Drewniane objęcia

Odkryłam ostatnio bardzo ciekawą rzecz. Że  jako dzieci wiedzieliśmy lepiej, bo żyliśmy bliżej siebie samych. Byliśmy świadomi na swój własny, nienazwany sposób a większość z nas była szczęśliwa nie z jakiegoś konkretnego powodu, lecz po prostu z faktu naturalnego oddychania. Co się zatem stało na drodze ku dorosłości?

Kama4


Mogę oczywiście mówić tylko za siebie, lecz śmiem sądzić, że wielu miało podobnie. Żyliśmy głębiej choć w nieskomplikowany sposób, w świecie przepełnionym gromkim śmiechem i radością z faktu że widzimy dżdżownicę, niebieskiego motyla czy pobliską kałużę, w której sprawdzimy nowe niebieskie kalosze. Pamiętam jak pewnego dnia, gdy już trochę podrosłam, miałam może 16 czy 17 lat zafascynował mnie spacer z małym jeszcze wówczas kuzynem. Chłopczyk miał cztery lata i zobaczył przy polnej drodze dwa spółkujące ślimaki. Wykrzyknął w radosnym zachwycie: „Zobacz! Kochają się!”. Dzieci wszędzie widzą miłość, bo sami są jej pełni.

Swoje dzieciństwo wspominam jako szczęśliwe. Miałam pełną rodzinę i żyłam na wsi. Tak- to że żyłam na wsi było wielkim prezentem od losu. Nauczyłam się żyć bliżej cyklów przyrody, w zawsze przyjaznych objęciach Matki Natury. Moje wakacje wyglądały tak, że wstawałam dość wcześnie, by zdążyć przed słońcem w zenicie nacieszyć się chłodnym powietrzem na opalonej buzi, pobiegać z psem po mokradłach, sprawdzić co żyje w trawach i przy pobliskich jeziorach. Potrafiłam przez kilka godzin siedzieć w ciszy nieopodal wielkiego stawu, by doczekać się widoku czapli, które na bajecznie długich nogach szukały żab na śniadanie. Pamiętacie „Zaklinacza koni”? Robiłam dokładnie to samo, nie znając książki ani filmu. Siadałam na wielkiej łące na której pasły się klacze i źrebaki czekając aż same do mnie przyjdą przekonane moją pokojową postawą. I przychodziły. Nawet najmłodsze, te najbardziej dzikie i jeszcze nieokiełznane przez ludzką rękę. Podchodziły obwąchując buzię, dając się głaskać i słuchając tego co mam do powiedzenia. Gdy wracałam razem z ukochanym psem do domu, one szły za nami a ja musiałam im tego zabraniać. Chyba rodzice nie wpuściliby do domu wielkich, włochatych koni.

Kama3

Wieczorami kładłam się na trawie na podwórku i namiętnie pisałam wiersze o przyrodzie i miłości. Słuchałam szumu wiatru wplątującego się w pobliskie brzozy, delektowałam się rechotem godujących żab a serce tętniło energetycznym szczęściem, które mogłoby zasilić prądem całą metropolię.

Gdzieś po drodze jednak gubiłam to szczęście i świadomość siebie samej. Dużą część zostawiłam w nieszczęsnym miejskim liceum, gdzie spotkałam paru mściwych i zgorzkniałych nauczycieli, wredną młodzież upijającą się w wieku 16 lat na sobotnich dyskotekach, wyśmiewającą każdą przejawioną formę wrażliwości w drugim człowieku. Potem przyszły studia a wraz z nimi kolejne rozczarowania- że nie są tym czym miały być, że wcale nie są pełne idealistów i marzycieli. Przyszły pierwsze poważniejsze rozczarowania miłosne i ludzki krytycyzm, który zablokował osobistą twórczość na dobrych sześć lat. Podarowałam całe swoje serce drugim osobom, pozbywając się jednocześnie własnej jakże przecież ważnej niezależności i odpowiedzialności za siebie a niektórzy partnerzy beszcześcili jego zawartość, ranili, zdradzali… Byłam zbyt młoda i niedoświadczona by cierpienie przekształcać w mądrość, więc zamurowałam własny świat przed ludźmi, którzy czegoś mogliby chcieć. A ja nie miałam już nic do dania.

Spotkałam hałas, głebokie pomieszanie i niewiedzę ludzką. Zagubiłam się w mrugających neonach miast, w krętych uliczkach, trąbiących samochodach, kolorowych reklamach na banerach. Sama odeszłam od siebie, nie wiedząc już kim czy czym jestem. Rozszczepiłam się na milion małych kawałeczków. Na szczęście gdzieś na dnie wciąż jeszcze świadomego serca stęsknionego miłości i jedności ze Wszechświatem mieszkała nadzieja. A z nadzieją przyszła decyzja o powrocie do domu. Do siebie.

Kama2

Pojawił się buddyzm i medytacja. Głęboka, coraz głębsza świadomość i uważność. Wegetarianizm. Powróciła radosna twórczość, która zamieszkała w dwudziestu brulionach i kilku plikach Worda. I nareszcie zadecydowałam udać się na terapię, by zadać sobie właściwe pytania i powoli zacząć odkrywać prawdziwe odpowiedzi. By się poukładać w jeden kawałek, którym przecież byłam w dzieciństwie. By znaleźć pełnię w sobie, by być pełnią i jednością ze wszystkimi i wszystkim.

Czy się udało?

Wiem, że idę właściwą drogą. Odnalazłam swój tor. Polną ścieżkę, na której się nie biegnie, lecz idzie powolnym spacerem doświadczając rytmu zgodnego z Matką Naturą i twórczością świerzbiącą na liniach papilarnych małych dłoni. Może niektórzy widzą we mnie nawiedzoną wariatkę, bo przytulam się do drzew i rozmawiam z ze zwierzetami. Przeszłam na weganizm, nie imprezuję, nie piję alkoholu, chodzę spać o 22 a wstaję ze słońcem. Pieniądze? Raz są, raz ich nie ma- przecież takie jest życie, że rzeczy przychodzą i odchodzą podobnie jak ludzie.

Tak. Może faktycznie zwariowałam.
I w tym wariactwie odnajduję pełnię szczęścia.
Polecam wszystkim- czyste, dziecięce szaleństwo bycia pełnym samego siebie. Powrót do własnych, autentycznych korzeni przestał być luksusem, stał się koniecznością by przeżyć wszystkie dni, godziny i minuty we właściwym miejscu. W swoim sercu, które tańczy niepowtarzalnym rytmem, jedynym takim w świecie, w którym pojawiliśmy się ledwie na chwilę.


Zdjęcia: archiwum wlasne

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s