama, jego autorka. Zaniedbałam stronę- przyznaję- wpisy powinny pojawiać co najmniej raz w tygodniu, wskutek roztargnienia rodziły się jednak rzadziej. Jak to bywa w życiu emocjonalnej kobiety, emocje żądzą jej kruchym życiem, niby właściciel marionetek posłusznie zawieszonych na cienkich lecz długich sznurkach. Toteż poruszały i mną, odwracając uwagę od niektórych ważnych spraw zewnętrznych.

Śpieszę od razu wytłumaczyć, że czas ten nie był czasem lenistwa. Bynajmniej! Był to czas pisania, rozmyślań nad życiowymi celami, pracy terapeutycznej i powrotu do korzeni. Tych rosnących głęboko pod psychiczną, gliniastą ziemią, gdzie zawiera się cała przeszłość i przyszłość jednocześnie.

Książki sprzyjające rozwojowi

Czas sprzyjał czytaniu i poszukiwaniu książek i artykułów o kobietach, matriarchacie, Animusie w kobiecej psychice i rozwoju kobiecości w ogóle. Ze smutkiem muszę jednak stwierdzic, że na temat rozwoju kobiecej jaźni nie poświęcono zbyt wiele uwagi, a jeśli już to pobieżnie i zero-jedynkowo. Oprócz „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes udało mi się jeszcze dotrzeć do „Kobiecości w rozwoju” skandynawskiej analityczki ze szkoły Junga Pii Skogeman oraz „13 pierwotnych matek klanowych” Jamie Sams. Są również książki, które zawierają wszystkie wyżej wymienione elementy, choć ich treść traktuje je wyrywkowo; nie było bowiem celem autorów skupić się na tychże tematach. I na tym bazując mogę dodać:„Drogę Artysty”, Julii Cameron, „Być kobietą i nie zwariować” Katarzyny Miller oraz „Kobietę bez winy i wstydu” Eichelbergera. 

Ku własnej i innych uciesze dowiedziałam się także, że nasza polska Katarzyna Majak pracuje nad książką przedstawiającą portret 29 uduchowionych kobiet, żyjących niekonwencjonalnie, czyli w zgodzie z cyklami Ziemi i Natury a także z dawną starosłowiańską tradycją- obecną niegdyś jeszcze przed chrześcijaństwem i rozwijającą się równolegle, choć nie za społecznym przyzwoleniem.„Kobiety Mocy”, to książka społeczna- powstająca na zasadzie wspólnych wysiłków i zbierania funduszy. Autorka ponadto inwestuje w żywy przekaz- powstają publiczne wystawy zdjęć 29 bohaterek, organizuje warsztaty dla kobiet, które chciałyby bliżej poznać Kobiety Mocy- Czarownice, Pustelniczki, Uzdrowicielki, Zielarki, Indianki i Szeptuchy i dotrzeć do samych siebie- jeszcze nie do końca uświadomionych czarownic, zapomnianych przez lata kultury, która nie sprzyjała rozwoju duchowości.

Bo w istocie, my kobiety, posiadamy te wszystkie cenne właściwości, choć wiele z nas jeszcze nie dotarło do ich prawdziwego, głębokiego źródła, które bije pod gorącym sercem. Wszystkie jesteśmy uzdrowicielkami, marzycielkami, artystkami i mistyczkami. Bardziej niż mężczyźni żyjemy bliżej ziemi i natury, bo ta jest kobietą. Ona rodzi, ona łapie w objęcia, przytula i pozwala umrzeć temu co przyszło. Nikt lepiej niż my nie zrozumie cykliczności, prawa rodzenia i odchodzenia. Jesteśmy intuicyjne a jeżeli dobrze kierujemy wewnętrznym rozwojem i integracją tego co męskie i żeńskie, to również mądre i doświadczone.

Rozwój a społeczeństwo i kultura 

Dla każdej z kobiet głęboki, świadomy rozwój dążący do pełni rozpocznie się w innym okresie życia. Dla jednych będzie to wczesna młodość lub dzieciństwo, o ile kobiecie sprzyjają warunki i kultura, dla innej będzie to wiek średni lub okres menopauzy. Czasem jednak impulsem popychającym do rozwoju własnej kobiecości jest całkowita niezgoda na patriarchat w którym niestety wciąż żyjemy. „Kobiety są dla mężczyzn, kobiety powinny być takie jak życzą sobie mężczyźni, życie kobiety bez mężczyzny jest jałowe i puste”. Pisząc te słowa, obecne w nawykowym myśleniu wielu jeszcze kobiet, rodzi się we mnie głęboki bunt. Bo kobieta nie jest dla mężczyzny i sama w sobie jest całkowita i pełna. Nie umrzemy bez mężczyzny, nie musimy mieć obrączki na serdecznym palcu ani gromady uśmiechniętych dzieci by być spełnioną kobietą.

Niektóre kobiety tak bardzo dotknięte tym schematem, starają się na siłę udowodnić światu że tego nie potrzebują i wykształcają w sobie szereg cech typowo męskich, zapominając o kobiecie w sobie. A nie o to przecież chodzi! Nie w skrajnościach siła, lecz w pełni, równowadze i całkowitej harmonii. Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z wilkami” wielokrotnie zwracała uwagę czytelniczkom, by znaleźć mężczyznę dojrzałego, który rozumie dzikość i kobiece instynkty. „Znajdźcie mężczyznę, który rozumie(…)”, to jeden z pierwszych kroków, by wyrwać się z patriarchatu.

Potrzeba samodzielnego myślenia

Na szczęście są mądrzy mężczyźni, tuż obok nas; mężczyźni dojrzali, doświadczeni, wychowani przez mądre i świadome kobiety. Wojciech Eichelberger w wielu książkach pisze o potrzebie wyrwania się z patriarchatu, wskazując jednocześnie na przykre skutki poddawania się bezmyślnej choć niekiedy bardzo utajonej dyktaturze mężczyzn.  I nie myślcie, że będzie łatwo. Bo ludziom nie na rękę nasze wyzwolenie. Często będziemy postrzegane jako niepokorne buntowniczki, również przez same kobiety, co to inwestują energię i własny potencjał w piękne, wabiące równie pięknych rycerzy powierzchowne zamki, zamiast w Czarownicę żyjącą tuż pod naskórkiem… Ludzie, którzy słuchają (lecz nie slyszą) o czym mówię, myślą, że stałam się feministką, lecz jest to całkowite niezrozumienie i uproszczenie. Bo rozwój kobiety nie jest feminizmem. Feminizm był ledwie zaczątkiem, krzykiem który utknął w martwym punkcie. Pełen rozwój polega na całkowitym zrównoważeniu tego co żeńskie, jak i tego co męskie w sobie samym.

Przeczytaj także:


Zdjęcie: kobieta.wp.pl

Moment graniczny

Pieniądze są doskonałą wymówką by odkładać życie na później. Bo podróże są za drogie, podobnie jak kurs montażu czy koncert światowej sławy muzyka. I tak żyjemy niepełnie, po łebkach i na pół gwizdka aż do momentu krytycznego w życiu, który nagle uzmysławia, że albo teraz albo nigdy-zaczniemy nareszcie żyć.

parachute-jump-wallpaper


Moment krytyczny

Moment krytyczny, lub inaczej moment graniczny w życiu człowieka, jak nazywają go psychologowie, to sytuacja zagrożenia, która wymaga od nas całkowitego przewartościowania świata i poglądów. Większość z nas doświadczyło już takiej chwili, lub jest dopiero przed nią. Może nią być śmierć bliskiej osoby, rozwód, utrata pieniędzy lub zdrowia czy poważna choroba. Może nią być również wydarzenie lżejszej wagi, choć dla przeżywającego o wiele bardziej znaczące.

Co to oznacza? 

W chwili totalnego zagrożenia i przesytu lęków i obaw mogą wydarzyć się dwie rzeczy. Albo staniemy się ich ofiarą i zaleje nas fala smutku i depresji, albo wykrzesamy z siebie właściwości wojownika i zaczniemy walczyć o życie, przestrzeń, wolność i marzenia. Jeżeli wygra drugie, to zaczniemy nareszcie brać los we własne ręce. Tak oto w najtrudniejszych życiowo sytuacjach zdajemy sobie nagle sprawę, że nikt nie może nam pomóc, a jedynie my sami. Widzimy, że posiadamy wszystkie narzędzia by pomóc sobie i że jeżeli nie będziemy przyjaciółmi dla siebie, to inni też nie będą. Tak więc po doświadczeniu momentu granicznego wracamy na studia, podejmujemy nową pracę, lub wręcz przeciwnie- rzucamy tą która głęboko nas unieszczęśliwiała. Wyruszamy w podróż, tą zewnętrzną jak i mentalną by odkryć prawdę o sobie.

Przed i po

Próbujemy nowych rzeczy, przekraczamy własne granice i wychodzimy naprzeciw światu, który przedtem wydawał się mieć ostre zęby. Wybieramy oszczędności z konta i zaczynamy robić wszystko czego chcieliśmy, choć zawsze odkładaliśmy na później. Dobrym przykładem są tu ludzie, którzy pokonali raka. Sama znałam jeden taki przykład- kobietę przed chorobą i kobietę po chorobie. Po pokonaniu raka życie nabrało na intensywności, w myśl zasady, że jutro może nie nadejść. Wszak rak, nawet pokonany jest jak bomba z opóźnionym zapłonem. Prawdopodobieństwo nawrotu choroby jest większe niż się przypuszcza a jak rak wraca to z impetem atakując cały organizm a nie tylko jeden wybrany organ.

Życie pełną piersią

Po trudnych doświadczeniach dostrzegamy, że pieniądze nie są przeszkodą by żyć pełniej i nigdy nie były. Bo prawdziwe życie wydarza się w teraźniejszości a my decydujemy o sposobie jego przeżywania. Każda chwila jest jedyna i wyjątkowa, bo nikt nam jej nie zwróci. Przestajemy liczyć się z opinią świata i dbamy o autentyczność względem siebie, wiedząc że w ostateczności tylko przed samymi sobą będziemy się rozliczać. To jak przeżywamy świat jest po części nawykiem, genetycznymi predyspozycjami czy skutkami wychowania ale ostatnie słowo zawsze należy do nas. To my podejmujemy decyzję, czy żyjemy najlepiej jak potrafimy i na przekór przeciwnościom, które w konsekwencji zmiany toku myślenia mogą stać się najlepszymi przyjaciółmi. To my decydujemy czy jesteśmy szczęśliwi. A nie warunki. I nie pieniądze.

Trudno to zrozumieć, kiedy w życiu nie wydarzyło się coś, co by nami potrząsnęło. Co zaskakujące, niektórzy właśnie takiej terapii szokowej potrzebują po to, by odrzucić wszelkie koncepcje i pomysły na temat życia, doświadczenia i marzeń. Nie ma żadnej przeszkody by spełniać marzenia i nie ma żadnych granic w ludzkim życiu. Największą przeszkodą może być jedynie zamknięty i przestraszony umysł. Wszak, „jest on jak spadochron. Nie działa gdy jest zamknięty”.


Zdjęcie: www.youwall.com

Jak nie TERAZ, to kiedy?

0 (1)

Pewnie NIGDY. Bo przyszłość nie istnieje. Jeszcze nie nadeszła i prawdopodobnie będzie inna niż się spodziewamy. Warunki będą gorsze, niż byśmy sobie życzyli. Zawsze będzie nie tak i ostatecznie zostaniemy zawieszeni w potencjalnie istniejącej przyszłości, która gdzieś jest; kiedyś nadejdzie a może nie.


I tak oto w ten sposób skazujemy się na cierpienie czekania. Budowania wymarzonego życia  w głowie. Żyjemy więc jak duchy czy zjawy prowadząc iluzoryczne życie, dalekie od prawdziwego doświadczania rzeczy. Nigdy nie będzie lepszego czasu na zmianę, działanie, spełnianie marzeń jak nie TERAZ. 

Prawdopodobnie wielokrotnie odkładałeś marzenia na bok, mówiąc że kiedyś przyjdzie odpowiedni czas. Zapewne będą lepsze warunki- ludzie będą mieli wobec Ciebie mniej oczekiwań, będziesz bogatszy, bardziej doświadczony. Czas będzie sprzyjał a Ty nabierzesz chęci i rozwiniesz właściwą motywację.

Prawda jest jednak taka, że nigdy nic nie będzie… bez Twojego osobistego udziału. Rzeczy nie dzieją się same- trzeba im pomóc, wziąć je w garść i uczynić takimi jakimi chcesz by były! Życie nie układa się samo- to Twój czas i Ty masz ułożyć go w sposób, który zapewni Ci szczęście. Na tym polega wolność, dojrzałość i niezależność.

Jako ludzie żyjący w demokratycznym świecie, jesteśmy wyposażeni w dwie wspaniałe rzeczy:

  • możliwości
  • wolną wolę

Te dwa czynniki są źródłem osobistej wolności, dzięki nim bowiem dokonujemy wyboru w najmniejszym choćby momencie życia. Wybieramy- czy tolerujemy życie takim jakim jest, czy raczej chwytamy w dłonie cugle dzikiego konia i mówimy mu dokąd pognać.

Z doświadczenia wiem, że nieustanne odkładanie rzeczy na później wytwarza kiepski nawyk unikania odpowiedzialności. Jedyne co rozwijamy, to strach i lenistwo. Boimy się tego co może nas spotkać, boimy się działania, zmiany życia, ciężkiej pracy w drodze do celu a nawet własnego szczęścia, bo w gruncie rzeczy kochamy ten nasz mały smuteczek, utwierdzający w słodkim nicnierobieniu. Nonsensem jest mówienie „jutro, za pół roku, za rok”. Nigdy nie będzie bardziej odpowiedniego czasu niż TERAZ. Jeżeli już dziś chodzi nam coś po głowie, to znak, że własnie oto zeszły się idealne warunki by to zrobić.

Boimy się trudności… Oczywiście. Bo jak każda istota żyjąca na planecie zwanej Ziemią chcemy uniknąć cierpienia i porażek. Z tym że, porażki są nieodłącznym elementem życia- podobnie jak śmierć i choroba są częścią ludzkiej egzystencji. Będzie trudno, czasem zaboli. Ale każdy krok naprzód, doświadczenie, zrobienie, działanie lub opuszczenie strefy własnego lenistwa i komfortu będzie częścią Twojego osobistego rozwoju.

Odkładanie na później niczego nie zmieni. Spowoduje jedynie gorycz w momencie, kiedy zobaczysz, że faktycznie warunki przeminęły a na pewne rzeczy jest za późno. Działanie TERAZ może przynieść Ci wszystko. Będzie to jak użycie narzędzia, którego nie znasz, a nieznany i ryzykowny rezultat nadejdzie dopiero za pewien czas. Może to będzie coś dobrego i pięknego a może nie. Życie pełne jest niespodzianek, jednak podążanie własną drogą sprawia że częściej doświadczysz miłych niespodzianek niż przykrych. I nie powiesz, że nie próbowałeś. Życie jest doświadczeniem. A doświadczenie każdego, choćby małego detalu w jego procesie jest wewnętrznym bogactwem. 

Zadanie na DZIŚ:

Zrób trzy małe rzeczy, które zawsze chciałeś zrobić, lecz stosowałeś wymówki „nie, bo…”.
To mogą być drobnostki takie jak zaproszenie kogoś na kawę, kupienie ogromnej muffinki czy założenie bloga. Zrób to dziś. Bez wymówek! A potem zobacz jak się z tym czujesz, zapisz to. Następnym razem, gdy będziesz wzbraniał się przed działaniem, odczytaj raz jeszcze jakich uczuć doświadczałeś. Powodzenia!

Zdjęcie:
1.) wethinker.com

Zabawa w rollercoaster

roller-coa

Zawsze zastanawiało mnie czy konstruktywniej będzie zajmować się własnym emocjami w celu ich rozpracowania, czy może lepiej gdy nie zwraca się na nie uwagi, wierząc że pozostawione samym sobie rozpuszczą się niczym poranna mgła unosząca się nad mokradłami.


Jak zapewne zauważyliście, ostatnio jest mniej wpisów. I mniej emocji. To celowy zabieg. Chciałam sprawdzić, co się wydarzy, jeżeli mniej czasu będę poświęcać własnym uczuciom- czy ziemia się zatrzęsie, czy świat się skończy a może oddzielę się od siebie nie wiedząc już właściwie czego pragnę. Nic z tych rzeczy. Przede wszystkim widzę, że jest więcej spokoju i odrobinę więcej radości. I co najważniejsze- mniej wewnętrznych dramatów. 

Ostatnio tak mocno zaangażowałam się w zabawę z emocjami, że większość książek, które czytałam pochodziła z obszaru psychologii. Uczyniłam ze swego życia nieudolną terapię, która powodowała że wzięłam uczucia na poważnie, zapominając o fakcie ich przemijalności. A emocje brane zbyt poważne powodują dużo cierpienia nie tylko nam samymproducentom, ale także odbiorcom- całemu światu, który się na nas otwiera. 

Mój wniosek jest następujący. Uczucia przychodzą i odchodzą. Pozwalanie by zawładnęły naszymi reakcjami i pragnieniami jest zaprzeczeniem inteligencji emocjonalnej. Przekonanie, że każda myśl ma znaczenie, powoduje że przestajemy być panami własnego losu a zaczynami być biernymi żyjątkami które jak suchy liść miotane są przez wiatr na różne kierunki. Posiadanie zbyt małego dystansu do własnych emocji oddziela od świata i czyni wrogów z ludzi, w efekcie czego niczym paranoik zaczynamy twierdzić, że świat sprzysiągł się przeciw nam. Pozostawmy więc terapię psychoterapeutom, w końcu muszą na czymś zarabiać, a my sami cieszmy się życiem- tym co jest, niezależnie czy wydaje nam się to dobre czy kiepskie. Bo i zło i dobro jest ledwie koncepcjami- ocenami stworzonymi w umyśle i jakkolwiek trwałe by się nie wydawały i tak przeminą.

Także blog może odrobinę się zmienić. Jako wielbicielka wszelkiej formy pisanej będę wciąż pisać o literaturze, ale na razie z psychologią daję sobie spokój. Dziękuję za wyrozumiałość 🙂

 

Zdjęcie: naningisme.wordpress.com

 

Zakochaj się w rzeczywistości

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Często w swoim życiu doświadczałam uczucia, że bez aprobaty i akceptacji innych zginę lub stanę się nikim. Ale czy to prawda? Czy faktycznie człowiek bez uwagi ze strony społeczeństwa zginie? Czy aprobata jest tak samo ważna jak powietrze i woda?


Oczywiście, że nie. A najlepszym dowodem na to, jest fakt, że nie uzyskując aprobaty ze strony osób na których nam zależy, nadal żyjemy i mało tego- mamy się całkiem nieźle! Ba! Niektórzy nawet bez skrupułów pokazują nam, że nie lubią naszego towarzystwa a mimo to my nadal żyjemy i chodzimy po świecie. Czym jest zatem nieustanna potrzeba akceptacji ze strony społeczeństwa?

Niczym innym jak wołaniem o akceptację samego siebie, bo wszystko co projektujemy na świat jest naszym lustrzanym odbiciem. Wszystko co kierujemy do drugiej osoby, jednocześnie możemy skierować ku samemu sobie i będzie to tak samo prawdziwe.

Tytuł książki, który widzicie na zdjęciu („Kłamstwa o miłości. Jak przestać zabiegać o miłość, aprobatę i uznanie, aby w końcu je znaleźć”) jest banalny i trąci tanim romansem, podobnie jak ckliwa okładka w serduszka. Niech was jednak to nie zniechęci. To Byron Katie. Mądra i doświadczona kobieta o której pisałam wam już wcześniej. Wymyśliła ona metodę zwaną „The Work” i polega na zakwestionowaniu myśli, które nas unieszczęśliwiają. Metoda jest prosta bo polega na zadaniu czterech prostych pytań  a następnie na odwróceniu pierwotnej myśli tyle razy ile jesteśmy w stanie. Kolejnym krokiem jest znalezienie dowodów na to, że myśl po odwróceniu jest równie „prawdziwa” jak pierwotna, dzięki czemu widzimy, że jest prawdziwe tylko to w co chce wierzyć umysł. Poza tym, niektóre odwrócenia myśli kierują uwagę w naszą stronę- do naszego wnętrza. Zobaczcie:

„Potrzebuję ich miłości”.
1. Czy to prawda?
2. Czy jesteś absolutnie pewien, że to prawda? ( dlaczego jej potrzebujesz? a jeżeli jej nie otrzymasz, to co się stanie? jaki jest najgorszy scenariusz?
3. W jaki sposób reagujesz, gdy wierzysz w tę myśl? (opisz swoje uczucia)
4. Kim mógłbyś być, gdybyś nie wierzył w tę myśl (opisz jak wygląda twoje życie, gdy nie towarzyszy ci stresująca myśl)

A teraz odwróć to, np tak:
– ” Nie potrzebuję ich miłości”
-„Potrzebuję swojej miłości”
I udowodnij, że te dwa odwrócenia są prawdziwe. Podaj po trzy przykłady, że jest tak, jak w powyższych dwóch zdaniach.

To co prezentuje Byron Katie jest nauką życia w zgodzie z rzeczywistością. Nie bez powodu, jedna z książek Katie nosi tytuł „Kochaj co masz”- dokładnie tego uczą jej lektury. Akceptacji i radości z tego, co jest i zwracania się ku swojemu wnętrzu, bo tam znajdują się odpowiedzi na wszystkie pytania. To nie ludzie nas unieszczęśliwiają. Robimy to sami wierząc, że ludzie powinni być dla nas dobrzy, mili, kochający, szczodrzy, hojni, uczciwi a my powinniśmy być piękni, bogaci, szczupli, charyzmatyczni, śmiali, nieskrępowani, inteligentni i dowcipni. Jeżeli brakuje nam jakiegoś z wyżej wymienionych elementów mamy doskonały powód by karać się i biczować do końca życia. Książki Katie pokazują, że jedyną osobą, która może cię unieszczęśliwić jesteś ty sam, więc powiedz sobie stop i nie dawaj wiary swoim frustrującym myślom. Kochaj co jest. Kochaj rzeczywistość.

Najbogatsi są ci, którzy niczego więcej nie potrzebują, nawet jeśli mają niewiele.

Jeżeli chcesz więcej poczytać o Byron Katie:
https://eemocjonalnaa.wordpress.com/2014/04/27/jestes-tym-co-myslisz-o-sobie/

 

 

 

Moc dystansu

wioska

Czasem niewiele trzeba aby zobaczyć życie na nowo. Niekiedy wystarczy zostawić wszystko za sobą, przestać biec lub spuścić z tonu. Dystans umożliwia zobaczenie rzeczywistości takiej jaka jest, bez nadawania jej zbędnych kolorów.


Dlatego warto czasem wyjechać, zmienić otoczenie, pobyć z kimś innym, lub po prostu pobyć z samym sobą. Nic tak nie napełnia umysłu dobrymi wrażeniami jak krótki wyjazd, choćby weekendowy. Wspaniałe w naszej Polskiej Krainie jest to, że w ramach kościelnych świąt, dostajemy w gratisie wolne od pracy. A o wyznanie nikt nas na szczęście nie pyta. Gdyby pytali i na tej zasadzie przyznawali dni wolne, ateiści byliby najciężej pracującymi obywatelami.

Zmieniając atmosferę, porzucamy utarte nawyki myślowe i otwieramy się na doświadczanie. Słuchanie. Poznawanie. Nawet, jeśli jest to miejsce do którego powracamy stale, już od wielu lat.
Dla mnie najtańszym i najprostszym sposobem na oddech jest wyjazd na wieś do rodzinnego domu. To jak wyłączanie stopera i życie w zgodzie ze starym, przedwojennym zegarem, w którym zastygają w bezruchu wskazówki na szklanej tarczy. Kilka dni spędzonych w małej, nadwiślańskiej wsi uspokaja wiecznie zapracowany umysł; oddech zwalnia, rytm serca dostosowywuje się do prowincjonalnego ruchu mieszkańców a oczy zaczynają widzieć- nie tylko patrzeć.

Kilkukilometrowa wycieczka po polnych drogach, starym kremowym holendrem jest wówczas najlepszą z rozrywek, podobnie jak wyjście po mleko do małego sklepu, w którym kolejka zawija do skrzypiących, nigdy nienaoliwionych drzwi. A kolejka jest istnym sprawdzianem cierpliwości. W takim miejscu nie przeszkadza ani stara kasa fiskalna ani powolna, sprzedająca pani w białym, PRL-owskim fartuchu. Wręcz przeciwnie. Dzieciństwo zamknięte w fantazyjnych obrazkach, zaczyna ożywać z pełną mocą, gdy widzię, że na wsi w której dorastałam, niewiele się zmieniło. Dla mnie, mieszkanie tu było zaledwie poczekalnią, a dla innych jest to cała historia życia z osobliwymi anegdotami, niczym z „Opowieści Galicyjskich” Stasiuka. 

Nie bez powodu wielcy medytujący udawali się na odosobnienia. Zaszywali się w gęstych lasach, chowali w jaskiniach. Kiedy pozbywasz się wygód i odcinasz od tego co znasz na codzień, wyostrasz zmysły i przecinasz stare schematy myślowe. Zaczynasz żyć a przestajesz szukać jego sensu, wiedząc, że żadne poszukiwania nikogo nie doprowadziły do rychłego celu. Dopiero porzucenie pragnień i zmagań pozwala osiągnąć cel.

„Nie ma drogi do szczęścia. To droga jest szczęściem”.

 

 

Prowincjonalia

żabianka

Kto mieszkał w małym mieście ten zna uczucie bycia puzzlem małej, miejskiej układanki. Bycia czyimś sąsiadem. Bycia znajomym przechodniem. Stałym klientem i znajomą twarzą.


Żabianka. Małe miasto w wielkim mieście. Część Trójmiasta, ale i odrębna planeta, która żyje swoim tlenem i tętni specyficzną krwią. Pachnie starością i socjalizmem. Kocha starych ludzi, przygarnia studentów AWF. Bezpieczna, bo daleka od serca Gdańska. Jest zaledwie jego granicą, niepotrzebnym organem niczym wyrostek robaczkowy czekający na usunięcie.  Ale ma też swój, niepowtarzalny klimat prowincjonalnej oazy.

Polubiłam Żabiankę bo polubiłam być nieanonimowa.
Czasem nieśpiesznie przechadzam się po tej ciekawej okolicy by poczuć się częścią mikroświata. Zaglądam do znajomego warzywniaka, w którym czeka na mnie sok marchwiowy. Odwiedzam drogi, osiedlowy spożywczak, w którym burczące otyłe panie pakują mi jak co wtorek naleśniki z twarogiem. Odwiedzam second-handy, choć panie w nich pracujące, nie mają pojęcia czym jest second-hand. I wcale nie chodzę bo mam pustą szafę. Chodzę, bo spotykam tam dzieciństwow plotkujących kobietach w średnim wieku, które dzielą się przepisami na chleb bez drożdży. I lubię słyszeć, że dobrze że przyszłam bo jest bluzka rozmiar 36. Bibliotekarze znają moje miłości i zaburzenia przestrzenne; wiedzą  między jakie regały trzeba mnie pokierować a od jakiegoś pół roku przestali naliczać kary za przetrzymywanie książek. Przyzwyczaili się, że zwracam. Z opóźnieniem, lecz zwracam.

Przyklejamy się do miejsc, ludzi i klimatu stając się jego tłem i kimś na swoim miejscu. Im więcej nawiązanych relacji tym trudniej odejść. Trzy i pół roku temu przeprowadzając się na Żabiankę, dziwiłam się, że ktokolwiek jest w stanie wytrzymać życie w ciasnej, starej dzielnicy. Tymczasem ludzie rodzą się tu, dorastają, kochają, starzeją, umierają- z dala od serca miasta, zadowalając się jedynie jego cienkim, ginącym naskórkiem. Tworzą enklawę lokalnej społeczności, dostępnej dla podobnych sobie i w tym znajdują swoje miejsce i spokój. Jest bar mleczny dla głodnych pracusiów. Wegebar dla pro-eko studentów. Jest cotygodniowa wystawka starych książek pod małą kwiaciarnią i chuda pani na deptaku, co niezmiennie sprzedaje opadające kielichami w dół tulipany.

Takie miejsca się nienawidzi i kocha jednocześnie. Kiedyś przeklinałam Olsztyn za jego nieznośną prowincjonalność, a teraz znów osadzam się w podobnej atmosferze kurzu, betonu i małomiasteczkowości. Z tą różnicą, że pachnie tu morzem. A tam gdzie morze, tam zawsze widzę wolność.

Znajdź sobie mentora!

brendon-burchard-total-product-blueprint

Nie namawiam was do zapisania się do żadnej sekciarskiej grupy, ale szczerze zachęcam, by każdy z was znalazł sobie mentora. Kogoś za kogo radami podążycie do czasu aż staniecie się samodzielni, niezależni i rozwiniecie w 100% własny potencjał.


Po co nam „guru”? Po to by móc się na kimś wzorować. Nic tak nie podnosi naszej motywacji i produktywności jak podążanie za dobrym autorytetem. Wzorowanie się na drugim człowieku, który osiągnął to, do czego sami dążymy, pozwala nam uniknąć wielu błędów na ścieżce do celu. I co najważniejsze- skraca drogę. Dobry mentor potrafi wzbudzić entuzjazm do pracy, motywuje do wysiłku i jest najlepszym przykładem, że stosując polecane przez niego metody, osiągniemy sukces. 

Możecie mieć jednego mentora, ogólnożyciowego. Możecie też mieć kilku, w zależności od potrzeb. Wszystko co doprowadzi was do celu i będzie jednocześnie przynosić wam radość, będzie dobre. Jak poznać dobrego „guru” i kto to właściwie mógłby być?  Dobry „guru”, to taki, który współgra z waszymi właściwościami. To ten, z którym łatwo wam jest się utożsamić. To ten, z którym jest „chemia”. Jeżeli czujesz radość i entuzjazm w jego obecności, czytając jego książki, czy słuchając jego rad, a jednocześnie masz pewność, ze człowiek ten zrealizował to o czym mówi, to wiedz, że to właściwa osoba za którą możesz pójść.

Nie każdy potrzebuje mentora. Niektórzy z was są już zapewne tak bardzo rozwinięci, że nie potrzeba wam nikogo, za kim mielibyście podążać. Mentor, to dobre rozwiązanie do czasu aż zrealizujemy siebie, aż staniemy się szczęśliwi i będziemy w stanie samodzielnie wykorzystywać własny potencjał. Nie potrzebujemy nikogo poza sobą by być szczęśliwymi ludźmi. Ale by być szczęśliwymi, musimy mieć zaufanie do własnego umysłu- do naszego potencjału, zdolności i kompetencji i co chyba ważniejsze- musimy wiedzieć jak te kompetencje wykorzystać aby przyniosły oczekiwane rezultaty.
Nie każdy jest jednak takim szczęściarzem, który wie jak z punktu A dojść do odległego punktu B. Ale dobrą wiadomością jest to, że dzisiejszy rynek psychoterapii i coachingu oferuje całą paletę możliwości osobistego rozwoju. Gorąco zachęcam was, do coachingu. Znajdźcie sobie dobrego coacha, odpowiedzcie sobie na najważniejsze pytania i przy pomocy mądrych i doświadczonych ludzi idźcie prostą drogą do celu.

Na filmie widzicie Brendona Burcharda. Człowieka, który mnie fascynuje, całkowicie przekonuje i popycha do efektywnego działania. 

Zatańcz w deszczu!

dance

Ile razy nie zrobiłeś czegoś w obawie przed konsekwencjami?  Ile razy wcisnąłeś pedał hamulca w strachu przed oceną ze strony świata?  To nie świat cię hamuje, robisz to ty sam.


Znasz zapewne to uczucie, że bardzo czegoś pragniesz, ale powstrzymujesz się przed działaniem, z powodu paraliżującego lęku związującego dłonie niczym mocny sznur sztywnych koncepcji i nieprzyjemnych opinii?
Boimy się ludzi, ich wolności wypowiedzi, szorstkich słów i krzywdzących opinii. Nie tańczymy w deszczu, bo nie chcemy być postrzegani jak wariaci czy ludzie z marginesu.  A margines to gruba kreska oddzielająca zdrowe społeczeństwo od nieakceptowanych wyrzutków.

Zastanów się jednak-kto wyznacza granice? Kto narysował margines? Czyż to nie ty sam siebie oceniasz?  Moje osobiste doświadczenie podpowiada mi, że nikt tak bardzo nas nie ocenia jak my sami siebie. Jesteśmy największym prokuratorem i jednocześnie robimy z siebie najgorszą ofiarę. Zakazujemy sobie marzeń i działań. Nie tańczymy gdy inni patrzą, prostujemy się w restauracji przy obiedzie, przestajemy śpiewać, gdy ktoś pojawia się w pokoju.

Mam dobrą wiadomość dla ciebie ale kiepską dla świata jako społeczeństwa- ludzie widzą zawsze czubek własnego nosa. Nie mają czasu ani cię oceniać, ani o tobie myśleć, bo wolą myśleć, co zjedzą na kolację lub gdzie mogą zarobić duże pieniądze.  Nie jesteś centrum wszechświata! Nikt nie żyje twoim życiem i nikomu nie zaprzątasz głowy.

Wniosek jest następujący- sami i z własnej nieprzymuszonej woli zakładamy gorset ocen i osądów, projektując to jednocześnie na wszystkich, których spotykamy na drodze życia. Oceniasz innych? To znaczy, że oceniasz sam siebie. Myślisz, że ludzie o tobie mówią? Nie, to ty tworzysz fantazyjne iluzje. Ludzie są gniewni? A co ty innego możesz mieć w umyśle jak nie tę właśnie emocję? Zastanów się- kiedy mówisz ludziom, że ich kochasz? Tylko w momencie kiedy kochasz samego siebie i dobrze się ze sobą czujesz. Wszystko zawsze sprowadza się do umysłu a ludzie są naszym najwierniejszym odbiciem. Widzimy w nich to, co mamy w głowie i na odwrót. Jeżeli ktoś nas ocenia, lub mówi o nas w negatywach, oznacza to, że ocenia sam siebie i kiepsko się dziś czuje we własnej skórze. Cóż więc innego pozostaje ci zrobić, jak zapomnieć, porzucić tę myśl, przestać karmić ją własną uwagą?

Puść więc grube sznury, rozwiąż gorset kiepskich pomysłów na swój temat, weź głęboki oddech i zatańcz jak wariat. W deszczu, na stole czy przed lustrem. Zatańcz siebie bez koncepcji. Jedyne co może nadejść, to pełnia radości i dzikość która tętni w żyłach od czasu twych narodzin.

 

Hipokryzja umysłu

heajocker

Stare hiszpańskie przysłowie brzmi: „Bierz co chcesz i płać za to”. To krótkie zdanie doskonale oddaje ideę prawości – czyli uczciwości wobec samego siebie.


Prawość jest ostatnim filarem poczucia własnej wartości, lecz nie najmniej istotnym. Rzadko używam słowa „prawość”, bo dla mnie jest to określenie które ma zbyt religijne powiązanie. Wolę określenie „uczciwość” lub „szczerość”.

Kiedy pierwszy raz w ręku trzymałam  „6 filarów poczucia własnej wartości” Brandena, miałam wrażenie, że rozdział o „prawości” będzie najnudniejszym- zwłaszcza dla człowieka, który ma sporo hedonistycznych skłonności. Nic z tych rzeczy. Dopiero po głębokim przestudiowaniu rozdziału zdałam sobie sprawę jak istotny jest to punkt w budowaniu wysokiej samooceny.  Uczciwość wobec samego siebie to życie według własnego systemu wartości, który jest zgodny z naszymi doświadczeniami i właściwościami. 

Zdrada własnego systemu wartości objawia się  poczuciem wstydu i głębokiej winy. Nikt nas tak bardzo nie osądza jak my siebie samych. Nasze kłamstwa, nieuczciwość czy hipokryzja działań mogą zostać nieodkryte przez bliskich i znajomych, ale nasz umysł będzie znał całą prawdę zawsze i wszędzie. Siłą rzeczy, rozliczymy siebie z tego czy mówimy jedno a robimy drugie; czy wywiązujemy się z obietnic; czy mówimy prawdę; czy żyjemy według wartości które cenimy. Jeżeli nie, samoocena ulegnie destrukcji. Skoro nie możemy sobie ufać, bo zdradzamy system własnych przekonań, jak możemy mieć szacunek do samego siebie? Jak możemy uważać się za wartościowych ludzi? Czy cenimy ludzi, którym nie ufamy? Więc jak możemy cenić siebie, gdy zdradzamy własną moralność?

Jestem daleka od przybierania zbyt poważnego tonu i wygłaszania wykładów o moralności. Chcę tylko pokazać wam to, co dla mnie było absolutnie odkrywcze i oczyszczające- że poczucie winy bierze się ze zdrady samego siebie. Że pozbycie się poczucia winy może się udać dopiero w momencie kiedy przyznamy się sami przed sobą, że popełniliśmy świadomie błąd a teraz płacimy uczuciem nieufności do własnego umysłu. Kolejnym krokiem jest naprawa błędu lub jeżeli nie jest to możliwe- wysyłanie jak najlepszych życzeń w umyśle do osób, które zraniliśmy i determinacja, że od tej chwili będziemy podejmować tylko działania, które są zgodne z tym co mamy w sercu.

A teraz zostaw za sobą ten ciężki balast krzywdy i idź naprzód! Samo przyznanie się, że zrobiliśmy coś nie tak, ma właściwość wyzwalającą. Uczciwość wobec siebie zaczyna się od przejęcia odpowiedzialności za wybory. Zapłać więc rachunek i wejdź na drogę budowania dobrej i szczerej relacji ze swoim najlepszym przyjacielem. Ze sobą.