Archiwa tagu: hierarchia wartości

Wielka Magia

Są książki, które potrafią zmieniać życie, poprzez prowokowanie do działania i poszukiwań. Przeczytałam ich wiele, ale tylko kilka z nich naprawdę zapadły mi w pamięć. „Wielka Magia” Elisabeth Gilbert jest jak kanapka z masłem orzechowym. Niby nic wykwintnego a potrafi nasycić i poprawić humor.


 

CAM01375 (2)

Dzisiaj nie będę obiektywnym krytykiem, bo nie zamierzam. Dziś jestem całkowicie subiektywną i wrażliwą jednostką, całkowicie pochłoniętą lekturą najnowszej książki autorki „Jedz módl się, kochaj”, oraz „Botaniki duszy”. Na takie książki czekam, na takie poluję i takie kocham całym sercem- książki, które rozbudzają ciekawość, inspirują i przyjemnie łaskoczą. Niby Elizabeth Gilbert nie odkryła niczego wielkiego, ale prostota i autentyzm są jej zdecydowaną zaletą.

Zaczęło się od wystąpienia w programie TED.
Pisarka wygłosiła piekny i motywujący wykład na temat kreatywności i pisania. Jej przemowa zaskakuje, bo wydawać by się mogło, że żaden pisarz po spektakularnym sukcesie nie miewa już problemów, a wszystko kolejne co napisze musi zostać uznane przez sam fakt wyrobionego nazwiska. Nic bardziej mylnego! Liz podczas wystąpienia przyznała, że dopiero po niebywałym (i jak skromnie twierdzi- całkowicie przypadkowym) sukcesie „Jedz módl się, kochaj”, zaczęły się niepokoje i problemy. Bo trudno jest powtórzyć wielki sukces. Bo presja otoczenia i krytyków jest ogromna. Bo hejterzy tylko czekają na małe potknięcie. A kiedy dzieło jest, kolokwialnie mówiąc do niczego, to wszyscy zacierając ręce, mówią- a nie mówiłem?!

Tak; znani pisarze i twórcy podobno nie mają lekko, bo wyrobione nazwisko zobowiązuje i staje się ciężarem. Liz poczuła się całkowicie zablokowana ludzkimi oczekiwaniami i obawami na tyle, że przestała pisać cokolwiek. Kiedy w końcu minęło już trochę czasu, odezwał się w niej naturalny, stęskniony głos twórcy. Więc usiadła do biurka i po prostu- tak jak potrafiła najlepiej, tak jak grało  w jej duszy, nie zwracając uwagi, czy to artystyczna proza czy zwykły kicz- pisała. Odkryła tym samym, że podążanie dalej, wytyczoną przez siebie drogą, jest kluczem. Czy do sukcesu, tego nie była w stanie powiedzieć, natomiast jest kluczem do własnego serca, które pragnie tworzyć i mieć gorący romans z kreatywnością.

To zdumiewające odkrycie popchnęło ją do stworzenia „Wielkiej Magii”, poradnika dla ludzi podobnie jak niegdyś ona- zablokowanych i przerażonych wizją własnej porażki. Efektem jej pracy jest wspaniała, ciepła lektura, pełna humoru ale i bezczelnego odarcia sztuki ze świętości. Bo w istocie- to świętość i cierpiętnictwo, ta wciąż jeszcze żywa chrześcijańska spuścizna blokują nas przed tworzeniem i działaniem. Boimy się co o nas powiedzą ludzie, boimy się, jak społeczeństwo odbierze nasze pomysły i dzieła. Obawiamy się śmieszności i braku sukcesu. Boimy się zapomnienia i hejtu, przy czym sami bezkrytycznie oceniamy własne twory, chcąc by były wielkimi pomnikami dla potomnych. A to przecież absurd!

To, co daje szczęście to nieprzerwane działanie, które prowadzi do zgłębiania tajemnic Wszechświata i siebie samego. Czemu ciekawość i poczucie misji są tak istotne w życiu? Bo dają radość. Po prostu. W wielkim świecie, w którym pełno jest głodu, wojen, konsumpcji, lęków, chorób i niepewności jedyne co potrzebujemy sobie dać, to odrobiny radości i poczucia sensu. Tego zapalnika, który spowoduje, że każdego ranka będziemy ochoczo wychodzić z łóżka. I właśnie dlatego, każdy rozdział Liz kończy zdaniem: „a teraz weź się do pracy i idź coś stwórz w końcu”. Nawet byle jak, nawet gdybyś miał to wyrzucić do kosza, „(…)na miłość boską, zrób coś!”

Bo nie trzeba być wielkim i nie trzeba robić wielkich rzeczy. To ego cierpi na manię wielkości i potrzebuje nagród a dusza pragnie tylko zachwytu. Naszym zadaniem nie jest zdobycie sławy czy uznania. Niespełnienie obietnic prowadzi jedynie do smutku i frustracji. Nasze zadanie jest o wiele prostsze a przy tym bardziej znaczące- być szczęśliwym, wiecznie ciekawym i myślącym człowiekiem. Autorka swoją książką udowadnia własną tezę, że to co najprostsze i najbliżej nas samych, jest równocześnie tym co najważniejsze i czego nam trzeba.


Tytuł: Wielka Magia. Odważ się żyć kreatywnie.
Autor: Elizabeth Gilbert
Wyd.: Rebis
Rok wyd.: 2015
Okładka: twarda
Liczba stron: 335

Po co nam warsztat?

Dobry nawyk drąży umysł niczym regularna kropla wody litą skałę. Tylko kreatywne, choć powtarzalne metody uczynią z nas mistrza we własnym fachu.

CAM01342


Od ponad roku moje poranki wyglądają podobnie. Wstaję około szóstej rano, zaparzam wielki kubek mocnej kawy z cynamonem i zasiadam do dziennika. Zapisuję każdy dzień, wszystkie myśli i pomysły; przelewam wnętrze na zewnątrz. Życzyłabym sobie, by to był mój pomysł, ale niestety. Wymyśliła go Julia Cameron, pisarka, scenarzystka i twórczyni kursu Droga Artysty, dla chcących żyć bardziej świadomie i kreatywnie. Cameron zauważyła, że „wypisując się” z własnego strumienia świadomości rozwiązuje wiele problemów, i inspiruje samą siebie do poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania- co robię? kim jestem? gdzie chcę dojść? po co mi to?

Zaczęłam robić to samo, aż powtarzalna czynność stała się tak oczywista i potrzebna, że zaczęłam zabierać  dziennik na wakacje, na weekendy poza domem, a nawet gdy jechałam w odwiedziny do znajomych i istniał cień szansy, że nie wrócę na noc.

Od kilku dni przeglądając stare posty na blogu odkryłam, że wpisy się zmieniły- są stylistycznie inne, mniej w nich kwiecistości i ogólników, zdania stały się pełniejsze. Skąd ta zmiana? Nie chodziłam na żaden kurs, tekstów nie wysyłałam nikomu do poprawy, a jednak pisze mi się łatwiej, swobodniej, często jakbym dawała proste przyzwolenie palcom na poruszanie się w swoim rytmie. Odkryłam tym samym, że przez rok prowadzenia dziennika, miałam codzienny warsztat pisania. Rozgrzewkę, między kolejnymi postami. Ćwiczyłam własne umiejętności, rozciągałam mentalne mięśnie, budowałam pisarską muskulaturę, która rośnie powoli i niezauważalnie. I dopiero zdjęcie lub tekst sprzed roku udowadniają, że dziś jestem kimś innym, nową formą, własnym tworem ukształtowanym przez metodyczną konsekwencję.

Jedni twierdzą, że wystarczy godzina dziennie, inni, że półtora. Ja jestem zdania, że każdy najmniejszy ruch i czynność szlifująca fach jest konieczna. Pamiętam, jak kiedyś podziwiając jedną z grafik komputerowych kolegi, usłyszałam od niego, że każdego dnia po ciężkiej pracy wraca do domu, siada przed komputerem i tworzy, tylko po to, by się odstresować. -Niektóre prace były do niczego- powiedział. Ale robił je mimo to, bo sama czynność go rozluźniała. Doprowadził w ten sposób warsztat do perfekcji, a wkrótce potem został poproszony o udostępnienie prac na publicznej wystawie w Londynie.

Marzenia są niczym, bez konkretnych kroków. A krokiem jest ćwiczenie umiejętności- zdobywanie warsztatu, który jest konieczny, by się rozwijać i robić nieprzerwany postęp. Oczywiście, czasem zdobycie umiejętności kosztuje, bo bez mistrza powielamy własne stare błędy. Tak jak lekkoatleta potrzebuje trenera, tak i każdy inny zawód musi mieć dostęp do konstruktywnych porad, dobrej i rzetelnej krytyki i słów, które ustawią nas na właściwym torze.

Dobrą wiadomością jest to, że mistrzowie mieszkają tam gdzie chcesz ich spotkać. Pisarze spotykają ich w książkach ulubionego autora, malarze w światłocieniu uchwyconym na płótnie Moneta, a niejeden coach więcej uczy się od klienta niż na drogim, rocznym kursie.

Bo tak naprawdę nie istnieje żadna szkoła czy kurs przygotowujący do szczęśliwego życia czy bycia własnym mistrzem. Marzenia są pięknymi, drobnymi nasionami w umyśle a plony zbierają tylko konsekwentni rzemieślnicy. Książki nie napisze się zrywem natchnienia, grafiki nie stworzy się po mocnej kawie. Droga od marzyciela do mistrza jest długą, żmudną i często nudną drogą na której niewiele się dzieje. Nie gra muzyka, nie słychać w oddali fanfar czy ptaków. Jest cisza. Tak zwykła i pozbawiona złotej oprawy. Dużo czasu zajęło mi przekonanie się, że rozwój to nic innego jak powolna, metodyczna droga do której często trzeba się przymuszać, tak jak i do każdego innego, dobrego nawyku. Spełnione marzenie jest wtedy prezentem spotkanym przy okazji i po cichu, bez żadnych oklasków.

Coaching nie z tej ziemi

Zadawanie sobie ważnych pytań jest dalece ważniejsze niż same odpowiedzi. Dlaczego? Bo pytanie, to poszukiwanie. A poszukiwanie, to życie, energia i radość. O tym, jak ważne jest badanie samego siebie i zmiana przekonań pisze coach, Maciej Bennewicz w książce o zabawnym tytule: „Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości”.

coaching


Tytuł każe przypuszczać, że czytelnik będzie miał do czynienia z dużą dawką humoru i abstrakcyjności. I w rzeczy samej. „Coaching…” Bennewicza jest lekturą nietypową, bo to… komiks z ilustracjami samego autora, przeplatany sesjami coachingu, podczas którego mierzymy się z własnymi przekonaniami na temat rzeczywistości i siebie samych.

Książka pełna zabawnych rysunkowych kosmitów o wdzięcznych, polskich imionach (Ryś, Grześ, Mirek i Irek) ma za zadanie wytrącić nas z poważnej równowagi. Chodzi o zmianę myślenia, o podważenie przekonań i zasianie wątpliwości. Kosmici są indywidualistami, którzy niczym chór z greckich tragedii opisują i komentują czasami zbyt dosadnie (jak dla Ziemianina) zastaną rzeczywistość. Każdy z nas ma w głowie własnego kosmitę-indywidualistę, lecz z powodu lenistwa i nazbyt mechanicznego myślenia marginalizujemy jego istnienie. Wolimy utarty, bezpieczny schemat niż samodzielne myślenie, niekiedy dalekie od poprawności politycznej.

Autor dociera do czytelnika nie tylko przez humor i nietypowość. Między kolejnymi rysunkami znajdziemy pojedyncze sesje coachingu- rozdziały poświęcone temu, co okrada nas z poczucia szczęścia i stanowienia o sobie, a co jest remedium na ów stan. Praca zaczyna się od zmiany lub chociaż podważenia własnych przekonań, które przecież w dość istotnym stopniu decydują o naszym szczęściu i skuteczności. Im bardziej elastyczni będziemy, tym więcej przestrzeni na to, co nowe. A nowe przynosi odwagę, ekscytację i poznanie. Jak pisze autor: „Mamy we krwi poszukiwanie. Szukanie jest najstarszym i najsilniejszym ewolucyjnym mechanizmem prowadzącym do radości”.

Trudno się nie zgodzić. Czyż na ogół nie doświadczamy poczucia głębokiej radości i sensu, gdy szukamy wiedzy? Gdy pytamy? Podróżujemy? Tropimy? Wystarczy cofnąć się w myślach wstecz, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: kiedy byłem/byłam szczęśliwa? Czyż nie wtedy, gdy szukałam? To nie cel jest szczęściem, lecz droga, która do niego prowadzi.

Coach prowokuje do myślenia i zadawania pytań o własną odpowiedzialność, indywidualizm- jakże niebezpieczny w konformistycznych czasach i wolność. Całość dopełnia propozycją zagłębienia się w siebie, by odnaleźć kiełkujące pytania graniczne; pytania które burzą mury lęku, prowokują do wyjścia poza strefę komfortu i odrzucenia tego, co przestarzałe wskutek czego nie działa już od bardzo dawna. Kosmici pomagają nas nakierować na trudne, choć świdrujące pytania: „Czego ci potrzeba żeby spełniać marzenia?”, pyta jeden z nich. „Jakiego talentu nie wykorzystujesz a szkoda…???”, pyta inny. I w końcu: „Kim jesteś”?.

„Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości” jest niegrubą książką na dwa wieczory. Jest lekka, bo zabawna, lecz niech Was nie zwiedzie pozorna infantylność. To, co proste jest ze swej natury najbardziej skuteczne. W codziennej gonitwie życia zapominamy o jego istocie. Żyjemy mechanicznie, niekiedy bezmyślnie a pytania zawarte w  lekturze pozwolą na nowo otworzyć umysł na to, co znajduje się poza utartym szlakiem. Pytania zadawane samemu sobie prowadzą do głębszego poznania własnej osoby. Mądre, choć trudne przeobrażają naszą świadomość czyniąc nas odpowiedzialnymi za własne życie i poczucie szczęścia. Bo przecież tylko o to chodzi. By być szczęśliwym i skutecznym człowiekiem pełnym psychicznego nadmiaru. Wtedy żyje się łatwiej nie tylko nam. My sami stajemy się również bardziej pożyteczni dla świata, który potrzebuje dziś niezależnie myślących i wolnych jednostek.

Tytuł: Coaching, tajemniczy dar kosmitów dla ludzkości
Autor: Maciej Bennewicz
Wyd.: Coach & couch. Autobus i kanapa
Rok wyd.: 2014
Ilość stron: 176


Zdjęcie: http://autobusikanapa.pl/

Happy birthday! Happy new life!

Czasem życie przesyła nam prezenty. Niespodziewane, miłe i podnoszące na duchu. Takie, które wydają się być idealne na obecny moment zwątpienia w drogę, którą idziemy. Bo przecież nic istotnego się nie dzieje…

Bridget-Jones-Diary


Zacznę kolokwialnie- przedwczoraj stuknęła mi trzydziestka . A musicie wiedzieć, że dla mnie urodziny i sylwester to dwa najgorsze dni w roku. Czas łez, bo gorzkich podsumowań, zakańczania czegoś i rozczarowań, że przecież miało być inaczej. Miałam być sławna, bogata i zapisać się w historii świata jako ta, co odkryła lek na raka. Lub chociaż spełniła jedno z innych równie dziecinnych marzeń. A tu znów kiszka i nerwowo pulsujące pytanie: co osiągnęłaś przez kolejny rok?

Niestety wybujały krytycyzm względem siebie nie pozwalał mi nigdy dojrzeć, że tego ważnego dnia dzieje się coś niesamowitego. Że żyję. Że są w tym dniu ze mną ważne i kochające osoby. Że jakkolwiek jest, to mam się dobrze. Utrzymuję się samodzielnie, mam gdzie mieszkać, mam kogo kochać a w lodówce zawsze znajdzie się coś prócz lodu i światła.

Wdzięczność.
Melodyjne słowo, pieszczące ucho, o którym trudno pamiętać. Bo przecież łatwiej narzekać.
Zwalamy na Polskę, na polityków, na deszcz i zarobki. Dzień po dniu narzekamy coraz intensywniej i żarliwiej, aż stajemy się kwaśną miną i czarną, burzową chmurą gotową wybuchnąć na powolną obsługę w sklepie i kiepski system edukacji.

A tymczasem wdzięczność, z tego co mamy jest najlepszym remedium.
Na smutek.
Rozczarowanie.
Tęsknotę.
Wyobcowanie.

Dzień, który dotychczas był najgorszym z moich dni, zamienił się w prawdziwe święto. Nie z powodu prezentów, nie z ilości wiadomości zostawionych w formie smsów, lecz z faktu podjęcia decyzji: TO BĘDZIE DOBRY DZIEŃ. Nie miałam wielkiego przyjęcia, prawdę mówiąc nie miałam żadnego przyjęcia. Miałam święto z samą sobą, skromne, choć wielkie, bo pełne ciepłych uczuć.

Zaopiekowałam się sobą, zabrałam na randkę, byłam dla siebie szczodra. Bo wierzę, że dawanie sobie wszystkiego, co najlepsze nie jest przejawem egoizmu, wręcz przeciwnie. Jest bazą, na której rośnie wszelki altruizm i wdzięczność dla życia.

I wiecie co?
Kolejnego dnia po moich trzydziestych urodzinach świat obdarował mnie naprawdę niesamowitymi prezentami, których nie mogłam się spodziewać. Dostałam wszystko to, czego jak sądziłam zawsze mi brakowało. Musiałam to dostać, bo dzień wcześniej pozwoliłam oczekiwaniom opuścić zbyt analityczną głowę. Im mniej chcemy, tym więcej jest w nas bogactwa.

Wdzięczność ma niesamowitą moc.Wdzięczność jest mądrością doświadczenia. Szkoda by było, byśmy nauczyli się tego na strość. Mędrcem można być w każdym wieku. Spokojnym, radosnym, akceptującym. Doceniając to, jak jest, otwieramy ramiona na to, co nadejdzie.
Bo chyba tak działa mechanizm brzemiennej przestrzeni. Uśmiechając się do świata wciskamy przycisk „move on” i wprawiamy w ruch energetyczną maszynerię czasu i przestrzeni. Odtąd wszystko, co spotkamy będzie właściwe i potrzebne a prezenty będą się pojawiać w najmniej oczekiwanych chwilach, czego Wam i sobie życzę.


Zdjęcie: kadr z filmu Bridget Jones Diary, www.andpop.com 

Ukłon do lustra

Miłość. Towar na który zawsze jest popyt. Słowo wykorzystywane na wszelkie sposoby, jako obietnica a także pogróżka, jeśli zasugerujemy jej brak. Idealne narzędzie marketingowe by sprzedać czekoladę, czasopismo, książkę lub nowy film. Czyżby była kluczem do szczęścia?

17675-desktop-wallpapers-love


Znamy jej kilka rodzajów. Rodzicielska, przyjacielska, romantyczna, intymna… Mogłabym wymienić jeszcze szereg innych w obrębie pokrewieństwa i poza nim, lecz chciałabym się skupić na nieco innym jej przejawie. Na tym, o którym wiemy jeszcze chyba zbyt mało- miłości do siebie.

Do napisania artykułu zainspirował mnie wczorajszy spacer  z przyjacielem, podczas którego rozmawialiśmy o tej szczególnej wewnętrznej relacji, zgadzając się, że żadny związek, przyjaźń, czy praca, nigdy nie dadzą stuprocentowej satysfakcji, jeśli najpierw nie pokochamy samych siebie. I że przecież każdy problem wynika właśnie z braku miłości. Bo owszem, w okresie dzieciństwa najważniejsza była miłość rodziców, która ukształtowała nas na obecnych dorosłych, istotna była również pierwsza przyjaźń, pierwsze zakochanie, ale wszystko to wydaje się być mijającymi etapami na drodze życia, w  przeciwieństwie do romansu z samym sobą, który raz rozpoczęty trwa na ogół całe życie.

 Co to właściwie oznacza? Jak pokochać siebie?”- zapytał w którymś momencie przyjaciel.

Zaczęłam się zastanawiać. Bo czym miłość jest w pojęciu ogólnym? Dla każdego zapewne czym innym; dla jednych przywiązaniem, dla innych bliskością. Dla mnie akceptacją i całkowitą wolnością. Kochać oznacza zwracać wolność, pozwalać na przestrzeń, jednocześnie wpuszczać drugą osobę do przestrzeni własnej. A jak to się ma do relacji z samym sobą?

Z własnej empirycznej obserwacji potrafię zauważyć, kiedy siebie kocham, a kiedy nie. To dość oczywiste, choć tak łatwo to przeoczyć. Kiedy jestem smutna, kiedy się gotuję, tłumię emocje, kiedy się złoszczę, kiedy się boję, stresuję i płaczę to wiem że gdzieś po drodze zapomniałam, by się ukochać. Że zapomniałam ze sobą porozmawiać- tak wewnętrznie, po cichu, w ciepły sposób. I unikałam własnego wzroku w lustrze, bojąc się stwierdzić, że dałam po sobie podeptać, przekroczyć własne granice.

Bo miłość to wielkie słowo i ma wielkie znaczenia. Ale kochać siebie można na milion małych sposobów. Od mówienia stanowczego nie, rzeczom i ludziom którzy chcą nas okraść z radości i z czasu; poprzez zdrowe odżywianie, długie spacery, wystawianie buzi do słońca, ośmiogodzinny sen; kończąc na takich drobnostkach jak pyszne ciastko do gorącej kawy w ulubionym kubku, kiedy za oknem temperatura niebezpiecznie zniża się do pięciu na plusie. Miłość to pozwalanie sobie na bycie sobą całkowicie. Nawet jeśli gdzieś tam w duszy czujemy, że jesteśmy dziwakami czy kosmitami. Żeby tylko my. Spójrz dookoła- świat jest pełen cieni i zielonych kosmitów, skrzętnie ukrywających się pod firmowymi ciuchami.

Miłość własna to prawo do szczęścia i wszystkich emocji. To prawo wyboru, że taka własnie chcę być- gruba, chuda, ruda, czy blondynka. Że chcę pisać lub skakać wzwyż. Że chcę malować na Monciaku groteskowe portrety. To akceptacja że taka jaka jestem jest dobre i znaczące. Bo nie jestem gorsza od nikogo i nikt inny tez nie jest gorszy ode mnie.

W jednej ze swoich książek (wybaczcie mi krótką pamieć, że nie podam tytułu) psychoterapeuta, Wojciech Eichelberger napisał: „zacznijmy kłaniać się sobie w lustrze, oto początek wielkiej miłości”. I podpisuję się pod tym obiema rękoma.


Zdjęcie: 1ms.net

Zmiana trasy

Któż z nas nie próbował bądź nie chciał choć raz zmienić swojego życia? Tak totalnie- zaczynając od zera, od pustej głowy bez uprzedzeń, napełniając ją na nowo umiejętnościami i pomysłami?

most-drzewa-1


Najbardziej motywujące jest niezadowolenie z miejsca w którym jesteśmy. Bo jeżeli mamy dobrze rozwiniętą wyobraźnię, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie co będzie za trzydzieści lat. W głowie zaczynają świtać myśli: Co jeśli  będąc sześćdziesięciolatkiem będę w tym samym miejscu- na tym samy stanowisku? A jeśli nawet będę wyżej, lecz w tej samej firmie? Czy tego chcę? Czy jeśli zmienię zakład pracy, lecz zostanę w podobnej branży, to będę usatysfakcjonowany? Co czujesz zadając te pytania?

Bo ja frustrację.
Gdybym mogła zmienić przeszłość, nie wahałabym się. Wybrałabym inny kierunek studiów, doświadczenie zdobywałabym już podczas nauki w szkole, zamiast tańczyć na akademickich stołach ze znajomymi. Bardziej ukierunkowałabym się na przyszłość i na cele, które chcę osiągnąć i dziś nie narzekałabym, że robię bzdurne rzeczy za śmieszne pieniądze. Byłam leniwą konformistką, to teraz mam…

Człowiek nabiera mądrości i pokory z wiekiem. Jedni wcześniej, inni później, choć nie bez znaczenia jest tu zapewne wychowanie. Bogaci, przedsiębiorczy rodzice wychowają dziecko na samodzielne i sprytne, podczas, gdy etatowi opiekunowie bez wiary w marzenia pokażą dziecku pracę jedynie jako smutny, lecz niezbędny sposób na zarabianie pieniędzy. By starczyło do 1-ego.

Nie mogę wpłynąć na przeszłość, ale mam przyszłość przed sobą. Mogę sporo zmienić, mogę się przebranżowić. To trudne, czasochłonne i wymaga poświęceń. Czy zatem warto? Na szybko zrobiłam kalkulację w głowie: jeżeli teraz mam 30 lat, a moje studia wstępne trwają dwa lata plus czteroletni program licencyjny, dodać praktykę i staże, to na swoim będę w wieku 36 lub 37 lat. Do tego czasu będę się uczyć, praktykować i płacić około 3.500-4.000 zł rocznie. Pomnożyć przez sześć lat, w sumie 21.000-24.000 złotych. Po drodze książki, podręczniki, kserówki, pisanie pracy dyplomowej, praktyka własna, która też wymaga nakładu. Stoję pod znakiem zapytania.

Rozpoczynając pracę na wymarzonym stanowisku będę w pięknym wieku średnim, podczas gdy znajomi po fachu będą już mogli poszczycić się niejednym osiągnięciem, pracą czy książką powstałą przez lata własnych obserwacji. Warto?

Coach i trener rozwoju osobistego, Michał Pasterski zachęca by to zrobić, w myśl zasady, że nigdy nie jest za późno. Nawet jeśli mielibyśmy rozpocząć ukochaną pracę w wieku 40 lat, to czy nie warto dla tych 20-30 lat, które zostały do emerytury? Nigdy nie jest za późno, by zacząć się realizować i spełniać marzenia. Niech za przykład posłużą tu Uniwersytety Trzeciego Wieku, które cieszą się popularnością wśród ludzi młodych duchem, choć nie metryką. W którymś momencie w końcu musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nikt nie ofiaruje nam szczęścia, satysfakcji i spełnienia, wszystko jest tylko w naszych rękach.

A co jeżeli zmiana trasy przyniesie rozczarowanie? Koszty nauki nie zwrócą się, nie będę mieć klientów lub nie skończę szkoły, bo zabraknie mi pieniędzy? Co jeżeli nie będę mieć czasu na ukochane książki, kino, znajomych, albo co gorsze- nowa praca nie przyniesie oczekiwanej satysfakcji bo piękna była jedynie w marzeniach?

I tak wygram. W końcu będę bogata w doświadczenie, która odpowiednio przefiltrowane zamieni się w mądrość i radość. Bo tym jest życie przecież- doświadczaniem, empiryzmem w każdym drobnym przejawie. Kim byłby poeta, który nie doświadczył miłości? Tym samym co marzyciel nie sięgający gwiazd. A przecież właśnie dzięki marzycielom i idealistom mamy komputery, Mcbooki, żarówkę czy cyfrowy aparat. Najtrudniejsze jest podjęcie decyzji, bo za pierwszym krokiem przychodzą następne i nagle jesteśmy w procesie. W wielkim procesie zmiany, życia, chwytania odległych dotąd marzeń za złoty ogon.


Zdjęcie: www.tapeta-most-drzewa-1.na-pulpit.com

W rytmie serca

Ile to już razy zrobiliśmy coś wbrew sobie, by zadowolić otoczenie lub upewnić je, że wszystko z nami w porządku? Szukamy aprobaty jak myszy tłustego sera, nie licząc się z tym, że złapiemy się w misterną pułapkę zdrady wlasnych przekonań. A gdy zdradzimy samych siebie, to nie potrafimy już ufać swoim wyborom. To rzecz taka sama jak z mało lojalnym kochankiem. Aby ufać, musimy wiedzieć, że partner jest zawsze i całkowicie lojalny. Tak samo my, sami wobec siebie musimy być uczciwi i lojalni do samego końca.

pobrane


Próbowałam to robić wielokrotnie- być kimś innym niż jestem. Tańczyć na stołach, śmiać się do rozpuku z nieśmiesznych żartów, mówić głośno, choć to dla mnie nienaturalne, udawać zaciekawienie podczas niemądrych rozmów na tematy niskich lotów. Próbowałam pić czego nie piję i jeść czego nie lubię, bo wypada w towarzystwie. Bo wypada być elastycznym, swobodnym i rozluźnionym.

I choć na zewnątrz pewnie wszystko wyglądało dobrze i poprawnie, w środku skręcałam się wewnętrznie marząc by uciec, wcisnąć pedał gazu by się stąd wydostać, by zrzucić niewygodne koronki i położyć się na łące pachnącej wilgotną glebą i patrzeć we wschodzący księżyc.

A gdyby mogło tak być naprawdę?
Wyobraź sobie, że nic nie musisz.
Że możesz być kim zechcesz. Że nareszcie zawsze i wszędzie możesz być sobą.

Nikt Cię nie krytykuje, nikt do niczego nie przymusza; czujesz wokół miłość, ciepło i tolerancję.
Czujesz sympatię ze strony otoczenia, bo jesteś. Po prostu. Tylko i aż dlatego.
Czy to nie piękne?

A teraz posłuchaj- naprawdę może tak być!
I nie zamierzam namawiać Cię do zmiany otoczenia, wykluczenia pojedynczych znajomych czy innych, podobnie absurdalnych pomysłów. Zamierzam powiedzieć, że możesz być tym kim jesteś w rzeczywistości. I że to jaki jesteś jest dobre i właściwe.

Nie chodzi o to by tkwić po uszy we własnych przywarach jak w szlamie pełnym niedoskonałości. Ale dopiero całkowicie uczciwa akceptacja tego jaki jesteś pozwoli Ci pójść dalej i dokonać takich zmian jakie uznasz za słuszne. I niech będą to zmiany, które Tobie przyniosą korzyści. Bo im bardziej dbasz o siebie, im bardziej siebie kochasz, szanujesz i akceptujesz to, kim jesteś, tym żyjesz bliżej swojego serca. Zaczynasz wyczuwać jego rytm. Zgrywasz się z nim i oddzielenie przestaje istnieć w Twoim życiu.

Myślę, że zrozumienie, iż to my mamy być dla siebie najlepszymi przyjaciółmi jest kluczem do dojrzalej relacji z życiem. Bo jeśli kochasz siebie, to przyciągasz wszystko co najlepsze- stajesz się własną wizją i spełnionym, chodzącym marzeniem. W Twoim towarzystwie pojawiają się wówczas właściwi, bo serdeczni ludzie, dostajesz od życia takie lekcje jakich potrzebujesz, podobnie jak miłe niespodzianki z wiecznie brzemiennej przestrzeni.

Prawdopodobnie trudno jest być autentycznym w młodym wieku. Mamy jeszcze za mało mądrości i doświadczenia by docenić własne towarzystwo i to jak wielkim skarbem jesteśmy. Niemniej jednak możemy z tym pracować. Każdego dnia możemy ufać sobie coraz bardziej- szanować własne granice, być asertywnym, pozytywnym człowiekiem, który ma prawo iść własną, choćby krętą drogą i spełniać osobiste marzenia. Mamy prawo sprawdzać, próbować, popełniać błędy. Powiedz NIE, jeżeli czegoś nie czujesz, powiedz TAK, gdy coś do Ciebie przemawia. Całkiem niedawno uwiodły mnie słowa Krystyny Jandy, mądrej i dojrzalej kobiety, którą cenię za sposób bycia, ciężką pracę i temperament. Czyż jej słowa, nie powinny wisieć nad łóżkiem większości z nas, wiecznie potrzebujących ludzkiej aprobaty, zapominając że najistotniejsza mieści się w naszym centrum Wszechświata? W sercu…

„Dla mnie receptą jest niezmuszanie się do niczego. Ja robię to, na co mam ochotę. A na szczęście mam ochotę pracować. Ja nie spotykam się z ludźmi, z którymi nie chcę się spotkać. Nie czytam książek, które mnie nudzą, nie oglądam filmów… Od pewnego momentu uznałam, że nic nie muszę ani nie powinnam nawet. Takie słowo „powinnam” też wykreśliłam.”

Cudownego dnia Kochani! Mnóstwa akceptacji, miłości i zrozumienia dla siebie samych 🙂


Zdjęcie: www.wellness-workshop.com

Drewniane objęcia

Odkryłam ostatnio bardzo ciekawą rzecz. Że  jako dzieci wiedzieliśmy lepiej, bo żyliśmy bliżej siebie samych. Byliśmy świadomi na swój własny, nienazwany sposób a większość z nas była szczęśliwa nie z jakiegoś konkretnego powodu, lecz po prostu z faktu naturalnego oddychania. Co się zatem stało na drodze ku dorosłości?

Kama4


Mogę oczywiście mówić tylko za siebie, lecz śmiem sądzić, że wielu miało podobnie. Żyliśmy głębiej choć w nieskomplikowany sposób, w świecie przepełnionym gromkim śmiechem i radością z faktu że widzimy dżdżownicę, niebieskiego motyla czy pobliską kałużę, w której sprawdzimy nowe niebieskie kalosze. Pamiętam jak pewnego dnia, gdy już trochę podrosłam, miałam może 16 czy 17 lat zafascynował mnie spacer z małym jeszcze wówczas kuzynem. Chłopczyk miał cztery lata i zobaczył przy polnej drodze dwa spółkujące ślimaki. Wykrzyknął w radosnym zachwycie: „Zobacz! Kochają się!”. Dzieci wszędzie widzą miłość, bo sami są jej pełni.

Swoje dzieciństwo wspominam jako szczęśliwe. Miałam pełną rodzinę i żyłam na wsi. Tak- to że żyłam na wsi było wielkim prezentem od losu. Nauczyłam się żyć bliżej cyklów przyrody, w zawsze przyjaznych objęciach Matki Natury. Moje wakacje wyglądały tak, że wstawałam dość wcześnie, by zdążyć przed słońcem w zenicie nacieszyć się chłodnym powietrzem na opalonej buzi, pobiegać z psem po mokradłach, sprawdzić co żyje w trawach i przy pobliskich jeziorach. Potrafiłam przez kilka godzin siedzieć w ciszy nieopodal wielkiego stawu, by doczekać się widoku czapli, które na bajecznie długich nogach szukały żab na śniadanie. Pamiętacie „Zaklinacza koni”? Robiłam dokładnie to samo, nie znając książki ani filmu. Siadałam na wielkiej łące na której pasły się klacze i źrebaki czekając aż same do mnie przyjdą przekonane moją pokojową postawą. I przychodziły. Nawet najmłodsze, te najbardziej dzikie i jeszcze nieokiełznane przez ludzką rękę. Podchodziły obwąchując buzię, dając się głaskać i słuchając tego co mam do powiedzenia. Gdy wracałam razem z ukochanym psem do domu, one szły za nami a ja musiałam im tego zabraniać. Chyba rodzice nie wpuściliby do domu wielkich, włochatych koni.

Kama3

Wieczorami kładłam się na trawie na podwórku i namiętnie pisałam wiersze o przyrodzie i miłości. Słuchałam szumu wiatru wplątującego się w pobliskie brzozy, delektowałam się rechotem godujących żab a serce tętniło energetycznym szczęściem, które mogłoby zasilić prądem całą metropolię.

Gdzieś po drodze jednak gubiłam to szczęście i świadomość siebie samej. Dużą część zostawiłam w nieszczęsnym miejskim liceum, gdzie spotkałam paru mściwych i zgorzkniałych nauczycieli, wredną młodzież upijającą się w wieku 16 lat na sobotnich dyskotekach, wyśmiewającą każdą przejawioną formę wrażliwości w drugim człowieku. Potem przyszły studia a wraz z nimi kolejne rozczarowania- że nie są tym czym miały być, że wcale nie są pełne idealistów i marzycieli. Przyszły pierwsze poważniejsze rozczarowania miłosne i ludzki krytycyzm, który zablokował osobistą twórczość na dobrych sześć lat. Podarowałam całe swoje serce drugim osobom, pozbywając się jednocześnie własnej jakże przecież ważnej niezależności i odpowiedzialności za siebie a niektórzy partnerzy beszcześcili jego zawartość, ranili, zdradzali… Byłam zbyt młoda i niedoświadczona by cierpienie przekształcać w mądrość, więc zamurowałam własny świat przed ludźmi, którzy czegoś mogliby chcieć. A ja nie miałam już nic do dania.

Spotkałam hałas, głebokie pomieszanie i niewiedzę ludzką. Zagubiłam się w mrugających neonach miast, w krętych uliczkach, trąbiących samochodach, kolorowych reklamach na banerach. Sama odeszłam od siebie, nie wiedząc już kim czy czym jestem. Rozszczepiłam się na milion małych kawałeczków. Na szczęście gdzieś na dnie wciąż jeszcze świadomego serca stęsknionego miłości i jedności ze Wszechświatem mieszkała nadzieja. A z nadzieją przyszła decyzja o powrocie do domu. Do siebie.

Kama2

Pojawił się buddyzm i medytacja. Głęboka, coraz głębsza świadomość i uważność. Wegetarianizm. Powróciła radosna twórczość, która zamieszkała w dwudziestu brulionach i kilku plikach Worda. I nareszcie zadecydowałam udać się na terapię, by zadać sobie właściwe pytania i powoli zacząć odkrywać prawdziwe odpowiedzi. By się poukładać w jeden kawałek, którym przecież byłam w dzieciństwie. By znaleźć pełnię w sobie, by być pełnią i jednością ze wszystkimi i wszystkim.

Czy się udało?

Wiem, że idę właściwą drogą. Odnalazłam swój tor. Polną ścieżkę, na której się nie biegnie, lecz idzie powolnym spacerem doświadczając rytmu zgodnego z Matką Naturą i twórczością świerzbiącą na liniach papilarnych małych dłoni. Może niektórzy widzą we mnie nawiedzoną wariatkę, bo przytulam się do drzew i rozmawiam z ze zwierzetami. Przeszłam na weganizm, nie imprezuję, nie piję alkoholu, chodzę spać o 22 a wstaję ze słońcem. Pieniądze? Raz są, raz ich nie ma- przecież takie jest życie, że rzeczy przychodzą i odchodzą podobnie jak ludzie.

Tak. Może faktycznie zwariowałam.
I w tym wariactwie odnajduję pełnię szczęścia.
Polecam wszystkim- czyste, dziecięce szaleństwo bycia pełnym samego siebie. Powrót do własnych, autentycznych korzeni przestał być luksusem, stał się koniecznością by przeżyć wszystkie dni, godziny i minuty we właściwym miejscu. W swoim sercu, które tańczy niepowtarzalnym rytmem, jedynym takim w świecie, w którym pojawiliśmy się ledwie na chwilę.


Zdjęcia: archiwum wlasne

Niech koniec będzie początkiem

Boimy się wszystkich końców. Końca wolności, ostatniego dnia w starej pracy, przeprowadzki, końca związku, końca bycia singlem, studentem, kobietą bez zobowiązań lub kobietą zobowiązaną. Dlaczego tak bardzo boimy się momentów granicznych i tego co zwiastuje metaforyczną śmierć?

sunrise-photography


Śmierć na zakręcie

Zmiana jest śmiercią w sensie metaforycznym, symbolizującym utratę czegoś cennego lub znanego, swojskiego i bezpiecznego. Każdy z nas boi się śmierci z jednego prostego powodu- nie wiemy co będzie dalej. A gdybyśmy wiedzieli? To czy nadal kierowałby nami strach?

Ekstrawertycy mniej boją się wielkich zmian, introwertycy bardziej, jednak strach jest wspólny dla każdej jednostki niezależnie od uwarunkowań psychicznych. Zmiana jest jednym wielkim zakrętem. Za nim możemy spotkać wspaniałą otwartą przestrzeń z nowymi możliwościami, nieznaną, pociągającą drogę lub wielkie drzewo, którego nie sposób będzie wyminąć przy zawrotnej prędkości. Możemy wygrać, możemy przegrać…

Wygrana kontra przegrana

Przegrana jednak jest zawsze tylko pozorna, bo nie sposób przegrać na zmianie. Nawet jeśli postawiliśmy wszystko na czarnego konia ze złamaną nogą, to wciąż jesteśmy wygrani na wielu poziomach. Wygraliśmy odwagę, doświadczenie, ekscytację i poznanie nowego.

Półtora roku temu zdecydowałam się zostawić wszystko co miałam i wyjechać za granicę- do Norwegii, całkowicie sama. W Polsce został chłopak, przyjaciele, język, znane miejsca i wszelkie poczucie bezpieczeństwa. Rzuciłam pracę, ulokowałam całą energie i oszczędności w Skandynawii i po kilku miesiącach wróciłam do kraju złamana wpół. Lecz tylko chwilowo, wszak każdy wielki przełom zaczyna się od złamania psychicznego kręgosłupa a potem jest nieznana i trudna droga pod górę. Im ciemniej i niebezpieczniej, tym radośniejszy będzie wschód słońca.

Zupełnie niedawno przeglądając wywiady z ciekawymi ludźmi na youtube, natknęłam się na rozmowę z Marią Peszek. W wywiadzie opowiedziała pytającemu, co oznacza zacząć żyć na nowo(cyt.):
„(…) Przychodzi taki moment w życiu, kiedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś głeboko nieszcześliwy. U mnie to byly dość dramatyczne okoliczności- zapaść, zakręt życiowy, gdzie jedynym wyjściem było uciec, przestać żyć. Wtedy zadałam sobie pytanie, ale tak naprawdę dlaczego tak jest i od czego zależy i kiedy odpowiedź była jedna, że zależy ode mnie, to wtedy wszystko się odwróciło. (…) Zalamanie bylo bardzo nieprzyjemnym przeżyciem (…) ale to fantastyczna rzecz; katastrofa, która zmienila Marię Peszek na zawsze. Załamanie zmienia patrzenie na świat.”

Kwestia patrzenia

A więc boimy się zmian i końców, bo nie wiemy jak je przeżywać, w jaki sposób ich doświadczać. Najlepszym rozwiązaniem jest akceptacja każdego końca, każdej nadchodzącej zmiany w sposób spokojny i świadomy. Zmianę trzeba poczuć, przyznać się do niej, podziękować staremu, za to czym było i jak nas wykarmiło, dać sobie czas na zasymilowanie się w nowej sytuacji i otwarcie ramion na to co nadchodzi. Oby bez rzucania się w wir zapomnienia, bo nie o to chodzi. Aby wycisnąć przeszłe doświadczenie do cna, trzeba dać sobie czas i być wdzięcznym za wszystko, za każdą cenną naukę.

Przeżywając w ten sposób każdy koniec, śmierć, rozłąkę czy nadchodzącą niepewną sytuację, staniemy się silniejsi bo bardziej świadomi tego co jest. To my decydujemy czym jest zmiana i jaka będzie. A zaczyna się od nastawienia i pełnej akceptacji.


Zdjęcie: www.mrwallpaper.com
Cytat  z: „20 metrów kwadratowych łukasza”: https://www.youtube.com/watch?v=2oNKrlPkVGE

Pod prąd

Przechodząc osiem lat temu na wegetarianizm, słyszałam wiele niepochlebnych opinii i powodów, dla których nie powinnam tego robić: „dostaniesz anemii”, „wylądujesz w szpitalu”, „zginiesz marnie”. Minęło osiem lat. Nigdy nie miałam anemii, nie przetaczali mi krwi, żyję i mam się dobrze. Ten post nie jest o tym jak przejść na dietę roślinną, ale o tym jak żyć w zgodzie ze swoimi wartościami, które czasem wymagają od nas pójścia pod prąd i sprzeciwienia się społecznie przyjętemu konwenansowi. pod


Często w życiu doświadczałam uczucia, że jestem inna. Nie dlatego, że ubierałam się dziwnie czy miałam różowe włosy. Zwykle wyglądałam normalnie. Inności dodawał mi fakt wyznawania wartości, które nie są powszechne wśród społeczeństwa. Czasem nawet są zaprzeczeniem, tego co większość Polaków uznaje za dobre, właściwe czy konieczne. Sytuacje i miejsca, w których spotykamy ludzi, wyznających wartości odmienne do naszych mogą powodować pogłębienie przepaści a nawet zwątpienie. „Czy dobrze robię?”, „Czy aby się nie mylę?”, „Może powinnam zrobić to, co reszta?”.

Doświadczam tych uczuć często w miejscu pracy- korporacji która wychowuje konsumpcyjne społeczeństwo nastawione na powielanie schematów. Zaręczyny, głośny ślub z setką gości, kredyt hipoteczny, dziecko, skromny awans w przyszłości. Ja podziękuję. Wysiadam, choć jest trudno, bo pociąg jedzie z zawrotną szybkością. Oczekiwania innych i brak zaufania do siebie, mogą spowodować, że zawrócimy z własnej drogi i zaczniemy żyć czyimiś wymaganiami. Skutek? Frustracja, brak kontroli własnego życia i ogólne poczucie niespełnienia. Najtrudniej jest odpowiadać ludziom na pytania, na które (ich zdaniem) jest tylko jedna dobra odpowiedź. „Dlaczego nie weźmiecie ślubu?”- słyszę wciąż od życzliwych znajomych; lub u lekarzy: „Dlaczego pani jeszcze nie rodziła?”. Równie dobrze to ja mogłabym zapytać: „Masz 35 lat. Dlaczego jeszcze nie spełniłeś swojego życiowego marzenia?”. Ale po co. Każdy niech żyje własnymi kryteriami a osądzanie i wymaganie pozostawi samemu sobie i tylko w stosunku do swojej osoby.

Aby iść pod prąd trzeba przede wszystkim znać swoje wartości. Zrobić ich hierarchię i odświeżać co pół roku. Słuchać intuicji i mieć do niej zaufanie. Znać własne cele, mieć świadomość jakich emocji chcemy w życiu doświadczać i sprawdzać swoje potrzeby. Bez tych filarów będziemy jak puszek na wietrze, targany nieswoimi pomysłami na życie. Bez miłości do samego siebie też się nie obejdzie. Tylko kochając siebie (zajrzyj tu: https://eemocjonalnaa.wordpress.com/2015/04/13/100-powodow-dla-ktorych-warto-kochac-siebie/ ), jesteśmy w stanie autentycznie zaufać sobie na wielu poziomach i być swoim mądrym przewodnikiem.

Pamiętaj- niezależnie od tego kim jesteś i co czujesz, masz prawo być sobą. Wegetarianinem, innowiercą, ateistą, singlem, bezdzietnym, buntownikiem, podróżnikiem, grubasem, chudzielcem i marzycielem. Kimkolwiek. Bądź sobą, bo tylko tak nie zawiedziesz najważniejszej osoby w twoim życiu- siebie. Cała reszta nie ma znaczenia. Każdy ma inne powołanie i inną misję do wykonania. Odetnij więc społeczną pępowinę i daj sobie prawo być tym, kim jesteś, z wartościami które wyznajesz. Aprobata innych jest jedynie chwilową dumą, która niczego nie przyniesie w dłuższej perspektywie czasu. Pójście pod prąd będzie wymagało wzięcia całkowitej odpowiedzialności za własne życie. Wszak tak łatwo zwalać na kraj, system, społeczeństwo czy tradycyjny model wychowania. Dobra wiadomość jest taka, że mamy wybór. Zawsze mamy wybór. Niech zatem będzie świadomy i z kierunkiem na szczęście. A jeżeli nadal bardzo pragniemy aprobaty innych, otaczajmy się tymi, którzy sprzyjają naszym decyzjom, jakiekolwiek by one nie były.


Zdjęcie: fishki.pl