Archiwa tagu: miłość

Eros. Porozmawiajmy o przyjemności

Dziś będzie temat, który od dawna
odkładałam na półkę.

I choć kilka razy przeszło mi przez myśl,
żeby poruszyć ten wątek, ostatecznie
zawsze rezygnowałam.

Bo:

nie wypada
nie dotyczy mnie
nie jestem zainteresowana
to głupie/śmieszne/nie na miejscu.

Seks.

Jakiś czas temu zostałam zaproszona
do grupy na Facebooku, którym tematem
przewodnim jest „seks bez wstydu”.

Ale nie sądźcie, że to grupa zwykłych
dziewczyn, które dzielą się sztuczkami
w stylu kolorowych poradników.

Nic z tych rzeczy.

EROS I INNE PRZYGODY MIŁOSNE

Grupa „Sex and Love” została założona
przez dojrzałe, świadome siebie
Kobiety Mocy, które wiedzą, jak wiele
mitów i wstydliwych historii zawiera
życie każdej z nas.

Bo uwierzyłyśmy w to, co wpajano
nam od dziecka. Albo nas karano –
za śmiałość. Lub zawstydzano – za nagość.

Ileż to razy nasłuchałyśmy się, że
mamy robić, to czego chcą mężczyźni,
bo inaczej odejdą?

Ileż to razy przekraczałyśmy własne
granice smaku i zadowolenia,
żeby tylko zadowolić cudze potrzeby?

A ile razy rezygnowałyśmy z czegoś,
bo nie wypada/ bo co o mnie pomyśli?
Bo dziwka. Bo mama potępi.

A ile razy chciałyśmy o czymś
porozmawiać w kobiecym gronie,
ale się wstydziłyśmy, bo to tabu?

Jest nas MNÓSTWO.

A świadczy o tym grupa, do której
przyjęłam zaproszenie.

I choć nigdy sama nie podzieliłam się na
facebookowym forum osobistą historią,
to przecież mogłabym się  podpisać, pod wieloma
opowieściami kobiet, które piszą tam codziennie.

Za brzydka, za gruba, za chuda.
Za spokojna, za mało wyuzdana,
zbyt szalona, odważna, nieśmiała…
Za mały biust, za duże biodra, za dużo,
za mało, za wolno, za szybko.

A w tym całym pudełku nazw i określeń,
MY – człowiek, czująca istota, pragnąca
bliskości, odrobiny ciepła, przyjemności,
niekiedy zapomnienia, ekstazy a czasem radości.

WSTYD

Seks nie istniał w moim życiu
od kilku lat. Dlatego moją pierwszą
myślą na zaproszenie grupy było:

To mnie nie dotyczy.

A jednak dołączyłam. I każdego
dnia czytałam kolejne wzruszające
historie kobiet, które pragną spełnić
swoje fantazje i kochać się bez wstydu.

Wstyd.

Znasz go? Ja idę z nim za rękę przez
całe życie. Wciąż zawstydzam się
własną kobiecością.

Jako młoda dziewczyna wstydziłam się, że
ktoś na mnie spojrzał w ten charakterystyczny
sposób. Wstydziłam się, że ktoś chciał mnie dotknąć,
pocałować, zatańczyć.

LOLITKA

Dopiero na studiach odkryłam, że uroda plus seksapil
mogą być fantastycznym środkiem do:

a) manipulowania
b) otrzymywania „miłości”
c) bycia na topie
d) posiadania władzy

Był okres, kiedy wykorzystywałam
urodę Lolitki, by przez chwilę poczuć
się adorowana.

I to nie tak, że doprowadzałam rzeczy
do końca. Co to, to nie. Wystarczyło mi, że
mężczyzna oszalał na moim punkcie.

Brałam torebkę i zatrzaskiwałam drzwi:
„Było fajnie! Trzymaj się!”

A oni potem dzwonili, esemesowali,
gdzie jesteś? czemu tak uciekłaś?
Im bardziej szaleli z niewiedzy,
tym bardziej ja szalałam z radości.

Byłam na górze. Wygrywałam.
Piłeczka po mojej stronie.
JESTEM WAŻNA.

Nigdy nie weszłam dalej.
Bo a nuż się zakocham.
A nuż zostawią, odejdą,
skrzywdzą, zdradzą, upokorzą.

Nie zniosę odrzucenia.

KOBIETA LODU

Dorosłam. I zaczęłam wchodzić
w poważne związki. Nagle z
uroczej Lolitki zmieniłam się
w Kobietę Lodu.

Nie wolno, nie można, muszę,
obowiązki, nie przesadzaj,
rano do pracy, oszalałeś?!

Aleksander Lowen nazwał
takie kobiety „Posągami”.
Wiesz ile życia jest w posągach?

Wcale.

Przez bycie Posągiem
zakończyła się moja pięcioletnia
relacja. Bo nie miałam ochoty na zabawę.

Nie z tym konkretnym partnerem.
Po prostu byłam zamrożona i odcięta
od własnych życiowych impulsów.

Uzdrowienie mogło przyjść tylko
przez dojście do ściany i uderzenie głową w mur.

Minęło 1,5 roku.

Gdy spotykam naszych starych znajomych
pytają mnie: masz kogoś?

Nie. Jestem sama.

„Ach, singielka! To pewnie nieźle
szalejesz” – słyszę w odpowiedzi,  a ich
ubawiony wzrok zdradza niezwykłe
pomysły w głowach. A tymczasem…

MNISZKA/ ARTEMIDA

Wewnętrznie byłam ascetyczną,
zdyscyplinowaną, uporządkowaną… Mniszką.

Seks nie istniał.

Przede wszystkim we mnie. Tak jakby,
ktoś wyciął funkcję ciała i mózgu odpowiedzialną
za ten aspekt życia. Nawet jak ktoś zwracał
na mnie uwagę, udawałam, że nie widzę.

Przez długi czas sądziłam,
że to stało się samo.

A przecież to ja przestałam się bawić i robić
rzeczy przyjemne. Moja dzienna lista zawierała
tylko ważne obowiązki i pilne potrzeby.

Śniadanie, praca, pisanie, dom i spać.

„Kama, może tańce?”
NIE.

„To chodźmy do teatru!”
NIE.

„Jedziesz ze mną w góry?”
NIE.

„Zrobiłam prawko na motor.
Przewieźć cię?”

O Boże. N-I-E!

W tym okresie wyszły na wierzch wszystkie rzeczy
i naleciałości z przeszłości. Wszystkie nierozwiązane
konflikty, mity, wspomnienia okraszone etykietami,
z którymi nigdy się nie zmierzyłam wprost.

Patriarchalne- trzeba i nie wolno.
Feministyczne- nie dotykaj mnie.
Dziecięce – niech ktoś mnie pokocha.
Jedynacze – nikogo mi nie trzeba.

W tym okresie bardzo często towarzyszyła
mi jedna emocja. Gniew. Chciałam walczyć
i walczyłam. Bywały dni, że agresja się ze
mnie wylewała. Na tapecie laptopa miałam
wikingów, nad biurkiem postać Artemidy.

Dopiero jakiś czas później zrozumiałam,
co łączy wszystkie te postacie: Mnicha,
Wikinga i Artemidę: zbroja.

I dlatego nawet, gdy coś bardzo
chciało do mnie dotrzeć, zbroja
była skutecznym antidotum.

Żadnych przyjemnych impulsów.
Zostawcie mnie. Jestem na wojnie.

ARCHETYP GŁUPCA

Archetyp Mniszki/Artemidy był mi do czegoś potrzebny.
Przede wszystkim do tego, żeby w końcu zostać
pokonaną i rozpaść się na kawałeczki. Przyznać się:

Chcę.
Pragnę.
Cieszę się.
Kocham.

Schowałam go do pojemnego kartonu.
Może kiedyś się przyda.

Dziś pozwalam sobie na bycie Głupcem.

Ten, kto miał kiedykolwiek styczność
z Tarotem, wie, co oznacza. Wróciłam do „startu”.

Nic o sobie nie wiem.
Nie wiem co lubię,
ani czego chcę,
ani czego nie chcę.

Weryfikuję na nowo. Jak młoda dziewczyna,
która po raz pierwszy w życiu opuszcza
rodzinny dom i uczy się uwodzić świat.

Czuję podekscytowanie. Czuję radość.
Niepewność i wdzięczność. Kto przyjdzie?
A może to ja przyjdę do kogoś?

A może nie wydarzy się i nic
i będę samotną tancerką
na parkiecie osobliwości?

Byle dawało radość.

Jest mi dobrze, bo odkrywam.
Zmieniam się. Wyjmuję z szafy
kolejną personę – zwiewną, kobiecą, dziką
i przyglądam się jej z zaciekawieniem.

Bardzo spodobał mi się cytat z książki
Liz Gilbert „Wielka Magia”: Kiedy nie wiesz
dokąd iść, idź za ciekawością.

Idę zatem. Z mądrością Kobiety Lodu,
z odważnym sercem Artemidy
z wielką ciekawością słodkiej Lolity.

Idę z radością na parkiet ❤

 

 

Życie vs Plany 1:0

Jakiś czas temu napisałam posta o byciu singlem.
O tym, że to jest mój wybór na czas procesu,
w którym aktualnie jestem.

I że nie potrzebuję niczego zmieniać
w najbliższej przyszłości.
Bo jest mi dobrze.

Życie jednak lubi płatać figle.

Albo inaczej: daje dokładnie to, czego nam potrzeba,
choć sami mamy o tym zupełnie inne pojęcie.

Bo przecież: „Tego nie było w planach!”.

Przez pierwszy miesiąc
strasznie się buntowałam.
„Nie, nie, nie! Nie tak miało być”.

Bo przecież minęło dopiero dziewięć
miesięcy od czasu rozstania.
A miał być rok samotności.

Dopiero po roku miałam być „gotowa”.

Miałam być wtedy dojrzała,
poukładana, z wielkim sercem
wyciągniętym na otwartej dłoni.

Więc, zaraz zaraz Wszechświecie…
Jeszcze nie minął rok…

Kogo mi tu podrzucasz? Dlaczego?
Miał być długowłosy szaman, co
kocha chodzić boso po lesie.

Dlaczego dajesz mi jego przeciwieństwo?
Serio??? Czyżbym nie wyraziła się jasno?!!

Długo walczyłam.
Wiele razy mówiłam NIE.

Randka? Nie. Podziękuję.
Odebrać telefon? Nie.
SMS? Chyba nie odpiszę.

Bo to przecież nie tak. Nie ten czas.
Nie te właściwości. Nie te cechy charakteru.
I w ogóle nie. No NIE. Słowa układają się w NIE.

A w głowie TAK.
I w ciele TAK!
I w oczach
jedno wielkie TAK!

I ja już w ogóle przestałam ogarniać tym swoim
analitycznym rozumem, co tu się do
jasnej ciasnej wyprawia..?! I dlaczego?

Poddałam się. Odpuściłam.
Przestałam hamować ten przepływ.

Przestałam tak bardzo się spinać, że
dostałam coś, co nie jest po mojej myśli,
bo to takie niepodobne do mnie.

Puściłam plany i kontrolę.

Bo to miał być rok nie tylko samotności,
ale również rok sprawdzania kim jestem
i całkowitej otwartości na to, co życie daje.

Mówienia ludziom i zjawiskom TAK.

No dobrze. Niech będzie. Zobaczymy
dokąd mnie to zaprowadzi.
Bo przecież nie ma przypadków.

Nie bez powodu na naszej drodze
staje właśnie ten, a nie inny człowiek.

I pewnie nie bez powodu
tak bardzo się od nas różni.

A skoro jest tak inny,  od tego co znam,
i co mi bliskie, to znaczy, że mam odnaleźć
w sobie jakąś nieodkrytą jeszcze część.

A następnie: Pokochać ją.  Zintegrować z
całością. Dopuścić do głosu i działania:

Pewność siebie,
odwagę,
zdecydowanie,
siłę,
potężny głos.

To też wielka nauka odpuszczania planów
i pomysłów. Że musi być związek. Bo nie musi.

Albo, że relacja ma zawierać jakiś potencjał.
Error. Też nie musi. Może służyć innym rzeczom.

Przyjemności.
Odkryciu w sobie innych twarzy.
Zabawie.
Radości.

Poznawaniu siebie na nowo,
również w kontakcie z drugim człowiekiem.

Bo inaczej siebie doświadczamy w samotności,
a zupełnie inaczej siedząc na starym pniu
w mokrym lesie obok kogoś, kto
wywołuje w nas urocze wibracje.

A co przecież zaskakuje po latach
nieczucia i bycia skutym w lodzie.

Więc może ten drugi człowiek, który
siedzi na starym pniaku obok mnie
przyszedł właśnie po to – by pomóc
coś odmrozić? By pomóc mnie uzdrowić
i przywrócić do życia?

Może, gdy wykona swoją pracę,
to po prostu odejdzie. Dobrze. Godzę się.

Mam otwartość na to, co życie daje.
I akceptuję, jeśli coś zabiera.

Bo mam głębokie zaufanie,  że Wszechświat
nas kocha i zsyła tylko dobre rzeczy. Nawet jeśli
czasem wydają się być dziwne i groźne, bo obce.

To miał być rok samotności. Rok
nie wchodzenia w żadne relacje.

Ale też rok poznawania własnej natury.
Doświadczania. Podążania za ciekawością.
Rok otwartości na siebie i innych.

Rok sprawdzania.

Kim jestem.
Co lubię.
Czego nie lubię
Dokąd idę.
W co wierzę.
Co jest we mnie.

To rok sprawdzania siebie w ciele
i obok innych – we wszelakich relacjach.

Największą nauką przez te dziesięć miesięcy
było odsianie mitów od prawd.

Myślałam, że wiem o sobie wszystko.

Przez lata nosiłam wiele etykietek
Dziś odklejam jedną po drugiej.

I wiem, że już nic nie wiem. 

Po prostu sprawdzam. Daję się
prowadzić własnej ciekawości.
I to wystarczy.

I czuję, że to jest dobre.
Wiesz czemu?

Bo bywam szczęśliwa jak nigdy.

 

 

Pół roku bycia singlem. Co się zmieniło?

I oto nareszcie jesteśmy na swoim.

Po 24 życiowych przeprowadzkach.
Po mieszkaniu kątem u znajomych.
Po licznych wynajmach, kaucjach,
zwrotach i noszeniu kartonów w górę i w dół.

W tych wszystkich miejscach
zostawiłam po cząstce siebie.
Ale i urosłam o nowe zmiany.

W niektórych mieszkaniach
trochę zmądrzałam, a w innych
totalnie zgłupiałam.

Kochałam, związywałam się,
zrywałam i byłam porzucana.

Płakałam z bezsilności.
I skakałam z poczucia szczęścia.

Ale własne mieszkanie,
to nie tylko miejsce.
To również metafora nowego życia.

Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.
Brzmi banalnie, prawda? Niczym
wyświechtany tytuł noworocznego
artykułu w taniej gazetce.

Mimo to, użyję go raz jeszcze.
Dlaczego? Bo koniec z „nie wypada”.

A wiec. Nowy etap. Nowy wiek. Nowa ja.

Kamila, która nigdy nie pozwalała
sobie na bycie w pełni sobą.

Bo nie wypada mieć 33 lat i skakać jak dziecko.
Nie wypada mieć za sobą kilku związków,
które niemal zawsze kończyły się tak samo.

Nie wypada mieć różowych kapci z Myszką Mickey
albo nie być pewnym co dalej.

Nie wypada…

Porzuciłam wypada i nie wypada/ trzeba i nie wolno.
I porzuciłam bycie w związku z drugim
człowiekiem. Nie dlatego, że bycie z kimś
jest złe lub męczy.

Porzuciłam potrzebę bycia z kimś na siłę,
co czyniłam często, bo
nie mogłam wytrzymać z samą sobą.

Nie szukam już potwierdzenia własnej wartości w cudzych oczach.
Nie utożsamiam własnego samopoczucia
od czyjegoś stanu emocjonalnego lub humoru.

Chcę być sobą. Taką, jestem.

Iść w kierunku, który dyktuje serce.
I nie musieć uznawać  kompromisów.

Egoistyczne? Wydaje mi się, że większym
egoizmem jest bycie z kimś, bo tak jest łatwiej.

Natomiast bycie singlem konfrontuje
z największymi lękami i
społecznym odrzuceniem.

Bo przecież można komuś
wybaczyć bycie samemu,
jeśli życie tak się ułożyło.

Ale samotność z własnego wyboru?,
To przecież trudno zrozumieć.

20190302_083349

Ileż to już razy usłyszałam:
„Nie martw się. Na pewno kogoś znajdziesz”.
A ja w ogóle się nie martwię. I co więcej,
nie potrzebuję nikogo znaleźć.

W marcu mija siódmy miesiąc odkąd jestem singlem
A przez ten czas zmieniło się mnóstwo rzeczy.

Przede wszystkim przestałam udawać.

Jestem tym, kim akurat się czuję.
Milczę, gdy nie chcę gadać.
Mówię NIE, gdy tak podpowiada serce.
Z szafy wyrzuciłam to, czego nigdy nie lubiłam nosić.

Dziś królują dżinsy, dżinsy, jeszcze więcej dżinsów
i zabawne t-shirty.

Bo nic nie muszę.

Z rozbawieniem natomiast obserwuję
tańce godowe koleżanek, które widząc
WOLNEGO chłopaka zaczynają
swoje małe erotyczne gierki.

Z dnia na dzień pogłębia się makijaż,
szpilki zastępują trampki, a krótka
sukienka jest obowiązkowym dress codem
niezależnie od pogody.

Patrzę z rozbawieniem i współczuciem.
Bo sama tak robiłam.

Zauważy mnie – och a więc jestem coś warta.
Nie uśmiechnie się, wpadam w depresję, bo
najwyraźniej jestem NIKIM.

Jak dobrze, że mam to za sobą.
Dziś nikogo nie szukam. Opuściłam
to Wesołe Miasteczko, w którym
rollercoaster króluje ponad innymi.

A skoro nie szukam, to nie muszę:

wychodzić z siebie, udawać, przymilać się,
potakiwać, przebierać się, wytrzymywać,
starać się, analizować i zamartwiać
wyimaginowanymi problemami.

Ufff.

Natomiast mogę wszystko inne.
Sama lub z kimś.

Teraz, w sobotę rano wstajemy skoro
świt i wychodzimy z Luną na
kilkugodzinny spacer po plaży.

Nie mam na sobie
grama podkładu ale piękną różową czapkę,
w której wyglądam jak dziki skrzat.

20190302_083401

Czy nie czuję się nie do pary?
Czy nie brak mi relacji?

Przecież mam ich mnóstwo.

Rodzice, pies, przyjaciele, znajomi, nowi sąsiedzi.
I nawet obcy psiarze, których mijamy na plaży.

Jestem tego częścią. Pojedynczą nitką
w pajęczej sieci innych pojedynczych nitek.
Lub inaczej – idealnie pasującym puzzlem
układanki zwanej ŻYCIEM.

Rozglądam się po moim małym
30-metrowym mieszkaniu.
Jeszcze nie wszystko gotowe.

Nie mam karnisza, akwarelowe obrazy
stoją na ziemi, a parę rzeczy
wciąż trzymam w kartonach.

To, co jednak wyróżnia
mieszkanie na tle pozostałych, to
przestrzeń.

Zero gratów, śmieci
i niepotrzebnych bibelotów.

I tak samo zaczyna być w duszy. 

Opuściłam „świat związków” by
znaleźć przestrzeń. Własne kolory,
tożsamość, uczucia i przedmioty.

By to kim jestem nie było pożyczone
lub przejęte, ale własne.
Przeżyte. Zrodzone ze mnie. Moje.

 

 

Nie słodź mi, Kochanie

CAM00813


Uwielbiam Kasię Miller.
Jej książki wyleczyły mnie z wielu toksycznych pomysłów.
Na przykład z pomysłu, że kobieta może być szczęśliwa tylko wtedy, kiedy jest w związku.

I w ogóle z koncepcji, że kobieta MUSI mieć mężczyznę.
Bo nie musi. Choć fajnie jak ma.

Nie dlatego, że tak trzeba.
Nie po to, by udowodnić sobie, że jest coś warta.
Lecz dla miłej zabawy, satysfakcji i obopólnej radości.

Bo Kasia Miller przekonuje, że jesteśmy coś warte tylko dlatego, że JESTEŚMY.
Ze wszystkimi uczuciami, dołkami, łzami
i perwersyjnym śmiechem w publicznych miejscach.

Grube czy chude,
rude czy czarne,
płaskie czy biuściaste,
zgrabne czy koślawe.
Jesteśmy fajne!

Na pierwszy rzut oka, brzmi to jak tania psychologia
z wątpliwych poradników, prawda?
Lecz nic bardziej mylnego.

Psycholożka w swej czterdziestoletniej karierze zbudowała nie lada doświadczenie poparte przykładami klientów, którzy z jej pomocą wyszli na prostą.

Pracowała z alkoholikami,
kobietami skrzywdzonymi przez mężczyzn
prowadziła grupy wsparcia i warsztaty rozwojowe,
a także terapie indywidualne dla tych co chcą dotrzeć do własnej jaźni czerpiąc z jungowskiej psychoanalizy.

Gorąco popiera wszelką aktywność, wdzięczność i afirmację życia.
Zachęca kobiety, by były samodzielne i bezczelne.
By robiły to co, na co mają ochotę, łamiąc w ten sposób wszystkie zatęchłe, katolickie stereotypy „dobrych żon” i „cierpiętniczych matek”.

Jej książka „Bez cukru, proszę” burzy wiele mentalnych koncepcji.
Bo w niej, psycholożka odkrywa się całkowicie.

Pisze o swojej słabości do jedzenia i mężczyzn,
opisuje trudne życiowe zakręty, aborcję i próbę samobójczą,
jednocześnie zachwalając życie w całej jego prostocie.

Panią Miller można kochać lub nienawidzić.
Ona sama zdaje sobie sprawę jak różne uczucia wywołuje.
U osób skrajnych i kategorycznych nie wzbudza sympatii,
a u otwartych wyzwala lawinę miłości.

Bo czyż żywy przykład spełnionej choć jakże niedoskonałej kobiety nie jest nam najbardziej potrzebny? 

Od dziecka jesteśmy wychowywane w kulturze konsumpcyjnej, w której same często pełnimy rolę produktu:

piękne, z jedwabistym włosem,
opaloną cerą, w markowych butach,
zawsze gotowe, by mężczyzna nas pokochał i zaopiekował się nami.

I oto nagle mamy kogoś, kto przeczy wszystkim polskim stereotypom
bo udowadnia, że można być grubą, średniej urody,
pyskatą, bezdzietną i niezamężną
a jednocześnie szczęśliwą i spełnioną.

Życzę sobie i koleżankom więcej takich kobiet.
Terapeutek i terapeutów, którzy będą uczyć pacjentów zdrowego podejścia do siebie i życia.

Życia pełnego akceptacji na to, że JESTEM JAKA JESTEM.
I że to wystarczy bym siebie kochała.

A świat i inni ludzie? Nie muszą.
W pierwszej kolejności jestem dla siebie, potem dla całego świata.
Tak zaczyna się zdrowa relacja.

Kilka dni temu, gdy byłam w trakcie lektury, „Bez cukru, proszę”, pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale zobaczyć Kasię Miller u Łukasz Jakóbiaka.

Lubię jego „20 metrów kwadratowych”.
Gościem programu był już terapeuta Rutkowski,
więc może warto byłoby mu wysłać prośbę o Miller?

O swoim pomyśle wkrótce zapomniałam,
a dziś logując się na youtube, dostałam miłą niespodziankę.
Kasię Miller u Łukasza w programie!

I jak tu nie wierzyć w to, co Jung nazywał podświadomością zbiorową?
Najwyraźniej te same potrzeby i pomysły mieszkają w wielu głowach
a wspólna przestrzeń pozwala je zrealizować.

Cicha wędrówka do korzeni

Zawsze zadziwia mnie ile szczęścia mogą dać najprostsze rzeczy i czynności. A odkąd czytam „Biegnącą z wilkami” do tego, co najprostsze zaczynam powracać z wielką wdzięcznością i otwartym umysłem.

ścieżka1


Pamiętam jak będąc jeszcze małym skrzatem niewiele potrzebowałam do szczęścia. Odrobinę swobody i rodzicielskiego zaufania oraz łąki i kontakt ze zwierzętami.

Zwykle tak spędzałam każde lato- biegałam z psem po nadwiślańskiej plaży, wchodziłam we wszystkie chaszcze w poszukiwaniu saren, obserwowałam z ukrycia czaple i bażanty. Najbardziej interesowały mnie jednak te polany na których konie i źrebaki biegały samopas. To było idealne miejsce by skonfrontować się z dziką naturą. Dotknąć jeszcze nieoswojonego źrebaka, poczuć jego szorstką, długą sierść pod dłonią, pozwolić mu do siebie podejść w odpowiednim czasie.

O zachwyt nie było trudno. Zachwyt mieszkał w moim sercu a to czyniło mnie spełnioną. I oto pozwoliłam powrócić zachwytowi do mojego serca, bo tu jest jego miejsce. To on czyni nas na powrót dzieckiem- wdzięcznym, otwartym i całkowicie ufnym. Dzieckiem które kocha to, co widzi i słyszy bo nie sprzeciwia się rzeczywistości. Żyje w niej. Jest blisko Matki Natury.

morze3

A ona jest czymś więcej niż kilkoma drzewami i śpiewem ptaków. Jest naszym oddechem i ziemią po której chodzimy. Jest ciepłem i zimnem, pokarmem i serdecznym uściskiem.

Kiedy ostatni raz byłeś na długim, wielogodzinnym spacerze? Takim bez pospiechu?

Od tygodnia pozwalam sobie na powrót do dzikich korzeni. Otwieram szeroko oczy, wpuszczam do serca kroplę wdzięczności i udaję się na długie, nieśpieszne wędrówki. Odwiedzam las a w nim przytulam się drzew. Jeżeli masz na tyle odwagi i otwartości, zrób to również. Wybierz drzewo które cię woła, zdejmij wełnianą rękawiczkę i poczuj chropowatość jego kory a potem przyłóż do niej policzek. Stój tak chwilę w bezruchu. Nie myśl o niczym a już na pewno nie myśl, że to głupie. Po prostu pozwól sobie na chwilę ciszy. Może usłyszysz w niej słowa. Może śpiew ptaka. Stukot dzięcioła. A może bicie drewnianego serca?

napis

Gdy poczujesz, że jesteś pełen miłości idź z tym w świat a zobaczysz, że zaczną się spełniać życzenia. Nielogiczne? Ależ przeciwnie! To z wdzięczności i z zachwytu biorą się wszystkie prezenty Wszechświata.

Ja na przykład marzę o psie. A gdy mam zachwycone serce, te same mnie znajdują. Wyrywają się właścicielom, podbiegają, liżą ręce, skaczą na kurtkę. Dziś w lesie na zakręcie spotkałam huskiego, który biegł z taką szybkością, że nie zdążył wyhamować i wpadł na mnie zdziwiony z całym impetem. Chyba nawet powiedział „o przepraszam najmocniej”, ale nie jestem pewna bo pobiegł dalej dotrzymać kroku właścicielce uprawiającej jogging.

Nie jesteś mną, Twoją radością może być cokolwiek innego, cokolwiek co czyni Cię rozbawionym dzieckiem. Może twórczość? Może szycie sukienek? Kolorowanki? Gotowanie? Cokolwiek to jest, pozwól temu wrócić do własnego życia i oddaj mu należne ważne miejsce. Zachwyć się i idź w kierunku własnego zachodzącego słońca; bądź sobą i pozwól sobie na życie jakiego zawsze pragnąłeś. Wszyscy o czymś marzyliśmy będąc dziećmi, lecz przytłoczeni dorosłością, wiele z pragnień zagubiło się po drodze. Wciśnij zatem wsteczny i podejmij wędrówkę do własnego domu. Do korzeni.

 

 

Ciało. Pan czy sługa?

Pomaga lub przeszkadza; niekiedy przyjaciel a czasem wróg; uprzyjemnia noce ale też pogrąża w cierpieniu. Ciało. Nasz pan czy utrapiony niewolnik?

wheel-pose


 

Gdy myślę o samoakceptacji, widzę własne ciało. Poczucie wartości często jest związane z wizerunkiem własnego ciała a nie (jak sądzimy) umysłu, ilorazu inteligencji czy właściwości, które posiadamy. Patrząc w lustro bezrefleksyjnie oceniamy- tego za dużo, tego za mało a gdybym miała dłuższe nogi zdobyłabym złote góry. Skąd pojawia się przekonanie, że wyglądając inaczej szczęście w końcu zapukałoby do drzwi?

Ciało jest tak integralną i podstawową częścią ludzkiej istoty, że nie sposób już myśleć o sobie w oderwaniu od niego. Bo przecież kiedy myślę ja- ty, to widzę siebie i widzę ciebie. Twój kolor włosów, twoje oczy, figurę i wzrost. Przytulamy się do przyjaciół, kochamy z partnerami, czujemy ból, gdy ktoś nieuważnie nas trąci w tramwaju. Choć czasem życzymy sobie, by było inaczej, to jesteśmy swoim ciałem. Przynajmniej na razie. I, im mniej sympatii i szacunku w jego kierunku, tym dalej również do przyjaźni ze sobą. Medycyna chińska widzi człowieka jako całość- ciało nieodrębne od ducha, duch nieoddzielny od formy; dbając o jedno wpływamy na drugie i na odwrót.

Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy mówili, że pracują z terapeutami by siebie poznać i pokochać, a jednocześnie wszystko co robili było aktem jawnej wrogości w kierunku kruchej cielesności. Pili w nadmiarze, słodzili, przejadali się, niedojadali, chodzili spać o drugiej nad ranem, by rano tuszować podpuchnięte oczy. To najszybsza droga do depresji lub życiowej frustracji. Jak tu być szczęśliwym, kiedy ciało jest jak umęczony cierpiętnik? Jest źle karmione, nie dosypia, za mało się rusza, a jednak wymaga się od niego pracy ponad normę i potężnej energii. Przypomina mi to sytuację złej korporacji i szefa który dręczy szeregowych pracowników, tylko dla własnej korzyści. Gdyby szef był mądry, wiedziałby że trzeba zadbać o szczęśliwych pracowników, bo dzięki temu firma lepiej funkcjonuje.

A gdybyśmy zaakceptowali ciało dokładnie takim jest i jakim chce być? Gdybyśmy przestali je w końcu ulepszać i upiększać i pogodzili się z faktem że jest naszym narzędziem ale i wspaniałym przyjacielem, które dźwiga ciężary umysłu? Czy nie brzmi to odprężająco?

Niektóre kobiety potrafią być bliżej ciał, bo żyją cyklicznie. Częściej odwiedzamy lekarzy, raz w miesiącu zwijamy się z bólu w embrionalny kłębek, zachodzimy w ciążę, rodzimy. Dzięki temu jesteśmy bliżej własnych brzuchów, dotykamy się częściej, masujemy, wklepujemy balsamy, tańczymy. Wszystko to, zbliża nas do siebie samych i pozwala nam lepiej siebie poznać-  jesteśmy w ciągłym kontakcie fizycznym. Bez niego nie sposób poznać drugiego człowieka, a co dopiero siebie.

Gdy mój kolega skarżył się niedawno na samotność, powiedziałam mu:
– przytul się.
ale jak?– usłyszałam w odpowiedzi.
I zdziwiłam się, że można nie wiedzieć jak się przytulić. Może kiedyś sama również nie wiedziałam. Może kiedyś podobnie jak on, też żyłam w przekonaniu, że bliskość, czułość i miłość mogą pochodzić jedynie z zewnątrz. Dziś wiem, że jestem całością- ciałem, umysłem, myślami i emocją, a wszystko, choć nietrwałe, to potrzebuje uwagi by rozkwitać i chcieć żyć.

I owszem, będziemy chorować, będziemy się starzeć, nie raz będziemy wyczerpani i obolali, ale wszystko to przyjdzie łatwiej, kiedy uznamy, że to prawa cielesności. To jego rola- żywić się, chodzić, spać, biegać, doprowadzać na szczyty, informować o niepokojących sygnałach. W zamian nie chce wiele. Jedynie uwagi, zdrowego paliwa, długiego snu i miłosnego dotyku. Gdzie mieszkają Twoje emocje? Moje w brzuchu, więc często go głaszczę, zwłaszcza gdy czegoś się boję. To najlepszy sposób na złapanie kontaktu ze sobą i zbudowanie poczucie bezpieczeństwa.

Happy birthday! Happy new life!

Czasem życie przesyła nam prezenty. Niespodziewane, miłe i podnoszące na duchu. Takie, które wydają się być idealne na obecny moment zwątpienia w drogę, którą idziemy. Bo przecież nic istotnego się nie dzieje…

Bridget-Jones-Diary


Zacznę kolokwialnie- przedwczoraj stuknęła mi trzydziestka . A musicie wiedzieć, że dla mnie urodziny i sylwester to dwa najgorsze dni w roku. Czas łez, bo gorzkich podsumowań, zakańczania czegoś i rozczarowań, że przecież miało być inaczej. Miałam być sławna, bogata i zapisać się w historii świata jako ta, co odkryła lek na raka. Lub chociaż spełniła jedno z innych równie dziecinnych marzeń. A tu znów kiszka i nerwowo pulsujące pytanie: co osiągnęłaś przez kolejny rok?

Niestety wybujały krytycyzm względem siebie nie pozwalał mi nigdy dojrzeć, że tego ważnego dnia dzieje się coś niesamowitego. Że żyję. Że są w tym dniu ze mną ważne i kochające osoby. Że jakkolwiek jest, to mam się dobrze. Utrzymuję się samodzielnie, mam gdzie mieszkać, mam kogo kochać a w lodówce zawsze znajdzie się coś prócz lodu i światła.

Wdzięczność.
Melodyjne słowo, pieszczące ucho, o którym trudno pamiętać. Bo przecież łatwiej narzekać.
Zwalamy na Polskę, na polityków, na deszcz i zarobki. Dzień po dniu narzekamy coraz intensywniej i żarliwiej, aż stajemy się kwaśną miną i czarną, burzową chmurą gotową wybuchnąć na powolną obsługę w sklepie i kiepski system edukacji.

A tymczasem wdzięczność, z tego co mamy jest najlepszym remedium.
Na smutek.
Rozczarowanie.
Tęsknotę.
Wyobcowanie.

Dzień, który dotychczas był najgorszym z moich dni, zamienił się w prawdziwe święto. Nie z powodu prezentów, nie z ilości wiadomości zostawionych w formie smsów, lecz z faktu podjęcia decyzji: TO BĘDZIE DOBRY DZIEŃ. Nie miałam wielkiego przyjęcia, prawdę mówiąc nie miałam żadnego przyjęcia. Miałam święto z samą sobą, skromne, choć wielkie, bo pełne ciepłych uczuć.

Zaopiekowałam się sobą, zabrałam na randkę, byłam dla siebie szczodra. Bo wierzę, że dawanie sobie wszystkiego, co najlepsze nie jest przejawem egoizmu, wręcz przeciwnie. Jest bazą, na której rośnie wszelki altruizm i wdzięczność dla życia.

I wiecie co?
Kolejnego dnia po moich trzydziestych urodzinach świat obdarował mnie naprawdę niesamowitymi prezentami, których nie mogłam się spodziewać. Dostałam wszystko to, czego jak sądziłam zawsze mi brakowało. Musiałam to dostać, bo dzień wcześniej pozwoliłam oczekiwaniom opuścić zbyt analityczną głowę. Im mniej chcemy, tym więcej jest w nas bogactwa.

Wdzięczność ma niesamowitą moc.Wdzięczność jest mądrością doświadczenia. Szkoda by było, byśmy nauczyli się tego na strość. Mędrcem można być w każdym wieku. Spokojnym, radosnym, akceptującym. Doceniając to, jak jest, otwieramy ramiona na to, co nadejdzie.
Bo chyba tak działa mechanizm brzemiennej przestrzeni. Uśmiechając się do świata wciskamy przycisk „move on” i wprawiamy w ruch energetyczną maszynerię czasu i przestrzeni. Odtąd wszystko, co spotkamy będzie właściwe i potrzebne a prezenty będą się pojawiać w najmniej oczekiwanych chwilach, czego Wam i sobie życzę.


Zdjęcie: kadr z filmu Bridget Jones Diary, www.andpop.com