Archiwa tagu: relacje

Nasze fałszywe persony. Czyli dlaczego okłamujemy samych siebie

Czasami wydaje nam się, że mamy
ze sobą załatwione już wszystko.

Że jesteśmy poukładani, rozwinięci
a to w nas, co było uszkodzone,
wróciło do normy.

Jakaż to niespodzianka, gdy
pod wpływem kogoś lub czegoś
nagle otrzymujemy mocny feedback
o  naszym wspaniałym procesie.

I w minutę przekonujemy się, jak wiele
zostało jeszcze do zrobienia,
do zaakceptowania, do uzdrowienia.

I jak dużo mamy bałaganu.

I to takiego, którego
nie poukładamy nigdy.

Ot, druga strona monety
naszej „poukładanej”
i wyprasowanej osobowości.

Często widać to w relacjach
i w sytuacjach, które są poza
naszą kontrolą – czyli w zdarzeniach,
które przerażają najbardziej i generują
najwięcej trudnych emocji.

To wtedy łapię się na tym, że
naiwnie wierzyłam w  doskonale
wykonaną pracę nad sobą i
wieczną nagrodę za tę pracę właśnie.

W iluzję wiecznego szczęścia.

Przekonanie, że nie popełnię już błędu.
Że nie będę się bać, smucić, rezygnować i powtarzać
mało konstruktywnych programów.

A tu niespodzianka!

Pojawia się człowiek, przy którym
zdejmuję zbroję i nagle zalewają
mnie emocje. I znów jestem chaosem.

Roztrzepaną reszką zamiast  orłem,
który dumnie wypina prężną pierś.

Albo po miesiącu dobrej passy w pracy,
podchodzi ktoś i mówi: spieprzyłaś.

Robisz byle jak,
za wolno, za słabo,
za kiepsko, i w ogóle wszystko nie tak.

W tej jednej chwili mam jak na dłoni
cały swój rozwój, oświecenie i „skończony” proces.

Dupa, że tak się wyrażę.

Jest lęk.
Smutek.
I wewnętrzna krytyka.

Są słowa pogardy dla samej siebie,
wytykanie sobie i kulenie się ze strachu.

I to są właśnie sytuacje, gdy dostrzegam
jak wiele jest jeszcze do zrobienia.
I że ta praca nie ma końca.

Powiem więcej, rozwój nie jest liniowy.

Częstokroć przypomina sinusoidę, która
rzadziej zalicza góry niż doliny.

Czasem skłania nas, by cofnąć się o kilka kroków,
byśmy mogli zrobić potężny skok w dal.

Co nie oznacza, że się uda. Niejednokrotnie
przecież zaliczamy upadek twarzą w mokry piasek.

Wierzę jednak, że wszystko, co nas spotyka
ma jakiś ukryty cel, lub po prostu jest
manifestacją naszej wewnętrznej intencji.

Dlatego dobrze jest ją poznać.

Bo problemem jest, gdy naszym życiem
kieruje nieświadoma motywacja.
Np. ukarania siebie.
Potwierdzenia, że jesteśmy do niczego.

Tak jak mówiła babcia. Albo mama.
Albo ten mały chujek w liceum.

Sytuacje poza naszą kontrolą, mają na celu
właśnie wydobyć z nas to, co dalej
wolelibyśmy mieć w słodkim ukryciu.

To wtedy panikujemy. Chcemy
uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Zrezygnować.
Poddać się.
Odwrócić wzrok.
Pójść łatwiejszą drogą.

Tyle, że wybranie prostszej drogi,
bywa często odwróceniem wzroku
od samego siebie.

Od tego, co we mnie:

trudne,
nieładne,
krzywe i nieuporządkowane.

Od tego, co słabe.
Niepoprawne.

A już na pewno nie nadające
się na Instagramy tudzież inne
miejsca, w których przedstawiamy swoje pozorne
i jakże piękne, wiecznie wesołe persony.

Jestem głęboko wdzięczna za to wszystko,
co mnie spotyka. Za krytykę w pracy. Za
trudnego człowieka, którego szczerze nie lubię
i za człowieka, którego lubię za bardzo.

Bo każdy z nich pokazuje mi
prawdę o tym, gdzie jestem.

A to, pozwala mi dotrzeć  do tych niechcianych
części siebie, które wciąż zamiatam
pod dywan pozorów.

To wtedy spotykam się z największymi
obawami i pragnieniami. Widzę, czego
chcę od życia i jak bardzo skręciłam nie
w tym kierunku co trzeba.

I co nawet ważniejsze – widzę swoją
ogólnożyciową intencję, która ten
kierunek nadała.

Teraz mogę zrobić trzy rzeczy.

Zostawić intencję, taką jaką jest. I zaakceptować.
Albo lekko przekształcić ją w sposób,
który zacznie mi służyć.

Mogę też wrócić  do punktu „zero” i zacząć
od nowa, z tą różnicą, że teraz wiem więcej.

Ok. A więc nie jestem doskonała.
Jestem niedoskonała. Nieuporządkowana,
w chaosie, w lęku i sprzecznych emocjach. To też ja.
To też moja natura i jedna z wielu twarzy.

Jednocześnie też wciąż jestem pełna życia. Wciąż pełna
oddechu i najlepszych, bo świadomych intencji.
A to oznacza na pewno, że…

wszystko jest możliwe, więc nie rezygnuję.
Przede wszystkim nie rezygnuję
z siebie. Z odkrycia tego, co wciąż głęboko ukryte,
bo czeka na pewien życiowy impuls, by wyjść z pudełka.

Czasem impulsem będzie człowiek.
Czasem praca. Często jakiś kryzys.

Do nas należy tylko jedno.
Nierezygnowanie. Bądźmy czujni, bo
nauczyciel czi się w tym, co niepozorne 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Życie vs Plany 1:0

Jakiś czas temu napisałam posta o byciu singlem.
O tym, że to jest mój wybór na czas procesu,
w którym aktualnie jestem.

I że nie potrzebuję niczego zmieniać
w najbliższej przyszłości.
Bo jest mi dobrze.

Życie jednak lubi płatać figle.

Albo inaczej: daje dokładnie to, czego nam potrzeba,
choć sami mamy o tym zupełnie inne pojęcie.

Bo przecież: „Tego nie było w planach!”.

Przez pierwszy miesiąc
strasznie się buntowałam.
„Nie, nie, nie! Nie tak miało być”.

Bo przecież minęło dopiero dziewięć
miesięcy od czasu rozstania.
A miał być rok samotności.

Dopiero po roku miałam być „gotowa”.

Miałam być wtedy dojrzała,
poukładana, z wielkim sercem
wyciągniętym na otwartej dłoni.

Więc, zaraz zaraz Wszechświecie…
Jeszcze nie minął rok…

Kogo mi tu podrzucasz? Dlaczego?
Miał być długowłosy szaman, co
kocha chodzić boso po lesie.

Dlaczego dajesz mi jego przeciwieństwo?
Serio??? Czyżbym nie wyraziła się jasno?!!

Długo walczyłam.
Wiele razy mówiłam NIE.

Randka? Nie. Podziękuję.
Odebrać telefon? Nie.
SMS? Chyba nie odpiszę.

Bo to przecież nie tak. Nie ten czas.
Nie te właściwości. Nie te cechy charakteru.
I w ogóle nie. No NIE. Słowa układają się w NIE.

A w głowie TAK.
I w ciele TAK!
I w oczach
jedno wielkie TAK!

I ja już w ogóle przestałam ogarniać tym swoim
analitycznym rozumem, co tu się do
jasnej ciasnej wyprawia..?! I dlaczego?

Poddałam się. Odpuściłam.
Przestałam hamować ten przepływ.

Przestałam tak bardzo się spinać, że
dostałam coś, co nie jest po mojej myśli,
bo to takie niepodobne do mnie.

Puściłam plany i kontrolę.

Bo to miał być rok nie tylko samotności,
ale również rok sprawdzania kim jestem
i całkowitej otwartości na to, co życie daje.

Mówienia ludziom i zjawiskom TAK.

No dobrze. Niech będzie. Zobaczymy
dokąd mnie to zaprowadzi.
Bo przecież nie ma przypadków.

Nie bez powodu na naszej drodze
staje właśnie ten, a nie inny człowiek.

I pewnie nie bez powodu
tak bardzo się od nas różni.

A skoro jest tak inny,  od tego co znam,
i co mi bliskie, to znaczy, że mam odnaleźć
w sobie jakąś nieodkrytą jeszcze część.

A następnie: Pokochać ją.  Zintegrować z
całością. Dopuścić do głosu i działania:

Pewność siebie,
odwagę,
zdecydowanie,
siłę,
potężny głos.

To też wielka nauka odpuszczania planów
i pomysłów. Że musi być związek. Bo nie musi.

Albo, że relacja ma zawierać jakiś potencjał.
Error. Też nie musi. Może służyć innym rzeczom.

Przyjemności.
Odkryciu w sobie innych twarzy.
Zabawie.
Radości.

Poznawaniu siebie na nowo,
również w kontakcie z drugim człowiekiem.

Bo inaczej siebie doświadczamy w samotności,
a zupełnie inaczej siedząc na starym pniu
w mokrym lesie obok kogoś, kto
wywołuje w nas urocze wibracje.

A co przecież zaskakuje po latach
nieczucia i bycia skutym w lodzie.

Więc może ten drugi człowiek, który
siedzi na starym pniaku obok mnie
przyszedł właśnie po to – by pomóc
coś odmrozić? By pomóc mnie uzdrowić
i przywrócić do życia?

Może, gdy wykona swoją pracę,
to po prostu odejdzie. Dobrze. Godzę się.

Mam otwartość na to, co życie daje.
I akceptuję, jeśli coś zabiera.

Bo mam głębokie zaufanie,  że Wszechświat
nas kocha i zsyła tylko dobre rzeczy. Nawet jeśli
czasem wydają się być dziwne i groźne, bo obce.

To miał być rok samotności. Rok
nie wchodzenia w żadne relacje.

Ale też rok poznawania własnej natury.
Doświadczania. Podążania za ciekawością.
Rok otwartości na siebie i innych.

Rok sprawdzania.

Kim jestem.
Co lubię.
Czego nie lubię
Dokąd idę.
W co wierzę.
Co jest we mnie.

To rok sprawdzania siebie w ciele
i obok innych – we wszelakich relacjach.

Największą nauką przez te dziesięć miesięcy
było odsianie mitów od prawd.

Myślałam, że wiem o sobie wszystko.

Przez lata nosiłam wiele etykietek
Dziś odklejam jedną po drugiej.

I wiem, że już nic nie wiem. 

Po prostu sprawdzam. Daję się
prowadzić własnej ciekawości.
I to wystarczy.

I czuję, że to jest dobre.
Wiesz czemu?

Bo bywam szczęśliwa jak nigdy.

 

 

Pół roku bycia singlem. Co się zmieniło?

I oto nareszcie jesteśmy na swoim.

Po 24 życiowych przeprowadzkach.
Po mieszkaniu kątem u znajomych.
Po licznych wynajmach, kaucjach,
zwrotach i noszeniu kartonów w górę i w dół.

W tych wszystkich miejscach
zostawiłam po cząstce siebie.
Ale i urosłam o nowe zmiany.

W niektórych mieszkaniach
trochę zmądrzałam, a w innych
totalnie zgłupiałam.

Kochałam, związywałam się,
zrywałam i byłam porzucana.

Płakałam z bezsilności.
I skakałam z poczucia szczęścia.

Ale własne mieszkanie,
to nie tylko miejsce.
To również metafora nowego życia.

Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.
Brzmi banalnie, prawda? Niczym
wyświechtany tytuł noworocznego
artykułu w taniej gazetce.

Mimo to, użyję go raz jeszcze.
Dlaczego? Bo koniec z „nie wypada”.

A wiec. Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.

Kamila, która nigdy nie pozwalała
sobie na bycie w pełni sobą.

Bo nie wypada mieć 33 lat i skakać jak dziecko.
Nie wypada mieć za sobą kilku związków,
które niemal zawsze kończyły się tak samo.

Nie wypada mieć różowych kapci z Myszką Mickey
albo nie być pewnym co dalej.

Nie wypada…

Porzuciłam wypada i nie wypada/ trzeba i nie wolno.
I porzuciłam bycie w związku z drugim
człowiekiem. Nie dlatego, że bycie z kimś
jest złe lub męczy.

Porzuciłam potrzebę bycia z kimś na siłę,
co czyniłam często, bo
nie mogłam wytrzymać z samą sobą.

Nie szukam już potwierdzenia własnej wartości w cudzych oczach.
Nie utożsamiam własnego samopoczucia
od czyjegoś stanu emocjonalnego lub humoru.

Chcę być sobą. Taką, jestem.

Iść w kierunku, który dyktuje serce.
I nie musieć uznawać  kompromisów.

Egoistyczne? Wydaje mi się, że większym
egoizmem jest bycie z kimś, bo tak jest łatwiej.

Natomiast bycie singlem konfrontuje
z największymi lękami i
społecznym odrzuceniem.

Bo przecież można komuś
wybaczyć bycie samemu,
jeśli życie tak się ułożyło.

Ale samotność z własnego wyboru?,
To przecież trudno zrozumieć.

20190302_083349

Ileż to już razy usłyszałam:
„Nie martw się. Na pewno kogoś znajdziesz”.
A ja w ogóle się nie martwię. I co więcej,
nie potrzebuję nikogo znaleźć.

W marcu mija siódmy miesiąc odkąd jestem singlem
A przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy.

Przede wszystkim przestałam udawać.

Jestem tym, kim akurat się czuję.
Milczę, gdy nie chcę gadać.
Mówię NIE, gdy tak podpowiada serce.
Z szafy wyrzuciłam to, czego nigdy nie lubiłam nosić.

Dziś królują dżinsy, dżinsy, jeszcze więcej dżinsów
i zabawne t-shirty.

Bo nic nie muszę.

Z rozbawieniem natomiast obserwuję
tańce godowe koleżanek, które widząc
WOLNEGO chłopaka zaczynają
swoje małe erotyczne gierki.

Z dnia na dzień pogłębia się makijaż,
szpilki zastępują trampki, a krótka
sukienka jest obowiązkowym dress codem
niezależnie od pogody.

Patrzę z rozbawieniem i współczuciem.
Bo sama tak robiłam.

Zauważy mnie – och a więc jestem coś warta.
Nie uśmiechnie się, wpadam w depresję, bo
najwyraźniej jestem NIKIM.

Jak dobrze, że mam to za sobą.
Dziś nikogo nie szukam. Opuściłam
to Wesołe Miasteczko, w którym
rollercoaster króluje ponad innymi.

A skoro nie szukam, to nie muszę:

wychodzić z siebie, udawać, przymilać się,
potakiwać, przebierać się, wytrzymywać,
starać się, analizować i zamartwiać
wyimaginowanymi problemami.

Ufff.

Natomiast mogę wszystko inne.
Sama lub z kimś.

Teraz, w sobotę rano wstajemy skoro
świt i wychodzimy z Luną na
kilkugodzinny spacer po plaży.

Nie mam na sobie
grama podkładu ale piękną różową czapkę,
w której wyglądam jak dziki skrzat.

20190302_083401

Czy nie czuję się nie do pary?
Czy nie brak mi relacji?

Przecież mam ich mnóstwo.

Rodzice, pies, przyjaciele, znajomi, nowi sąsiedzi.
I nawet obcy psiarze, których mijamy na plaży.

Jestem tego częścią. Pojedynczą nitką
w pajęczej sieci innych pojedynczych nitek.
Lub inaczej – idealnie pasującym puzzlem
układanki zwanej ŻYCIEM.

Rozglądam się po moim małym
30-metrowym mieszkaniu.
Jeszcze nie wszystko gotowe.

Nie mam karnisza, akwarelowe obrazy
stoją na ziemi, a parę rzeczy
wciąż trzymam w kartonach.

To, co jednak wyróżnia
mieszkanie na tle pozostałych, to
przestrzeń.

Zero gratów, śmieci
i niepotrzebnych bibelotów.

I tak samo zaczyna być w duszy. 

Opuściłam „świat związków” by
znaleźć przestrzeń. Własne kolory,
tożsamość, uczucia i przedmioty.

By to kim jestem nie było pożyczone
lub przejęte, ale własne.
Przeżyte. Zrodzone ze mnie. Moje.

 

 

Miasto. Kochać czy nie kochać?

Czym jest dla Ciebie miasto? Czy potrafisz je kochać mimo zgiełku, hałasu i anonimowości?
Przez jednych ukochane, przez innych znienawidzone może być inspiracją i pakietem wspaniałych możliwości. Wybór należy do Ciebie.


city-bike

When you’re alone and life is making you lonely
you can always go Downtown
When you’ve got worries, all the noise and the hurry
seems to help I know, Downtown

(Gdy jesteś sama i życie czyni cię samotną możesz zawsze pójść do miasta. Gdy masz zmartwienia, cały ten hałas i pośpiech wiem, co powinno ci pomóc. ­Miasto. Posłuchaj tylko muzyki miejskiego zgiełku. Przystań na chodniku, gdzie piękne są neony.
Jak możesz zbłądzić?)

Petula Clark śpiewała w latach sześćdziesiątych, że światła neonów miast potrafią ukoić zszargane nerwy. Do niedawna nie wierzyłam. Przecież wieś jest oazą, która wypełnia umysł spokojem i pozwala się odprężyć po tygodniu czy miesiącu wielkomiejskiej gonitwy. I pewnie miałam dużo racji, co nie wyklucza teorii, że w mieście da się żyć, można je polubić, nawet pokochać, nie będąc jednocześnie miłośnikiem betonowego świata.

Moje życie w ostatnim czasie układało się tak, że większość czasu spędzałam w Gdańsku, nawet podczas lata czy wykorzystywanego urlopu. Przeszkody? Nie. Świadomy wybór. W mieście tętni życie; nawiązanie relacji jest tak proste jak zaparzenie czarnej herbaty a samotność jest tylko wyborem. To my decydujemy czy poznamy streszczoną historię życia pani z szorstkowłosym jamnikiem w tramwaju i czy zamiast grubej książki, tym razem oddamy się słuchaniu gwaru, szmerów i śmiechów na przystanku. Hałasu, który nie musi męczyć a może być inspirujący. W ludzkich historiach, opowieściach zamieszkanych w głębokich zmarszczkach i rozbieganych oczach mieszkają ludzkie emocje i gotowe scenariusze na : powieść, obraz, wiersz czy rozwiązanie własnego problemu.

Nie bez powodu większość filmów Woodego Allena rozgrywa się w Nowym Jorku. Reżyser kocha miasto. I choć (jak sam twierdzi) jest neurotycznym samotnikiem, który najchętniej spędza czas we własnym mieszkaniu, to jego miłość jest odwzajemniona. Mimo, iż ostatnimi czasy mistrz stracił formę, bo „Nieracjonalny mężczyzna” czy „Magia w blasku księżyca” nie zachwycają tak jak „Hannah i jej siostry” czy „Annie Hall”, to jednak perspektywa miast widziana oczyma Allena urzeka i przekonuje, że miasto przygarnia wszystkie jednostki, łącznie z tymi trudnymi, neurotycznymi i wiecznie samotnymi, nad którymi chętnie podumaliby Freud i Jung.

I choć przeciwnicy szybkiego tempa życia i wysokich wieżowców (ja sama do niedawna) upierają się, że prawda jest tam gdzie dzika natura, to zadziwiającym faktem jest, że Aborygeni uważają miasta za następstwa energii- jak mówią, powstały ze „śnienia”. Są naturalnym i oczywistym zjawiskiem wynikającym ze skumulowanych energii (bardziej szczegółowo opisał to Arnold Mindell, założyciel szkoły Psychologii Procesu w książce „Śnienie na jawie”).

Jeżeli głębiej się nad tym zastanowić, to trzeba Mindellowi przyznać rację. Z reszta nawet nie trzeba się zastanawiać, wystarczy doświadczyć. Wyjść pewnego popołudnia czy wieczoru z domu. Samemu. I niczym bohaterowie allenowskich komedii, pójść przed siebie, wypić powoli machiatto w małej kawiarni, a potem odwiedzić galerię sztuki i zakończyć wieczór koncertem jazzowym. Przecież miasto zawiera wszystkie możliwości. Uczy nas, rozwija, wkłada w sam środek społecznej spirali w myśl zasady, że przetrwasz albo zginiesz w tym wielkomiejskim świecie. Miasto jest kolażem biedy i bogactwa, kolorów i szarości. Karmi złaknionych wiedzy i rozrywki, podsyła nieoczekiwane spotkania. Gdzież będziemy bliżej sztuki i ludzi jeżeli nie samym środku miasta?

Ja, wychowana na wsi, cicha, spokojna (tudzież neurotyczna) Kamila Gulbicka przyznaję: napisałam odę do miasta. I dobrze mi z tym. Mogę się przeciw niemu buntować, lub mogę je kochać. Każdy wybór przyniesie identyczne w skutkach sprzężenie zwrotne. A przecież łatwiej żyć we wzajemnej miłości. Więc mój drogi, moja droga…

Światła są tu jaśniejsze
Możesz zapomnieć o wszystkich swych problemach, zapomnieć o wszystkich troskach
Więc idź do miasta, gdzie jaśnieją wszystkie światła
Miasto – czeka na ciebie tego wieczoru
W mieście – wszystko będzie już dobrze


Cytaty: „Downtown” Petula Clark. 1964 rok.
Zdjęcie: wallpaperbeta.com

Przyjaciele

Era facebookowych znajomości nie sprzyja zawieraniu głębokich przyjaźni. Szybko się nudzimy i łatwo porzucamy to, co brzydkie i niewygodne, np. trudne emocje widziane w drugim człowieku. Przyjaźń wymaga cierpliwości i pełnego zaangażowania, a dziś tak trudno o czas i chęci…


1

Nie jestem łatwym przyjacielem, wręcz przeciwnie. Dąsam się, często przeklinam wyprowadzona z równowagi, obrażam za nieustannie milczący telefon, zabijam w myślach za choćby mały akt nielojalności… Tak. Jestem cholernie trudną osobą. I pewnie dlatego w moim życiu przyjaźnie stanowią krótką i ulotną chwilę. Poznaję kogoś, trochę się w nim zakochuję, przyglądam w nim jak w lustrze, by ostatecznie zacząć powoli szykować się do wyjścia. Bo mamy inne drogi, inne cele, marzenia i poglądy. Bo przeżyliśmy inne rzeczy, doświadczyliśmy innych zjawisk i na innych poziomach. A czasem dlatego, że postawiłam na złą kartę, przyjaźń zawiesiłam na cienkiej lince mówiąć „wybieraj!”, w myśl zasady że lojalność jest wartością nadrzędną. Niespełniona popychała do kasowania numeru i zapominania o adresie. Tak łatwo jest zapomnieć o sobie wzajemnie, nawet gdy nazywaliśmy siebie przyjaciółmi po grób. Bo oto powstał grób życiowego etapu. Szast prast, przyjaźń umyka niczym płochliwy zając…

Miałam przyjaciół przez większość swojego życia. Lecz zawsze na chwilę. Przyjaciółka na rok, przyjaciel na dwa, czasem dłużej. Potem każdy żył osobno. Inni ludzie, inne miasta, priorytety… Czy staraliśmy się za mało? A może rozdzieliły nas czas i przestrzeń, odległość kilometrów? A może nie traktowałam jej nigdy zbyt poważnie, twierdząc że bez niej spokojnie da się żyć…

Dziś, z perspektywy osoby niespełna trzydziestoletniej widzę, jak bardzo mi brakuje przyjaźni szczerej, fizycznej lecz nieseksualnej bliskości i kontaktu z drugim człowiekiem. Szukam przyjaciół jak narkoman na głodzie; w kobietach szukam sióstr, których nigdy nie miałam, w mężczyznach zachwytu, siły i zdecydowania. We wszystkich- zrozumienia i całkowitej akceptacji. Dlaczego? Bo sama nie potrafię ich sobie dać. Przyjaciel jest nie tylko prezentem w postaci bezwarunkowej miłości, lecz także przejrzystym zwierciadłem i przyjaznym choć często bolesnym feedbackiem, informacją, że czas wziąć się w garść.

Czy umiecie się przyjaźnić- teraz gdy relacje oparte na prawdziwych emocjach przestały mieć znaczenie a na facebooku wszyscy kipią radością do porzygania? „Cześć, jak leci?”. „Dobrze, dzięki. A co u ciebie?”. „Też zajebiście”. Ot krótka historia „przyjaźni”, która wymaga jednak więcej zaangażowania niż sumiennego stwarzania pozorów szczęścia. Bo nie sztuką jest silić się na uśmiech, sztuką jest zapłakać przy drugim człowieku, gdy świat się śmieje.

Moja terapeutka zapytała mnie kiedyś, masz przyjaciół? To było trudne pytanie. Tyle razy się zawiodłam, tyle razy ludzie zawiedli się na mnie, w dodatku świat co chwilę daje dowody wszechobecnej przemijalności. Czy mam przyjaciół? Kogoś na dobre i na złe, kogos komu ufam, przy kim mogę być całkowicie sobą bez maski i wyrzutów sumienia? Trudno jest mi dziś odpowiedzieć twierdząco, w obawie, że coś stracę. Tak łatwo przyjaźnie okazywały się zwykłymi znajomościami. Wiem jedno. Na dłuższą metę bez przyjaciół nie można być szczęśliwym człowiekiem. Potrzebujemy żywych relacji ze światem i przynajmniej jednej osoby która zawsze będzie miała otwarte drzwi i serce, gdy świat się zamknie. Wiem też, że każdy mężczyzna potrzebuje drugiego mężczyzny, tak jak każda kobieta oparcia w drugiej kobiecie, żeby przejąć od siebie archetypowe właściwości. Ty masz seksapil, ja mam ciepło. Wspólnie możemy się bardzo wzbogacić i wiele od siebie nauczyć.

Zaryzykuję stwierdzenie, ze nieumiejętność zaprzyjaźnienia się wynika nie tylko z obaw i złych doświadczeń, lecz także z nieumiejętności kochania samego siebie. Bo jak pokochać drugiego człowieka, skoro z samymi sobą mamy na bakier?

Gdzie jesteś moja przyjaciółko? Gdzie jesteś mój przyjacielu? Czy osadziłam Cię w zbyt nierzeczywistych realiach by nie móc dojrzeć Cię ciepłym uśmiechu codziennie mijanej osoby na ulicy?

I że cię nie opuszczę…

… aż do kryzysu. Aż do znudzenia a może spotkania kogoś lepszego. W krótszej spódnicy. Z lepszym nosem lub szybszym samochodem. Nie opuszczę cię dopóki mi nie przeszkadzasz, dopóki nie chrapiesz i żyjesz na moich warunkach… Nie opuszczę cię aż do śmierci naszych złudzeń.

bukiet1


Krótkie jest życie dzisiejszych relacji. Na palcach jednej dłoni mogę policzyć szczęśliwe małżeństwa, plus kilka partnerstw bez ślubu. Zmieniamy siebie jak rękawiczki lub zużyty towar po skończonej gwarancji. Przyzwyczailiśmy się do suplementacji, więc zastępujemy sobie wzbogacające duchowo związki przygodnymi znajomościami albo randkowaniem bez zobowiązań, w najgorszym wypadku samotnym piwem przed telewizorem.

Co jest przyczyną?

Oczywiście oczekiwania. Mamy ich zbyt wiele i zwykle dalece odbiegają od rzeczywistości. Chcielibyśmy, aby partner był taki jakim go sobie wyśniliśmy. Male potknięcie czy drobna pomyłka przekreślają wszystkie zgromadzone miesiące czy lata wspólnego bycia. Jesteśmy mało tolerancyjni a przede wszystkim nieszczęśliwi. Wierzymy telewizji i producentom filmowym, że druga osoba jest po to, by wypełniła cały świat, nosiła nas na rękach i karmiła gwiazdkami z nieba.

A to nie tak. Tu tkwi podstawowy błąd myślenia: że oto ktokolwiek będzie miał moc sprawczą, by nas uszczęśliwić.

Ale wiesz co? Nikt nie ma takiej mocy, oprócz Ciebie samego.
Ty sam możesz kochać siebie najmocniej na świece, bez aleze wszystkimi wielkimi i małymi wadami, siebie chrapiącego, smutnego, nerwowego i z podkrążonymi oczami. W wyciągniętych dresach i objadającego się tabliczką czekolady. Możesz siebie kochać bez ograniczeń, miłością jaką chcesz i możesz podarować sobie wszystko, czego zawsze pragnąłeś od drugiego człowieka.

A więc co sobie dasz? Czym się obdarzysz? Jaka będzie to miłość?

 Miłość i dzieciństwo

Psychologowie są zgodni- że im mniej miłości i uwagi w dzieciństwie tym większa jej potrzeba w dorosłości. A to niestety popycha nas w ramiona kolejnych rozczarowań. Bo przecież żaden partner nie da Ci tyle miłości, uwagi, bliskości ile byś chciał. Ta dziura, ten nieprzyjemny deficyt będzie już w Tobie zawsze jeżeli sam go nie załatasz miłością i uważną opieką. Bądź dla siebie najlepszą mamą i najlepszym tatą na świecie. Rozpieszczaj się, wychodź na spacery, przytulaj i kupuj prezenty. Wspieraj w upadkach, motywuj do działania na wszelkich startach. Tak rośnie poczucie własnej wartości. Wiesz, że zasługujesz na miłość, bo każdego dnia ją otrzymujesz dając ją sobie. Rośniesz mentalnie, karmisz swojego ducha- wewnętrzne dziecko, które zawsze  chciało być kochane miłością absolutną i bezwarunkową. Karmisz siebie miłością, aż stajesz się jej pełen a kiedy ta energia się z Ciebie wyleje już nic nie będzie stało na przeszkodzie byś podarował ją światu.

W książce „Być kobietą i nie zwariować”, Katarzyna Miller namawia swoje pacjentki by się ze sobą zaręczyły, albo poszły jeszcze dalej i wzięły ze sobą ślub. A więc moi mili, moje miłe: sprawcie sobie coś co będzie symbolizowało wasz głęboki związek se sobą do końca tego życia i wszystkich innych żyć. Pokochajcie się, włóżcie sobie na palec pierścionek i wiedźcie, że nie potrzebujecie tego już od nikogo. Absolutnie NIKOGO. Wszystko co Was spotka na drodze będzie fantastyczną niespodzianką, darem z przestrzeni a pojawi się spontanicznie w najbardziej odpowiednim momencie. Miłość do siebie się opłaca. Jest zawsze autentyczna, głęboka, najczulsza, wspierająca, nietoksyczna i na zawsze. Jak zatem moglibyśmy chcieć być jeszcze uszczęśliwianym przez innych ludzi? Niech każdy z osobna dba o miłość do siebie, a świat będzie wzrastał.

Ty będziesz wzrastał.


Zdjęcie: slubnetapety.pl

Zaprogramowani

Zastanawiałeś się kiedyś co otrzymałeś od swojej rodziny? Na pewno więcej niż myślisz. Oprócz dobrego wykształcenia i opieki, zostałeś ponadto wyposażony we wzorce zachowań, które prawdopodobnie powielasz bardziej lub mniej świadomie. Jedne mogą przynosić Ci korzyści, inne wręcz przeciwnie- mogą ograniczać i wywoływać wiele niepotrzebnych lęków.

rodzina


Znaczenie rodziny

Czym dla Ciebie jest rodzina?
Sacrum? Stabilnością? Dobrym czy złym wspomnieniem?

Warto zatrzymać się nad tym prostym pytaniem i przyjrzeć się własnemu wnętrzu, by zobaczyć jakie uczucia pojawiają się na myśl o największej z ludzkich instytucji- rodzinie. Jeżeli uczucia są dobre, to prawdopodobnie miałeś szczęśliwe dzieciństwo i zostałeś wychowany w duchu ciepła, szacunku i poczucia bezpieczeństwa. Jeżeli natomiast czujesz niepokój na myśl o dzieciństwie, warto zadać sobie kilka pytań- co nie zagrało? czym zostałem zraniony? co muszę wybaczyć?

Niezależnie od uczuć pojawiających na wspomnienie dzieciństwa, jedno jest pewne. Jesteśmy zaprogramowani na życie w dość określony sposób. Zaprogramowani mechanicznie przez obserwację rodziców, a także przez system wartości zaaplikowany do mentalnego krwiobiegu, który był systemem wartości bardziej naszych opiekunów niż nas samych. To oznacza, że wchodzimy w dorosłość z pakietem obaw, oczekiwań, nadziei, wiary ale także określoną samooceną, mniejszą lub większą szansą na sukces zawodowy czy nawet miłosny. Wszystkie bowiem aktualne przekonania na temat życia, społeczeństwa, rodziny, pracy i miłości wzięły się z domu. Z tego co reprezentowała matka jako kobieta i ojciec jako mężczyzna. Jeżeli długo wychowywałeś się z rodziną pod jednym dachem tym mocniejsze i trudniejsze do wyplenienia są schematy myślowe, które wydają Ci się być własne, a jednak wyrośnięte na glebie obserwacji najważniejszych ludzi w Twoim początkowym okresie życia.

Świadomość

Dobra wiadomość jest taka, że zmienić można wszystko.
Każdy wzorzec i każdy utrudniający życie nawyk. Zmiana jednak zawsze zaczyna się od świadomości, więc w pierwszej kolejności należy zadać sobie kilka podstawowych pytań:

  • Jakie dobre wartości przekazali mi rodzice? Które z nich pomagają mi w życiu i czynią mnie szczęśliwym?
  • Jakie uprzedzenia przekazali mi rodzice? Które z nich mi nie służą? Które z nich mnie hamują i wywołują lęki?
  • Jakich cech rodzice mi nie przekazali, a które chciałbym posiadać? Jacy ludzie dysponują cechami, które mi imponują? Jakie wartości są dla mnie cenne a w domu były nieobecne? Kto owe wartości uznaje? Od kogo mogę się uczyć? Kogo mogę obserwować?

Odpowiedzi definiują kim jesteśmy i pokazują dlaczego wybieramy takie a nie inne drogi, relacje i związki (czasem „na przekór” sobie). Drogą do wolności jest świadomy wybór tych cech i wartości, które autentycznie nam służą, oraz odrzucenie lub próba modyfikacji cech szkodliwych i ograniczających. Jako osoby dorosłe, żyjące na własny rachunek możemy świadomie budować życie o jakim marzymy bez względu na system wartości wpajany nam w domu.

Zmiana programu

Czasami wystarczy świadoma zmiana nawyków, w innym wypadku potrzebne będzie całkowite i natychmiastowe przecięcie pępowiny- czyli wyprowadzka, uniezależnienie się, pójście w kierunku przeciwnym do rodzicielskich zamierzeń. Niekiedy będzie to konieczność wybaczenia rodzicom za zaaplikowanie nam niskiej samooceny czy braku wiary we własne możliwości. Czasem będzie potrzeba pójścia w świat bez telefonu na który mama mogłaby zadzwonić, i życie własnym życiem. Osiągnięcie celów, spełnienie marzeń. Dopiero wtedy silniejsi i doświadczeni własnym życiem, nauczeni na własnych błędach i porażkach, nakarmieni osobistymi sukcesami możemy powrócić i podziękować za wszystko co otrzymaliśmy w dzieciństwie.


Ćwiczenie zaczerpnięte z książki „Miłość toksyczna. Miłość dojrzała. Coaching relacji”. Maciej Bennewicz.

Zdjęcie: wiadomosci.wp.pl