Archiwa tagu: związki

Dotknij mnie z czułością. O miłości i innych „przypadkach”

Zupełnie niedawno przeczytałam
gdzieś piękne zdanie o miłości.

I choć nie pamiętam, kto jest autorem,
poruszyło mnie do głębi.

Brzmiało mniej więcej tak:

Jeśli odejdzie od ciebie osoba,
którą kochasz, nie oznacza to, że
opuszcza cię również miłość.

Nikt nie może zabrać ci
miłości, czy zdolności do jej odczuwania.

Innymi słowy: odchodzi człowiek,
ale nie odchodzi  miłość.

Jeśli jesteś pełen miłości, to jak drugi
człowiek może ci ją odebrać? Nie może.
Odszedł człowiek. Przyjdzie następny.
Bo taka jest natura energii, a MIŁOŚĆ
to najintensywniejsza z wibracji.

Ale żebyśmy mieli jasność – to jest o prawdziwej
MIŁOŚCI, a nie pożądaniu, chceniu, czy
potrzebowaniu.

To jest o MIŁOŚCI, która daje,
bo taka jest jej natura. 

MIŁOŚCI, która nie potrzebuje żadnych
warunków, aby zaistnieć. Po prostu jest.

Ostatnio, to właśnie ona jest na mojej
emocjonalnej tapecie. Czuję się zakochana.

Przez tydzień w jednej osobie.
Potem w kolejnej. A potem spotykam
trzecią i znów chcę jej podarować świat.

Zakochanie i czułość są we mnie,
niezależnie od tego, kto się pojawia.

Pewnie, gdyby w którejś z nich była chęć
i słowo TAK, to wytworzyłaby się piękna
historia, o której mogłabym opowiadać
po latach przy wielkim ognisku.

Ale w każdej z tych osób jest NIE.
I każda z nich jest zajęta. Nie szkodzi.
Ufam, że jest tak, jak ma być. Wciąż kocham.

Odchodzą osoby, które nie mają przestrzeni,
ale zostaje MIŁOŚĆ. Zachwyt. Radość z tego, że
są szczęśliwe. Życzenia, by żyło im się z lekkością.

To cudowne uczucie. 

Jestem w motylach.
Jestem w skowronkach.
I idę dalej z tym w świat.

Czułość.
Tkliwość.
Uważność.

Kocham mojego psa.
I kocham mojego sąsiada.
Kocham panią z warzywniaka
i chłopaka, który codziennie biega po lesie.

Kocham brzozę, co ma pożółkły pień
i mech, który porasta jej korzenie.

Jestem pełna. 

Niczego nie zatrzymuję.
Niczego nie potrzebuję.
Nie chcę zawłaszczać.

Być może w odpowiedniej chwili,
– pewnie w najlepszej z możliwych –
pojawi się właściwa osoba.

Wolna. Taka, która nie potrzebuje
zawłaszczać.Obiecywać czy mieć  obiecane.

Ale może też być zupełnie inaczej.
Być może pojawi się po prostu ktoś,
kto będzie chciał poczuć ciepło.

Kto będzie chciał być wysłuchany.
Dostrzeżony. Przytulony. Albo głodny.
Czuję, że MIŁOŚĆ ma wiele twarzy.

Popkultura ujęła jej wartości i
spłaszczyła do poziomu zazdrości,
zdrad, chcenia i posiadania na własność.

Tak jakby była rzeczą.

Tak jakby nieodłącznie musiały
towarzyszyć jej: zazdrość, pożądanie
i ciasnota, która potrzebuje formalności.

Dlatego nie obchodzę Walentynek.
I dlatego nie obchodziłam ich nawet wtedy,
gdy z kimś byłam. Bo MIŁOŚĆ to nie
różowe serduszka, koronkowa bielizna,
kwiaty i uczta przy świecach.

Bliżej temu do jarmarku niż do UCZUCIA.

Brene Brown napisała w jednej ze swoich
książek, że trudno jest nienawidzić ludzi z bliska.
Dlatego, ilekroć nadarza się okazja, staram się zbliżyć.

Bo z natury nie jestem człowiekiem kochającym.
Nienawiść i brak życzliwości były mi bliższe.

Dlatego wiem, że pracą na obecne
życie jest zbliżać się.

Podchodzić z otwartą dłonią,
będąc nagą i całkowicie bezbronną.

Z zaufaniem.
Z miłością.
Bez lęku.
Z ofiarowaniem, a nie chceniem.

Co ciekawe, wszystko to wiąże się z życzliwością
w stosunku do siebie. A więc z uważnością.
Przebaczeniem sobie. Akceptacją. Ulgą.

Wraz z nimi przyszło zobaczenie drugiego człowieka.
Tkliwość na jego emocje. Wrażliwość na to, kim jest
i co mogę mu dać.

Otwarte serce.

Pamiętam, że latem pojawił się na chwilę
ktoś w moim życiu, ale drzwi były zamknięte
i w oknach stały kraty.

Przeszło mi wtedy przez myśl, że tak już pewnie
zostanie, że nie pokocham nigdy.

Że pewnie nie mam zdolności do odczucia
nadmiaru, a cały życiowy zapas
wykorzystałam  lata temu.

Wytworzyło się wtedy wiele
pomieszania i cierpienia.

Dziś widzę, że nie chodziło o tą
konkretną osobę. Bo przyszłaby inna,
a moje serce wciąż byłoby zamknięte.

Nie było we mnie MIŁOŚCI.

W końcu zdałam sobie sprawę,
że to ja miałam ten metaforyczny klucz.

Odpuszczenie sobie.
Życzliwość.
Czułość kierowaną wprost do serca.
To one ukoiły lęk przed drugim człowiekiem.

Popłynęło.

Fantastycznie jest znów poczuć
ten słodko-cierpki smak CZUŁOŚCI,
która jest niezależenie od człowieka.

Nikt nie odbierze mi TKLIWOŚCI.
Nikt nie odbierze mi MIŁOŚCI.

Bo kocha się za nic.
Nie ma jedynego właściwego powodu,
by kochać. Po prostu się kocha.

„Miłość jest pierwszym z powodów,
dla których Wszechświat istnieje.
Po co troszczyć się o pozostałe?”.

Krzysztof Pieczyński


Photo by Italo Melo from Pexels

Pół roku bycia singlem. Co się zmieniło?

I oto nareszcie jesteśmy na swoim.

Po 24 życiowych przeprowadzkach.
Po mieszkaniu kątem u znajomych.
Po licznych wynajmach, kaucjach,
zwrotach i noszeniu kartonów w górę i w dół.

W tych wszystkich miejscach
zostawiłam po cząstce siebie.
Ale i urosłam o nowe zmiany.

W niektórych mieszkaniach
trochę zmądrzałam, a w innych
totalnie zgłupiałam.

Kochałam, związywałam się,
zrywałam i byłam porzucana.

Płakałam z bezsilności.
I skakałam z poczucia szczęścia.

Ale własne mieszkanie,
to nie tylko miejsce.
To również metafora nowego życia.

Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.
Brzmi banalnie, prawda? Niczym
wyświechtany tytuł noworocznego
artykułu w taniej gazetce.

Mimo to, użyję go raz jeszcze.
Dlaczego? Bo koniec z „nie wypada”.

A wiec. Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.

Kamila, która nigdy nie pozwalała
sobie na bycie w pełni sobą.

Bo nie wypada mieć 33 lat i skakać jak dziecko.
Nie wypada mieć za sobą kilku związków,
które niemal zawsze kończyły się tak samo.

Nie wypada mieć różowych kapci z Myszką Mickey
albo nie być pewnym co dalej.

Nie wypada…

Porzuciłam wypada i nie wypada/ trzeba i nie wolno.
I porzuciłam bycie w związku z drugim
człowiekiem. Nie dlatego, że bycie z kimś
jest złe lub męczy.

Porzuciłam potrzebę bycia z kimś na siłę,
co czyniłam często, bo
nie mogłam wytrzymać z samą sobą.

Nie szukam już potwierdzenia własnej wartości w cudzych oczach.
Nie utożsamiam własnego samopoczucia
od czyjegoś stanu emocjonalnego lub humoru.

Chcę być sobą. Taką, jestem.

Iść w kierunku, który dyktuje serce.
I nie musieć uznawać  kompromisów.

Egoistyczne? Wydaje mi się, że większym
egoizmem jest bycie z kimś, bo tak jest łatwiej.

Natomiast bycie singlem konfrontuje
z największymi lękami i
społecznym odrzuceniem.

Bo przecież można komuś
wybaczyć bycie samemu,
jeśli życie tak się ułożyło.

Ale samotność z własnego wyboru?,
To przecież trudno zrozumieć.

20190302_083349

Ileż to już razy usłyszałam:
„Nie martw się. Na pewno kogoś znajdziesz”.
A ja w ogóle się nie martwię. I co więcej,
nie potrzebuję nikogo znaleźć.

W marcu mija siódmy miesiąc odkąd jestem singlem
A przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy.

Przede wszystkim przestałam udawać.

Jestem tym, kim akurat się czuję.
Milczę, gdy nie chcę gadać.
Mówię NIE, gdy tak podpowiada serce.
Z szafy wyrzuciłam to, czego nigdy nie lubiłam nosić.

Dziś królują dżinsy, dżinsy, jeszcze więcej dżinsów
i zabawne t-shirty.

Bo nic nie muszę.

Z rozbawieniem natomiast obserwuję
tańce godowe koleżanek, które widząc
WOLNEGO chłopaka zaczynają
swoje małe erotyczne gierki.

Z dnia na dzień pogłębia się makijaż,
szpilki zastępują trampki, a krótka
sukienka jest obowiązkowym dress codem
niezależnie od pogody.

Patrzę z rozbawieniem i współczuciem.
Bo sama tak robiłam.

Zauważy mnie – och a więc jestem coś warta.
Nie uśmiechnie się, wpadam w depresję, bo
najwyraźniej jestem NIKIM.

Jak dobrze, że mam to za sobą.
Dziś nikogo nie szukam. Opuściłam
to Wesołe Miasteczko, w którym
rollercoaster króluje ponad innymi.

A skoro nie szukam, to nie muszę:

wychodzić z siebie, udawać, przymilać się,
potakiwać, przebierać się, wytrzymywać,
starać się, analizować i zamartwiać
wyimaginowanymi problemami.

Ufff.

Natomiast mogę wszystko inne.
Sama lub z kimś.

Teraz, w sobotę rano wstajemy skoro
świt i wychodzimy z Luną na
kilkugodzinny spacer po plaży.

Nie mam na sobie
grama podkładu ale piękną różową czapkę,
w której wyglądam jak dziki skrzat.

20190302_083401

Czy nie czuję się nie do pary?
Czy nie brak mi relacji?

Przecież mam ich mnóstwo.

Rodzice, pies, przyjaciele, znajomi, nowi sąsiedzi.
I nawet obcy psiarze, których mijamy na plaży.

Jestem tego częścią. Pojedynczą nitką
w pajęczej sieci innych pojedynczych nitek.
Lub inaczej – idealnie pasującym puzzlem
układanki zwanej ŻYCIEM.

Rozglądam się po moim małym
30-metrowym mieszkaniu.
Jeszcze nie wszystko gotowe.

Nie mam karnisza, akwarelowe obrazy
stoją na ziemi, a parę rzeczy
wciąż trzymam w kartonach.

To, co jednak wyróżnia
mieszkanie na tle pozostałych, to
przestrzeń.

Zero gratów, śmieci
i niepotrzebnych bibelotów.

I tak samo zaczyna być w duszy. 

Opuściłam „świat związków” by
znaleźć przestrzeń. Własne kolory,
tożsamość, uczucia i przedmioty.

By to kim jestem nie było pożyczone
lub przejęte, ale własne.
Przeżyte. Zrodzone ze mnie. Moje.