Archiwa tagu: mindfulness

Świat jest wielki, a ja malutka

Jest taka przypowieść o starożytnym filozofie,
spisana przez jezuickiego duchownego,
Anthony’ego de Mello.

Nosi tytuł „Sokrates na targu”.

Jest mi bliska- bo pokazuje jak bardzo
lgniemy do tego, co materialne. I jak
trudno jest porzucić pomysły, że czegoś
wciąż nam brak.

SOKRATES NA TARGU

Będąc prawdziwym filozofem, Sokrates wierzył,
że człowiek mądry będzie instynktownie
wiódł skromne życie.

On sam nie nosił nawet butów;
jednakże stale ulegał czarowi targu
i często tam chodził, żeby popatrzeć na
te wszystkie wystawione towary.

Kiedy jeden z przyjaciół zapytał go,
dlaczego tam chodzi, Sokrates powiedział:
„Uwielbiam odkrywać, bez jak wielu rzeczy,
jestem doskonale szczęśliwy”.

***

Jak często łapię się na tym, że potrzebuję
tego i tamtego.

Że trzeba zmienić oprawki okularów,
dokupić obrazy do skromnego mieszkania,
żeby nie wydawało się takie skromne.

Och, i kupię sobie pierścionek z wizerunkiem
wilka, bo to moje duchowe zwierzę.

I zrobię sobie tatuaż. I zmienię firanki.
Chyba potrzebuję butów.

Rodzice zawsze mnie uczulali, że
porządna dziewczyna musi mieć
porządne, nieschodzone buty. Tak.

Idę kupić buty. W zasadzie nie mam
pieniędzy, ale buty muszę mieć.

UCIECZKA OD TU I TERAZ

Czasem mija sporo czasu zanim złapię się
na tym, że całkowicie odpływam.

Że uciekam od chwili obecnej i
próbuję w jakimś stopniu siebie
ulepszyć.

Bo przecież jestem tak
cholernie niedoskonała.

Tak bardzo zwykła na tle wszystkich
opalonych ludzi z nienagannym zgryzem.

Tak. Przyznaję. Bywa, że się porównuję.
Podświadomie.

To coś, jak zapalnik, który włącza się w momencie, gdy
przeglądam social media. A wierzcie lub nie,
ale muszę robić to często z uwagi na charakter
mojej pracy.

Pracuję w portalu internetowym
i bycie „na bieżąco” w życiu gwiazd
jest obowiązkowe. Skąd tu się wzięłam?

Co ja tu właściwie robię?

Zastanawiam się będąc w pracy
i klikając w kolejne Instagramy gwiazd
które jednego dnia są w Zanzibarze, a kolejnego
w Prowansji.

Pozują przy tym topless, lub chwalą
się nowym modelem kabrioleta tudzież sukienką
za miliony monet od #ochyiachyprojektanta.

WIARA W KŁAMSTWA CYWILIZACJI

Serio. Skąd ja tu się wzięłam?
Co ja tu właściwie robię?

Ale żeby nie było, że zwalam wszystko
na robotę. Bo życie jest jakie jest.

Czasem jedyne, co mogę zmienić,
to własne nastawienie do tego co robię.
I uleganie lub odmowa lgnięciu.

A tymczasem lgnę. Lgnę jak mucha
do tego co słodkie i lepkie.

Znam ten nawyk i wiem skąd się wziął.
A wziął się z poczucia bycia gorszym.

Jakby tego było mało, świat Zachodu
pomaga w utrwaleniu tego pomysłu.

Reklamy, billboardy, seriale i muzyka
karmią nas śmieciową informacją, że
aby zasługiwać na miłość musimy być jacyś.

Piękni.
Atrakcyjni.
Nienaganni.
Wyprasowani.

Jeśli masz 34 lata, w szafie masz tylko
cztery sukienki, a wszystkie pochodzą
z koleżeńskiej”wymianki” wiedz, że
jesteś gorsza.

Jeśli pozwalasz włosom rosnąć, tak
jak same tego chcą, nie farbujesz i
pozwalasz siwym kosmykom przebijać
się przez burzę rdzawych loków, wiedz,
że jesteś niechlujem lub kobietą „niezadbaną”.

Jeśli masz krzywy zgryz.
Nie masz samochodu.
Twoja kuchnia wygląda jakby powstała
za czasów Gierka…

Jeśli masz stary plecak,
któremu urwała się sprzączka,
jeśli Twój pies ma przybrudzone szelki,
jeśli chodzisz w dżinsach piąty rok…

Wiedz, że nie masz żadnej wartości.
Jesteś gorsza. Nieadekwatna. Nieprzystająca
do wymogów współczesnej kultury.

Więc wstydź się!

Wstydź się tak mocno i tak długo,
aż w końcu ulegniesz. Kupisz.
Zdobędziesz, zapożyczysz się, ale
przynajmniej będziesz przynależeć.

minimalist

„THE MINIMALIST”

Pamiętam, że w ubiegłym roku
obejrzałam dokument „Minimaliści”.

Po filmie oddałam do Caritasu pięć (!)
worków starych ubrań, a do Inicjatywy
Społecznej trafiły trzy wielkie kartony książek.

Film zainspirował mnie do tego,
co musiało się stać, bo byłam w trakcie
przeprowadzki.

Albo inaczej – byłam tymczasowo bezdomna
i pomieszkiwałyśmy z psem tu i tam,
w zależności od możliwości.

Nagle, bez tych wszystkich „gratów”
poczułam się lżej.

Pozbyłam się tożsamości.

Książek, które czyniły mnie „mądrą”,
ubrań, które czekały na każdą okazję.
Dupereli, które kupiłam nie wiedząc po co.

Miesiące życia na kartonach
udowodniły, czego naprawdę mi potrzeba.
Odpowiedź brzmiała: bardzo niewiele.

Podczas miesiąca spędzonego na
poddaszu u koleżanki pięć z siedmiu
kartonów nie rozpakowałam nigdy.

A więc ich zawartość
była całkowicie zbędna.

A przy tym tak ciężka,
przywiązująca,
obarczająca.

Na nowym mieszkaniu nauczyłam się
żyć trochę inaczej.
Staram się mieć minimum:

mebli
ciuchów
garnków
kubków
książek
czy ozdób.

Doszło do tego, że całkiem
niedawno ktoś zapytał z wyrzutem,
jak mogę żyć w „takich warunkach”,
czyli (zbyt) niskim jak
na człowieka Zachodu przystało standardzie.

I to był właśnie ów zapalnik.
„Jesteś gorsza”.

adventure-black-and-white-boat-910213

PEMA CZIEDRYN

Całkiem niedawno zaczęłam
czytać książki pewnej buddyjskiej
mniszki, Pemy Cziedryn.

Ta 70-letnia Amerykanka jeszcze jakiś czas temu
wiodła żywot typowy  dla Amerykanów
z zamożnej klasy średniej.

Miała piękny dom, wielki ogród
delikatną, chińską porcelanę,
i meble jak z żurnala.

A więc wszystko tak,
jak być powinno.

Do czasu.

Do tej pamiętnej chwili,
gdy popijając herbatę w zadbanym ogrodzie
jej mąż oświadczył, że odchodzi do innej kobiety.

Można przyjąć, że właśnie ta chwila
była pierwszym momentem przełomowym
w jej życiu – przebudzeniem ze snu.

Niedługo potem zostawiła wszystko,
co miała – przyjęła mnisie ślubowania
i zamieszkała w buddyjskim klasztorze.

Nie twierdzę, że to jedyna słuszna droga
do realizacji ludzkiego potencjału.

Twierdzę natomiast, że uzmysłowienie sobie, że
wszystko przemija, a żaden przedmiot czy
ambicja niczego nie dodadzą do naszej doskonałej
natury są kluczem do zrozumienia życia.

Są jak znak STOP, który każe zastanowić się,
czy abym na pewno obrała dobry kierunek?

Od tamtej pory, czyli mniej więcej trzydziestu lat,
Pema Cziedryn przestała mieć na własność cokolwiek.

I jednocześnie, jak sama opisała w jednej z książek,
po raz pierwszy w życiu doświadczyła czym jest szczęście.

ZERO WASTE

Łatwo jest czytać o wielkich bohaterach,
którzy zmieniają życie w mgnieniu oka.
Trudniej jednak spotkać kogoś takiego, kto
na prawdę inspiruje do działania.

Daję jednak słowo,
że tacy ludzie istnieją.

Dwa miesiące temu uczestniczyłam
w spotkaniu osób zainteresowanych
filozofią „Zero Waste”.

Poznałam na nim 40-letnią kobietę,
która nie tylko wierzy w tę modną filozofię.
Ona naprawdę nie marnotrawi niczego.

Jej szafa składa się z 20 ubrań, sama robi
kosmetyki do mycia ciała, a ostatni raz
kupowała coś do jedzenia
kilka miesięcy temu.

Dodam przy tym, że dziewczyna
jest dość słusznej postury. Jak to możliwe?

Jedzenie miała z supermarketów, które
każdego dnia w godzinach nocnych jest
wystawiane na śmietnik.

Bo banany mają kropki. Bo uwiądł liść kapusty.
Bo pękło jajko i zalało resztę opakowania.
Można wyliczać bez końca.

Uwierzyliśmy, że wszystko ma krótki
termin przydatności do spożycia.
I jedzenie, i ciuchy i samochody.

Dzięki temu gospodarka się kręci,
a wraz z nią rabunkowa eksploatacja
naturalnych zasobów, które są wyczerpywalne.

astronomy-dark-dawn-573238

MATERIALIZM BEZ KOŃCA

Czy życie w cywilizacji, która stawia
na zewnętrzne piękno i jednocześnie bycie
poza tym nurtem jest w ogóle możliwe?

Wierzę, że tak, bo wszystko jest kwestią
osobistych wyborów.

Obserwuję dziś z radością,
że coraz więcej świadomych osób podłapuje
trend „być” zamiast „mieć”, choć ostatecznie
nie wiemy w którą stronę to wszystko pójdzie.

Być może chodzi o to,
by było trudniej?

Może próba inwestowania w Umysł
zamiast w to, co przemijające ma boleć,
bo to ścieżka Duchowego Wojownika?

Bo jeśli życie stawia przed nami tyle
przeszkód, to i nasze mentalne mięśnie lepiej
się wykształcą i staną się przecież silne i mocne.

Świat jest wielki i zawsze taki będzie.

A ja jestem malutka i nigdy nie będę miała na niego
większego wpływu.

Dziś zatem zmieniam to, na co mam wpływ.
Zmieniam siebie.
Swoje podejście do świata.
Swoje podejście do myśli.

Przede wszystkim reakcje.

Zamiast pokryć cały świat miękką skórą,
przywdziewam miękkie buty. I idę naprzód.

Z siwymi włosami, krzywym zgryzem i sukienką
od koleżanki. Ostatecznie liczy się przecież to,
jakim jestem człowiekiem a nie co posiadam.

Reklamy

Puść ten zacisk i choć się przytulić

Mój przyjaciel opowiedział
mi niedawno pewną piękną historię.

„Ktoś przyszedł do buddyjskiego
Mistrza i zapytał:

-Mistrzu. Co to jest oświecenie?

Na co mistrz odparł:

-Widzisz to? – zacisnął mocno pięści
i zaciskał je tak mocno, aż na twarzy zrobił
się czerwony, a całe ciało zdrętwiało.

-Zrób tak samo – powiedział do ucznia.

Uczeń posłuszny poleceniom
zacisnął mocno pięści i zaciskał
je tak długo, aż cały opadł z sił.

-A teraz puść!- krzyknął Mistrz.

Gdy uczeń puścił zacisk, Mistrz dodał:
-To jest właśnie oświecenie!” 🙂

***

Zacisk dla każdego z nas będzie czymś innym.
Dla jednych będzie wieczną potrzebą kontroli.
Dla innych analizą czy wewnętrznym spięciem.

Doskonale znam ten stan zacisku.
Bo do tej pory zdarza mi się żyć w głowie.

Dużo myślę,
analizuję i rozważam.
Najczęściej mimowolnie.

Tak jakby samo się działo
i samo się myślało, bez mojego
świadomego udziału.

Potrafię komplikować to, co proste.
I utrudniać to, co może być
z natury przyjemne.

Nic dziwnego, że imponują mi osoby,
które wydawały się być moim przeciwieństwem.

Wyluzowane.
Wyciszone.

Tak zwane „Wolne Duchy”,
które żyją pełnią sił, ale również stoją
mocno na ziemi.

Można na nich polegać.
I można z nimi kraść konie.

Sprawiają wrażenie, jakby
puściły ten wewnętrzny zacisk
i pozwalały sobie na bycie sobą.
z całym wewnętrznym bałaganem.

Łatwo ich rozpoznać.

Ja rozpoznaję po ciele.
Dobrze się w nim czują,
– są z nimi w głębokiej relacji.

Mają oparcie w nogach,
a ich emocje mieszkają w brzuchach.

Nie brzuchach wciągniętych.
Nie przesadnie umięśnionych.
Lecz naturalnie wypukłych,
gdzie mieści się Wszechświat.

Bo Wolnym Duchom daleko do ideałów.

Ich piękno przypomina Przyrodę.
Chaos przeplata się
z symetrią,
śmierć z życiem,
a zdrowie z chorobą.

Wolne Duchy więcej czują niż myślą.
Częściej doświadczają niż analizują.

Gdy gra muzyka, tańczą.
A gdy coś ich rozbawi śmieją się na głos.

Wyczuwają ludzkie emocje,
bo sami mają ich bez liku.
Z niejednego pieca chleb jedli
i niejedno w życiu widzieli.

Dziś bardzo szybko odnajduję ich w tłumie.

Pewnie dlatego, że sama mam
potrzebę ukochać w sobie
tę wyluzowaną część.

Część, która żyje pełnią.

Bez narzuconych sobie samemu reżimów,
sztucznych zasad
czy nienaturalnych sytuacji.

Mam takie szczęście,
że ostatnio spotykam tych,
którzy biorą mnie za rękę
i ciągną właśnie w tym kierunku.

Może to kwestia
mojego otwarcia?
A może przyciągania?

Gdy na nich patrzę (choć częściej na NIE,
bo to zwykle kobiety) chłonę to, kim są.

Podziwiam.
Patrzę.
Słucham.
Inspiruję się,
Uczę.

A potem, tak zainspirowana
próbuję trochę sobie odpuścić.
Wcielić naukę z ich ciał w swoje życie.

Wydycham powietrze.

Nie zawsze musi być posprzątane.
Nie zawsze musi być zrobione.
Celowo.
Idealnie.
Instagramowo.

Gdy moja starsza koleżanka rok temu
poradziła mi:

„Poczuj to brzuchem”,

Nie rozumiałam o co chodzi.
Bo żyłam głową. Myślami.
Mózgiem. Rozumem.

Rozkładałam na czynniki pierwsze,
z czucia rezygnując.

Biorę wdech.

I pozwalam sobie być niepoprawna,
ekspresyjna, nieuporządkowana,
smutna, lękliwa i radosna.

Czasem jednocześnie.

Odpuszczam trzymanie brzucha.
Odpuszczam ładne chodzenie.
i wstrzymywanie ruchów ciała,
bo są zbyt na wyrost, lub „nie pasują”.

To wcale nie jest łatwe.
Luz nie jest łatwy.

Bo czasem trudno
znaleźć balans, bez popadania w skrajności.
Każda skrajność jest przecież tym
metaforycznym zaciskiem.

Uczę się przez dotyk.
I przez dopuszczanie uczuć.

Poznaję przez czucie.
Przez patrzenie w oczy.
Przez słuchanie w otwartości.
Przez bycie i przez dotyk.

Nie przez słowa.

Słowa przychodzą później.
I jest ich mniej.

Kiedy słucham,
to jestem słuchaniem.

Kiedy tańczę, to jestem tańczeniem.
I kiedy śpiewam to jestem śpiewaniem.

A kiedy jestem z drugim człowiekiem
to porzucam „JA/MNIE/MOJE”.

Tylko jestem.

Kochanie.
Jestem tu dla Ciebie.

Bez porad
Moich wniosków.
I rozmyślań.

Czuję cię.
Słyszę cię.
Widzę.
Jestem.

 

.

 

Krok za krokiem

Jak to się dzieje, że wraz z wiekiem
wydaje się, że doba jest krótsza?

Jak to możliwe, że mimo postępu
technologicznego, który miał ułatwiać
życie, komplikujemy je coraz bardziej
i tracimy kontakt z tym, co naprawdę ważne?

Jak do tego doszło, że przestajemy siebie
rozumieć i mieć czas na samopoznanie?

A współczesne kursy medytacji same w sobie obfitują
w presję i gonitwę za odległym celem?

Może to kwestia zachodniej kultury
nastawionej na sukces i osiągnięcia,
która sprzyja płytkim wartościom, za
dziwactwa zaś uznaje to co wolne,
nieambitne i zbyt normalne?

Wyobraź sobie, że żyjemy w świecie,
w którym zamiast kolorowych bilboardów
są plakaty z ludźmi, których
naprawdę warto podziwiać.

Mahatma Gandhi, Dalaj Lama,
Thich Nhat Hahn, Maria Skłodowska-Curie,
Makary Sieradzki.

A tymczasem, w Warszawie powstaje olbrzymi
mural z wizerunkiem… Nicki Minaj.

Dni, pieniądze i energia ludzkich rąk wykorzystane do promocji
płytkiego piękna, nagości i materialnego bogactwa…

Nie pomyślcie, że narzekam na nasz piękny kraj,
czy zachodnią cywilizację. Jest jak jest, trzeba to
zaakceptować.

Jednak to, co najbardziej mnie
zadziwia to fakt, że zamiast żyć bliżej siebie,
jesteśmy coraz dalej. Od relacji i własnego środka.

Zamiast słuchać, gadamy.
Zamiast siedzieć w ciszy,
zapełniamy przestrzeń
nieustannym jazgotem.

W domu seriale, a w drodze do
pracy słuchawki w uszach.

Dostrzegam to również w swoim życiu.
Tak bardzo kocham spokój, ciszę i wolne
tempo – a tymczasem od wielu lat ciągle się śpieszę.
Jak to się stało?

Rano biegnę na autobus, bo mam trzy minuty.
Popołudniu biegnę na jogę, bo 17.00 to jedyna godzina
wolnej przestrzeni. W sobotę szybko i pobieżnie
sprzątam kuchnię, bo przecież trzeba pomedytować.
Na spacerze ponaglam psa, bo tyle jeszcze trzeba zrobić,
napisać, obejrzeć, zdobyć, zrozumieć.

Cóż za wielka pomyłka!

Bo na co mi joga? Na co mi
medytacja? Na co mi wszystkie
aktywności, których celem jest bycie Tu i Teraz,
skoro między nimi żyję w wiecznym pędzie?

Złapałam się na tym, gdy pewnej leniwej
niedzieli obejrzałam dokument „Walk with me”.

Ten film jest przeciwieństwem wysokobudżetowych
blockbusterów – kolorowych, głośnych i napakowanych
akcją – abyś tylko się nie znudził.

To zapis życia ludzi, którzy zdecydowali
się poświęcić czas uważności.

Jedzą wspólnie, choć nie rozmawiają,
a posiłki trwają dłużej niż nasze.

Spacerują powoli. Krok za krokiem skupiając uwagę
na oddechu. Wdech – Wydech – Jeden krok.
Wdech -Wydech -Drugi krok.

Raz na godzinę słychać dźwięk dzwonka.
I wtedy zaniechają wszystkiego, co robią.
Zatrzymują się. Milkną. Oddychają. Widzą.

Obejmują przytomnym umysłem,
to w czym właśnie są. Jednym słowem –
wracają do domu. Wracają do siebie.

Od kilku miesięcy zafascynowałam się
tą sztuką spoczywania w tym co jest,
nazwaną dla potrzeb zachodniego świata
Mindfulness.

Oto okazuje się, że najwięksi
badacze, naukowcy, neurolodzy i trenerzy
zaczynają propagować Zen wśród laików i
zapracowanych mam i sfrustrowanych pracowników.

I nieźle im o wychodzi, bo przecież jakość
naszego życia nie zależy od stanu posiadania,
ilości odbytych podróży czy osiągnięć zawodowych.

Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu
możemy poczuć, że nie ma nic do osiągnięcia.

Że jedyne co mamy – to siebie. Ten czas, swój oddech
i obecną chwilę, nic więcej. I choć wydaje się, że to
mało, prawda jest o wiele bardziej zadziwiająca.

Bo zwykły oddech objęty uważną świadomością
staje się największym skarbem i spełnieniem marzeń
o pełnym życiu. Nie ma nic do zdobycia, ani miejsc
do odwiedzenia. Jedynie Wdech- Wydech – Jeden krok.

Wdech – Wydech – Drugi krok. I to naprawdę tyle.

 

 

Multitasking czyli mit efektywnej wielozadaniowości

????????????????????????????????????????

Świat oszalał! Nie dość że pędzi nie wiadomo po co i nie wiadomo dokąd, to każe nam w dodatku wejść do tej pełnoobrotowej maszyny nie licząc się z naszym samopoczuciem czy chęciami. Dziś nie wystarczy robić dobrze jednej, dwóch a nawet trzech rzeczy. Trzeba umieć wykonywać sto czynności naraz a jednocześnie deklarować „chęć podjęcia nowych wyzwań”.


W porządku, rozumiem że wraz z rozwojem technologi i z nieustającym pędem życia przybywa nam zadań, ale czy faktycznie mamy dźwigać brzemię pędu na własnych barkach kosztem zdrowia psychicznego i mentalnego wyczerpania? Uważam i wiem z własnego doświadczenia, że wykonując dziesięć czynności naraz nie zrobię żadnej do końca, a jeżeli zrobię, to po łebkach i byle jak. Rezultat? Brak efektywności. Brak skuteczności. Stres. Frustracja. 

I choćbym była nie wiadomo jak dobrze zorganizowana i działała wobec określonego planu podzielonego na priorytety, nigdy nie osiągnę 100%-owej skuteczności bo wielozadaniowość jest po prostu jednym wielkim mitem, który każe wymagać robienia rzeczy ponad siły. Jakże powszechne w korporacjach jest przekonanie, że dobry pracownik, to pracownik zarzynający się by firma rosła w siłę.

Okres ostatnich dwóch lat był czasem kiedy często chodziłam na rozmowy rekrutacyjne. Oczywiście odpowiednio przygotowana. Na każdej z nich mówiłam HR-owcom że jestem człowiekiem stworzonym do wielozadaniowości, potrafię ogarnąć mnóstwo rzeczy a poza tym nie lubię nudzić. Czy kłamałam? Oczywiście że tak! Chciałam dostać pracę. I wiecie co? z 10 rozmów o pracę usłyszałam TAK od 7 firm. I bynajmniej nie ze względu na piękne loki czy duże usta. Mówiłam to co chcieli usłyszeć.

social-media-multi-tasking

Nie bez kozery, odpowiadając na potrzeby sfrustrowanych osób, nie potrafiących radzić sobie w teraźniejszości tak wspaniale rozwija się technika uważności zwana Mindfulness. Ona jakby w przeciwieństwie do pędzących Korporasów uświadamia: Stop! Zatrzymaj się. Spójrz. Poczuj. Przeżyj to. Najwięksi nauczyciele Mindfulness przekonują, że multitasking prowadzi do coraz gorszej efektywności w pracy i w życiu bo wyczerpuje na wielu płaszczyznach- stresuje, nie pozwala odpocząć umysłowi a jednocześnie napełnia stałym poczuciem winy, że coś jest wciąż niedokończone. W efekcie nigdy w pełni nie oddajemy się pracy i nigdy w pełni nie wypoczywamy. Mózg w pierwszej jak i w drugiej sytuacji jest nastawiony na zadania i nieprzerwanie myśli. Zamartwianie się to też praca.

Wielu ludzi jest dziś nieszczęśliwych z powodu braku uważności w codziennym życiu, bo bez niej nie widzą piękna w drobnostkach i nie przeżywają świata dokładnie takiego jaki jest. Już dawno przestaliśmy czuć smak zwykłej herbaty i cieszyć się promieniami słońca na wychłodzonej buzi. Myślimy za dużo, planujemy, rozwiązujemy problemy, nawet te które jeszcze nie nadeszły. Traktujemy życie wielozadaniowo przez co tracimy wrażliwość na detale. Widzimy wszystko, lecz nie doświadczamy niczego w pełni. Takie to życie… po łebkach. 

Jak wydostać się z pułapki? Możesz rzucić pracę w korpo. Ale ok. Bez radykalizmów. I bez koktajli Mołotowa proszę. Zacznij od małych rzeczy. Kiedy pracujesz w domu, wyłącz Facebooka i pocztę, Linkedin, Twittera i wszystkie inne rozpraszacze. Wycisz telefon i zamknij drzwi. Skup się tylko na tym co w danej chwili ma dla Ciebie priorytetowe znaczenie. Tak mało a tak wiele. Poświęcając czas i uwagę jedynie tej jednej rzeczy doprowadzisz ją do finału. Jeżeli natomiast zadanie jest długie i skomplikowane podziel je na etapy i załóż w którym momencie etap się skończy, tak byś miał poczucie, że jedna część zadania jest za Tobą, a do kolejnej wrócisz jutro. Tym sposobem wykonasz pracę dobrze i Ty sam będziesz zadowolony.
Zacznij od małych kroków. Pamiętaj, że Twój dom nie musi być korpo.


Zdjęcia:
1.)pinetribe.com
2.)amandakrill.com