Archiwa tagu: brene brown

Dotknij mnie z czułością. O miłości i innych „przypadkach”

Zupełnie niedawno przeczytałam
gdzieś piękne zdanie o miłości.

I choć nie pamiętam, kto jest autorem,
poruszyło mnie do głębi.

Brzmiało mniej więcej tak:

Jeśli odejdzie od ciebie osoba,
którą kochasz, nie oznacza to, że
opuszcza cię również miłość.

Nikt nie może zabrać ci
miłości, czy zdolności do jej odczuwania.

Innymi słowy: odchodzi człowiek,
ale nie odchodzi  miłość.

Jeśli jesteś pełen miłości, to jak drugi
człowiek może ci ją odebrać? Nie może.
Odszedł człowiek. Przyjdzie następny.
Bo taka jest natura energii, a MIŁOŚĆ
to najintensywniejsza z wibracji.

Ale żebyśmy mieli jasność – to jest o prawdziwej
MIŁOŚCI, a nie pożądaniu, chceniu, czy
potrzebowaniu.

To jest o MIŁOŚCI, która daje,
bo taka jest jej natura. 

MIŁOŚCI, która nie potrzebuje żadnych
warunków, aby zaistnieć. Po prostu jest.

Ostatnio, to właśnie ona jest na mojej
emocjonalnej tapecie. Czuję się zakochana.

Przez tydzień w jednej osobie.
Potem w kolejnej. A potem spotykam
trzecią i znów chcę jej podarować świat.

Zakochanie i czułość są we mnie,
niezależnie od tego, kto się pojawia.

Pewnie, gdyby w którejś z nich była chęć
i słowo TAK, to wytworzyłaby się piękna
historia, o której mogłabym opowiadać
po latach przy wielkim ognisku.

Ale w każdej z tych osób jest NIE.
I każda z nich jest zajęta. Nie szkodzi.
Ufam, że jest tak, jak ma być. Wciąż kocham.

Odchodzą osoby, które nie mają przestrzeni,
ale zostaje MIŁOŚĆ. Zachwyt. Radość z tego, że
są szczęśliwe. Życzenia, by żyło im się z lekkością.

To cudowne uczucie. 

Jestem w motylach.
Jestem w skowronkach.
I idę dalej z tym w świat.

Czułość.
Tkliwość.
Uważność.

Kocham mojego psa.
I kocham mojego sąsiada.
Kocham panią z warzywniaka
i chłopaka, który codziennie biega po lesie.

Kocham brzozę, co ma pożółkły pień
i mech, który porasta jej korzenie.

Jestem pełna. 

Niczego nie zatrzymuję.
Niczego nie potrzebuję.
Nie chcę zawłaszczać.

Być może w odpowiedniej chwili,
– pewnie w najlepszej z możliwych –
pojawi się właściwa osoba.

Wolna. Taka, która nie potrzebuje
zawłaszczać.Obiecywać czy mieć  obiecane.

Ale może też być zupełnie inaczej.
Być może pojawi się po prostu ktoś,
kto będzie chciał poczuć ciepło.

Kto będzie chciał być wysłuchany.
Dostrzeżony. Przytulony. Albo głodny.
Czuję, że MIŁOŚĆ ma wiele twarzy.

Popkultura ujęła jej wartości i
spłaszczyła do poziomu zazdrości,
zdrad, chcenia i posiadania na własność.

Tak jakby była rzeczą.

Tak jakby nieodłącznie musiały
towarzyszyć jej: zazdrość, pożądanie
i ciasnota, która potrzebuje formalności.

Dlatego nie obchodzę Walentynek.
I dlatego nie obchodziłam ich nawet wtedy,
gdy z kimś byłam. Bo MIŁOŚĆ to nie
różowe serduszka, koronkowa bielizna,
kwiaty i uczta przy świecach.

Bliżej temu do jarmarku niż do UCZUCIA.

Brene Brown napisała w jednej ze swoich
książek, że trudno jest nienawidzić ludzi z bliska.
Dlatego, ilekroć nadarza się okazja, staram się zbliżyć.

Bo z natury nie jestem człowiekiem kochającym.
Nienawiść i brak życzliwości były mi bliższe.

Dlatego wiem, że pracą na obecne
życie jest zbliżać się.

Podchodzić z otwartą dłonią,
będąc nagą i całkowicie bezbronną.

Z zaufaniem.
Z miłością.
Bez lęku.
Z ofiarowaniem, a nie chceniem.

Co ciekawe, wszystko to wiąże się z życzliwością
w stosunku do siebie. A więc z uważnością.
Przebaczeniem sobie. Akceptacją. Ulgą.

Wraz z nimi przyszło zobaczenie drugiego człowieka.
Tkliwość na jego emocje. Wrażliwość na to, kim jest
i co mogę mu dać.

Otwarte serce.

Pamiętam, że latem pojawił się na chwilę
ktoś w moim życiu, ale drzwi były zamknięte
i w oknach stały kraty.

Przeszło mi wtedy przez myśl, że tak już pewnie
zostanie, że nie pokocham nigdy.

Że pewnie nie mam zdolności do odczucia
nadmiaru, a cały życiowy zapas
wykorzystałam  lata temu.

Wytworzyło się wtedy wiele
pomieszania i cierpienia.

Dziś widzę, że nie chodziło o tą
konkretną osobę. Bo przyszłaby inna,
a moje serce wciąż byłoby zamknięte.

Nie było we mnie MIŁOŚCI.

W końcu zdałam sobie sprawę,
że to ja miałam ten metaforyczny klucz.

Odpuszczenie sobie.
Życzliwość.
Czułość kierowaną wprost do serca.
To one ukoiły lęk przed drugim człowiekiem.

Popłynęło.

Fantastycznie jest znów poczuć
ten słodko-cierpki smak CZUŁOŚCI,
która jest niezależenie od człowieka.

Nikt nie odbierze mi TKLIWOŚCI.
Nikt nie odbierze mi MIŁOŚCI.

Bo kocha się za nic.
Nie ma jedynego właściwego powodu,
by kochać. Po prostu się kocha.

„Miłość jest pierwszym z powodów,
dla których Wszechświat istnieje.
Po co troszczyć się o pozostałe?”.

Krzysztof Pieczyński


Photo by Italo Melo from Pexels