Archiwa tagu: Matka Natura

Wszystkie religie są wtórne, a Ty pierwotna…

Duchowość zawsze była dla mnie
kluczowym aspektem życia.

I choć nigdy „religijnej” otoczce
nie nadawałam większego znaczenia,
to zawsze czułam się głęboko połączona
ze wszystkim naokoło.

Dziś myślę, że właśnie dlatego –

bo „religijność” nie miała
większego znaczenia.

W tej całkowitej łączności ze światem,
naturą i ludźmi spędziłam pierwsze
lata mojego życia na wsi.

A potem zaczęłam
kombinować.

W szkole pojawiła się religia
i nauka katechizmu. I odezwał
się mój racjonalny, wiecznie
czegoś szukający umysł.

Problem „oddzielenia”
pojawił się niedługo potem.

Coraz bardziej skupiałam się na
zewnętrznych formach praktyk,
niż na prawdziwej głębi.

Formułki zamiast modlitwy z serca.
Kościół i „wyjazdowe oazy” zamiast
biegania z psem po wysokich trawach.

I głęboka pustka…

Dość szybko zrozumiałam, że
w tym całym katolicyzmie coś
mi nie gra. A w coś wierzyć
trzeba, „bo bez Boga wszystko
jest bez sensu…”

Bóg. Czyli Kto? Lub Co?

Pojawił się deizm. Agnostycyzm.
Hinduizm. Buddyzm.

A każdy z nich ostatecznie
doprowadzał mnie do ściany.

Ściany zwanej poczuciem beznadziei i
braku połączenia z czymś poza mną.

W końcu, po trzydziestce
doszłam do punktu, w którym
poczułam się zbyt zmęczona, by dalej to robić.

Szukać,
czytać,
poznawać,
rozpoczynać dziwne praktyki,
które oddalają od meritum zamiast do
niego zbliżać.

Wróciłam więc do początku.
Zaczęłam żyć prosto. 

CAM00977

Odrzuciłam pisane zasady.
I skupiłam się na etyce własnego serca.
Serca, które z natury chce dobra i miłości.

Bo wierzę, że naprawdę każde
serce tego właśnie chce.

Wróciłam do swojego ciała,
które leżało porzucone, niczym
brudny parobek niewart uwagi
„uduchowionej” arystokracji.

Pomogła w tym joga. Pomógł Lowen. Pomogły
zajęcia ruchowe oraz warsztaty pracy z ciałem.

Ale, choć pomocne, to nie one były celem,
tylko palcem wskazującą na furtkę.

Porzuciłam więc wszystkie religie
i filozofie na rzecz życia.

Doświadczania.
Próbowania.
Pytania.
Dociekania.

Dawania sobie prawa do przyjemności.
Cieszenia się z najprostszych rzeczy.

Słońca na twarzy.
Zapatrzenia się na łąkę pełną kwiatów.
Głębokiego oddechu.
Chodzenia boso po lesie.

Kontakt z Naturą zawsze
mnie uzdrawiał.

Wyleczyłam się z choroby
nie przyjmując ani jednej tabletki.

W przeciwieństwie do wszystkich religii,
natura, cykliczność, śmierć i rodzenie
zawsze były pierwotne.

PIERWOTNE.

Natomiast każda
filozofia i religia – WTÓRNE.
I dlatego prowadziły donikąd.

Kiedyś znalazłam w sieci anonimowy cytat,
który mógłby posłużyć za moje życiowe motto:

„Natura jest moją religią,
a Ziemia moją świątynią”.

Tak czuję. Że gdy jeszcze nie było niczego:

człowieka, ani jego religii czy pomysłów na to,
jak żyć, Natura była zawsze.

Narodziny były zawsze.
Śmierć była zawsze.
Zmiana była zawsze.

Ziemia rodziła.
I Ziemia zabierała.
Karmiła i wysuszała.

Okazuje się, że najbardziej
uduchowionymi byli ci najbardziej
ukorzenieni, ci najbliżej Ziemi.

Ci najbardziej prości.

„Prymitywni”, których nazywano
ciemnym ludem –

Poganie. Szamanie.
Wiedźmy. Wiejscy Prostacy.
Uzdrowiciele. Szeptuchy.

Niestety, do dziś historia
przedstawia ich jako nieświadomych
ludzi, którzy wierzyli/wierzą w zabobony.

Ja to widzę inaczej.

Życie blisko Natury, z poszanowaniem
cykli i uważanie żywiołów za bogów,

to nic innego jak pokora
i mądrość doświadczenia.

To świadczy o zrozumieniu czym jesteśmy
wobec potęgi Matki Ziemi.

Bo jesteśmy tylko pyłkiem
i tylko na chwilę.
Przynajmniej w tych ciałach.

Szamani, uzdrowiciele, poganie
potrafią dostroić się do tego, co większe
od nich samych. I widzą jak działają cykle.

Kiedyś człowiek nie mógł inaczej.
Oddzielenie od Natury oznaczało
rychłą śmierć.

Trzeba było nauczyć się tego dzikiego tańca
z ogniem, wodą, deszczem i błotem.

Trzeba było poznać, zrozumieć i pokochać
cykliczność, zmianę, pogodę i niepogodę.

Nie chcę nazywać tego religią.
Ani nie chcę tego nazywać jakkolwiek.

Wiem że każda nazwa porusza się
po relatywnym poziomie tego, co widzialne,
podczas gdy zjawiska i połączenie
są czymś „ponad to” – absolutnym.

Bo choć są praktyki szamańskie,
które intencjonalnie wzmacniają
łączność z Ziemią, są pieśni i medycyny roślin,

to jednak wciąż uważam, że wszystko
jest tylko środkiem do celu.

A celem jest bycie jednością.
Być połączonym.

Ze sobą.
Ze swoim sercem.
Z drugim człowiekiem.
Z tym co karmi, co rodzi,
co uśmierca i przyjmuje
do siebie z powrotem.

Jeśli też w to wierzysz,
to czy tego chcesz czy nie,
jesteś Szamanem.

Ktoś mnie niedawno zapytał,
jak weszłam na tę drogę.

Próbowałam znaleźć odpowiedź
– jeden punkt, który do tego etapu
doprowadził. Nie znalazłam.

Bo choć przez kilka lat
mieszkania w betonowych blokach
trochę zapomniałam o tej głębokiej
prawdzie, to jednak powrót był naturalny.

W końcu odchodzenie i powroty
to też część tego naturalnego procesu.

To część Natury.

Czy to zaprzeczenie duchowości?
Nie. Bo ciało i duch, niebo i ziemia
śmierć i narodziny to zawsze dwie
strony tej samej monety.

Rewers i awers.

Chodzę boso po lesie.
Głaskam drzewa, mówię do ptaków,
wdycham powietrze. Siadam na zwalonym
pieńku i patrzę na łąkę usianą kwiatami.

Niczego nie muszę.

Żadnych zasad, żadnych praktyk,
czy wyuczonych regułek.

Tylko cisza.

Ziemia pod nagimi stopami,
która uzdrawia to co chore i
karmi to, co głodne.

Pasuję idealnie i jestem pełna.
Zdrowo nakarmiona
sensem i miłością.

 

 

Reklamy

Łatwo być szczęśliwym

Wielu ludzi nie może się nadziwić, że
w soboty i w niedziele wstaję o 5.30.

A ja uważam, że właśnie o takiej
godzinie najłatwiej być szczęśliwym.

O wczesnym poranku,
gdy słońce rozlewa
miodowe promienie na las i ulice
i gdy ludzki świat jeszcze głęboko śpi.

Może właśnie dlatego, chcąc wykorzystać te
ostatnie chwile ciszy las tętni  życiem,
śpiewem i miłosną muzyką.

Zwalniam.

W soboty nie muszę się śpieszyć.
I w soboty mogę być tym, kim naprawdę jestem.

W lesie, wśród przyrody, w ciszy, skąpana
śpiewem ptaków i zapachów rosy
to takie proste.

Być sobą.

Bez etykietek.
Bez imion i określeń.

Po zjedzeniu obfitego śniadania i wypiciu
kawy, gdy zegar z wieży kościelnej wybija siódmą,
wychodzimy z Luną na kilka godzin do lasu.

CAM00859

Idziemy bez planu przed siebie.

Czuję jak stopy miękko
stykają się z ziemią.

Dotykam łagodnej kory drzew,
będąc świadomą obfitości
tego leśnego życia.

Urzeka mnie ta naturalna cisza, 
która bierze się stąd, że człowiek wciąż śpi.

Nie zdążył wsiąść do auta, nie zdążył
jeszcze nakrzyczeć, zaśmiecić i ściąć,
zdenerwować się, zapalić i włączyć radia.

Wciąż śpi bezbronny w ciepłym łóżku,
nieszkodliwy. Spokojny. Prawdziwy.

Mimo to podczas wędrówek
zdarza się, że kogoś spotykamy.

Bywają psiarze, którzy z kompanami
na czterech łapach łykają świeże powietrze.

Bywają samotni wędrowcy, którzy
żwawym krokiem w stylu nordic walking
pokonują z kijami długie kilometry.

Bywają też marzyciele i długowłose
wiedźmy w brązowych spódnicach.

I choć czasem ze sobą
rozmawiamy, to jednak wszystkich nas łączy
wielka miłość do Matki Natury i potrzeba ciszy.

20190406_084226

Mijam kolejne polne rozwidlenie dróg.

Przystaję, bo słyszę dzięcioła.
Patrzę. Słucham.
I Luna też przystaje i słucha.

Jednocześnie czuję przyjemne mrowienie
w nogach, w palcach rąk i stóp i wiem, że
to jest właśnie to, czego wszyscy szukają.

Szczęście.

Stwierdzam wtedy, że ta sobotnia Kamila
znacznie różni się od tej poniedziałkowej

Że tamta rzadko odczuwa spokój
bo ten chowa się pod:

stresem
lękiem
smutkiem
napięciem.

Jak bardzo muszę udawać, żeby nikt
nie odkrył prawdy o mnie.

Że nie pasuję. Że się męczę.

Że praca w szklanym budynku
bez możliwości otwarcia okien
przy sztucznym świetle powoli
mnie zatruwa i zniekształca.

Zabiera sen.
Spokój. Ciszę. Uważność.

A w zamian narzuca tempo
i powierzchowne relacje.

W pracy zdarza mi się myśleć,
że jestem złym człowiekiem.

Bo tak innym.
Odstającym.

Nie umiem tam nawiązać relacji.

Bo przecież trudno otworzyć serce,
gdy wszystko w tobie do bólu napięte.

I gdy już wydaje mi się, że dłużej tego nie zniosę:

robienia rzeczy, które według
mnie nie mają wielkiej wartości, nagle…

przychodzi sobota. 

Czas, w którym wracam do formy
i miłej bo bezwysiłkowej lekkości.

20190406_084207

To dzień bez wiadomości, seriali, przemocy,
zakupów i muzyki.

To czas ciszy.
Wędrówek.
Bycia blisko z Naturą.

To czas świeżego powietrza.

Przytulania się do drzew.
Patrzenia na dzięcioły.

Czytania,
pisania i
wymyślania historii.

Sadzenia kwiatów, medytowania,
a czasami po prostu nic-nierobienia.

Znów siebie lubię.

I znów myślę o sobie dobrze.
Jestem szczęśliwa.

Jak łatwo to wszystko przychodzi:

Wśród wschodzących wiosennych krokusów.
Wśród smukłych buków, które puszczają pąki.

Wśród młodych listków wyciągających
główki do słońca. Wśród dzięciołów
szukających jedzenia.

Wśród trzmieli,
motyli, skowronków.

Gdy idę po ziemi pachnącej
kiełkującym życiem.

Wszystko wydaje się proste.
Nieskomplikowane.

Nagle bez trudu przychodzi mi
bycie dobrym człowiekiem.

A może zawsze nim jestem?

W dni wolne od pracy
zdejmuję z siebie maski.

Nagle znika napięcie,
Sztywność barków ustępuje lekkości
a tysiąc analiz rozwiewa się niczym mgła.

W soboty o poranku
tak zwyczajnie, po cichu….

JESTEM.

 

 

Chorujesz? Uważaj. Dla lekarza jesteś tylko maszyną z wadliwą częścią

„Epoka po antybiotykach będzie
oznaczała w praktyce koniec
takiej medycyny, jaką dziś znamy.

Zdarzenia tak banalne, jak angina lub
podrapane kolana, mogą znowu być,
jak przed laty przyczyną śmierci”

Dr Margaret Chan

Nie przydarza mi się to często.
Właściwie, nie przydarza
mi się to nigdy.

Ale przecież jestem tylko człowiekiem.
Silnym i słabym jednocześnie.

Zaczęło się od kilku dni bez snu.

Nie. Nie zarwałam nocy.

Po prostu miałam problem
z zapadnięciem w fazę NREM
która regeneruje cały organizm.

W efekcie tego, przez 72 godziny
byłam w stanie permanentnej czujności.

Jeśli dodać do tego stres związany z:
przeprowadzką,
meblowaniem,
podpisywaniem umów,
remontem,
i odwiedziny IKEI czterokrotnie,

nic dziwnego, że kilka dni później
obudziłam się z bolącym gardłem.

Trochę to ignorowałam, więc po kilku dniach
całkowicie straciłam głos.

Tej samej nocy, gdy z moich ust nie chciał się
wydobyć jakikolwiek dźwięk,
nie zmrużyłam oka do 4 rano.

Może głupio to zabrzmi, ale bałam się, że się uduszę,
lub  zachłysnę własną flegmą, która w nocy właśnie
postanowiła opuścić moje zatoki.

(Chór wzdycha! Wybaczcie tę dramaturgię)

Wiedziałam, że w takim stanie
nie pójdę do pracy.

Bo przecież nie spałam.
I nie mam głosu. I roznoszę zarazki.
Potrzebowałam lekarskiego zwolnienia!

Udałam się do publicznej przychodni
w której ostatnio byłam siedem lat temu.

Po wypełnieniu tysiąca druczków,
pod nadzorem burkliwej i najwyraźniej
nieszczęśliwej recepcjonistki weszłam
na piętro, żeby wysiedzieć swoje.

A tam wpadłam w depresję.

W poczekalni było trzydziestu ludzi.
Na ogół starsi, po 75-roku życia.

Smutni. Szarzy. Schorowani.
I z nadwagą.

Wyglądali dokładnie tak, jak wyglądała
ta pożal się boże postkomunistyczna przychodnia,
w której gumolit na podłodze świadczył o tym, że NFZ
lata świetności ma dawno za sobą.

Odrapane, brudne ściany i skrzypiące
drzwi, tylko jeszcze bardziej utwierdziły mnie
w przekonaniu, że jeśli chodzi o publiczną
opiekę zdrowia, to ich czas zatrzymał się w epoce Gierka.

A także „prozdrowotne” metody. 

Po odczekaniu trzech godzin w kolejce,
i wysłuchaniu litanii chorób pacjentów, którzy
najwyraźniej odwiedzają placówkę tak często,
jak ja warzywniak, nadeszła moja kolej.

-Pani Gulbicka? Zapraszam. 

Obyło się bez niespodzianek:

– Co to jest? – pytam lekarki,
która bez słowa wyjaśnień podsunęła mi
pod nos wydrukowaną karteczkę.

-Antybiotyk.

-Aha. Nie obędzie się bez?- pytam.
– Niestety. Z mojej strony to wszystko.
Do widzenia.

Nic dziwnego, że ludzie wciąż chorują. 

A jeśli nie chorują dosłownie, to coraz
gorzej się czują.

Gdybym co infekcję
łykała antybiotyki, moja zapadalność
na choroby też wynosiłaby 2-3 razy na rok.

Ale nie oszukujmy się.
Przyszłam tu tylko po L4.

Po wyjściu z przychodni, wsiadłam do SKM-ki,
która zawiozła mnie do Centrum Homeopatii.

I co za zmiana! 

Placówka była piękna, świeża, nowoczesna,
a w poczekalni siedzieli ludzie w kwiecistych
koszulach, którzy opowiadali dowcipy.

Recepcjonistka, z uśmiechem wskazała
mi miejsce, informując, że skoro się nie
zapisywałam, homeopata przyjmie mnie
na samym końcu.

I pyta przy tym, czy czegoś
mi trzeba? Może wody, ziół albo herbaty?

Po dziesięciu minutach z gabinetu
wyszedł lekarz.

Starszy, dziarski, szczupły, w kraciastej koszuli
i dobrze skrojonych dżinsach.

Uwagę
przykuły jego oczy.

Niebieskie. Duże. Żywe.
ŻYWE.

-Pani do mnie? – zapytał z uśmiechem.

-Tak. Ale nie zapisywałam się.
Pani w recepcji powiedziała, że
mam być ostatnia – wyjaśniłam.

-Dlaczego miałaby być pani ostatnia,
skoro pani już jest. Zapraszam – wskazał na
niebieski gabinet pachnący miętą.

(A może to był Amol?)

Nie będę Wam przytaczać
szczegółów całej wizyty.

Chcę tylko wskazać jak różne może
być podejście lekarza do pacjenta.

Ten człowiek mnie słuchał.

Patrzył w oczy. Uśmiechał się.
Wypytał o styl życia i aktywności.

I gdy na końcu dodałam że:
– Praktykuję jogę…- opowiedział mi
historię swojego życia.

O tym, jak w latach 60. wraz z dwójką
innych przyjaciół byli pierwszymi, którzy
propagowali jogę w Polsce.

I jak kilka lat później
napisał o tym doktorat.

I o tym, jak dzisiejsze podejście do jogi
różni się od tego sprzed kilkudziesięciu lat.

Z gabinetu wyszłam po trzydziestu minutach
z odręcznie wypisaną receptą na dwa leki
homeopatyczne, które wydała mi pani na recepcji.

Czy pomogły? 

Oczywiście.
Po trzech dniach
regularnego stosowania
poczułam się dobrze.

Owszem, jest jeszcze chrypka i kichanie,
ale zero skutków ubocznych, których
miałabym mnóstwo po antybiotykach.

Homeopatia, podobnie jak ziołolecznictwo,
ajurweda czy medycyna chińska traktuje
człowieka holistycznie, a więc jako organiczną całość.

Te metody mają ponad 2.500 lat i bazują na
zdolności organizmu do samoleczenia.

Medycyna zachodu natomiast, jest
gałęzią nauki, która wzięła swój
początek w XVII wieku.

Podąża za tęgimi umysłami: Kartezjuszem i
Newtonem, a więc traktuje
człowieka jak maszynę.

Naoliwić. Naprawić.
Zoperować. Wyciąć. Wstawić.

Podziękuję.

Nie twierdzę, że jest zła, bo w sytuacjach
nagłych jest często niezawodna.

Myślę jednak, że ludzie zbyt często
oddają odpowiedzialność za swoje zdrowie
w  jej techniczne zimne ręce.

I zamiast polepszać jakość życia,
tylko odwlekają chorobę.

Nasunęła mi się taka myśl.

Że zarówno w jednym jak i w drugim
gabinecie zostałam potraktowana
dokładnie tak jak powinnam.

Tzn. z zakładaną normą.

Lekarka NFZ odhaczyła mnie
na liście jako „załatwione”.

Przyszedł problem, odszedł problem.
Było chore gardło. Jest antybiotyk.

Zero rozmowy. Zero pytań. Zero kontaktu
wzrokowego czy zwykłego, ludzkiego ciepła.

W drugim przypadku otrzymałam nie tylko
zainteresowanie, ale również relację.

Taką, jaką powinien dać każdy człowiek
który zajmuje się medycyną holistyczną.

Widzę cię.
Słyszę cię.
Jesteś dla mnie ważny.
Pomogę ci zrozumieć problem.

Tak niewiele, a jednak tak wiele.
Różnica w podejściu, która bardzo
często przesądza o skutku.

Bo uwierzcie mi – to jak traktuje
nas lekarz też wpływa na rezultat leczenia.

Już słyszę te gromkie głosy przeciwników
starożytnej medycyny.

Że to zwykli hochsztaplerzy.
Że oszuści.
Naciągacze.
Znachorzy.
Że nie ma dowodów.
Że korzystają z naiwności.

Tak. Spotkałam się z takimi
zarzutami. I wiecie co myślę?

Że oszuści zdarzają się w każdej
profesji. Natomiast uprzedzenia do
całej gałęzi starożytnych metod leczenia
mogą wynikać tylko z jednego.

Z braku znajomości swojego ciała.
Z odcięcia od korzeni. Z życia w
betonowym świecie, do którego
Matka Natura nie ma wstępu.

Z braku intuicji w końcu.

Przyjdzie jednak dzień,
w którym Natura się o nas upomni.
Może poprzez chorobę czy ból.
A może poprzez śmierć (to na pewno!).

Jednak póki oddychamy, nie jest
za późno. Zamiast niszczyć to, co
w nas żywe, wsłuchajmy się.

Poczujmy.

Aż przyjdzie zrozumienie.
Ale nie poprzez logikę czy umysł.

Poprzez ciało.
Oddech.
Intuicję.

To najczęściej mieszka
prawda o nas samych.

Niezmyślona.
Ale zrodzona z korzeni przodków.
i każdej żywej istoty.

 

Drewniane objęcia

Odkryłam ostatnio bardzo ciekawą rzecz. Że  jako dzieci wiedzieliśmy lepiej, bo żyliśmy bliżej siebie samych. Byliśmy świadomi na swój własny, nienazwany sposób a większość z nas była szczęśliwa nie z jakiegoś konkretnego powodu, lecz po prostu z faktu naturalnego oddychania. Co się zatem stało na drodze ku dorosłości?

Kama4


Mogę oczywiście mówić tylko za siebie, lecz śmiem sądzić, że wielu miało podobnie. Żyliśmy głębiej choć w nieskomplikowany sposób, w świecie przepełnionym gromkim śmiechem i radością z faktu że widzimy dżdżownicę, niebieskiego motyla czy pobliską kałużę, w której sprawdzimy nowe niebieskie kalosze. Pamiętam jak pewnego dnia, gdy już trochę podrosłam, miałam może 16 czy 17 lat zafascynował mnie spacer z małym jeszcze wówczas kuzynem. Chłopczyk miał cztery lata i zobaczył przy polnej drodze dwa spółkujące ślimaki. Wykrzyknął w radosnym zachwycie: „Zobacz! Kochają się!”. Dzieci wszędzie widzą miłość, bo sami są jej pełni.

Swoje dzieciństwo wspominam jako szczęśliwe. Miałam pełną rodzinę i żyłam na wsi. Tak- to że żyłam na wsi było wielkim prezentem od losu. Nauczyłam się żyć bliżej cyklów przyrody, w zawsze przyjaznych objęciach Matki Natury. Moje wakacje wyglądały tak, że wstawałam dość wcześnie, by zdążyć przed słońcem w zenicie nacieszyć się chłodnym powietrzem na opalonej buzi, pobiegać z psem po mokradłach, sprawdzić co żyje w trawach i przy pobliskich jeziorach. Potrafiłam przez kilka godzin siedzieć w ciszy nieopodal wielkiego stawu, by doczekać się widoku czapli, które na bajecznie długich nogach szukały żab na śniadanie. Pamiętacie „Zaklinacza koni”? Robiłam dokładnie to samo, nie znając książki ani filmu. Siadałam na wielkiej łące na której pasły się klacze i źrebaki czekając aż same do mnie przyjdą przekonane moją pokojową postawą. I przychodziły. Nawet najmłodsze, te najbardziej dzikie i jeszcze nieokiełznane przez ludzką rękę. Podchodziły obwąchując buzię, dając się głaskać i słuchając tego co mam do powiedzenia. Gdy wracałam razem z ukochanym psem do domu, one szły za nami a ja musiałam im tego zabraniać. Chyba rodzice nie wpuściliby do domu wielkich, włochatych koni.

Kama3

Wieczorami kładłam się na trawie na podwórku i namiętnie pisałam wiersze o przyrodzie i miłości. Słuchałam szumu wiatru wplątującego się w pobliskie brzozy, delektowałam się rechotem godujących żab a serce tętniło energetycznym szczęściem, które mogłoby zasilić prądem całą metropolię.

Gdzieś po drodze jednak gubiłam to szczęście i świadomość siebie samej. Dużą część zostawiłam w nieszczęsnym miejskim liceum, gdzie spotkałam paru mściwych i zgorzkniałych nauczycieli, wredną młodzież upijającą się w wieku 16 lat na sobotnich dyskotekach, wyśmiewającą każdą przejawioną formę wrażliwości w drugim człowieku. Potem przyszły studia a wraz z nimi kolejne rozczarowania- że nie są tym czym miały być, że wcale nie są pełne idealistów i marzycieli. Przyszły pierwsze poważniejsze rozczarowania miłosne i ludzki krytycyzm, który zablokował osobistą twórczość na dobrych sześć lat. Podarowałam całe swoje serce drugim osobom, pozbywając się jednocześnie własnej jakże przecież ważnej niezależności i odpowiedzialności za siebie a niektórzy partnerzy beszcześcili jego zawartość, ranili, zdradzali… Byłam zbyt młoda i niedoświadczona by cierpienie przekształcać w mądrość, więc zamurowałam własny świat przed ludźmi, którzy czegoś mogliby chcieć. A ja nie miałam już nic do dania.

Spotkałam hałas, głebokie pomieszanie i niewiedzę ludzką. Zagubiłam się w mrugających neonach miast, w krętych uliczkach, trąbiących samochodach, kolorowych reklamach na banerach. Sama odeszłam od siebie, nie wiedząc już kim czy czym jestem. Rozszczepiłam się na milion małych kawałeczków. Na szczęście gdzieś na dnie wciąż jeszcze świadomego serca stęsknionego miłości i jedności ze Wszechświatem mieszkała nadzieja. A z nadzieją przyszła decyzja o powrocie do domu. Do siebie.

Kama2

Pojawił się buddyzm i medytacja. Głęboka, coraz głębsza świadomość i uważność. Wegetarianizm. Powróciła radosna twórczość, która zamieszkała w dwudziestu brulionach i kilku plikach Worda. I nareszcie zadecydowałam udać się na terapię, by zadać sobie właściwe pytania i powoli zacząć odkrywać prawdziwe odpowiedzi. By się poukładać w jeden kawałek, którym przecież byłam w dzieciństwie. By znaleźć pełnię w sobie, by być pełnią i jednością ze wszystkimi i wszystkim.

Czy się udało?

Wiem, że idę właściwą drogą. Odnalazłam swój tor. Polną ścieżkę, na której się nie biegnie, lecz idzie powolnym spacerem doświadczając rytmu zgodnego z Matką Naturą i twórczością świerzbiącą na liniach papilarnych małych dłoni. Może niektórzy widzą we mnie nawiedzoną wariatkę, bo przytulam się do drzew i rozmawiam z ze zwierzetami. Przeszłam na weganizm, nie imprezuję, nie piję alkoholu, chodzę spać o 22 a wstaję ze słońcem. Pieniądze? Raz są, raz ich nie ma- przecież takie jest życie, że rzeczy przychodzą i odchodzą podobnie jak ludzie.

Tak. Może faktycznie zwariowałam.
I w tym wariactwie odnajduję pełnię szczęścia.
Polecam wszystkim- czyste, dziecięce szaleństwo bycia pełnym samego siebie. Powrót do własnych, autentycznych korzeni przestał być luksusem, stał się koniecznością by przeżyć wszystkie dni, godziny i minuty we właściwym miejscu. W swoim sercu, które tańczy niepowtarzalnym rytmem, jedynym takim w świecie, w którym pojawiliśmy się ledwie na chwilę.


Zdjęcia: archiwum wlasne